28 grudnia 2013

WRÓŻENIE Z FUSÓW


Za kilka dni, powiesimy nowe kalendarze, datowane rokiem 2014. Czy będzie on równie owocny w premiery płytowe, przekonamy się za dwanaście miesięcy. Polecam mieć oczy i uszy szeroko otwarte, bowiem wraz z początkiem roku zostaniemy obdarowani nie byle jakimi prezentami. Zacznie się od trzęsienia ziemi, a potem napięcie będzie narastać. Skąd to przekonanie? Otóż, wraz z początkiem roku, pojawią się albumy takich artystów jak Peter Murphy oraz Clan Of Xymox. Nowy materiał Petera ma być bardziej romantyczny, głęboki i emocjonalny. Trzymam za to kciuki, bo kto jak kto, ale Murphy potrafi oczarować nastrojem. Każdy kto słyszał ten głos, wie w czym rzecz. W podobnym kierunku udaje się także grupa Clan Of Xymox. Chciałoby się rzec, nareszcie. Ujawniono już okładkę i datę premiery krążka. Płyta ma pojawić się dokładnie w Walentynki, więc zapowiedzi o romantycznym charakterze albumu, nie są wyssane z palca. Mnie to wystarczy bym niecierpliwie odliczał dni do ich pojawienia się na sklepowych półkach. Zapewne zaraz za nimi pojawią się i inne tytuły, które trzeba będzie koniecznie posiąść. Kto wie, może i będziemy świadkami jakiś spektakularnych powrotów na miarę Black Sabbath lub nie mniej interesujących odkryć w rodzaju She Past Away. Póki co karty pozostają zasłonięte, a żadna wróżka nie chce puścić pary z ust. Pozostaje więc dopić herbatę i powróżyć sobie z fusów.

Jakub Karczyński

22 grudnia 2013

ŚWIĄTECZNE PODSUMOWANIA


Przed nami ostatnia prosta. Rok 2013 nieubłaganie zbliża się ku końcowi. Znak to, że czas zabrać się za jego podsumowanie. Wyciągam więc płyty z półek i staram się nakreślić listę dziesięciu najlepszych albumów. Nie jest to zadanie łatwe, ale wciąż sprawia mi to przyjemność. Gdy zaglądam po latach do tych zestawień, widzę jak zmieniają się moje upodobania. Czasem dziwię się sobie, jakie płyty typowałem do tych podsumowań. Przykładowo, w 2004 roku, najlepszym albumem zagranicznym, uznałem płytę The Cure "The Cure". Dziś jest to dla mnie nie do pomyślenia by tak przeciętny album, uplasował się na szczycie zestawienia. Ciekaw jestem, jak po dziesięciu latach, będę zapatrywał się na obecne podsumowanie. Może również będę rwał włosy i zachodził w głowę, co mnie opętało by typować takie płyty. Póki co skupię się na rozpisywaniu tegoż podsumowania, w którym na pewno zabraknie miejsca dla Depeche Mode, Davida Bowie czy White Lies. W TOP 10 znajdą się tylko albumy, które najpiękniej zabrzmiały w mym sercu i duszy.

Z okazji zbliżających się świąt, przyjmijcie także najlepsze życzenia. Oby zdrowie wam dopisywało, a kłopoty omijały was szerokim łukiem. Pamiętajcie by poświęcić ten czas najbliższym, rodzinie i przyjaciołom. Muzyka niech dopełni atmosfery i sprawi, że będą to chwile pełne ciepła, magii i dobrych myśli. I tego trzymajcie się na co dzień, nie tylko od święta.

Jakub Karczyński

18 grudnia 2013

WSPOMNIEŃ CZAR

Wzorem ubiegłych lat, powracam w grudniu do słuchania starego rocka. Pod koniec roku takie archiwalia smakują mi bowiem najlepiej. Nie wiem czy to magia okresu świątecznego czy też mają na to wpływ inne czynniki. Zapewne niebagatelne znaczenie ma tu aspekt przemijania czasu, który pojawia się, wraz z ostatnimi kartkami w kalendarzu. Wracamy wtedy pamięcią do tego co było, analizujemy wydarzenia i ich konsekwencje, a także cofamy się do chwil, gdy trawa była zieleńsza, niebo błękitne, a życie prostsze. Grzebanie w przeszłości może być przyjemne, ale warto znać umiar by nie przesadzić z sentymentalizmem. Nie chcemy przecież nabawić się depresji, lecz miło spędzić czas żeglując po oceanach wspomnień.


Pierwszą podróż odbyłem wraz z niemiecką grupą Eloy, zgłębiając fabułę albumu "Power And The Passion" (1975). Główny bohater o imieniu Jamie, na skutek zażycia tajemniczych medykamentów, nieoczekiwanie przenosi się w czasie. Trafia do Paryża z roku 1358. Zdezorientowany całą tą sytuacją, próbuje znaleźć sposób, aby wrócić do swego świata. Z pomocą przychodzi mu dziewczyna o imieniu Jeanne, w której to zakochuje się nasz bohater. Ona także nie jest wolna od problemów, więc jednoczą siły by stawić czoła przeciwnościom. Co z tego wynika i jak kończy się ta opowieść nie zdradzę. Zainteresowanych odsyłam do tekstów dołączonych do płyty. Nie jest to może dzieło zasługujące na literackiego Nobla, niemniej umili wieczór niczym dobra nowelka. Warto docenić starania grupy, bowiem w dzisiejszych czasach mało komu chce się tworzyć fabuły pobudzające wyobraźnię słuchacza.


Wkrótce czeka mnie kolejna wyprawa. Tym razem do Anglii, którą to rządził Henryk VIII z dynastii Tudorów. Historia jego burzliwych rządów, a zwłaszcza perypetie ze swymi sześcioma żonami, zostały odmalowane w 1973 roku przez Ricka Wakemana na albumie "Six Wives Of Henry VIII". Henryk nie był dobrym mężem. Z dwiema żonami się rozwiódł, dwie ściął, a jedna umarła przy porodzie. Całe szczęście, że król zmarł w 1547 roku, bo kto wie jaki los czekałby jego ostatnią żonę.

Fragmenty "Sześciu żon ..." w wersji koncertowej, usłyszałem jakiś czas temu w audycji "Nawiedzone studio". Spodobała mi się na tyle, żeby zanotować w pamięci jej tytuł i charakter muzyki. Lata mijały, a wspomnienie o sześciu żonach, wciąż pozostawało żywe. Czemu tak długo zwlekałem z zakupem tego albumu nie wiem, ale postanowiłem już dłużej nie czekać. Zważywszy, że wersja koncertowa okazała się niezwykle tania, to w ramach zadośćuczynienia nabyłem także płytę studyjną. Czekam teraz z niecierpliwością na chwilę, gdy będę mógł zanurzyć się w dźwiękach i fabule tego dzieła. Zaręczam, że pięknych momentów nie brakuje, a czas spędzony w towarzystwie tych sześciu dam nie będzie czasem straconym. Kto nie wierzy, niech sam się przekona, wstępując na dwór Henryka VIII. Uważajcie jednak na głowę. Przy takiej muzyce można ją stracić.

Jakub Karczyński

10 grudnia 2013

BRZYDKIE KACZĄTKO

Nie zbieram bootlegów ani innych nieoficjalnych płyt wypuszczanych na rynek zazwyczaj z chęci nielegalnego zysku. Po pierwsze dlatego, że nie wspieram piractwa, po drugie, aby nie zaśmiecać sobie regałów nagraniami, których jakość dźwięku woła o pomstę do nieba.
 

Jakiś czas temu wspominałem na łamach tego bloga, że Peter Murphy wydał suplement do płyty "Ninth" (2011). Mini album "Secret Bees" zawierał aż cztery premierowe nagrania oraz dwie inne wersje utworów znanych z ostatniego albumu. Niestety, zdecydował się on opublikować to tylko w formie cyfrowej przez co straciłem zainteresowanie tym wydawnictwem. Jakież było moje zaskoczenie, gdy znalazłem ten mini album w Allegro na normalnym nośniku. Niesiony na falach euforii, bez namysłu nabyłem ową płytę. Kilka dni później otrzymałem ją od listonosza. Moja radość skończyła się wraz z otwarciem pudełka. Okazało się, że owa płyta nie jest żadnym oficjalnym wydawnictwem. Świadczyła o tym poligrafia dołączona do płyty, wydrukowana na zwykłym papierze, brak docięcia jej gilotyną i brak profesjonalnego łamania. Książeczka przedstawia się nawet interesująco, ale jej grubość skutecznie utrudnia wyjęcie jej z plastikowego pudełka. Sama płyta posiada stosowny nadruk, a w opisie książeczki podano, że za jej wydanie odpowiedzialna jest firma Nettwerk Productions czyli ta sama, która opublikowała album "Ninth". Jeśli to prawda, to chyba muszą borykać się ze sporymi kłopotami finansowymi, bo jakość tego albumu jest co tu dużo mówić niezbyt zadowalająca. Oczywiście mam tu na myśli tylko formę wydania, a nie zawartość muzyczną. Ciekawe czy Peter Murphy wyraził na to zgodę, bo jak na moje oko to ktoś rżnie go na kasę i to pewnie niemałą. 

Nie będę ukrywał, że nieco wkurzyłem się na osobę od której kupiłem ten album. W pierwszym odruchu chciałem go oddać i zażądać zwrotu gotówki. Zadałem sobie nawet trud sprawdzenia owej pozycji przez stronę Discogs, gdzie prześledzić można aktywność wydawniczą danego artysty. Ku mojemu zaskoczeniu, płyta "Sercert Bees" została ujęta w spisie, ale zaznaczono, że wydano ją właśnie jako CDr. Po przemyśleniu sprawy zdecydowałem się zatrzymać ten album, bo skoro jest to jedyne fizyczne wydanie, to żal pozbawiać się tych kilku premierowych utworów. Szkoda tylko, że forma nie dorównuje treści, bo byłoby to piękne uzupełnienie dyskografii Petera Murphy'ego. Niestety, zdecydowano inaczej, więc nie pozostaje nam nic innego jak zaakceptować i przygarnąć pod skrzydła to brzydkie kaczątko.
 
Jakub Karczyński 
  

4 grudnia 2013

MROCZNE IKONY


Ostatnie liście kurczowo trzymają się gałęzi, niczym tonący kawałka drewna. Ich czas jest już jednak policzony. Wkrótce porywisty wiatr uniesie je gdzieś w dal i zakończą swój żywot przysypane warstwą białego śniegu. Ten zaokienny widok nie nastraja zbyt optymistycznie, ale za to doskonale pasuje do dźwięków jakie wydobywają się z głośników. Ostatnio żona zapytała mnie dlaczego słucham takiej przygnębiającej muzyki. Nie da się jednoznacznie odpowiedzieć na to pytanie. Zrozumieć potrafią to ci, którzy rozkochani są w prozie rozkładu jaką uprawia choćby Andrzej Stasiuk czy inni autorzy widzący piękno tam, gdzie reszta dostrzega tylko brzydotę. Kto wie, może to jakieś piętno Czarnobyla, które wdarło się w duszę i za cholerę nie chce stamtąd wyjść.

Zapewne to ono kazało mi zakupić trzecią płytę australijskiej grupy Ikon, którą to niezwykle sobie cenię. "This Quiet Earth" (1998) to dość rzadki tytuł, który pomniejsza lukę wśród mojej dyskografii tego zespołu. Można go oczywiście kupić, choćby na brytyjskim Amazonie, ale trzeba liczyć się z wydatkiem rzędu 110 zł. Mnie udało się go nabyć za połowę tej ceny, z czego ogromnie się cieszę. Takie okazje nie zdarzają się często, ale jednak się zdarzają. Teraz pozostało mi zapolować na albumy "On The Edge Of Forever" (2001), "Destroying The World To Save It" (2005) oraz "Love, Hate And Sorrow" (2009). Na szczęście te płyty są już w bardziej przystępnych cenach. Jeżeli ktoś z czytających tego bloga je posiada i jest gothowy się z nimi rozstać, to chętnie przygarnę je do swojego płytowego królestwa.  


Ikon to jedna z ciekawszych grup tworzących muzykę mroku w latach dziewięćdziesiątych. Można w niej odnaleźć najróżniejsze inspirację od Joy Division poprzez The Cure, a skończywszy na  Clan Of Xymox. Ich muzyka pomimo mroku, charakteryzuje się dużą melodyjnością, która jest jednym z największych atutów tej grupy. Piękne, nastrojowe melodie urzekną wszystkich tych dla których melancholia w muzyce jest wartością nadrzędną. Ich płyta "Flowers For The Gathering" (1996) to jedna z najpiękniejszych rzeczy osadzonych w tradycji muzyki gotyckiej, do której powracam z największą przyjemnością. Jeżeli chcielibyście rozpocząć podróż z grupą Ikon, to polecam sięgnąć właśnie po ten album.

Szkoda, że dziś już ze świecą szukać takich grup. Próbowałem swego czasu polubić grupę Pride And Fall, ale do dziś dnia nie przekonuje mnie ona w stu procentach. Nie zmienił tego nawet nowy album "Of Lust And Disire"(2013). Wciąż w tej muzyce jak dla mnie za dużo dark wave, a za mało klimatu i świetnych melodii. Moje ucho z całego tego mrocznego jadłospisu wyłowiło tylko jeden utwór warty konsumpcji (Passionate Pain), dlatego też zdecydowanie częściej będę wracał do płyt grupy Ikon, niż do dorobku Pride And Fall. Nie stawiam na nich jednak krzyżyka, licząc na to, że kiedyś wyrwą się z szuflady z napisem dark wave i zaskoczą czymś naprawdę godnym uwagi.

Jakub Karczyński

26 listopada 2013

PŁYTA ZE STAREJ PIWNICY


Z racji wolnego dnia, odwiedziłem wczoraj zaprzyjaźniony sklep płytowy. Jako że dawno tam nie byłem, rozejrzałem się wśród półek z albumami oddanymi w komis. Wśród niechcianych płyt, trafiłem na album Marca Almonda "The Stars We Are" (1988), którego fragmenty usłyszałem kilka lat temu w radiu Afera. Pamiętam, że podobał mi się utwór tytułowy, więc poprosiłem właściciela sklepu o nastawienie płyty. Już po kilku utworach wiedziałem, że chcę mieć ten album u siebie na półce. Dołączy on tym samym do krążka "Tenement Symphony" (1991), który nota bene nabyłem również w tym sklepie. Niestety, wcześniejszy posiadacz płyty "The Stars We Are", nie połknął chyba bakcyla kolekcjonerstwa, bowiem płyta musiała być przechowywana w jakiejś piwnicy. Nie chodzi o to, że jest w jakimś złym stanie, lecz raczej o jej zapach. Zionie stęchlizną na kilometr. Mam nadzieję, że uda mi się jakoś pozbyć tej woni, tak jak pozbyłem się zardzewiałych zszywek przy owej książeczce. Swoją drogą, to nie najlepiej świadczy o właścicielu. Mam wiele starszych albumów i tam jakoś zszywki nie skorodowały. Widać komuś los owej płyty był obojętny. Dobrze, że choć przyniósł ją do komisu, zamiast pozwolić jej zgnić w tej zatęchłej piwnicy. I pomyśleć, że na świecie jest jeszcze mnóstwo takich piwnic, domów, w których niszczeją prawdziwe skarby. 

Takie historie nie są wyjątkami. Na szczęście można też podać bardziej budujące przykłady. Historia jaką usłyszałem wczoraj rozgrzała moją wyobraźnie do czerwoności. Pewna pani postanowiła pozbyć się płyt zbieranych przez swego męża. Co było powodem nie wiem. Przypuszczam, że ów pan wybrał się w podróż w zaświaty, a pani nie podzielając pasji męża, postanowiła sprzedać owe płyty. No chyba, że scenariusz zaczerpnęła z kart "Wierności w stereo", gdzie rozgniewana kobieta postanawia sprzedać za bezcen płyty męża, robiąc mu tym samym na złość. Jakąkolwiek miała motywację, faktem pozostaje, że owych płyt jest tyle, że mieszczą się w dwudziestu kartonach! Za zgodą właścicieli pozwoliłem sobie przejrzeć pobieżnie jeden karton. Wśród mieszanki zespołów i gatunków muzycznych, wyłowiłem takie rzeczy jak choćby album Tiamat "Deeper Kind Of Slumber", pierwszą płytę Anekdoten oraz jakiś album The Legendary Pink Dots. Gdy pomyślałem o tym co jeszcze może kryć się w owych dziewiętnastu kartonach, to niemal zakręciło mi się w głowie. Czekam niecierpliwie na wystawienie tych płyt do sprzedaży, bo na pewno czai się tam kilka skarbów. I właśnie dla takich chwil warto być zbieraczem płyt. Któż zresztą nie chciałby wcielić się w rolę Indiany Jonesa i odkrywać skarby ukryte nie w świątyniach, ale w naszej, szarej codzienności.

Jakub Karczyński

PS Gdyby żył, dziś obchodziłby swoje 55 urodziny. Jeden z najwspanialszych i najbardziej pomysłowych prezenterów radiowych jakim był niewątpliwie Tomasz "Nosferatu" Beksiński, odszedł od nas w 1999 roku. Pozostawił po sobie wspomnienia, audycje oraz muzykę jaką kochał. Jego audycje kształtowały gusta milionów Polaków, a radio znów stało się teatrem wyobraźni. Wiedzą o tym wszyscy ci, którzy pilnie śledzili jego programy, jak i ci, którzy poznawali je już po jego śmierci. Zapalmy dziś świeczkę jako dowód na to, że pamiętamy o nim.
 

19 listopada 2013

WIRTUALNE I REALNE SINGLE

Jakiś czas temu trafiłem na YouTube na akcję "What song are you listening to?" Polega ona na tym, że wyszukuje się na ulicy ludzi ze słuchawkami na uszach i pyta o to jakiej piosenki akurat słuchają. Nie wiem gdzie powstała ta akcja, ani kto ją wymyślił, ale sam pomysł niezwykle interesujący. Powstały także polskie odpowiedniki typu "czego słucha Poznań/Wrocław/Kraków/Warszawa". Obejrzałem wszystkie te filmiki i konkluzja jest taka, że potwierdza się to o czym mówi się już od dawna. Mianowicie chodzi o to, że ludzie nie słuchają już całych albumów. Do łask wróciły single czyli pojedyncze piosenki. Zatoczyliśmy tym samym koło, bo przecież kiedyś to właśnie singiel był podstawowym nośnikiem, a formę albumu wymyślono nieco później. Niemniej to właśnie ona w mojej opinii jest najwartościowszą formą słuchania muzyki. Szkoda, że obecnie układ piosenek, ani zamysł koncepcyjny artysty, przestały znaczyć dla ludzi cokolwiek. Teraz słuchamy utworu, który nam się podoba, a całą resztę pomijamy. Nie zadajemy sobie trudu by posłuchać czegoś kilka razy. Jeśli raz nam coś nie podeszło to do kosza z tym. Jak wiele tracimy wiedzą o tym tylko ludzie nauczeni dogłębnego słuchania płyt. Dla takich osób singiel stanowił dodatek, który poza promowaną piosenką, zawierał zazwyczaj jakieś niepublikowane nagrania, dłuższą lub krótszą formę nagrania singlowego lub nagrania z koncertów. Warto było je nabywać, bowiem stanowiły one dopełnienie samego albumu. Dziś single przyjmują najczęściej formę wirtualną i pozbawione są treści dodatkowych. Jedynie single ukazujące się na płytach CD podtrzymują starą tradycję, niemniej coraz rzadziej artyści decydują się na ich wypuszczanie. 


Osobiście nigdy nie zbierałem singli czego troszkę dziś żałuję, ale staram się nadrabiać te braki. Od czasu do czasu nabywam rzeczy, które uznaję za wartościowe. Nie ze względu na ich wartość finansową, lecz raczej artystyczną. Swego czasu zakupiłem wszystkie cztery single promujące album The Cure "4:13 Dream", lecz po ich przestudiowaniu zdecydowałem się zachować tylko jeden z nich. Mowa tu o singlu "The Perfect Boy", który zawierał niezwykle urokliwą piosenkę Without You. Dla takich właśnie utworów warto kupować single. 

W swojej niewielkiej kolekcji, posiadam też dwa z trzech wydanych singli do albumu "What Starts, Ends" grupy Rubicon. Zawiodą się jednak fani, którzy liczą na jakieś perły ukryte przez zespół na małych płytach. Singiel "Watch Without Pain" nie zawiera żadnego premierowego nagrania. Znajdują się tu tylko dłuższe lub krótsze utwory znane z pełnoprawnego albumu. Z kolei singiel "Crazed" przynosi jeden premierowy utwór Chains Are Gone, który brzmi niezwykle interesująco. Szkoda, że trwa on zaledwie dwie minuty i dwadzieścia parę sekund. To zbyt krótki czas by stworzyć coś na miarę utworów z "Whats Starts, End". Co jednak ciekawe, zazębia się on z utworem Brave Hearts, tak jakby pierwotnie planowano włączyć go do repertuaru płyty. Pojemności na dysku nie brakowało, dlaczego więc zrezygnowano z jego publikacji możemy się dziś tylko domyślać.

Posiadam także singiel grupy Lowe "A 1000 Miles", podarowany mi kiedyś przez koleżankę z pracy. Niezwykle się ucieszyłem, bo lubię ten zespół, a piosenka tytułowa jest naprawdę wielkiej urody. Na rzeczonej płycie, znalazły się trzy przeróbki tego utworu, ale żadna nie może się równać z pierwowzorem. Wszelkiej maści DJ-je mają to do siebie, że potrafią tylko psuć dobre piosenki, zamiast je pomysłowo przetwarzać.

Kolejną małą płytką i ostatnim zakupionym przeze mnie singlem jest "Heaven" Depeche Mode. Tak jak już wcześniej pisałem, jest to jedyna pamiątka po albumie "Delta Machine", który okazał się dla mnie zupełnie niestrawny. Zaważyło na tym głównie brzmienie, którego w żaden sposób nie jestem w stanie zaakceptować, ani tym bardziej polubić. Zostaje mi więc singiel z utworami Heaven oraz All That's Mine.

Najuboższym singlem w mojej kolekcji jest płytka "The Sound Of Winter" grupy Bush. Poza nagraniem tytułowym, nie zawiera absolutnie nic. Można to zrozumieć, bowiem z opisu na kopercie dowiadujemy się, że jest to singiel przeznaczony do promocji w radiu i nie został skierowany do normalnej sprzedaży. Podobnie jak w przypadku Depeche Mode jest to utwór, który najbardziej podobał mi się na całym albumie, a reszta nagrań wyraźnie odstawała od poziomu singla. Szkoda, bowiem przed laty bardzo lubiłem ten zespół.

Na koniec zostawiłem sobie singiel sygnowany logo 007. "Skyfall", bo o niego tutaj chodzi, to niezwykle udany utwór w wykonaniu Adele. Pięknie nawiązuje do starych piosenek, komponowanych do wczesnych filmów o agencie 007. Oprócz piosenki przewodniej, znajduje się tu też wersja instrumentalna, tak na wypadek, gdyby ktoś czuł się na siłach by zmierzyć się z Adele. Ja mówię pas.

Jakub Karczyński

13 listopada 2013

SZKLANA POGODA


Od wczesnych godzin południowych wlepiam oczy w ekran telewizora. Nie żeby akurat coś ciekawego w telewizji nadawali. Przyczyna jest zupełnie inna. Złapałem się na tym, że już nie oglądam moich płyt DVD z filmami i koncertów, które przed laty kupiłem. Powodem wcale nie był zanik zainteresowania tego typu rozrywką, co raczej brak wygody. Jako że nie posiadałem odtwarzacza  DVD, to chcąc obejrzeć sobie coś na dużym ekranie, trzeba było przestawić komputer, podłączyć kabel HDMI do telewizora i załadować płytę do laptopa. Niby nic takiego, ale skutecznie zniechęciło mnie to do oglądania filmów. Z tej też przyczyny postanowiłem nabyć odpowiedni sprzęt. Sam odtwarzacz DVD to już nieco przestarzały sprzęt, stąd też zdecydowałem się na połączenie DVD oraz Blu-raya. Ot, takie dwa w jednym. Dzięki temu będę mógł w końcu cieszyć się krystalicznym obrazem i oglądać filmy w naprawdę wysokiej jakości. Na razie odkurzyłem film dokumentalny o polskim rocku zrealizowany dla Discovery Historia, a obecnie kończę oglądać koncert grupy Fields Of The Nephilim "Paradise Regained - live in Dusseldorf". Zestaw utworów to po prostu marzenie, choć sam koncert nie należy do przesadnie długich. Godzina z małym okładem, ale są tu za to takie perły jak For Her Light, At The Gates, Paradise Regained, Submission, Watchmen, Moonchild czy Last Exit For The Lost. Jest to zapis z 1991 roku, czyli z tuż po nagraniu płyty "Elizium". Co ja bym dał żeby znaleźć się na tym koncercie. Czasu się jednak nie cofnie. Pozostaje więc płyta DVD i oczekiwanie na przyjazd zespołu do Polski. Skoro udało mi się zobaczyć Dead Can Dance, to może i na Fields Of The Nephilim też przyjdzie czas.

Jakub Karczyński

PS Następny w kolejce jest film "Hardware" (1990), w którym nota bene pojawia się nie kto inny jak Carl McCoy (Fields Of The Nephilim). Nie jest to jedyna postać z muzycznego świata. Epizody zagrali tu również Iggy Pop oraz niezastąpiony Lemmy. Polecam nie tylko fanom muzyki.

8 listopada 2013

CLAN OF XYMOX - BREAKING POINT (2006)


Kiedy przed siedmioma laty, przystępowałem do słuchania albumu "Breaking Point" (2006), nie dawałem mu jakiś specjalnych szans na to, że może mnie zainteresować, a co dopiero zaskoczyć. Mając w pamięci dyskotekowe ciągoty Ronny'ego Mooringsa, czekałem na kolejną podróż do jakiejś niemieckiej dyskoteki, gdzie ludzie bawią się w rytm elektro czy techno. 

Moje obawy potwierdził już pierwszy utwór na płycie. Po wysłuchaniu Weak In My Knees nie miałem ochoty kontynuować tej podróży. Nie odważyłem się jednak wcisnąć przycisku stop. Nie wiem czy uczyniła to jakaś ręka opatrznościowa czy może sprawił to szacunek do wczesnych dokonań zespołu. Po przebrnięciu przez toporny wstęp, złe wrażenie zdawało się rozpływać z każdym dźwiękiem niczym poranna mgła. W Calling You Out i She's Dangerous nadal wyczuwalna jest dyskotekowa konwencja, ale nie brzmi to już tak kwadratowo i można w końcu zacząć czerpać przyjemność ze słuchania tej muzyki. Poza dynamicznymi utworami z typowym nowoczesnym brzmieniem, Clan Of Xymox przygotował też coś dla fanów ceniących sobie to bardziej zadumane oblicze zespołu. Utwory pokroju Eternally czy We Never Learn czarują klimatem melancholii i przemijania. Tu już robi się magicznie. Momentami czuć nawet atmosferę z płyt Fields Of The Nephilim, jak choćby w początkowych sekundach We Never Learn. Brawo panie Moorings. Takie inspiracje są jak najbardziej na miejscu. O równym poziomie materiału niechaj świadczy mój kłopot ze wskazaniem na najmocniejszy punkt tej płyty, bowiem każdy numer czymś urzeka. Zespół dobrze wyważył proporcję między melancholią a swym bardziej dynamicznym obliczem, dzięki czemu powstała naprawdę udana płyta. Udowodnił tym samym, że potrafi sprawnie poruszać się między tymi dwiema konwencjami. Po niezbyt udanym albumie "Farewell" (2003), zespół postanowił zredukować nieco toporną, dyskotekową elektronikę i postawić bardziej na klimat. Powrócił do gotyckich brzmień, przyprawionych elektroniką i znów czaruje jak za dawnych lat. Słuchając takiego Pandora's Box można popuścić wodze wyobraźni i dać się ponieść nastrojowi. Tego właśnie oczekuję od tej holenderskiej grupy. Proszę więc pamiętać panie Moorings, że każda z waszych płyt to coś na kształt wizytówki. Drukujcie je więc na papierze najlepszej jakości, tak jak robiliście to w rozkwicie lat osiemdziesiątych (Clan Of Xymox (1985), "Medusa" (1986). Wypuszczając podrzędne ksera psujecie tylko swoją legendę i wizerunek. Droga obrana na "Breaking Point" okazała się bardzo dobrym wyborem i wierzę w to, że nadchodzący album ujmy im nie przyniesie. Przekonamy się o tym już w lutym, kiedy to Clan Of Xymox zaprezentuje następcę płyty "Darkest Hour".

W oczekiwaniu na nowe dźwięki, polecam nastawić sobie album "Breaking Point", bo to muzyka nad wyraz interesująca i warta posłuchania. Na pewno jest to jeden z najjaśniejszych punktów, stworzony po reaktywacji zespołu w 1997 roku. Po tylu latach działalności, Clan Of Xymox ma ten komfort, że nie musi już nic nikomu udowadniać. Swoją wartość potwierdzili przecież dawno temu, nagrywając dwie pierwsze płyty. Teraz muszą zadbać o to by nie zepsuć swej legendy. Płytą "Breaking Point" nakreślili nadzieję na lepsze jutro, bowiem muzyka w końcu przestała irytować, a znów zaczęła intrygować.

Jakub Karczyński

28 października 2013

LEKARSTWA PANA ROBERTA


Przez moje ręce przewija się już trzecia biografia grupy The Cure. Wydawać by się mogło, że nic już nowego nie da się dopowiedzieć do tej historii, a jednak czytam z zainteresowaniem. "Robert Smith ~The Cure" Richarda Carmana, to niby rzecz o Robercie, a tak naprawdę zanurzamy się w historię grupy. Trudno zresztą oddzielić naszego bohatera od zespołu. Robert to The Cure, a The Cure to Robert. Sięgając po tę książkę bądźcie na to przygotowani. To co spodobało mi się w tej biografii, to fajny język jakim posługuje się autor oraz sporo ciekawych informacji o tym co działo się dookoła grupy. The Cure nie działali przecież w próżni, stąd też ciekawostki o tym czego słuchało się w danym czasie, kto wywierał wpływ na rodzący się dopiero zespół i jakie były reakcje prasy na kolejne albumy grupy. Dzięki temu mamy nieco szerszy pogląd na to jak wyglądał świat i czyja muzyka go napędzała. 

Pozycja Richarda Carmana to w tej chwili jedyna dostępna na naszym rynku biografia grupy. Nie jest może idealna, ale i tak warto po nią sięgnąć. Magnum opus w tej materii, stanowi doskonała w swej treści, biografia Jerzego Rzewuskiego "The Cure. Poletko pana Boba". Niestety od wielu lat jest już niedostępna na rynku. Były informacje o kolejnym jej wydaniu i aktualizacjach, ale na zapowiedziach się skończyło. Dziś "Poletko" osiąga na aukcjach ceny od 100 do nawet 200 zł. I pomyśleć, że kiedyś pisząc do wydawnictwa Iskry, z zapytaniem o dostępność owej pozycji, otrzymałem ją za darmo! Dziś to nie do pomyślenia, dlatego też wielki szacunek dla osoby, która maczała w tym swoje palce. Serdecznie dziękuję, kimkolwiek jesteś.

Jakub "Negative" Karczyński

24 października 2013

TAJEMNICZE ZNALEZISKO

Nie pamiętam kiedy pierwszy raz natknąłem się na nazwę Secret Discovery. Musiało to być jakoś w okolicach 2004 roku, bowiem wtedy to intensywnie szperałem w Internecie i drukowałem co ciekawsze teksty dotyczące muzyki. Do dziś dnia mam je wszystkie zgromadzone w pokaźnym segregatorze i zaglądam do niego co jakiś czas. 


Wśród zgromadzonych materiałów znajduje się luźny tekst dotyczący muzyki gotyckiej w latach dziewięćdziesiątych. Ktoś zadał sobie sporo trudu by przybliżyć czytelnikom nazwy mniej znanych grup i ich dorobek. Wiele rzeczy potraktowanych jest po macoszemu, czasem zbyt lakonicznie, ale nie jest to materiał naukowy, lecz subiektywne spojrzenie fana. Wartościowa rzecz dla kogoś kto chciałby wyjść już poza utarty kanon w rodzaju Sisters Of Mercy, The Cure, Joy Division czy Bauhaus. Przeczytałem ten tekst z zainteresowaniem, zapamiętałem kilka nowych nazw i zapomniałem o nim na kilkanaście lat.
 

Któregoś dnia przeglądając oferty na aukcji internetowej natknąłem się na płytę "Slave" (1997) zespołu Secret Discovery. Bardzo szybko skojarzyłem nazwę z tekstem jaki czytałem przed laty. Odszukałem go, licząc na jakąś bliższą charakterystykę grupy i ich dorobku, lecz przeliczyłem się i to bardzo. Informacja w tekście była bardzo enigmatyczna i zawierała się w jednym zdaniu: "Zdecydowanym numerem jeden był Secret Discovery, pochodzący z Bochum". Niewiele z tego pożytku, poza tym, że zespół pochodził z Niemiec i  bardzo podobał się autorowi owego tekstu. Internet też nie przyniósł odpowiedzi, bowiem jedynym źródłem informacji okazała się niemieckojęzyczna Wikipedia. Posłuchałem kilku utworów z tej płyty na You Tube i postanowiłem zaryzykować. Cena była na tyle symboliczna, że nie było nad czym się zastanawiać. Kilka dni oczekiwania na przesyłkę i kilka kolejnych na przesłuchanie materiału. Muzyka zawarta na krążku, zaskoczyła mnie nieco metalowym ciężarem, ale zawierała parę interesujących fragmentów jak choćby Slave To The Rhythm, Simple Impresion czy American Lifestyle. I byłbym pewnie zakończył przygodę z tym zespołem, gdybym nie nabył na początku miesiąca ich drugiego albumu "Dark Line" (1992). Tu już wszystko się zgadza. Jest odpowiednio mrocznie, począwszy od muzyki, a skończywszy na okładce. Wygląda ona jak kadr ze starego horroru klasy B i kto wie czy w istocie tak nie jest. Niestety, wewnątrz książeczki nie ma na ten temat żadnych informacji. Szkoda, bo takie smaczki są niezwykle dla mnie istotne. Co do samej muzyki, to muszę się jeszcze trochę z nią osłuchać. Mam już kilku swoich faworytów, ale poczekam, aż obraz bardziej się wyklaruje. Mogę jedynie zdradzić, że nie brak tu nastrojowości, ale i fani mięsistych, rockowych riffów znajdą także coś dla siebie.


Z kolei dzisiejszego poranka, przez zupełny przypadek, udało mi się upolować ich trzecią płytę "Into the Void" (1993). Jak się okazało, sprzedawcą jest ta sama osoba, od której odkupiłem płytę "Dark Line". Może również uda mi się pozyskać od niego EP-kę "Philharmonic Diseases". Czekam na odpowiedź i zaciskam kciuki za pomyślność tego przedsięwzięcia. Tymczasem udaję się w sekretną podróż do świata, gdzie zęby Draculi są ostre jak brzytwa Kuby Rozpruwacza, a mrok tak gęsty, że można go jeść łyżką.

Jakub "Negative" Karczyński

17 października 2013

UCIEC POCIĄGIEM OD ... SCHEMATU


Ostatnio dość intensywnie zastanawiałem się nad kwestią upodobań muzycznych. Co sprawia, że jedne utwory nam się podobają, a inne nie? Dlaczego słuchamy takiej, a nie innej muzyki? Może ma to związek z pierwszą świadomie wysłuchaną piosenką, której nastroju poszukujemy przez resztę życia w innych utworach. Jeżeli tak, znaczyłoby to, że mam słabość do kompozycji, w których pobrzmiewają echa piosenki Maryli Rodowicz "Remedium". I gdy dziś odświeżyłem sobie jej tekst, stwierdziłem, że jest coś na rzeczy. Nutka melancholii, poczucie nieskrępowanej wolności i podróż pociągiem donikąd. To coś co silnie przemawia do mej wyobraźni. Tylko dlaczego uciekać od jesieni pani Marylo? Ja przecież nie chcę od niej uciekać, ale raczej cieszyć się jej kolorami i atmosferą. Wiem, że mało kto podziela moje upodobania, ale cóż na to poradzę, że mam słabość do tej  pory roku. Zapewne ma na to wpływ muzyka jakiej słucham. Jej melancholijny nastrój idealnie komponuje się z jesienią, a albumy takie jak "Disintegration" (The Cure), "Elizium" (Fields Of The Nephilim) czy "Medusa" (Clan Of Xymox) smakują wtedy najlepiej. Równie pięknie odkrywa się też nowe rzeczy, choć zazwyczaj są to już tylko kopie dawnych mistrzów. Jedne lepsze, inne gorsze. Dlatego też głównym polem moich poszukiwań muzycznych są lata osiemdziesiąte. Poza żelaznym kanonem w rodzaju Joy Division, The Cure, Bauhaus czy Siouxsie & The Banshees, można natknąć się na takie perły jak album "Phantasmagoria" (1985) grupy The Damned. Ten zasłużony dla punk rocka zespół, nagrał album, który powinien znaleźć się na półce każdego szanującego się fana mrocznej muzyki. Podniosłe, monumentalne dźwięki, korespondują tu z nieco bardziej wyluzowanymi utworami. Widać panowie nie traktowali śmiertelnie poważnie obranej stylistyki. Wskazuje na to już użycie saksofonu, który raczej nie jest najbardziej gotyckim instrumentem na świecie. Ten ryzykowny zabieg, umożliwił stworzenie intrygującej wariacji na temat muzyki gotyckiej. W tym samym roku, saksofon zastosowała grupa The Cure, na swym albumie "The Head On The Door", z równie udanym skutkiem. Jak widać otwartość na dźwięki spoza wyrobionych szufladek stylistycznych, przynosi zaskakujące i co najważniejsze ciekawe efekty. Szkoda, że wiele współczesnych zespołów nawiązujących do tamtych klimatów, zamiast szukać własnych dróg, wybiera te już przetarte i wydeptane. Na tych szlakach już nic ciekawego znaleźć się nie da, więc proponuję nieco zboczyć z kursu. Efekty tych zmian, mogą okazać się naprawdę zaskakujące.

Jakub "Negative" Karczyński

8 października 2013

THE MISSION - THE BRIGHTEST LIGHT (2013)


Grupa The Mission jest dla mnie tak samo ważna, jak choćby The Cure, Fields Of The Nephilim czy Clan Of Xymox. Nie powinno więc dziwić, że na kolejny album z premierowym materiałem, wyczekiwałem z ogromną niecierpliwością. W minioną środę czas czekania dobiegł końca. Z samego rana kurier dostarczył przesyłkę, w której to obok minialbumu NFD, znajdowała się płyta "The Brightest Light" sygnowana logiem The Mission. Czarny digipack skrywał w swym wnętrzu poza podstawowym materiałem, także zawartość dodatkową, na którą składają się trzy premierowe utwory oraz wersje demo. Okładka samego albumu jest dość prosta by nie rzec ascetyczna. Wszechobecną czerń rozjaśnia światło czterech lamp, stanowiące symbol nadziei. Sugerując się tylko wyglądem okładki, można by wysnuć wniosek, że oto mamy przed sobą najmroczniejszą płytę Misjonarzy. A jak jest w istocie?

Rozpoczynając słuchanie płyty "The Brightest Light" radzę wyzbyć się z pamięci ich twórczości z lat osiemdziesiątych. Ułatwi to na pewno odbiór, a i zmniejszy rozmiar rozczarowania. Zapomnijmy więc o albumach "God's Own Medicine" (1986), "The First Chapter" (1987), "Children" (1988), "Carved In Sand" (1990) czy genialnym "Grains Of Sand" (1990). Rozpocznijmy słuchanie bez tego zbędnego balastu.


Gdy zakończyłem mój pierwszy odsłuch, byłem nieco zdołowany poziomem artystycznym tej płyty. Tak przeciętnego materiału to po Misjonarzach się nie spodziewałem. Nie dałem jednak za wygraną. Po kilkudniowych odsłuchach wnioski są następujące. Początek albumu jest wyjątkowo kiepski. Utwory Black Cat Bone oraz Everything But The Squeal, mogłyby robić co najwyżej za odrzuty z sesji, a nie za pełnoprawne utwory. Pierwszy może i ma jakąś melodię, ale nie jest ona zbyt porywająca, a tekst o zaprzedaniu duszy diabłu, w zamian za powrót do młodzieńczych lat, razi trochę infantylizmem. Z kolei Everything But The Squeal, jest fajnie zaśpiewany w zwrotce, czuć w nim energię, za to nie posiada konkretnej struktury oraz jakiegokolwiek refrenu. Na szczęście po tym rozczarowującym początku jest już tylko lepiej. No może dorzuciłbym jeszcze do listy rozczarowań The Girl In A Furskin Rug, który jakoś nie pasuje mi do tego albumu. Jako piosenka może nie jest najgorsza, ale tekstowo jakoś odstaje od reszty. Wśród utworów lżejszego kalibru, zdecydowanie bardziej polecam, kapitalne kandydatki do roli singla, w postaci Born Under A Good Skin oraz najbardziej zaskakujący, ze względu na użycie harmonijki ustnej Just Another Pawn In Your Game. Zagrane na pełnym luzie, stanowią chwilę wytchnienia wśród wszechogarniającego mroku. Muszę przyznać, że to najbardziej wymagający album w całej twórczości Misjonarzy. Pobieżne przesłuchanie tego materiału skazuje go na łatkę przeciętnego. Dopiero uważne wsłuchanie się w melodie i wczytanie w teksty utworów, ukazuje nam prawdziwe oblicze tej płyty. Coś co wcześniej wydawało mi się zaledwie dobre, z czasem nabrało smaku niczym wiekowe wino. Tak było w przypadku Sometimes The Brightest Light Comes From The Darkest Place, When The Trap Clicks Shut Behind Us, Ain't No Prayer In The Bible Can Save Me Now czy From The Oyster Comes The Pearl. To naprawdę mocne pozycje w zestawie, choć na pierwszy rzut ucha, można mieć wątpliwości. Wracam do tych nagrań z ogromną przyjemnością, lecz prawdziwa perła skrywa się pod koniec albumu. Siedmiominutowy kolos, ukryty w najkrótszym tytule z całej płyty, to The Mission sięgające gwiazd. W kompozycji Swan Song, zawarte są tak wielkie pokłady emocji, że co wrażliwszy słuchacz może się wzruszyć przeczytawszy tekst tego utworu. Nie pamiętam też kiedy Hussey śpiewał z takim zaangażowaniem, jak w końcówce tego utworu. Ta desperacja zawarta w głosie to nie sztuka dla sztuki, ale prawdziwe emocje. To chęć zawrócenia kogoś znad krawędzi przepaści. To próba wdarcia się do wnętrza tej osoby i przekonania jej o własnej wartości. To w końcu diagnoza naszych czasów, w których to nie brakuje osób z zaniżonym poczuciem własnej wartości, gotowych odebrać sobie życie, nie widząc nadziei na lepsze jutro. Nie dziwi mnie, że gdy utwór ten wybrzmiewa, nastaje kilka chwil ciszy. To czas na zaczerpnięcie oddechu, albo też chwila ciszy po bezskutecznych zabiegach autora tekstu. Pole do interpretacji jest dość szerokie. Ostatni utwór świetnie dopełnia poprzedzającą go kompozycję. To chwila wyciszenia i jakże piękne zwieńczenie albumu. Litany For The Faithful czaruje nastrojem, choć tematyka znów do najweselszych nie należy. Niemniej to właśnie za tak zaangażowane piosenki kocham ten zespół. I pomyśleć, że jeszcze przed paroma dniami, ta recenzja miała wytknąć miałkość i przeciętność większości zgromadzonych tu utworów. Jak widać, nie warto zbyt pospiesznie wydawać sądów.

Cieszy mnie reaktywacja Misjonarzy, zwłaszcza, że do grupy powrócił zarówno Simon Hinkler jak i Craig Adams. Wierzę w to, że uraczą nas jeszcze niejednym albumem w tym składzie. Płytą "The Brightest Light" udowodnili, że stać ich jeszcze na nagrywanie utworów o ogromnym potencjalne emocjonalnym. Może nie każdemu takie oblicze grupy przypadnie do gustu, ale nie stawiajcie zbyt szybko na tym albumie krzyżyka. Ma on wam do zaproponowania o wiele więcej, niż wam się wydaje.

Jakub "Negative" Karczyński

27 września 2013

MIEJSKIE MARZENIA O CISZY


Na płyty swoich ukochanych wykonawców czeka się z drżącym sercem. Odliczanie dni do premiery, obawa i zaciskanie kciuków za jak najlepszy album, to emocje znane miłośnikom muzyki nie od dziś. Kiedy jednak mija data premiery, a po albumie ni widu ni słychu, czas zakasać rękawy i wziąć sprawy w swoje ręce. I nie chodzi mi tu tylko o płytę The Mission, ale i mini album NFD, Clannad czy New Model Army. Dwa pierwsze tytuły zamówiłem już przez Amazona, a dwa kolejne postaram się upolować na naszym gruncie. New Model Army, niby pod skrzydłami rodzimego Mystica, ale chyba ktoś odpowiedzialny za dystrybucję dał sobie ostro w palnik i zapomniał porozsyłać płyty do sklepów. Clannad jak na razie dostępny w internetowym sklepie Rock-Serwis, a co z innymi sklepami? I jak tu być spokojnym i cieszyć się życiem jak na każdym kroku kłody pod nogi. Dobrze, że zaopatrzyłem się w nastrojową muzykę kojącą nerwy, a i herbata owocowa umila jakoś ten czas oczekiwania. Poza tym najwyższa pora wyciszyć emocje i wprowadzić się w stan odpowiedni do tej pory roku.

Pomimo że w kalendarzu króluje jesień, to wciąż możemy cieszyć oczy zielenią drzew. Co prawda w ich koronach pomału rozpoczyna się festiwal barw, ale na razie jeszcze dość nieśmiało. Zachęcam do spacerów póki pogoda na to pozwala, bo podglądanie natury to fascynująca rzecz. Z przyjemnością zamieszkałbym na prowincji by móc cieszyć się porami roku i przyrodą. Duże miasto poza wieloma niewątpliwymi zaletami ma jedną poważna wadę. Trudno tu żyć na zwolnionych obrotach. Wszechobecny pęd porywa nas w ten szaleńczy taniec czy tego chcemy czy nie. A przecież można żyć inaczej. Wyjechać poza miejskie obszary i zacząć układać sobie życie w ciszy, spokoju, zostawiając za plecami miejskie problemy. Uciec od nachalnego, miejskiego marketingu i pogoni za pieniędzmi. Ależ by było pięknie. Może kiedyś uda mi się to zrealizować. Tymczasem pora na popołudniową kawę, słuchanie radia i obserwację przemykających chmur po niebie. Lubię takie leniwe dni. Muzyka, czas i ja.

Jakub "Negative" Karczyński

20 września 2013

NIE ZASŁUGUJESZ NA NOWĄ PŁYTĘ THE MISSION


Dziś premiera nowej płyty grupy The Mission zatytułowanej "The Brightest Light". Po sześciu latach otrzymujemy kolejny rozdział misjonarskiej księgi. Możecie jednak darować sobie bieganie po polskich sklepach z płytami, bo jej tam najzwyczajniej nie znajdziecie. Dlaczego? Ano dlatego, że nikt nie podjął się dystrybuowania tejże płyty na naszym rynku. Dotychczas robiła to firma Mystic Productions, ale nie wiedzieć czemu, teraz tematu nie podjęła. Pozostaje nam poszukać płyty na zagranicznych serwisach aukcyjnych lub sklepach internetowych. Przykre to, ale czasami czuję się jak obywatel krajów Trzeciego Świata. Widać nie zasłużyłem na nową płytę The Mission. Fuck!

Jakub "Negative" Karczyński

13 września 2013

CISZA MALOWANA DŹWIĘKIEM

Z cyklu "Sen o ogrodach" - Ryszard Tyszkiewicz

Bywają dni, że człowiek zmęczony hałasem, ucieka w ciszę lub w spokojniejsze klimaty muzyczne. Zdarza mi się tak kilka razy do roku, a wtedy wyciągam z szafy muzykę filmową lub nastawiam II Program Polskiego Radia. Ostatnio jednak namiętnie powracam do albumów Pietera Nootena, byłego klawiszowca Clan Of Xymox. Jego solowa twórczość potrafi zauroczyć i wciągnąć bez reszty. Wystarczy przypomnieć album "Sleeps With The Fishes" (1987), nagrany do spółki z Michaelem Brookiem by poczuć siłę oddziaływania muzyki. Poza premierowym materiałem, znalazły się tam też nowe opracowania utworów Clan Of Xymox. Dlaczego? Jak wyjaśnia w jednym z wywiadów Pieter Nooten, pragnął nagrać te kompozycje nieco inaczej niż widział to Ronny Moorings, lider Clan Of Xymox. Poza tym, to Pieter był autorem tej muzyki, więc miał prawo do własnej interpretacji tych dźwięków. Powstała dzięki temu muzyka czarująca swoim nastrojem i urzekająca naturalnym pięknem. 

Niezwykły jest też album "Surround Us" (2012), którego słucham ostatnio najczęściej. Nie da się ukryć, że talentu do pięknych melodii Pieterowi nie brakuje, a pomysły wydają się wyskakiwać, niczym króliki z kapelusza. Sam twórca przyznaje, że przeżywa teraz swoją drugą kompozytorską młodość. Dowodzi tego choćby częstotliwość wydawania kolejnych albumów. Ledwo zdążyliśmy zapoznać się z płytą "Surround Us", a już otrzymaliśmy następcę w postaci dwupłytowego "Haven" (2013). Album jest pozbawiony warstwy wokalnej, przez co cała nasza uwaga skupiona jest na muzyce. Zazwyczaj nudzą mnie płyty instrumentalne, ale po wysłuchaniu kilku fragmentów tego albumu, jestem zainteresowany jego zakupem. Chyba właśnie takiej muzyki teraz mi potrzeba, która wyciszy i otuli melodiami jak ciepłym kocem. Idealne przywitanie zbliżającej się jesieni.

Jakub "Negative" Karczyński

5 września 2013

CLANNAD - PSYCHODELICZNA PODRÓŻ


Pamiętacie jeszcze te czasy, gdy muzykę poznawało się z kaset magnetofonowych? Postęp technologiczny jaki dokonał się w Polsce na przestrzeni ostatnich piętnastu lat, jest wprost niewyobrażalny. W latach dziewięćdziesiątych, nikt nie marzył o powszechnym dostępie do Internetu, o serwisach YouTube, MySpace czy Facebook. Telefony komórkowe widywało się co najwyżej przy paskach biznesmenów, a muzykę kupowało się w formie kaset. To one zdominowały rynek i dopiero wprowadzenie do sprzedaży płyt kompaktowych, zmieniło ten stan rzeczy. Nim to jednak się stało, świat muzyki zawarty był na taśmach magnetofonowych.


Pamiętam jak któregoś razu, będąc u znajomego, wyszperałem wśród jego kaset album "Crann Ull" (1980) irlandzkiej grupy Clannad. Zespół znany mi był do tego momentu, jedynie za sprawą płyty "Legend" (1984), która to stanowiła również ścieżkę dźwiękową, do kultowego serialu "Robin z Sherwood". Chcąc poznać także inne nagrania, poprosiłem o pożyczenie owej kasety. Słuchałem jej później w zaciemnionym pokoju, rozświetlonym tylko delikatnym światłem lampy naftowej. Muzyka na niej zawarta była czymś tak fantastycznym, że wyobraźnia pracowała na pełnych obrotach. Tajemnicze miejsca z jakże obcą roślinnością, wielkimi grzybniami wśród których chowają się mali mieszkańcy tego świata. Wszystko to spowite delikatną mgiełką i okraszone bogactwem psychodelicznych kolorów. Prawdziwy odlot bez środków psychotropowych. Te obrazy tak splotły mi się z owym albumem, że do dziś wracam do niego z niekłamaną przyjemnością, niczym Alicja do Krainy Czarów.


Gdy przed paroma laty, wypatrzyłem płytę kompaktową "Crann Ull", wiedziałem, że muszę ją mieć. Cena nie grała roli, bowiem możliwość odświeżenia wspomnień i powrót do tamtej krainy były czymś bezcennym. Lata mijały, dyskografia grupy Clannad rozszerzała się na mej półce, a ja wciąż najczęściej powracałem do płyt "Legend" oraz "Crann Ull".


W ostatnich tygodniach wybrałem się na przechadzkę po mieście. Pogoda wręcz zachęcała do spacerowania, więc czemu by nie skorzystać. Postanowiłem odwiedzić sklep z płytami i przewertować analogi. Po kilku chwilach, w moje ręce wpadły dwa albumy grupy Clannad, przyprawiając mnie o szybsze bicie serca. Najpierw natknąłem się na trzecią w dyskografii płytę "Dúlamán" (1976), a crème de la crème stanowił wspomniany już "Crann Ull". Niestety, nie byłem przygotowany na wydatek rzędu 75 złotych, więc po obejrzeniu obu płyt, opuściłem sklep. Nie dawały mi one jednak spokoju i wracałem do nich myślami co pewien czas. Zważywszy, że nie są to płyty tak często spotykane, tym większa nachodziła mnie na nie ochota. Udałem się tam po kilku dniach by odsłuchać owe winyle. Może będą w na tyle złym stanie, że nie warto będzie je nabywać - łudziłem się. Gdy przekroczyłem próg sklepu zobaczyłem, że jakiś klient właśnie je ogląda. Serce niemal stanęło mi w gardle, ale na moje szczęście trafiły one z powrotem do skrzyni. Czym prędzej grabnąłem obie płyty i poprosiłem o ich nastawienie. Grały bardzo ładnie, więc trzeba było podjąć decyzję. Teraz albo nigdy - pomyślałem. Gdy byłem już przekonany do zakupu, postanowiłem przyjąć strategię jak na arabskim bazarze. Tam negocjacje to wręcz obowiązek, a nie targując się, możesz nawet urazić sprzedawcę. Postanowiłem spróbować i ku mojej uciesze, udało się nieco obniżyć cenę. Zazwyczaj jednak tego nie robię, wiedząc w jak ciężkiej sytuacji są dziś sklepy z płytami. Wspierajmy więc je póki jeszcze istnieją, a targowanie niechaj będzie naszą ostatecznością.

Jakub "Negative" Karczyński

30 sierpnia 2013

SHE PAST AWAY - BELIRDI GECE (2013)


Zamglony obraz utrzymany w barwach ciemnej zieleni, skrywa zdjęcie młodej dziewczyny. Ubrana w białą suknię, spogląda w naszym kierunku. Patrząc w jej oczy można nabrać wątpliwości czy owa dama jest realnym bytem, czy może to zjawa, mara senna? Przyglądając się uważniej, dostrzeżemy w jej ręku bukiet kwiatów, co w połączeniu z białą suknią daje nam obraz panny młodej. U stóp jej, rozciągają się korzenie, choć są na tyle niewyraźne, że trudno orzec czy stanowią integralną część drzewa, czy też to panna młoda z nich wyrasta. Być może, że to efekt nałożenia kilku zdjęć na siebie, bowiem uważny obserwator dostrzeże jeszcze kilka parkowych lamp majaczących gdzieś w tle oraz coś na kształt drzwi wtopionych w tenże dziwaczny kolaż. Każdy kto przekroczy ramy tego obrazu niechaj trzyma swe zmysły na baczności. Kto wie co może zdarzyć się w krainie osnutej zieloną mgłą.

Jeśli już wprowadziliśmy się w odpowiedni klimat, możemy nastawić płytę i skupić się na dźwiękach, a te są najwyższej próby. Turecki zespół She Past Away uchyla nam drzwi do lat osiemdziesiątych, w których to muzyka z kręgów rocka gotyckiego miała się najlepiej. Wystarczy przywołać takie nazwy jak The Cure, Fields Of The Nephilim, Sisters Of Mercy czy Clan Of Xymox, aby nakreślić ramy stylistyczne w jakich będziemy się obracać. Ze względu na syntezatorowe brzmienia, najbliżej tym dźwiękom do tego co w latach osiemdziesiątych tworzył holenderski Clan Of Xymox. Sporo tu tanecznego podbicia, które napędza tę muzykę i sprawia, że słuchanie jej to prawdziwa przyjemność. Już pierwsze przesłuchanie jest niczym słodki flirt, którym upajamy swe zmysły, czekając na dalszy rozwój sytuacji. Akcja nabiera tempa, ponieważ zespół ani myśli spuścić z tonu, wciągając nas w ten mroczny, ale i romantyczny taniec. Jakże nie zachwycić się tym albumem, jeżeli niemal każdy utwór rozrywa serce nie gorzej, niż Clint Eastwood swym magnum 44. Jak na mój nos, to przestrzelili tylko raz, w monotonnym nagraniu Kemir Beni, no i może w zamykającym całość Ice Kapanis. Za całą resztę uchylam kapelusza i kłaniam się w pas. Zresztą jakże nie ulec klimatowi tworzonemu przez She Past Away, skoro stworzyli tak przemyślany, przebojowy i dojrzały album. Polecam posłuchać takich nagrań jak Sanri, Rituel, Kasvetli Kutlama czy Insanlar, aby przekonać się, że to nie kolejna bezpłciowa kopia dawnych mistrzów. Wielu próbuje się z nimi mierzyć, ale niewielu się to udaje. She Past Away wyszli z tej próby zwycięsko. To dobry prognostyk na przyszłość, ale nie oznacza to, że teraz będzie już z górki. Jak to ktoś kiedyś mądrze powiedział, na nagranie debiutanckiej płyty ma się całe życie, na nagranie drugiej, dwa, trzy lata. Niemniej pamiętajmy, że najtrudniejszy pierwszy krok, zanim innych zrobisz sto*.

Warto odnotować fakt ukazania się tej płyty, a nazwę zespołu polecam zapisać lub zapamiętać. Kto wie, czy za jakiś czas nie staną w jednym szeregu ze swymi mistrzami. Droga jeszcze daleka, ale pierwszy krok został już wykonany.

Jakub "Negative" Karczyński

* słowa pochodzą z piosenki Anny Jantar "Najtrudniejszy pierwszy krok".
 

23 sierpnia 2013

WYPRAWA TORUŃSKA

Dworzec kolejowy w Toruniu

Przed dwoma tygodniami udałem się w celach turystycznych w podróż do Torunia. Jakoś nigdy nie dane mi było tam dotrzeć, a jak przecież powszechnie wiadomo, miasto to posiada ciekawe zabytki i wielowiekową historię. Od dłuższego czasu, planowaliśmy z żoną wybrać się na taki jednodniowy wypad do Torunia, ale jakoś nigdy nie udało się zrealizować tych zamierzeń. W tym roku wreszcie się zorganizowaliśmy, poszerzyliśmy skład o naszego znajomego i nieświętą trójcą wyruszyliśmy na podbój miasta Mikołaja Kopernika. Nie byłbym sobą, gdybym przed wyjazdem nie zasięgnął w Internecie informacji o lokalizacji sklepów z płytami. Znalazłem tylko jeden. Dobre i to pomyślałem. 

Trzygodzinna podróż pociągiem minęła bezboleśnie. Na dworcu zaopatrzyliśmy się w mapę i ruszyliśmy w kierunku centrum. Spacerkiem pokonaliśmy Wisłę, a wszystko to dzięki marszałkowi Piłsudskiemu, a właściwie mostowi jego imienia. Do najkrótszych on nie należy, ale po jego sforsowaniu, docieramy wprost do serca miasta. Rynek jak i zabudowa wokół, urzeka swym pięknem i wcale mnie nie dziwi, że czytelnicy polskiej edycji National Geographic uznali, że zasłużył on na trzecią lokatę w plebiscycie na najpiękniejsze miejsce na świecie. Palące słońce dość szybko przekonało nas by rozsmakować się w rynkowym piwie, a przy okazji opracować plan zwiedzania. 

Ratusz Staromiejski

W pierwszej kolejności udaliśmy się w kierunku ruin zamku Krzyżackiego. Przy okazji załapaliśmy się na kilka opowieści przewodnika oprowadzającego jakiegoś niemieckiego turystę wraz z kilkoma polskimi przyjaciółmi. W podziemiach obejrzeliśmy makietę zamku, aby mieć lepszy pogląd jak owa forteca wyglądała w czasach swej świetności. Dziś już niestety spora cześć zamku nie istnieje, a ma to związek z powstaniem antykrzyżackim jakie wybuchło tu w 1454 roku. Mieszczanie toruńscy szturmem wzięli zamek, a następnie niemal całkowicie go zburzyli. To co zachowało się do dnia dzisiejszego (resztki murów i komnaty), warte jest zobaczenia, choćby tylko ze względów historycznych.

Ruiny zamku krzyżackiego

Po obejrzeniu zamku postanowiliśmy pochodzić troszkę rynkowymi uliczkami, na których ruch był nie mniejszy niż w Poznaniu. Trasa naszej przechadzki, akurat zbiegła się z miejscem, w którym miał znajdować się sklep z płytami. Niestety, informacje w Internecie okazały się być już nieaktualne, ponieważ pod wskazanym adresem żadnego sklepu nie znaleźliśmy. Cóż, widać znak czasów. Przechadzając się uliczkami wokół rynku, natknęliśmy się za to na zegarmistrza, który zajmował się robieniem zegarów z płyt winylowych. Wyglądały całkiem fajnie, choć wolę wykorzystywać analogi w sposób do jakiego zostały stworzone. Jak się okazało i dla takich osób pan zegarmistrz coś przygotował. Przed wejściem stały dwa kartoniki z analogami. Nie oparłem się pokusie ich przewertowania. Niestety, w większości były to rzeczy mało interesujące. Jeśli już coś się trafiło jak choćby płyta Bryana Ferry, to okazało się, że jej stan jest opłakany. Nie zepsuło mi to jednak nastroju, bowiem starówka oferuje turystom naprawdę sporo atrakcji. Nawet nieudane zakupy schodzą na drugi plan. Zresztą parę dni później udałem się do Warszawy i nadrobiłem z nawiązką to co nie udało mi się w Toruniu.

Krzywa wieża

Wyjazd do Torunia nie mógłby zostać uznany za kompletny, gdybyśmy nie zaopatrzyli się w sławetne pierniki. Po wejściu do sklepu można było dostać zawrotu głowy od ich ilości, rodzajów jak i zapachów. Niestety, nie było zbyt dużo czasu na przebieranie wśród pierników, więc zdaliśmy się na intuicję. Zanim jednak udaliśmy się na dworzec kolejowy, odwiedziliśmy jeszcze w drodze powrotnej krzywą wieżę, aby przekonać się, że rzeczywiście jest ona krzywa. Byli nawet tacy, którzy próbowali mierzyć się z nią, stając plecami przy krzywiźnie, ale z grawitacją jeszcze nikt nie wygrał. My nie podjęliśmy wyzwania, gromadząc siły przed długą drogą do domu.

Jakub "Negative" Karczyński
 

21 sierpnia 2013

JESIENNA OFENSYWA KULTURALNA


Od kilku dni cieszę się zasłużonym urlopem. Wreszcie jest czas by wygodnie ułożyć się na kanapie, wziąć dobrą książkę i zagubić się miedzy gąszczem liter. Pogoda za oknem odpowiednia, a i w powietrzu czuć już zbliżającą się jesień. Czas więc przejrzeć regał z książkami i wytypować kilka pozycji umilających ten czas. Wiem, że nie każdy przepada za jesienią, ale dla mnie jest ona porą niezwykłą, wręcz magiczną. Zwłaszcza jej początek bywa naprawdę piękny. Bogactwo barw to pierwsze co rzuca się w oczy. Do tego swawolny wietrzyk zdmuchujący różnokolorowe listki z koron drzew, rozkłada przed nami dywan, zapraszający do przechadzki po tym urokliwym królestwie. I jak tu nie skorzystać z zaproszenia? Wirujące liście potrafią zauroczyć, a ostatnie promyki słońca grzeją jakoś tak najprzyjemniej. Czyż nie wspaniale jest pospacerować przy takiej pogodzie? Zdaję sobie sprawę, że taki stan rzeczy nie trwa zbyt długo i w zamian otrzymujemy deszcze, szare niebo i chłód, ale i tak rok rocznie cieszę się gdy nadchodzi jesień. Może to dlatego, że w tym czasie konsumpcja kultury jest najsmaczniejsza?

Ubiegłej jesieni zajrzałem na "Wichrowe wzgórza" Emily Bronte oraz nawiedziłem "Tajemniczy ogród" Francis Hodgson Burnett. W tym roku jesień będzie wyjątkowo mroczna za sprawą książek "Obserwatorzy spoza czasu" H.P. Lovecrafta i Augusta Derletha oraz "Koszmary i fantazje - listy i eseje" H.P. Lovecrafta. Przydałoby się też coś nieco bardziej optymistycznego, zanurzonego w klimacie jesieni, co rozjaśniłoby ten mrok. Jeżeli macie jakieś propozycje to chętnie się z nimi zapoznam. Napiszcie co wy zamierzacie przeczytać tej jesieni.

Muzyczne otwarcie jesieni zarezerwowałem dla Kate Bush. Nikt nie ma w swym dorobku tak pięknych i jesiennych płyt jak choćby "The Sensual World" (1989) czy "Never For Ever" (1980). Zresztą jak jej nie kojarzyć z tą porą roku skoro debiutowała utworem "Wuthering Heights" (Wichrowe wzgórza). Zachęcam do zapoznania się z jej twórczością zwłaszcza teraz, bo to najlepsza pora by rozsmakować się w tych dźwiękach.

Oprócz wyżej wymienionych płyt, raczyć będę się również zdobytym niedawno podwójnym albumem grupy Tindersticks "Something Rain/San Sebastian 2012" (2012). Dźwięki na nim zawarte powinny spodobać się miłośnikom talentu Nick'a Cave'a. To takie jesienne snuje, zaśpiewane równie jesiennym głosem. Tak samo dobre jak ciepły kocyk i gorąca herbatka w ponury dzień. Jeżeli lubicie takie nastrojowe klimaty to na pewno rozsmakujecie się w twórczości Tindersticks.

Od kilkunastu dni zagłębiam się także w drugi album The Eden House "Half Life" (2013). Czekałem na niego z wielką niecierpliwością, mając w pamięci ich debiut sprzed czterech lat. Już dziś mogę napisać, że krążek ten zawiera dwa absolutnie wspaniałe nagrania w postaci Butterflies oraz City Of Goodbyes. Aż nie sposób się od nich oderwać. Mógłbym ich słuchać raz za razem, ale trzeba też dać szansę innym utworom z tej płyty. Na jesienne wieczory będzie w sam raz.

Zza chmur właśnie wyjrzało słońce, znak to, że lato jeszcze nie powiedziało ostatniego słowa. Cieszmy się zatem jego promieniami, ale i pomyślmy o zrobieniu zapasów herbat owocowych, które to rozgrzewać nas będą już w najbliższych miesiącach. Zatroszczcie się także o płyty i książki, aby nadchodząca jesień upłynęła wam naprawdę miło. Z jesiennymi pozdrowieniami.

Jakub "Negative" Karczyński    

11 sierpnia 2013

FIELDS OF THE NEPHILIM - SZLAK GŁÓWNY I POBOCZA - część II

Powracamy do przerwanego wątku z dnia 2 czerwca 2013 roku, dotyczącego grup stworzonych przez byłych członków Fields Of The Nephilim oraz The Nephilim. Wkraczamy w nowe millenium, obfitujące w interesujące wydawnictwa i projekty. Szczegóły poniżej.

Last Rites

Wraz z wejściem w nowe stulecie, nastąpiło przebudzenie ze snu byłych muzyków Fields Of The Nephilim. Na przestrzeni dziesięciu lat powołano do życia, aż trzy nowe grupy, a także odkurzono stary szyld. Pierwsi sztandar podnieśli panowie Nod Wright, Paul Wright, Bob Ahern i James Quinn, którzy stworzyli zespół Last Rites. Połączyli oni gotycką stylistykę z muzyką industrialną. Efekt w postaci "Guided By Light" (2001) jest zaskakująco dobry i odświeżający formułę gotyckiego grania. Nie brak tu rytmów wprawiających w swoisty trans, ale i typowych zagrań charakterystycznych dla Fields Of The Nephilim.

Jeśli już o tej legendarnej kapeli mowa, to także ona powróciła z niebytu, choć chyba nie o taki powrót chodziło. Płyta "Fallen" (2002) nad którą prace rozpoczęły się w 1998 roku, miała być powrotem w wielkim stylu. Oprócz McCoy'a w tworzenie materiału zaangażowany był także Tony Pettitt. Niestety, tempo prac było tak powolne, a data premiery co rusz przesuwana w czasie, że wytwórnia Jungle Records ostatecznie straciła cierpliwość. Bez zgody Carla McCoy'a, postanowiła wydać to co zostało już zarejestrowane. Odbiło się to nie tylko na stosunkach z liderem, ale i na jakości materiału. Płytę "Fallen" wypełniły surowe wersje utworów, żeby nie powiedzieć szkice. Z całego albumu dopracowane były tylko dwa singlowe utwory - From The Fire oraz One More Nightmare (Trees Come Down AD). Tylko tyle i aż tyle. Na więcej trzeba było poczekać jeszcze trzy lata. 

Tymczasem w 2004 roku zmaterializował się zespół NFD, który to skrót należy odczytywać jako Noise For Destruction. W szeregach grupy znaleźli się Peter White, Simon Rippin, Tony Pettitt, Chris Milden oraz Stephen Carey. W tym składzie zarejestrowali trzy albumy, które to stanowią ważny wkład w muzykę malowaną barwami mroku. Debiutancki album "No Love Lost" (2004) może nie był jeszcze tym na co stać ten zespół, ale już tutaj pojawiły się przebłyski talentu. Mocne, dynamiczne dźwięki odwołujące się zarówno do grania spod znaku Sensorium jak i The Nephilim. Nie brak tu i spokojniejszych fragmentów jak choćby Hold On To The Life czy Lost Souls (Still I Remain), będący prawdziwą ozdobą tej bardzo solidnej lecz nie wybitnej płyty. Warto również zwrócić uwagę na utwór zamykający, w którym słychać echa macierzystej formacji Tony'ego Pettitta. Czyżby odezwała się tęsknota?


Po czterech latach oczekiwań pojawił się drugi album The Last Rites, zatytułowany "The Many Forms" (2005). Niestety trudno mi się wypowiadać na temat tego wydawnictwa, ponieważ go nie posiadam. Album jest bardzo trudny do zdobycia i chyba wręcz wyparował z rynku. Nie dysponuje nim ani Amazon, ani eBay. Jedyna możliwość zapoznania się z jego zawartością to You Tube. Wysłuchawszy kilku fragmentów mogę napisać, że materiał nieco się różni od debiutanckiego. Zamiast transu i brzmień industrialnych słychać tu elektroniczne wstawki, tworzące klimat i wprowadzające pewien niepokój. Na bardziej szczegółowe oceny przyjdzie czas, gdy uda zdobyć mi się ten album.

Największym zaskoczeniem 2005 roku, okazał się album "Mourning Sun", który to przywrócił do życia szyld Fields Of The Nephilim. Nie bez powodu posłużyłem się tu słowem szyld, bowiem z oryginalnego składu pozostał tylko Carl McCoy. Reszta muzyków określona jest tajemniczo jako The Nephilim. Wyjątek stanowi bezimienny 'Capachino' Carter odpowiedzialny z bębny, gitary i bas. Czyżby ciężar stworzenia tego albumu spoczywał tylko na barkach tego duetu? Jakakolwiek jest odpowiedź, trzeba przyznać, że "Mourning Sun" to dzieło nad wyraz udane. Tak mocnego powrotu chyba nikt się nie spodziewał. Owszem, nie wszystkim przypadły te dźwięki do gustu, ale to już nie mój problem. Tylko głuchy nie padłby na kolana przed takimi utworami jak New Gold Dawn, czy fenomenalnymi wręcz kompozycjami jak She oraz Mourning Sun. Płyta okazała się być niezwykle przemyślana, wypełniona znakomitymi dźwiękami, a do tego brzmiąca naprawdę potężnie i przestrzennie. Melancholia i mrok aż rozrywają człowiekowi serce. Wielki szaman powrócił w pięknym stylu i pokazał kto tu naprawdę rozdaje karty. Na takie albumy można czekać i piętnaście lat, bo tyle dokładnie upłynęło od czasu wydania płyty "Elizium".

Na odpowiedź nie trzeba było długo czekać. Drugi krążek NFD zatytułowany "Dead Pool Rising" (2006), okazał się być niezwykle interesujący i bijący na głowę debiut sprzed pięciu lat. Dopracowany pod względem muzycznym, nie zawierał właściwie ani jednego zbędnego nagrania. Każde czymś przyciąga i intryguje, dlatego też nie podaję tytułów konkretnych utworów, bo cały album trzyma wysoki poziom. Jest to moja ulubiona płyta NFD, do której powracam z największą przyjemnością i którą serdecznie polecam.


Zaledwie dwa lata później na rynku pojawił się kolejny album NFD. Płyta "Deeper Visions" (2008) wygląda bardziej na mini album, niż na pełnoprawny krążek i tak też jest zaklasyfikowany. Zawiera sześć premierowych utworów oraz dwa remiksy. Poza tym mamy dostęp do kilku klipów, które jeszcze bardziej podnoszą wartość tego wydawnictwa. A jak prezentuje się sama muzyka? Już otwierające nagranie nie pozostawia wątpliwości, że pomysły się panom nie wyczerpały. Dynamiczny i przebojowy When The Sun Dies to wręcz wymarzony początek albumu, ale i swego rodzaju przekleństwo. Trudno bowiem uniknąć rozczarowań, gdy reszta płyty nie trzyma równie wysokiego poziomu. Na szczęście jest tu jeszcze kilka mocnych fragmentów jak choćby The Unforgiven czy Senses Alive, które ratują zespół przed tego typu pułapką. Finał w postaci Never Let This Die rozwiewa wszystkie wątpliwości i zaostrza apetyt na kolejne albumy. Czy się doczekamy? Trudno powiedzieć.

Sytuację pokomplikował fakt powołania do życia kolejnej grupy, a w zasadzie chyba projektu. Trzon zespołu stanowi Tony Pettitt oraz Steven Carey, a składu dopełniają prawdziwe gwiazdy mrocznego grania. Wymienię tylko Julianne Regan (ex All About Eve), Monicę Richards (Faith And The Muse), Petera Yates (ex Fields Of The Nephilim), Paula i Noda Wright (ex Fields Of The Nephilim, Last Rites) a to przecież zaledwie część projektu The Eden House. Nazwiska robią wrażenie, ale nie są gwarancją stworzenia materiału godnego ich pozycji. Jaka jest więc płyta "Smoke & Mirrors" (2009), stworzona przez ten zacny dwór? Nad wyraz udana, emocjonalna i trafiająca w serce. Trudno przejść obojętnie obok takich dźwięków jak All My Love, a już szczególnie wielkie wrażenie robi utwór Fire For You. Klasa sama w sobie, o jakiej wielu może tylko pomarzyć. Kwintesencja piękna zamknięta w dziesięciu zróżnicowanych, ale jakże pięknych nagraniach. Czego więcej chcieć? Fantastyczny album dla każdego, kto posiada serce na właściwym miejscu. Romantycy wszystkich krajów łączcie się. 
W oczekiwaniu na kolejny album, grupa przygotowała dwa mini albumy. Pierwszy z coverami - "The Looking Glass" (2010) oraz drugi - "Timeflows" (2012), na którym znalazło się pięć premierowych nagrań. W 2013 roku pojawił się wreszcie drugi album zatytułowany "Half-Life". O jego zawartości poinformuję, gdy przesyłka trafi w moje ręce. 

Kończymy już opowieść o krętych drogach Nephilimów. Mam nadzieję, że udało mi się rzucić trochę światła na historię grup i projektów powiązanych z grupą Fields Of The Nephilim oraz The Nephilim. Jak widać karty są sukcesywnie zapisywane, więc w przyszłości możemy spodziewać się kolejnych pięknych albumów tworzących następne rozdziały tejże księgi. Polecam nadstawić ucha, aby nic nie umknęło naszej uwadze.


Jakub "Negative" Karczyński