29 grudnia 2021

BAUHAUS UNDEAD

Kevin Haskins "Bauhaus Undead"

 Oto książka, która nie dawała mi spać. Nękała samą świadomością swego istnienia a na dodatek rozpalała wyobraźnie do czerwoności bowiem jej zawartość pozostawała w dużej mierze tajemnicą. Do tego wszystkiego dochodziła jeszcze cena, która także miała swoją konkretną wagę. Wszystkie te aspekty złożyły się na to, że od pewnego czasu chodziłem jak struty myśląc co tu zrobić, aby wejść w posiadanie tej pozycji. Przejrzałem zawartość swojej biblioteczki oraz płytoteki i wytypowałem kilka rzeczy, z którymi gotów byłem się rozstać bez żalu. Traf chciał, że pozycje z domowego księgozbioru okazały się na tyle wartościowe, że właściwie sfinansowały mi niemal w stu procentach album "Bauhaus Undead". Można więc powiedzieć, że książki ufundowały książkę. Album o grupie Bauhaus to 400 stronicowa kniga pełna fotografii, rękopisów, historii i wspomnień przygotowana przez jednego z członków zespołu. Kevin Haskins bo o nim mowa w Bauhausie odpowiadał za instrumenty perkusyjne. Znęcał się też nad talerzami w takich grupach jak Love And Rockets, Tones On Tail i kilku innych pomniejszych projektach. Sam nie zdecydował się na karierę solową, ale szczęśliwie dla nas podjął się próby udokumentowania historii zespołu, który przyniósł mu największą rozpoznawalność. "Bauhaus Undead" to rzecz z gatunku "must have" jeśli interesujesz się nie tylko dokonaniami grupy, ale i muzyką z tego gatunku. Album zawiera wiele unikatowych fotografii, które obrazują Bauhaus zarówno podczas koncertów, pracy w studio jak i w sferze nieco bardziej prywatnej. Wszystko to wydane jest w bardzo estetycznej formie i jak przystało na sztukę z dbałością o każdy choćby najmniejszy detal. Zobaczcie zresztą sami.

Kevin Haskins "Bauhaus Undead"

Kevin Haskins "Bauhaus Undead"

Kevin Haskins "Bauhaus Undead"

Kevin Haskins "Bauhaus Undead"

Kevin Haskins "Bauhaus Undead"

Kevin Haskins "Bauhaus Undead"

 

Jakub Karczyński

 

PS Jako ciekawostkę dodam, że na ostatniej stronie mam odciski palców. Ciekawe, być może należą do samego Kevina, a może po prostu to ślady nieostrożnego drukarza. Na swój własny użytek przyjmuję jednak wariant pierwszy.

24 grudnia 2021

KARUZELA DOBRYCH MYŚLI


W związku ze świętami Bożego Narodzenia chciałbym życzyć Wam Drodzy Czytelnicy, abyście te nadchodzące dni spędzili w gronie najbliższych ludzi, w oczach których dojrzycie jedynie życzliwość. Niech to co złe zostanie za nami, a kręte drogi naszych rodzinnych relacji (jeśli takowe macie) niechaj znów staną się proste. Życzmy sobie także, aby świat znów wskoczył na właściwe tory tak w kwestii pandemii jak i polityki. Nie zawracajmy sobie jednak nią głowy przy świątecznym stole, bo przecież jest tyle ważniejszych spraw i ciekawszych tematów do poruszenia. Posłuchajmy pięknej muzyki, nie tylko tej świątecznej, ale też tej zwyczajnej, w której również zawiera się sporo magii.

Mam nadzieję, że słowa te zastają Was w dobrym zdrowiu. Liczę na to, że będzie ono Wam dopisywać także i w przyszłym roku. Dbajcie o siebie oraz swych najbliższych i miejcie w głowach tylko piękne myśli. Nie zapominajcie także o uśmiechu bo czasem drobny gest może odmienić komuś dzień. Wesołych Świąt.


Jakub Karczyński

23 grudnia 2021

RETRO NOSTALGIA


Mam to szczęście, że wychowałem się jeszcze w świecie bez internetu, dzięki czemu zaznałem uroków analogowego życia jakby to dziś można powiedzieć. Funkcjonowałem w rzeczywistości kaset magnetofonowych, płyt CD, stacjonarnych sklepów muzycznych, komiksów TM-Semic, gum Turbo, oranżady w woreczkach oraz fanzinów tworzonych przez pasjonatów z różnych dziedzin. Muzyczne fanziny pisały o tym, o czym nie można było przeczytać w prasie. Eksplorowały takie muzyczne głębiny, na które mało kto odważał się zejść. Dziś ich miejsce zajęły blogi między innymi taki jak mój. Niemniej czasami łapię się na tym, że nieco tęsknię do tych czasów, gdzie o wszystko trzeba było się postarać. Nic nie przychodziło łatwo, ale za to jak już przyszło to człowiek traktował to jakby odkopał św. Graala. Czy ktoś pamięta jeszcze drukowane katalogi, z których zamawiało się płyty? To był dopiero kosmos. Taki internet na papierze. Przeglądało się kolorowe okładki płyt i syciło oczy bo wszystko było takie nowe i fascynujące. Płyty zamawiało się na czuja bazując w dużej mierze na okładce i krótkiej charakterystyce gatunkowej umieszczonej pod każdym tytułem bo przecież nie można było sobie ich odsłuchać.  Opłacało się takie zamówienie na poczcie poprzez przekaz pocztowy i czekało się niecierpliwie na listonosza. Takie to właśnie były czasy, gdy katalogi płytowe czy zwykłe kserowane fanziny urastały często do roli czegoś niebywałego. Chłonęło się z nich zdjęcia oraz informacje i nasiąkało nimi niczym gąbka. Z tych partyzanckich czasów pozostało mi trochę fanzinów, książeczki z tłumaczeniami tekstów piosenek oraz jedna płyta w postaci albumu "Prelude To A Sentimental Journey" (2000) Cemetery Of Scream. Dawno jej nie słuchałem choć do dziś bardzo ją lubię. Opleciona wspomnieniami pozostaje piękną pamiątką tamtych czasów.

Idea DIY (Do it yourself) zapoczątkowana przez ruch punk wydała piękne plony, ale pamiętać o tym będą tylko ludzie, którzy byli w centrum tych wydarzeń bowiem chyba do dziś nikt w naszym kraju profesjonalnie nie opisał zjawiska jakim były fanziny. Szkoda bo to temat niezwykle ciekawy, ale i nastręczający sporo problemów jak choćby brak fachowej literatury, do której można by się było odwołać. Iście syzyfowa praca, ale może znajdzie się ktoś odważny kto ruszy z tą motyką na słońce.


Jakub Karczyński

15 grudnia 2021

DIABEŁ TKWI W SZCZEGÓŁACH


Normalny słuchacz gdy kupuje płytę to nabywa ją raz i na tym sprawa się zwykle kończy. Czasem decyduje się na jej ponowny zakup, gdy pojawia się jakieś wydanie rocznicowe, wzbogacone o dodatkowe nagrania. W przypadku kolekcjonerów płyt sprawa wygląda nieco inaczej. Ich zbiory pełne są zdublowanych albumów, które dla zwykłego zjadacza chleba będą niepotrzebnym wydatkiem i zbędnym zagracaniem półek. Jednakże jeśli dobrze by się zagłębić w temat szybko okaże się, że płyta płycie nie równa. Aby nie być gołosłownym posłużę się przykładem płyty "Pandemonium" (1994) grupy Killing Joke. Przed kilkoma dniami udało mi się pozyskać, a właściwie odzyskać album w wersji wydanej przez ZOO Entertainment/BMG, której kiedyś się nieopatrznie pozbyłem. Ta edycja charakteryzuje się fioletowym nadrukiem na płycie. Posłałem ją w świat z chwilą zakupienia remastera z 2005 roku, ale po pewnym czasie zrozumiałem swój błąd. Próbując go naprawić zakupiłem przed kilkom laty starą edycję, ale okazało się, że to zupełnie inne wydanie bowiem nadruk na płycie wydanej przez Butterfly Recordings/Rough Trade był granatowo żółty. Trochę gryzło mi się to kolorem poligrafii więc sukces był połowiczny. Gdy zestawiłem ze sobą obie edycje okazało się, że nawet okładki się różnią począwszy od wyrazistości liter, a skończywszy na kadrowaniu. Obraz z okładki dla Butterfly Recordings/Rough Trade jest większy, ale większy nie znaczy lepszy. W mojej ocenie okładka dla ZOO Entertainment/BMG wypada dużo lepiej choćby ze względu na fakt wyrazistości kolorów oraz spójności w doborze barw. Oceńcie zresztą sami.

ZOO Entertainment/BMG

Butterfly Recordings/Rough Trade

Największe kuriozum o jakim usłyszałem to reedycja tej płyty dokonana w 2020 roku gdzie na przodzie okładki zamieszczono napis "front cover", a z tyłu "back cover". Tak na wypadek, gdyby ktoś miał wątpliwości. 

Jak widzicie diabeł tkwi w szczegółach.

 

Jakub Karczyński

03 grudnia 2021

KWIATY NA PUSTYNI


Co za wiadomość. Właśnie dziś (01.12.2021) gruchnęła informacja, że 30 kwietnia do Poznania zawita Clan Of Xymox. Aż chciałoby się powiedzieć, że czas wielki. Dziwię się, że do tej pory nikt nie potrafił wykorzystać koncertowego potencjału drzemiącego w stolicy Wielkopolski. Lokalizacja na trasie Berlin - Poznań - Warszawa czyni ją wymarzonym miejscem do międzynarodowych widowisk. Czemu zatem coś co powinno być oazą zmieniło się w pustynię? Być może problemem jest brak odpowiedniej sali koncertowej, a może problem tkwi w organizatorach. Cieszę się, że agencja Winiary Bookings wywodząca się nomen omen z Poznania, próbuje w jakiś sposób odczarować tę koncertową pustynię. Dzięki jej działaniom udało się wreszcie sprowadzić Clan Of Xymox do Poznania. Dodam, że są oni też odpowiedzialni za szereg koncertów w całej Polsce i to nie byle jakich artystów. Zapamiętajcie sobie tę nazwę bo jeszcze niejednokrotnie się z nią spotkacie. A tak na marginesie dodam, że jednym z filarów tej agencji jest syn mojego dobrego znajomego. Jak tak obserwuję sobie jego poczynania to ręce same składają się do oklasków. W dość krótkim czasie wyrośli na liczącego się gracza w kwestii koncertów. Trzymam za nich kciuki i życzę im dalszych sukcesów.

Żeby nie było, że na blogu dominuje ostatnio wyłącznie temat Clan Of Xymox to pochwalę się, że we wtorek (30.11.) dotarła wreszcie płyta Handful Of Snowdrops, o której pisałem w jednym z poprzednich postów. Przebycie drogi z Kanady do Polski zajęło jej blisko miesiąc. Gdyby dodać do tego czas oczekiwania na jej wyprodukowanie to jak nic zebrałoby się pół roku. Warto było jednak uzbroić się w cierpliwość bo nie dość, że otrzymaliśmy wzbogaconą edycję płyty "Dans l'Oeil de la Tempete" (1991) to jeszcze jej mikroskopijny nakład dodatkowo podnosi jej rangę. Album wydano zaledwie w stu kopiach, z czego dwie trafiły do Polski. O tylu przynajmniej wiem. Już dziś śmiało można zatem powiedzieć, że to prawdziwy biały kruk, który będzie tylko zyskiwał na wartości. Nie to jest jednak najważniejsze, bo przecież pieniądze raz są, a raz ich nie ma, a emocje, wrażenia i muzyka zostają z nami na całe życie. I tego się trzymajmy.

Jakub Karczyński

28 listopada 2021

OSTATNI AKORD CLAN OF XYMOX


Wszystko już jasne. Karty odkryte przynajmniej jeśli chodzi o koncert Clan Of Xymox w stolicy Dolnego Śląska. Tak jak przewidywałem, repertuar oparty był nie na nowej płycie jak można by przypuszczać, a na utworach z bliższej jak i dalszej przeszłości. Zapewne taki stan rzeczy ucieszył większość zgromadzonych, ja jednak po cichu liczyłem na kilka fragmentów płyty "Limbo". Nic to, miejmy nadzieję, że kolejne trasy koncertowe będą już bogatsze o kilka nagrań z tej płyty. Nie ma jednak co narzekać bo koncert w Starym Klasztorze był o wiele lepszy niż ten, który zespół zagrał przed bodajże rokiem w sali A5. I żeby była jasność, winę za taki stan rzeczy trzeba złożyć na barki miejsca, w którym to odbywał się ten koncert. Sala A5 akustykę ma raczej średnią, a przy głośniejszych fragmentach w uszach słuchaczy pojawia się pisk. Tak było na Clan Of Xymox, tak też było na Fields Of The Nephilim. Dobrze, że tym razem zorganizowano ten występ w Sali Gotyckiej bo to wręcz wymarzone miejsce dla takiej muzyki. Dźwięk perfekcyjny, światła bez zarzutu no i publika, która tego wieczora szczelnie wypełniła to miejsce. Gdy tam przybyliśmy nie wiedziałem, że to ostatni koncert Clan Of Xymox w tym roku. Dowiedziałem się o tym dopiero podczas występu, co ogromnie mnie ucieszyło bo zwykle są to występy będące taką wisienką na torcie. Tak też było i tym razem. Zespół dał z siebie wszystko by publiczność opuszczając przytulne mury Starego Klasztoru nie czuła się rozczarowana. Repertuar koncertowy był niemal identyczny jak ten, który zaprezentowali w A5 z kilkoma drobnymi wyjątkami. Otóż z nowej płyty poza utworem No Tomorrow pojawił się także Lockdown zagrany już na bis. Pełna rozpiska dostępna jest pod wpisem stąd też ograniczę się bardziej do moich wrażeń i przemyśleń niż do relacjonowania koncertu krok po kroku. Nie miałoby to większego sensu bowiem tak jak już wspomniałem repertuar obu koncertów był bardzo zbliżony. Różnica polegała na innej kolejności utworów, ilości kompozycji oraz rzecz jasna na kilku repertuarowych niuansach. I tak w sali A5 grupa zaprezentowała siedemnaście kompozycji z czego nagrania Leave Me Be, Cry In The Wind, Farewell wypadły z koncertowej rozpiski w Starym Klasztorze. Najbardziej żal mi Cry In The Wind, ale nie ma co rozpaczać bowiem tego wieczora zespół uraczył nas aż dwudziestoma utworami. Poza wspomnianymi dwoma akcentami z płyty "Limbo" mogliśmy też posłuchać takich kompozycji jak Your Kiss z płyty "Days Of Black" (2017), a z albumu "Spider On The Wall" wybrzmiały nagrania All I Ever Know, Lovers oraz utwór tytułowy. I choć repertuar nijak miał się do mojej set listy marzeń to i tak świetnie się bawiłem. Być może wpływ na to miało doskonałe miejsce w jakim się ulokowaliśmy bowiem koncert przyszło nam oglądać z balkonu siedząc sobie wygodnie na krzesełkach. Dźwięk, który tam docierał był selektywny i perfekcyjnie wypełniał tę niewielką przestrzeń. Nie pozostawało nam więc nic innego jak tylko delektować się muzyką.

Nie byłbym sobą gdybym nie zajrzał na stanowisko z płytami i gadżetami, które to Clan Of Xymox przywiozło ze sobą do Wrocławia. Niestety z płyt CD miałem już praktycznie wszystko. Po cichu liczyłem, że uda mi się kupić tam dwupłytowe wznowienie płyty "Twist Of Shadows", ale niestety nie było jej tego wieczora wśród wystawionych albumów. Zaintrygowało mnie jednak coś innego. Pośród asortymentu dostrzegłem płytę winylową, która to była dla mnie kompletną zagadką. Nazywała się Aleatory Chaos - Third Chapter. Po bliższym zapoznaniu się z opisem dowiedziałem się, że to czteroutworowa składanka, limitowana zaledwie do trzystu kopii. Znaleźć na niej można wersję demo utworu No Words podpisaną skróconą nazwą Xymox, która to następnie trafiła na płytę "Subsequent Pleasures" (1983). Pozostałe trzy nagrania sprokurowały Vacant Stares, Oby Wolf i Abu Nein. Nazwy te były mi absolutnie obce, ale nie stanowiło to dla mnie większego problemu bowiem lubię odkrywać nowe zespoły. Postanowiłem więc nabyć tego winyla. Jeszcze chwila namysłu, a obszedłbym się smakiem bowiem była to ostatnia sztuka. Niemal natychmiast po uiszczeniu zapłaty podszedł do mnie ktoś by obejrzeć tego winyla i pogratulował zakupu. W głosie pobrzmiewał jednak zawód. Doskonale go rozumiem bo i mnie zdarzyła się podobna sytuacja, której do dziś nie mogę odżałować. Zbyt długi namysł może nas w przyszłości sporo kosztować, zwłaszcza jeśli są to tak limitowane wydawnictwa, które znikają z rynku w tempie błyskawicznym. Bądźcie więc czujni by okazja nie przeszła Wam koło nosa.

Jakub Karczyński

 

SETLISTA - CLAN OF XYMOX - WROCŁAW - 20.11.2021 - STARY KLASZTOR

01. Strangers
02. Your Kiss
03. No Tomorrow
04. Emily
05. All I Ever Know
06. Lovers
07. Loneliness
08. Spider on the Wall
09. Louise
10. She
11. A Day
---
12. Hail Mary
13. Jasmine & Rose
14. Lockdown
---
15. This World
16. In Love We Trust
17. Going Round
---
18. Musoviet Mosquito
19. Obsession
20. Backdoor

12 listopada 2021

TROPEM CLAN OF XYMOX


Dwudziestego listopada do Wrocławia zawita grupa Clan Of Xymox, która to przyjedzie promować swój najnowszy album "Limbo". Jako że jest to niezwykle udane wydawnictwo nie mogłem sobie odmówić przyjemności zobaczenia ich na żywo. Byłby to mój drugi koncert Clan Of Xymox, który nota bene znów przyjdzie mi oglądać w stolicy Dolnego Śląska. Liczę na to, że tym razem skład uzupełni Mojca Zugna, której to zabrakło poprzednim razem. 

Ciekawi mnie jak będzie wyglądał repertuar tego koncertu. Czy będzie on oparty w dużej mierze na nowych nagraniach czy może powędrujemy w przeszłość i powspominamy sobie stare dzieje. Z nowej płyty najbardziej chciałbym usłyszeć zwłaszcza takie kompozycje jak The Great Reset, Forgotten, No Way Out, In Control czy Dystopia. Niestety przeglądając rozpiskę z koncertu w Gdańsku widzę, że pojawiło się tam tylko jedno nagranie z tej płyty. Jeśli taki scenariusz powtórzy się we Wrocławiu będę nieco niepocieszony. Wiem, że każdy fan Clan Of Xymox marzy o tym by na koncercie pojawiło się coś z dwóch pierwszych płyt, na co też rzecz jasna liczę, ale dla osób czytających "Czarne słońca" nie powinno być zaskoczeniem, że najbardziej wyczekuję dźwięków z płyty "Twist Of Shadows" (1989). Podczas ostatniej wyprawy do Wrocławia ze sceny popłynęło genialne Obsession i chyba na wiele więcej nie ma co liczyć. Szkoda bo przecież album ten obfitował w świetne utwory, które z pewnością wzbogaciłyby koncert.

Analizując sobie rozpiski utworów, które pojawiały się w ostatnim czasie na trasie grupy jasno widać, że kręgosłup repertuarowy jest ustawiony dość sztywno. Zmienia się tylko kolejność utworów choć nie brakuje też miast, gdzie program wygląda nieco bardziej interesująco. Wiem, że dla zespołów łatwiej jest zbudować sobie stałą bazę utworów i dokonywać niewielkich korekt, ale wpływa to niestety na atrakcyjność koncertów, które stają się przez to dość przewidywalnie. Miejmy nadzieję, że poza tą żelazną klasyką pojawi się też kilka zaskoczeń. Gdyby to ode mnie zależało ułożyłbym setlistę w oparciu o te kompozycje:

Cry In The Wind

Equal Ways

Theme I

Medusa

Back Door

Obsession

Blind Hearts

A Million Things

In The City

Phonix Of My Heart/Wild Thing

At The End Of The Day

Wild Is The Wind

Jasmine And Rose

Eternally

Be My Friend

Sea Of Doubt

Morning Glow

Tears Ago

The Climate Changed

Love's On Diet

The Great Reset 

Forgotten

Dystopia

To byłoby spełnienie moich koncertowych marzeń jeśli chodzi o koncert Clan Of Xymox, ale wiem, że na taką set listę nie ma nawet co liczyć. Pozostaje zadowolić się tym co będzie i czerpać z tego koncertu jak najwięcej przyjemności. Cokolwiek by się nie pojawiło, cieszę się, że oto znów będę mógł stanąć oko w oko z jednym z moich ukochanych zespołów.

 

Jakub Karczyński

05 listopada 2021

30 LAT MINĘŁO

foto: Jean-Pierre Mercier

Nie wiem czy znacie lub pamiętacie twórczość takiego kanadyjskiego zespołu Handful Of Snowdrops. Pisałem o nich kilkukrotnie na łamach "Czarnych słońc" czy to przy okazji ukazywania się nowych płyt jak i też za sprawą zakupu starszych pozycji jak choćby "Dans l'Oeil de la Tempete" (1991). Co spostrzegawczy czytelnik zauważył pewnie, że oto w tym roku przyszło tej płycie świętować swoje trzydziestolecie i w związku z tym Jean-Pierre Mercier wpadł na pomysł by wydać go ponownie wzbogacając album o dodatkowe treści. Od pomysłu do realizacji długa droga, na której to co i rusz pojawiają się wyboje. Pierwszym problemem była kwestia pieniędzy. Nauczony jednak doświadczeniem zdobytym przy wydawaniu swych ostatnich płyt, Jean-Pierre postanowił zwrócić się do swych fanów i wydać ten album pod warunkiem, że znajdzie się odpowiednio dużo chętnych, którzy sfinansują ten projekt. Oczywiście i tym razem fani stanęli na wysokości zadania. Zebranie potrzebnej kwoty poszło niezwykle sprawnie, dzięki czemu Jean-Pierre mógł puścić machinę w ruch. Na efekty trzeba było jednak poczekać około pięciu miesięcy jednak czego jak czego, ale cierpliwości to mi nie brakuje. Dorzuciłem więc swoje trzy grosze, namówiłem znajomego i w ten oto sposób staliśmy się posiadaczami tej jedynej w swoim rodzaju edycji genialnej płyty "Dans l'Oeil de la Tempete". Co prawda jeszcze do nas nie dotarła, ale spodziewamy się ją otrzymać najdalej za tydzień. Do tego czasu mogę nastawić sobie stary egzemplarz, który to jest prawdziwą dumą mej kolekcji.  

Jeśli przegapiliście okazję by zamówić sobie ten album to informuję, że w planach jest też wydanie jedynej płyty, która to nie miała jeszcze swojej fizycznej wersji. Mowa o następcy płyty "Noir" (2018) czyli albumie "Blanc". Wszelkie informacje polecam śledzić na facebookowym profilu grupy, wtedy z pewnością nic Wam nie umknie.

A tak prezentuje się reedycja płyty "Dans l'Oeil de la Tempete".

foto: Jean-Pierre Mercier

 

A to już zapakowane koperty dla wszystkich tych szczęśliwców, którzy sfinansowali wydanie tej płyty. Szymon, jak myślisz, które to te nasze?

foto: Jean-Pierre Mercier


 
Jakub Karczyński

24 października 2021

KIERUNEK BENELUX


Zachorowałem. Zachorowałem na punkcie wydawnictw Factory Benelux, sublabelu Les Disques du Crépuscule powiązanego z Factory Records jak i płyt z katalogu LTM, która to jest w dużej mierze spadkobiercą dorobku wszystkich wymienionych wytwórni. Odkrywam w ten sposób nieznane mi wcześniej zespoły w rodzaju Crispy Ambulance, Surprize czy Minny Pops. A to zaledwie wierzchołek góry bo przecież w katalogach tych wytwórni znajdziecie takie cuda jak choćby Durutti Column, The Names, Section 25, Tuxedomoon, A Certain Ratio czy The Wake. Jeżeli żadna z tych nazw nic Wam nie mówi, to czym prędzej nadrabiajcie zaległości. Szczególnie polecam The Names, które to zasługuje na lepsze miejsce w historii muzyki, niż to które im przypadło. Pisałem już o nich we wpisie "Skarby Beneluxu" więc dziś tylko przypominam tę nazwę. Polecam zagłębić się w ich w muzykę. Ja już tę lekcję mam za sobą. Jeśli chodzi o Durutti Column to już chyba zawsze będzie kojarzyć mi się ze szczęściem w nieszczęściu. Otóż kiedyś zamówiłem sobie płytę "Obey The Time" (1990) wraz z kilkoma książeczkami dla córki. Odbiór miał być w paczkomacie. Wyczekiwałem niecierpliwie tej przesyłki więc gdy tylko dostałem powiadomienie czym prędzej udałem się we wskazane miejsce. Po otwarciu skrzynki okazało się, że przesyłka jest otwarta i brakuje w niej kilku książek. Co ciekawe złodziej zostawił w niej zamówioną płytę. Czyżby nie lubił Durutti Column? No cóż, jego strata. Album okazał się być fantastyczny i jak mniemam nie jest to mój ostatni kontakt z dorobkiem grupy. Póki co jednak z głośników dobywają się dźwięki z płyty "In Movimento" grupy Surprize. Ten album to właściwie zbiór, na który składają się mini album "In Movimento"1984), EP-ka "The Secret Lies In Rythm" (1982) jak i 12 calowy singiel. Album powinien spodobać się wszystkim tym, którzy w muzyce cenią sobie nieszablonowość. Moje pierwsze skojarzenia biegną w kierunku tego co w swej muzyce robili Talking Heads i nie jest to bynajmniej fałszywy trop. Zagłębiając się w zawartość książeczki dołączonej do płyty dowiemy się, że grupa w początkach swej działalności łączyła muzykę punk z reggae dodając z czasem elementy ska. Wśród swych ówczesnych inspiracji wymieniają funk z lat siedemdziesiątych jak i muzykę afrykańską. Prawdziwym punktem zwrotnym okazały się jednak płyty Eno/Byrne "My Life In The Bush Of Ghost" (1981) jak i "Remain In Light" (1980) Talking Heads. To one poprzestawiały chłopakom parę klocków w głowie. Zresztą nie tylko im, ale to już temat na zupełnie inną opowieść.

 Jakub Karczyński

10 października 2021

PRZESŁUCHANIE 14

Powracamy do cyklu przesłuchanie, w którym to w krótkich, żołnierskich słowach recenzuję albumy, które godne są Waszych uszu jak i te, które takich zaszczytów niegodne są dostąpić. Dziś płyta z nieco innej muzycznej beczki.
 
FLIGHT BRIGADE - OUR FRIENDS OUR ENEMIES (2016)
 

Otrzymałem ten album od mojego bardzo dobrego kolegi jako prezent, a właściwie pamiątkę po jego wakacjach nad morzem. Jako muzyczni degeneraci, wymieniamy się co jakiś czas płytami, starając się jak najbardziej zaskoczyć drugą stronę swoim wyborem. Gust muzyczny mamy dość zbliżony więc wiemy co nam w duszach gra i na jaką ekstrawagancję stylistyczną możemy sobie pozwolić. Dodam tylko, że nikt z nas wcześniej nie słyszał o grupie Flight Brigade. Zakup tej płyty podyktowany był w dużej mierze jak mniemam przecudnej urody okładką, która obiecywała nuty osnute jesienną melancholią. Trop ten jednak nie do końca się sprawdził bo Flight Brigade momentami grają tak energetyczny indie rock, że aż trudno w miejscu wysiedzieć. Nagranie 39 Steps inicjujące ten album to wymarzony singiel przed którym fale eteru powinny pochylić swój grzbiet. Także Hurricane Season ma w sobie spory potencjał komercyjny. I gdy wydaje nam się, że z każdym kolejnym krokiem będziemy wchodzić wyżej i wyżej, płyta w połowie drogi traci nieco swój rezon. Szkoda, że sił wystarczyło tylko na połowę albumu, ale i tak warto nastawić uszu. Muzycznie bywa tu energicznie, czasem bardziej nastrojowo, a niekiedy nawet nieco progresywnie. W takim U Kill Me  brzmią jak Pure Reason Revolution z czasów swego debiutu, gdy próbowali odświeżyć skostniałą formułę rocka progresywanego. Jak widzicie, ten wielobarwny album może być dobrym pomysłem na jesienną szarzyznę. Momentami pobudza lepiej niż dobra kawa.
 
ocena: 6/10
 
Jakub Karczyński 

02 października 2021

MINIMAL COMPACT - THE FIGURE ONE CUTS (1987)

Lubię sklepy z używanymi płytami przede wszystkim za to, że mają w swojej ofercie sporo niebanalnych tytułów, których nie uświadczysz na półkach Empiku czy Media Markt. Tym właśnie zaskarbiły sobie moją sympatię. Podczas jednej z wizyt udało mi się wyszperać album "The Figure One Cuts" (1987) grupy Minimal Compact. Ten izraelski zespół będący zarazem najlepszą wizytówką swojego kraju odniósł sukces o jakim inni artyści z tamtego regionu świata mogą tylko pomarzyć. Mało tego, jego muzyka była popularna także w Polsce choć dziś rzucając w przestrzeń nazwę Minimal Compact raczej nie znajdziemy zrozumienia w oczach rozmówcy. Nie ma co się dziwić bo ostatni pełnoprawny album zespół wydał w 1987, a od tego czasu wiele się w muzycznym świecie pozmieniało. 


Płytę "The Figure One Cuts" zakupiłem niemal w ciemno mając w pamięci dobre opinie o ich twórczości z jakimi zetknąłem się kilka miesięcy wcześniej. Poprosiłem tylko o krótki odsłuch paru fragmentów, ale tak na dobrą sprawę już przy pierwszym utworze wiedziełem, że to muzyka z kręgu moich zainteresowań. Nie przypuszczałem jednak, że album ten dostarczy mi tyle niesamowitych doznań i odkryje przede mną nieznaną twarz muzyki post punk. To co wyróżnia dźwięki skrywające się pod szyldem Minimal Compact to przede wszystkim ten nieuchwytny pierwiastek sprawiający, że ich muzyki nie da się pomylić z żadną inną. Być może chodzi tu o umiejętne i zarazem subtelne wplecenie muzyki Bliskiego Wschodu w struktury mające swe korzenie na Wyspach Brytyjskich. Niby nic nowego, bo przecież w latach sześćdziesiątych kulturę Wschodu odkryli na swój użytek choćby The Beatles, ale w latach osiemdziesiątych taki mariaż nadawał grupie charakterystyczny rys, wyróżniający ich na tle innych zespołów. Nie bez znaczenia jest tu także niebanalny zmysł kompozytorski jak i fenomenalne wyczucie melodii. To, że płyty Minimal Compact nie są wymieniane jednym tchem wraz z innymi klasykami muzyki post punk, to jakieś wielkie nieporozumienie. Album "The Figure One Cuts" można śmiało ustawić obok najlepszych dzieł tego gatunku. Nie ma w tym ani krzty przesady bowiem jego zawartość jest po prostu doskonała. Nie za bardzo jest tu się do czego przyczepić więc zamiast wyszukiwać mankamenty lepiej dać się uwieść tej niezwykłej płycie. Osobiście najczęście powracam do takich nagrań jak  Inner Station, This Scent Of Love, Is It So? oraz New Clear Twist, którego tytuł jest dość sprytnym zapisem słowa nuclear. Zwłaszcza ta druga kompozycja wyrasta w moich oczach na niekwestionowaną perłę tego albumu. Ma w sobie ona to nieokreślone coś, co wyróżnia ją spośród reszty. Być może to ten niesamowity nastrój emanujący z refrenu, a może genialna motoryka sprawia, że This Scent Of Love zapadło mi tak głęboko w pamięć. W New Clear Twist urzekła mnie przede wszystkim partia trąbki, która niby gdzieś tam schowana w tle, a robi doskonałą robotę. Z kolei Is It So? wprowadza nastrój zadumy i melancholii. Idealna propozycja na ponurą jesień, która zapewne wkrótce zagości za naszymi oknami. Jeżeli szukacie jakiegoś odpowiedniego albumu na tę porę roku to polecam wziąć album "The Figure One Cuts" pod rozwagę. Nie jest to może stricte jesienna płyta, bo ma w sobie też nieco energii, ale kto powiedział, że jesień to tylko smutek i deszcz. Polecam więc odkryć dla siebie ten album niezależnie od pory roku.
 
Jeżeli nie mieliście jeszcze okazji zaznajomić się z dorobkiem Minimal Compact to tenże album może stanowić za doskonałe wprowadzenie. Nie przypuszczam by ktoś mógłby poczuć się rozczarowany jego zawartością. Mnie oczarował do tego stopnia, że już zaczynam rozglądać się za kolejnymi płytami. Jak widać u mnie sezon polowań trwa cały rok. Życzcie mi zatem kolejnych tak celnych strzałów.
 

Jakub Karczyński

 
PS Niesamowite jakie skarby skrywają w swoich wnętrzach niewielkie sklepy płytowe. Szkoda, że z każdym rokiem jest ich coraz mniej. Takie parszywe czasy. Cieszmy się więc tymi, które nam jeszcze pozostały. Gdyby nie takie miejsca, to mój portfel byłby uboższy conajmniej o kilkadziesiąt złotych. A tak, w cenie dwóch biletów do kina mam płytę, której wartość muzyczna jest niewspółmierna do ceny jaką przyszło mi za niego zapłacić. Jak widać nie zawsze trzeba zastawiać w lombardzie srebra rodowe by zakupić wymarzoną płytę. Czasem wystarczy mieć trochę szczęścia no i oczy szeroko otwarte.
 

16 września 2021

JAK KAMIEŃ W BUCIE


Płyty zacząłem kolekcjonować gdzieś tak w czasach licealnych. Nie pamiętam dokładnie momentu przejścia z kaset na srebrzyste dyski, ale musiało to być gdzieś w okolicach 2001 roku. Aż nie chce mi się wierzyć, że od tego momentu minęło już dwadzieścia lat. Jednak to nie o upływie czasu chciałem dziś napisać, a o płytach, których pozbyłem się lekkomyślnie na przestrzeni tych lat. Proces kształtowania kolekcji jest w moim przypadku dziełem zarówno nabywania jak i pozbywania się płyt. Uważam to za naturalne i zdrowe działania. W przeciwnym wypadku groziłby mi rozrost kolekcji do niebotycznych rozmiarów. Z tej też przyczyny pozbywam się części zbiorów by zrobić miejsce dla kolejnych albumów. Niekiedy decydowałem się zamienić starą edycję na rzecz remasterów co z perspektywy czasu uważam za błąd. Na szczęście dość szybko zaniechałem tego procederu. Niestety część płyt zdążyła już powędrować w świat. Odzyskiwanie ich zajęło mi nieco czasu. Były jednak takie albumy jak choćby "Join Hands" (1979) Siouxsie And The Banshees, którego brak uwierał mnie niczym kamień w bucie. Choć na półce posiadam remastera z dwoma dodatkowymi nagraniami to jednak to stare wydanie było jak wyrzut sumienia, którego nijak nie dało się zagłuszyć. Na szczęście od kilku dni nie muszę wsłuchiwać się w jego pojękiwania bowiem oto do kolekcji po wielu latach nieobecności powróciło wreszcie "Join Hands" w swej starej odsłonie. Cieszy mnie to tym bardziej, że płyta ta jest w doskonałym stanie. Słucham jej sobie już drugi dzień i jakoś tak dobrze rezonuje mi ona w uszach. Z ciekawości porównam sobie oba wydania bowiem przed laty gdy dokonywałem takowego sprawdzenia w przypadku debiutu Siouxsie And The Banshees miałem wrażenie, że stare edycje mają cieplejsze brzmienie podczas gdy remastery były bardziej surowe. Jeśli tak faktycznie jest to warto mieć na półce obie wersje. Tak dla spokoju duszy.

 

Jakub Karczyńśki

14 września 2021

BRACIA I SIOSTRY


Andrew Eldritch udzielił ostatnio długiego wywiadu dla portalu Louder, którego wartość kaloryczna jest raczej taka sobie. Oszczędzę Wam więc przedzierania się przez kolejne linijki tekstu i wycisnę z niego to co najistotniejsze. Zastrzegam jednak, że dużo tego soku nie będzie. Andrew potwierdził w zasadzie to co od dawna wszyscy wiedzieli czyli, że robi w życiu tylko to na co ma ochotę. Nie poddaje się żadnej zewnętrznej presji i naciskom stąd też dyskografia Sióstr wygląda jak wygląda. Andrew zapewnia, że nowy skład wniósł mnóstwo dobrej energii co przełożyło się też na nowe utwory. Jeśli zastanawiacie się czy dane nam będzie kiedyś ich posłuchać w domowym zaciszu czy wyłącznie na koncertach to już spieszę z odpowiedzią. Niestety muszę wygasić nadzieję, która zapewne zatliła się w Waszych sercach. Eldritch na pytanie o szanse na wydanie tego materiału jako singli, EP-ki czy też albumu odpowiedział, że od trzydziestu lat udziela tej samej odpowiedzi, która brzmi mnie więcej tak: nie mamy żadnych planów dotyczących nagrywania lub wydawania ponieważ nie musimy. Z wywiadu dowiemy się też jak wyglądała współpraca z Jimem Steinmanem, którego cenił nie tylko za produkcję muzyczną, ale i za niebywałą elokwencję. Płyta "Floodland" (1987) wiele mu zawdzięcza. Kto słuchał ten wie, że jego wkład jest nie do przecenienia. Krótko mówiąc Steinman wykonał kawał fantastycznej roboty. Ostatnio na Facebooku wyświetlił mi się pewien dowcip, który brzmiał mniej więcej tak: "gdy umiera goth jego głos dodawany jest do chóru śpiewającego intro do kompozycji This Corrosion The Sisters Of Mercy". Ciekawe czy rozbawiłby Jima. Tego już się nie dowiemy bowiem od 19 kwietnia Jima nie ma już wśród nas. Doceniony może czuć się też John Carpenter reżyser i muzyk, którego Eldritch uważa za pieprzonego geniusza. I to w zasadzie na tyle. Może warto jeszcze odnotować, że autor wywiadu Mark Andrews przygotowuje się do wydania książki o grupie The Sisters Of Mercy, która będzie zatytułowana "Paint My Name In Black And Gold: The Rise Of The Sisters Of Mercy". Zagorzałym fanom przyjdzie zapewne czytać ją w języku Szekspira bo nie sądzę by ktoś zaryzykował jej wydanie w języku polskim.

Osłodą tej posuchy wydawniczej może być dla fanów Sióstr wydawnictwo "BBC Sessions 1982 - 1984", które właśnie pojawiło się na rynku. Zawiera ono trzy radiowe sesje zarejestrowane dla potrzeb BBC w skład których wchodzą dwie sesje dla Johna Peela i jedna dla Davida "Kid" Jensena. Jak sądzę fanów nie trzeba specjalnie namawiać do zakupu bo na bezrybiu i rak ryba. Podziękowania składajcie jednak na ręce wytwórni Warner bo gdyby decydujący głos w tej sprawie należał do Eldritcha to pewnie nigdy byśmy nie ujrzeli tych nagrań.


Jakub Karczyński

11 września 2021

CLAN OF XYMOX - LIMBO (2021)


Clan Of Xymox to grupa, której nie trzeba specjalnie przedstawiać niemniej dziś jej gwiazda świeci nieco mniejszym blaskiem niż w czasach współpracy z 4AD. Przyczyną takiego stanu rzeczy nie jest jednak mniejsza aktywność grupy na polu koncertowym czy wydawniczym co raczej przemiany jakie dokonały się na rynku muzycznym na przestrzeni tych niemal czterdziestu lat. Nic już przecież nie jest takie same. Nawet wytwórnia 4AD kroczy dziś innymi ścieżkami niż przed laty, co dobitnie świadczy o tym, że świat ulega nieustannym przeobrażeniom. Zmiany te dokonują się na naszych oczach choć nie zawsze je dostrzegamy. Pewnych rzeczy jednak nie da się nie zauważyć jak choćby padnemii, która opanowała cały nasz glob. Temat ten jak się okazuje interesuje nie tylko dziennikarzy, ale i artystów, którzy również postanowili się z nim zmierzyć. 

Zdaję sobie sprawę, że w natłoku informacji o COVID-19 nie każdy chce słuchać o pandemii, ale zapewniam, że warto dać szansę temu albumowi. Początkowo nie zrobił on na mnie większego wrażenia, co więcej byłem nim nawet nieco rozczarowany. Jednakże nie daję szybko za wygraną, zwłaszcza jeśli chodzi o zespoły, które noszę od lat głęboko w sercu. Gdy tak zacząłem wgryzać się w ten materiał poczułem, że z każdym kolejnym przesłuchaniem zatapiam się w nim coraz głębiej i głębiej, a po początkowej obojętności nie ma już w zasadzie żadnego śladu. Podobnie miałem z płytą "A Matters Of Mind, Body And Soul" (2014), na której też nie od razu się poznałem. Musiało minąć nieco czasu bym zdał sobie sprawę, że oto trzymam w rękach jeden z piękniejszych albumów w dyskografii Clan Of Xymox. Tak też jest w przypadku "Limbo", które niezwykle wysoko podniosło poprzeczkę swemu następcy. Próżno szukać tu jakiegoś słabego punktu. Płyta prezentuje niezwykle równy poziom i co ważne ma w końcu to piękne, miekkie syntezatorowe brzmienie, którego niejednokrotnie tak mi brakowało. Widać, że nabrali wiatru w żagle i obrali właściwy kurs, dzięki czemu możemy już dziś wciągnąć album "Limbo" na listę najlepszych płyt tego roku. Nie ma sensu silić się na typowanie najlepszych nagrań bo w przypadku takich płyt najlepiej słuchać jej od pierwszej do ostatniej sekundy. Tylko tak docenicie jej kunszt. Wspomnę jednakże o kilku kompozycjach, które to z różnych względów trzymam bliżej serca. Pierwszą z nich jest Brave New World, które to szczególnie przypadło do gustu mojej żonie. Ta przebojowa kompozycja świetnie sprawdzi się tak na muzycznych parkietach jak i przy usypianiu dzieci. Tak, u nas w domu do poduszki zamiast dziecięcych kołysanek serwujemy nowe Clan Of Xymox. Nie znaczy to jednak, że przy odsłuchu płyty zaśniecie z nudów. Co to, to nie. Bogactwo nastrojów muzycznych jak i zróżnicowane tempa nagrań powinny zapewnić Wam wiele niezapomnianych wrażeń. Spośród wszystkich tych atrakcji warto także wyłuskać nagranie The Great Reset, które to zawładnęło mną do tego stopnia, że słuchałem go raz za razem. Nie dziwię się, że wytypowano je na singiel i stworzono do niego sugestywny teledysk. Na takie wyróżnienie zasłużyły jeszcze trzy inne kompozycje - Brave New World, Big Brother oraz Lockdown. Nie szukajcie ich jednak w sklepach, to już nie te czasy by wydawać single w formie płyty. Wielka szkoda bo można było na nich znaleźć czasem fajne rarytasy. Wracając jednak do zawartości nowego albumu to uznanie w mych oczach znalazły też te bardziej melancholijne kompozycje w rodzaju Forgotten, Limbo czy Dystopia, która to ma w sobie cząstkę tego dawnego klimatu znanego z czasów współpracy z 4AD. Forgotten i Dystopia to  niewątpliwe perły tego albumu, ale też i znaczące nagrania w całej dyskogafii grupy. Jeśli chodzi o tematy jakie podejmowane są na płycie "Limbo", to właściwie wszystko obraca się wokół spraw związanych z pandemią. Dominuje strach. Strach o przyszłość, o nowy kształ świata, o to jak będziemy w nim funkcjonować skoro nie znamy zasad nim rządzących. Jesteśmy jak Alicja w Krainie Czarów. Podróżujemy w głąb króliczej nory nie bardzo wiedząc co jest na końcu tej ścieżki. Przepełnia nas lęk bowiem świat jaki znaliśmy rozpadł się na naszych oczach jak domek z kart. Dotychczasowe zasady gry przestały obowiązywać i nie za bardzo wiadomo gdzie szukać aktualnych reguł. Poczucie utraty kontroli i przejęcia jej przez kogoś z zwenątrz jak żywo przypomina narrację w duchu Orwella. Chyba jeszcze nigdy tematy na płycie Clan Of Xymox nie był tak blisko życia i spraw, które zaprzątają głowy niejednego z nas. Warto zagłębić się w ten ponury świat i samemu dokonać oceny czy kształt nowego świata to już koniec naszej cywilizacyjnej drogi czy może zupełnie nowe otwarcie. Jakakolwiek nasunie się Wam odpowiedź, pewne jest to, że sprawdziło się jedno z rzekomych chińskich przekleństw, życzące swoim wrogom by żyli w ciekawych czasach.

"Limbo" to z pewnością bardzo udana próba ogarnięcia rzeczywistości tak muzycznie jak i tekstowo. Choć ponure krajobrazy nie napawają optymizmem to pocieszające jest to, że nie straciliśmy jeszcze resztek nadziei. Jak powszechnie wiadomo nadzieja umiera przecież ostatnia, a skoro to jeszcze nie nastąpiło, to mamy nieco czasu by odmienić tę złą passę. Póki karty w ręku nie warto zbyt szybko mówić pas bo życie jak to życie bywa nieprzewidywalne.


Jakub Karczyński

31 sierpnia 2021

STROFY O PÓŹNYM LECIE

Foto: Jakub Karczyński

Ostatni dzień wakacji, a co za tym idzie ostatnie dni mojego urlopu, który postanowiłem spędzić z rodziną nad polskim morzem. Choć prognozy zwiastowały niemal ciągły deszcz, szczęśliwie dla nas, okazały się one dalekie od prawdy. Także temperatura w Bałtyku była na tyle przyjemna, że bez obaw można było zanurzyć stopy w wodzie, a piasek na plaży utrzymał jeszcze dla nas tę odrobinę ciepła. Gdy żegnaliśmy się z morzem w minioną niedzielę niebo przybrało już kolor stali, z którego co i rusz padał deszcz. Można by pomyśleć, że oto zaczęła się jesień bo przecież obecna aura nijak ma się do tego co nazywamy latem. Niestety sierpień w tym roku niezbyt był dla nas łaskawy, a i wrzesień chyba nie myśli rozpieszczać nas słońcem. Złotą polską jesień chyba znów szybciej znajdziemy na kartach literatury niż w zaokiennym krajobrazie. Wielkie lato umiera i wielka jesień wita jak pisał Julian Tuwim w "Strofach o późnym lecie". I choć w tym roku lato nie umierało tak barwnie jak we wspomnianym wierszu to pozostaje nam liczyć, że natura nie poskąpi nam kilku pięknych dni tej jesieni. Jak co roku tak i w tym wybrałem już odpowiednią literaturę, która nastroi mnie na tę porę roku. Pierwszy ton nadała już książka "Miniaturzystka" Jessie Burton, która to długo dopraszała się mej uwagi. Zbyt długo bowiem po zatopieniu w niej zębów wprost nie mogę się od niej oderwać. Słowem, doskonały wybór. Idąc za ciosem postanowiłem od razu zamówić kolejną książkę tej autorki, która również zapowiada się niezwykle interesująco. Na brak literatury w tym roku z pewnością nie będę narzekać bowiem półki wręcz uginają się od książek, które, aż proszą się by je przeczytać. 

Muzycznie też nie powinno być źle choć w ostatnim czasie w związku z wieloma innymi wydatkami musiałem dość mocno przykręcić kurek, z którego czerpałem środki na zakup płyt. Nie znaczy to jednak, że strumień zupełnie wysechł, ale w dużej mierze ograniczyłem się do zakupu tylko najważniejszych rzeczy. Prym wiodą jak zwykle starocie, które staram się wygrzebywać gdzie tylko mogę. Po powrocie znad morza ze swej skrzynki na listy wydobyłem ostatni element wakacyjnej układanki jakim był album "Privilege" (1989) grupy Television Personalities. Posiadam co prawda reedycję tej płyty, ale jak to zwykle bywa diabeł tkwi w szczegółach. Wznowienie nie dość, że prezentuje się gorzej wizualnie to jeszcze jest uboższe o trzy kompozycje. Nie znaczy to jednak, że postanowiono coś usunąć bowiem wspomniana reedycja jest idealnym odwzorowaniem programu płyty winylowej. Krótko mówiąc wydana jest tak jak Pan Bóg przykazał. Skąd więc te dodatkowe trzy nagrania na starej edycji CD? Pewności nie mam, ale domyślam się, że chodzi tu o dość powszechną praktykę w tamtych czasach, która nakazywała wzbogacać zawartość płyt CD by to właśnie ona a nie płyta winylowa była pierwszym wyborem kupującego. Pamiętajmy, że kompakt dopiero zdobywał sobie uznanie tak w oczach jak i uszach słuchaczy. Warto więc uważnie sprawdzać zawartość płyt bo jak widzicie potrafią one niejednokrotnie nas zaskoczyć tak in plus jak i in minus.


Jakub Karczyński

12 sierpnia 2021

LETNIE SAFARI



Wakacje to czas odpoczynku, ale i czas kiedy można pojechać sobie na safari. Ja co prawda się nie wybieram co nie znaczy, że niczego w tym czasie nie ustrzelę. Zamiast jednak zdjęć fauny w moich zbiorach wylądują kolejne płyty CD, które ucieszą tak oko jak i ucho. Mało tego, zniwelują luki w dyskografiach grup, które są mi niezwykle bliskie. I tak, w ostatnim czasie udało mi się zdobyć za naprawdę niewielkie pieniądze trzeci album w dorobku brytyjskiej grupy Cassandra Complex. Płyta "Satan, Bugs Bunny And Me ..." (1989) zazwyczaj trzymała dość wysoką cenę stąd też wielokrotnie przyszło mi obchodzić się smakiem. Przypominało to widok dziecka przed sklepem ze słodyczami, które to mogło podziwiać je tylko przez okno wystawowe. Czas płynął, a ja wciąż uporczywie wpatrywałem się w te słodycze, aż przed paroma tygodniami, ktoś wreszcie uchylił mi drzwi. Mało tego, dał nawet szansę zakupu kilku wyjątkowych okazów i to w bardzo przystępnej cenie. Z całego przepastnego asortymentu wybrałem wspomniany już album Cassandra Complex oraz starą edycję płyty "Privilege" (1989) Television Personalities. Co uważniejsi czytelnicy zwrócili zapewne uwagę, że płyty te ukazały się w tym samym roku. Mam sentyment do tego rocznika bowiem w tym czasie miały miejsce premiery tak ważnych dla mnie płyt jak "Disintegration" The Cure  czy "Thunder And Consolation" New Model Army. Te albumy mam jednak od dawna tak w sercu jak i na półce. Sporo jednak zostało jeszcze do zebrania jak choćby "Viva" X Mal Deutschland, "Immigrant" Gene Loves Jezebel, "Gift" Sisterhood, "The Burden Of Mules" The Wolfgang Press czy dwa pierwsze albumy The Cassandra Complex "Grenade" i "Theomania". Zwłaszcza ten ostatni to nie lada wyzwanie dla portfela bowiem, aby wejść w jego posiadanie trzeba dysponować gotówką w przedziale między 170 zł a 400 zł albo liczyć na okazję. Z płytą "Satan, Bugs Bunny And Me ..." się udało więc może i kiedyś trafi się "Theomania" w dobrej cenie. Pozostaje mieć nadzieję, ta przecież ponoć umiera ostatnia.

 

Jakub Karczyński


01 sierpnia 2021

PODRÓŻ W NIEZNANE


W ostatnim wpisie informowałem, że po wielu latach omijania twórczości Christian Death w końcu postanowiłem zmierzyć się z jej dorobkiem. Co prawda póki co zgłębiłem dopiero jedną płytę, ale dobre i to. Podobnie rzecz ma się z grupą Alien Sex Fiend, która to przez długi czas jakoś nie mogła wedrzeć się na orbitę moich zainteresowań. Wcześniej bliższa była mi muzyka gotycka, stawiająca bardziej na melodie i nastrój, dziś natomiast zdecydowanie częściej wybieram dźwięki nieco bardziej drapieżne i surowe. Na wszystko w życiu widać musi być odpowiedni czas. Nie mając większego rozeznania w twórczości Alien Sex Fiend, sięgnąłem po składankę "All Our Yesterdeys" (1985) dokumentującą ich wczesny dorobek pomiędzy latami 1983 a 1987. Udało mi się ją wylicytować za naprawdę niewielkie pieniądze więc radość tym większa. Sama muzyka powinna spodobać się miłośnikom brzmień spod szyldu batcave. Alien Sex Fiend choć przypisywani są do nurtu rocka gotyckiego w mojej opinii bliżsi są jednak death rockowi, który w przeciwieństwie do gotyku nie zapomniał o swych punkowych korzeniach. Dziś rock gotycki jest w przewżającej większości dość pretensjonalnym stylem obleczonym w czarne woalki i koronki, gdzie zza mikrofonu słychać kobiece zawodzenia. Jeśli do tego wszystkiego dodamy jeszcze aspekt wizualny teledysków to tworzy nam się zbiór klisz i wyobrażeń jakie każdy z nas ma na temat tej subkultury. Mówiąc w skrócie, aby stworzyć gotycki teledysk będziesz potrzebował dużo czarnych ubrań, ponurej scenografii (cmentarz choć kościół też obleci), czarnej szminki i kredki pod oczy, no i koniecznie zaopatrz się w dużą liczbę świec. Przyznam szczerze, że odrzuca mnie taki obraz muzyki gotyckiej, która stała się swoistą parodią stylu. Stąd też bliższe są mi płyty odwołujące się w swym brzmieniu do prostoty i surowości muzyki punk niż do egzaltacji rodem z opery. Jak zgrabnie połączyć te dwa nurty pokazała swego czasu grupa The Damned wydając album "Phantasmagoria" (1985). Jeśli ktoś przegapił tę płytę proszę jak najszybciej nadrobić zaległości. Wróćmy jednak do grupy Alien Sex Fiend, która to biorąc sobie za artystycznego patrona Alice Coopera, postanowiła wykroić niewielki kawałek z tego muzycznego tortu dla siebie. I choć ich muzyka nie należy do lekkich, łatwych i przyjemnych to w czasach raczkującego kapitalizmu firma Polton wydała składankę "All Our Yesterdays" na naszym rynku. Dziś coś takiego jest wprost nie do pomyślenia. Teraz zanim firma płytowa zdecyduje się coś wypuścić musi wcześniej wszystko dokładnie oszacować, przeliczyć tak by czasem nie straciła na tym interesie ani funta czy dolara. Po wyzwoleniu się spod radzieckiej strefy wpływów, wszystko w Polsce działało na tak zwanych wariackich papierach, stąd też nikt takimi kalkulacjami sobie głowy nie zawracał. Wszystko co pochodziło z Zachodu stanowiło niesamowicie smakowity kąsek dla rodzimych koneserów muzycznych więc, gdy nadarzała się okazja zakupu jakiejś płyty czy kasety, nikt zbyt długo nie zwlekał z podjęciem decyzji. Chwila zawahania mogła skończyć się tym, że niedoszły meloman mógł już drugiej takiej szansy nie mieć. Brało się więc wszystko jak leci, a w razie rozczarowania zawsze można było wymienić się z kimś na coś innego. Przyznam, że trochę mi dziś tego brakuje. Tego głodu i tego podekscytowania bo czasy mamy zdecydowanie inne. Dziś jesteśmy takimi tłustymi kotami co to klepią się po pełnych brzuchach i nawet przebiegająca przed nosem mysz nie jest w stanie sprawić, że poderwiemy się by ją dopaść. Wiem, że trudno w czasach nadmiaru namawiać kogoś na mniejsze porcje, ale może warto spróbować wszak pamiętajmy, że czasem mniej znaczy więcej.


Jakub Karczyński

07 lipca 2021

JAK PIES DO JEŻA


W sytuacjach, w których nie mamy do czegoś lub kogoś pełnego zaufania, zwykło się używać sformułowania "podchodzić jak pies do jeża". Nieufność ta nie zawsze ma swe racjonalne podstawy.  Przekonałem się o tym już kilkukrotnie, a ostatni taki przypadek miał miejsce w minionym tygodniu. Dotychczas nazwa Christian Death funkcjonowała gdzieś na rubieżach mojego muzycznego świata. Wiedziałem, że taka grupa istnieje, zdarzyło mi się nawet posłuchać kilku utworów, ale jakoś nie miałem parcia na to by zagłębić się w ich dyskografię. Wrzuciłem sobie ich twórczość do szufladki z napisem "ubodzy krewni Bauhausu" i tak sobie trwałem w tym moim muzycznym ignoranctwie. Owszem, miałem świadomość, że Christian Death nie tylko stworzyli osobny gatunek muzyczny jakim jest death rock, ale mają także wielkie poważanie u fanów mrocznych brzmień. Nic sobie jednak z tego nie robiłem bowiem death rock czyli brudniejsza i bardziej surowa odmiany gotyku, jakoś nie potrafiła znaleźć odpowiedniej drogi do mojego serca. I pewnie ten stan nie uległby zmianie gdybym nie natknął się na ofertę sprzedaży albumu "Atrocities" (1986) w pewnym antykwariacie muzycznym. Już sama obecność tej płyty w ofercie wywołała moją ekscytację choć wynikała ona nie z zawartości muzycznej, co raczej z jej rzadkiej obecności na rodzimych portalach aukcyjnych. W mojej głowie uruchomiła się więc żyłka kolekcjonera, która o dziwo przyćmiła zawartość muzyczną. Raczej nie zdarza mi się taka sytuacja bo po cóż mi płyta, po którą nie będę sięgał. Na szczęście po zapoznaniu się z zawartością odetchnąłem z ulgą bo choć płyta nie jest jakaś powalająca to ma kilka interesujących fragmentów, do których z pewnością będę powracał. Jak widać nie ma co zbytnio opierać się na pierwszym wrażeniu. Najlepiej wszystko sprawdzić na własne ucho lecz nie wyrywkowo, ale tak solidnie od deski do deski. Tylko wtedy możemy z całą stanowczością stwierdzić czy nam się coś podoba czy też nie. W przypadku Christian Death w moim sercu zakwitł kwiat ciekawości więc jak mniemam nie będzie to mój ostatni kontakt z twórczością tej grupy. Cieszy to tym bardziej, że oto otwiera się przede mną kolejny szlak, który doprowadzi mnie z pewnością do wielu innych dróg. Prawda, że przyjemna perspektywa?

 

Jakub Karczyński

26 czerwca 2021

DEKADA


W dniu 23 czerwca minęło równo dziesięć lat, gdy zabrałem się za redagowanie tego bloga. Szmat czasu, choć pamiętam dokładnie ten dzień, gdy z ekscytacją przystępowałem do pierwszych wpisów. Głowa pełna pomysłów i chęci by podzielić się tym co mi w duszy gra. A grało bardzo wiele choć przez te dziesięć lat sporo rzeczy straciło dla mnie swój blask. Pisałem już wcześniej, że jakoś tak całkowicie odeszła mi ochota na słuchanie rocka progresywnego, a i rock gotycki stał się jakiś taki sztampowy. Gdy posłuchałem sobie w ostatnim czasie grupy Inkubus Sukkubus nie potrafiłem już odnaleźć w sobie tych dawnych emocji. Poza tym zauważyłem, że cała ta stylizacja trąci jednak kiczem, stąd też bliżej mi dziś do nurtu post punk niż goth. Mniej też słucham muzyki folk choć w dalszym ciągu ją lubię. Niestety nie przekłada się to w żaden sposób na wpisy albowiem brak we mnie chęci by zająć się tym tematem, a nie lubie robić niczego na siłę. Pisanie musi być przyjemnością, a nie uciążliwym obowiązkiem. Tego się trzymam i może właśnie dzięki temu wciąż mam chęć by tworzyć kolejne posty. 

Gdy tak spoglądam sobie na wpis inicjujący działalność niniejszego bloga, to dochodzę do wniosku, że udało mi się w dużej mierze wywiązać z założeń jakie sobie postawiłem. Może jedynie zbyt rzadko pochylałem się nad naszym rodzimym dorobkiem za co serdecznie przepraszam tak czytelników jak i samych artystów. 

To z czego jestem naprawdę dumny to z grona czytelników, które choć może niezbyt liczne, ale za to takie o jakie mi chodziło. Przez te dziesięć lat nie napotkałem tu żadnego niemiłego wpisu nie mówiąc już o zwykłym hejterstwie. Nawet jeśli ktoś miał odmienne zdanie to potrafił to wyartykułować w sposób kulturalny i wyważony. Cieszy mnie to bo od samego początku zakładałem, że blog ten będzie miejscem wymiany poglądów, opinii jak i rekomendacji muzycznych. Warunkiem jest wzajemny szacunek tak do osób jak i poglądów. Nie wyobrażam sobie takiej sytuacji by zablokować czytelnikom możliwość komentowania postów lecz obraźliwe wpisy będą niezwłocznie kasowane. Cieszę się, że póki co nie musiałem uciekać się do tego środka. Czytelnik to najważniejsze ogniwo, bez niego pisanie nie ma większego sensu. Każda informacja zwrotna jest więc dla mnie na wagę złota. To właśnie Wasze komentarze są siłą napędową tego bloga. Poza tym wymiana informacji nadaje odpowiedniego kolorytu i czyni to miejsce żywym. Można co prawda pisać dla samego pisnania bez oglądania się na czytelników, ale gdyby tak było to z pewnością dziś nie świętowałbym tu dziesięciolecia. Czego więc sobie życzyć na kolejne dziesięć lat? Przede wszystkim weny jak i nieprzemijającej pasji tak do muzyki jak i płyt.

Jakub Karczyński

PS Obraz wykorzystany w tym wpisie to jak zwykle niezawodny Caspar David Friedrich i jego "Zachód słońca", którego czasem możecie spotkać pod nazwą "Bracia". Aby go obejrzeć musicie udać się do Petersburga, gdzie jest eksponowany w państwowym muzeum o nazwie Ermitaż.

18 czerwca 2021

STATEK WIDMO


Nie wiem czy jest sens podniecać się kolejnym odcinkiem telenoweli pod tytułem "Nowy album The Cure", bo jak pokazuje życie niewiele się w tej materii dzieje. Smith co jakiś czas wyskakuje niczym klaun z pudełka i raczy nas kolejnymi rewelacjami, a potem następuje cisza, która trwa do momentu, aż ktoś nieopatrznie potrąci to pudełko. Czy ktoś przypuszczał, że po wydaniu "4:13 Dream" cisza wydawnicza będzie, aż tak przeraźliwie długa? Osobiście uważam, że The Cure zaprzepaścili już swoją szansę na nagranie interesującej płyty. Im więcej kombinowania, poprawiania i cyzelowania tym gorszy efekt końcowy. Powtórzę to o czym już pisałem, że niegdyś grupa wydawała płyty co rok i były to dzieła, które zapisały się złotymi zgłoskami w historii muzyki. Może powinni byli dać sobie spokój z nagrywaniem po wydaniu płyty "Bloodflowers" (2000) tak jak zapowiadał Smith. Z pewnością było to piękne pożegnanie, takie, które pozostawia w pamięci miłe wspomnienia. Kolejne płyty raczej rozczarowywały i pozostawiały słuchacza w poczuciu niedosytu więc czy zapowiadany album ma szansę to zmienić? Wątpię, choć jako fan czekam i nie tracę nadziei. Podsumujmy zatem jak w rasowej telenoweli co wydarzyło się w poprzednich odcinkach. Tuż po wydaniu "4:13 Dream" Smith informował, że w planach ma wydanie kolejnego albumu, którego roboczy tytuł brzmiał "4:14 Scream". Jak się okazało nic z tym zapowiedzi nie wyszło, a powodem miał być fakt, że w międzyczasie zmienił się skład grupy i Smith nie chciał wydawać czegoś w co nie byli zaangażowani obecni muzycy. Poza tym The Cure wdał się w proces sądowy z Geffen Records bowiem ci nie zezwolili na to by album "4:13 Dream" był wydawnictwem dwupłytowym tak jak wymarzył sobie Smith. Geffen miał ponoć zażądać wszystkich nagrań z sesji "4:13 Dream" by ustrzec się przed upublicznieniem tych nagrań przez zespół, na co Smith pokazał im środkowy palec. Następnie Smith pojawiał się w roli gościa dając sygnał, że wciąż jeszcze nie złożył broni choć efekty tych kolaboracji były raczej takie sobie. W 2018 gruchnęła informacja o planach wydawniczych The Cure, które miały dać nam materiał osnuty mrokiem, gdzie czas kompozycji oscylował niekiedy wokół dziesięciu minut. Od tego czasu minęły już trzy lata, a albumu jak nie było tak nie ma. Niedawno znów ktoś wypuścił klauna z pudełka bo na łamach "The Sunday Times" Smith zwierzył się, że jest już wyczerpany procesem twórczym i przewiduje, że będzie to ostatni album The Cure. Tych ostatnich płyty już w karierze zespołu kilka było, ale szczerze mówiąc mam nadzieję, że tym razem tak faktycznie się stanie. Robert widać już nie ma pary by ciągnąć ten statek więc niech zawija do portu i skupi się na koncertach. I nie piszę tego złośliwie lecz z sympatii dla zespołu, który było nie było miał ogromny wpływ na moją wrażliwość muzyczną. Panie Smith, ma pan jeszcze dość siły na ten ostatni, szalony zryw?


Jakub Karczyński


PS Obraz wykorzystany w niniejszym wpisie jest autorstwa Williama Turnera.

07 czerwca 2021

PAN X


Aż nie chce się wierzyć, że są jeszcze tacy wykonawcy, którzy nie funkcjonują w przestrzeni interenetowej lub są tak głęboko w niej zakopani, że dotrzeć może do nich tylko jakaś grupa zapaleńców. Jako miłośnik muzycznej archeologii co jakiś czas natykam się na płyty, których nie tylko nie uświadczymy w serwisach streamingowych, ale też próżno szukać ich i na kompakcie. Pozostaje stara, wysłużona płyta winylowa, która pomimo upływu tylu lat wciąż potrafi zabrzmieć wyjątkowo pięknie. W swych zbiorach mam kilka takich perełek jak choćby Blue In Heaven, Crashblack Big Orange, Sammie America's MAM czy mój ostatni nabytek w postaci grupy Comrad. Każde z tych wydawnictw zasługuje z pewnością choćby na krótką notkę, ale dziś chciałbym się skupić na grupie Comrad, o której to mógłbym napisać, że "wiem, że nic nie wiem". Nawet wszechwiedzący wujek Google nic na jej temat nie był mi w stanie powiedzieć więc jeśli jesteście mądrzejsi w tej materii od rzeczonego wujka to nie skąpcie informacji w komentarzach. Zajrzałem także do "Wielkiej Rock Encyklopedii" Wiesława Weissa, która to jest opracowana w sposób niezwykle skrupulatny i rzeczowy, ale nawet tam próżno szukać informacji o tejże grupie. To co wiadomo na pewno to fakt, że album "Periods Of Excitement" (1988) jest jedynym albumem jaki powstał pod tym szyldem. Dla dociekliwych kolekcjonerów pozostaje jeszcze co prawda winylowy singiel, ale nie zawiera on w sobie nic czego byśmy nie słyszeli na "Periods Of Excitement".  A czego można się tutaj spodziewać ? Z pewnością możecie liczyć na sporą dawkę mroku, transu jak i na wiele muzycznych rozwiązań, które dalekie są od sztampowego schematu kompozycyjnego znanego z tradycyjnych piosenek. Tu nikt nie zwraca sobie głowy podziałem na zwrotki i refreny. Muzyka po prostu płynie, wciągając nas z każdą chwilą coraz głębiej i głębiej, aż osiągamy punkt zza którego nie ma już bezpiecznego powrotu. Przypomina to kręcący się liść na orbicie wiru. Nie ma więc większego sensu się opierać, lepiej poddać się tym dźwiękom i czerpać z nich przyjemność. Sama muzyka to taka wypadkowa stylów synth pop i post punk dzięki czemu tworzy nam się nowa muzyczna jakość. Ktoś powie, że takie fuzje to nic nowego i będzie miał sporo racji, ale Comrad nie są jak inni, zresztą posłuchajcie sami.

 


Wyjątkowość tej płyty polega przede wszystkim na nieszablonowej konstrukcji kompozycji, które wyszły spod ręki kogoś kogo trudno posądzić o ograniczoną wyobraźnię. Widać, że twórca nie skupia się na powielaniu schematów lecz raczej wyprawia się w podróż w nieznane z ekscytacją wyglądając nowych dróg. Bardzo lubię takie płyty, gdy nie ma się pewności co wydarzy się za chwilę. Podobna wrażliwość przyświecała grupie The Wolfgang Press, której poświęciłem swego czasu nieco uwagi na łamach "Czarnych słońc". Wiem, że to zaledwie kropla w morzu potrzeb, ale  przyjdzie czas by zrecenzować jeszcze ich dorobek. Tymczasem powracam do słuchania płyty "Periods Of Excitement" do czego również serdecznie zachęcam. Materiał dostępny jest chyba tylko i wyłącznie za pośrednictwem YouTube lub jeśli ktoś ma, to może zasmakować tej przyjemności wprost z płyty winylowej.


Jakub Karczyński


16 maja 2021

NOWE SZLAKI


Może pamiętacie, a może nie, ale przed kilkoma laty pisałem na blogu o albumie "Steve McQueen" (1985) grupy Prefab Sprout jako o płycie, która poprzestawiała mi kilka klocków w głowie. Był to taki muzyczny postrzał w serce, po którym człowiek z wdzięcznością upada na kolana. Takie sytuacje zdarzają się jednak niezwykle rzadko, ale na szczęście się zdarzają. Im jednak człowiek bardziej zaprawiony w muzycznych bojach tym trudniej o takie zachwyty. W wywiadzie jakiego udzielił mi niedawno Andy Clegg, zapytałem go o jego ulubiony album, a on bez wahania wskazał na płytę "Submarine Bells" (1990) grupy The Chills. Przyznaję bez bicia, że w owym czasie nazwa ta nic mi nie mówiła, ale postanowiłem sprawdzić co też się pod nią kryje. Szybki odsłuch kilku fragmentów na YouTube uświadomił mi, że oto mam do czynienia z absolutną perłą lat osiemdziesiątych. Cóż za fantastyczne wyczucie melodii, jaka wrażliwość i do tego kompozycje, do których z przyjemnością powrócę za dwa, pięć jak i dziesięć lat. Sam Andy Clegg mówił o tym albumie, że każdy z zawartych tu utworów to arcydzieło jeśli chodzi o pisanie i tworzenie muzyki pop. Słuchając tej płyty dochodzę do wniosku, że sporo w tym racji. Już pierwsze pięć nagrań wyprowadza tak potężne ciosy, że trudno utrzymać się na nogach. W drugiej części płyty można złapać nieco więcej oddechu i tylko dzięki temu dane nam będzie dotrwać do ostatniej rundy. W przeciwnym wypadku zakończylibyśmy walkę przed czasem, leżąc nieprzytomni na deskach. "Submarine Bells" zrobiło na mnie na tyle duże wrażenie, że dokupiłem sobie od razu też album zatytułowany "Snow Bound" (2018). Nie miałem jeszcze czasu by wgryźć się w zawartość tej płyty i ocenić jej walory, ale czy pod tak piękną okładką może kryć się zła muzyka? Niby może, ale jakoś w to nie wierzę. Nim jednak zatopię zęby w tym materiale minie pewnie nieco czasu bowiem w kolejce do odtwarzacza czekają już takie albumy jak "Personnel" (2005) grupy The Floor, "Nocturnal Koreans" (2016) Wire czy choćby "Piękny jest świat" (2020) 1984. To jednak tylko niewielki wyciąg z tego czego wkrótce dane mi będzie posłuchać bo pełna lista płyt jest jak zwykle dużo, dużo dłuższa. Nie ma jednak co kręcić nosem bo przecież od przybytku głowa nie boli. Tak przynajmniej mówią.


Jakub Karczyński

10 maja 2021

KLAUS MIT FOCH - MORDOPLAN (1988)


Beztytułowy album wrocławskiej grupy Klaus Mitffoch to niezaprzeczalnie jedna z najważniejszych płyt w całej polskiej fonografii. Pozostaje żałować, że tak zwanej pary starczyło tylko na jedną płytę bo po jej nagraniu z zespołu odszedł jej filar czyli Lech Janerka. I w zasadzie ta historia mogłaby się na tym zakończyć lecz nie każdy wie, że miała ona jednak swój ciąg dalszy. Mało tego, została nawet udokumentowana płytą o jakże wdzięcznej nazwie "Mordoplan" (1988). Co prawda nazwa grupy została nieco zmodyfikowana, a i muzyka uległa drobnym zmianom lecz nie na tyle drastycznym by zniechęcić dawnych fanów. Pomimo tych zmian, muzyka wciąż potrafiła się obronić bez większego trudu. Niestety, za galopującymi nutami nie podążyła warstwa tekstowa, która wydatnie obniża loty tego wydawnictwa.

Nie ma jednak co się czarować, "Mordoplan" nie okazał się być nowym początkiem, a i kijem Wisły nie zawrócił. W starciu ze swym starszym bratem tym bardziej nie miał żadnych szans. Nie ta liga. Czy jednak oznacza to, że to zły album? Nic z tych rzeczy. On jest po prostu inny. I tak też w zasadzie powinniśmy do niego podejść, zdejmując z jego barków ciężar oczekiwań. Próżno bowiem szukać tu tej inteligentnej zabawy słowem jaka emanowała z tekstów popełnionych przez Janerkę oraz jego żonę. "Mordoplan" w tym względzie może rozczarowywać, bowiem teksty są raczej mało wyszukane i nie tną już przestrzeni ostrzem ponurej oraz gorzkiej satyry. Także muzyka nabrała nieco innych barw. Jej temperatura opadła i to nawet dość drastycznie przez co upatruje się w tym materiale pierwszego wydawnictwa spod znaku zimnej fali nagranej w naszym kraju. Czy tak w istocie jest nie śmiem rozstrzygać bowiem znajduję w sobie tyleż samo argumentów za co i przeciw tej tezie. Nie to jest jednak najważniejsze, a sama muzyka jaka została zgromadzona na tym wydawnictwie. Na pierwszy ogień otrzymujemy nagranie tytułowe, które emanuje aurą niepokoju i zdaje się kontynuować podróż z miejsca, w którym zakończył ją Lech Janerka. Ten ostatni akord z debiutu (Strzeż się tych miejsc) pobrzmiewa więc jeszcze w Mordoplanie, ale szybko wygasa i próżno go szukać w kolejnych kompozycjach. Obłudni idole za sprawą tekstu robią dziwaczne wrażenie. Tak jakby zespół próbował zbudować się na nowo, ale nie za bardzo miał na siebie pomysł. Muzycznie wszystko bez zarzutu, ale pustki po tekstach Janerki nie dało się tak łatwo zasypać. Odnoszę wrażenie, że czasem sam zespół nie za bardzo wie o czym śpiewa, a gdy już znajduje temat to nie zawsze są to rzeczy, o których chcielibyśmy słuchać (Ostatnie wakacje. Salmonello nie kocham cię). Gdy już zdaje się, że oto wreszcie trafiło się nam coś ciekawego jak w kompozycji Ze wsi do miast szybko zostajemy sprowadzeni do parteru. Temat masowej migracji ludzi ze wsi do miast został właściwie tylko wyartykułowany, a przecież można z tego było wycisnąć o wiele więcej. No chyba, że grupa wzorem Siekiery stawia na minimalizm słowny, ale nawet jeśli taki był zamysł to nie robi on aż tak wielkiego wrażenia. Owszem zdarzają się też i lepsze fragmenty, ale trzeba ich solidnie wypatrywać niczym bursztynów na przekopie Mierzei Wiślanej. Szkoda więc, że urobek z tego nie jest tak imponujący jak mógłby być gdyby więcej uwagi poświęcono stronie literackiej bo muzycznie wszystko się na tej płycie zgadza.

Jaki jest więc ten "Mordoplan"? Nie aż taki straszny jak go malują, ale też daleko mu do wybitności. Po rozstaniu z Lechem Janerką chyba nikt nie spodziewał się, że łatwo będzie wypełnić ten wakat. Nie zważając na przeciwności, pozostali muzycy (Wiesław Mrozik, Marek Puchała) zdecydowali się podnieść tę rękawicę rzuconą im pod nogi przez los. W buty po byłym liderze próbował wpasować się Zbigniew "Golden" Kapturski znany wcześniej z działalności w Noah Noah, a gitarę basową powierzono w ręce Jacka Fedorowicza. Na plus należy zapisać grupie, że nie próbowała na siłę kopiować samej siebie tylko wyznaczyła sobie nowy kurs. Wydaje się to najrozsądniejszym rozwiązaniem, ale jak widać nie zawsze przynosi to oczekiwany rezultat. Pomimo tego że nie udało się wzlecieć na muzyczny szczyt, ani też zapisać złotymi zgłoskami kart polskiej fonografii to i tak należą im się brawa. Mieli w sobie odwagę by podjąć się tej trudnej misji, a przecież do odważnych świat należy choć jak uczy życie nie zawsze się wygrywa.

Jakub Karczyński