26 października 2011

KAMIEŃ PORUSZAJĄCY LAWINĘ

Czasem krokiem do przodu, może okazać się krok wstecz.


Zgodnie z ową myślą, od czasu do czasu, powracam do nielubianych albumów. Daję im kolejną szansę, bo nigdy nie wiadomo czy pozbywając się takiej płyty, nie wrócimy do niej z sentymentem po latach. Kiedy wyciągałem z półki "Join Hands" Siouxsie And The Banshees, nie sądziłem, że będzie to klucz, którym otworzę jeszcze inne drzwi. Najtrudniejsza i najbardziej awangardowa płyta w dorobku Zuzki i jej Strzyg, skłoniła mnie do niesamowitej wyprawy. Wprost do jądra ciemności.

 
Jako człowiek przekorny, postanowiłem zmierzyć się najmniej lubianym okresem w działalności zespołu. Chodzi o końcówkę lat osiemdziesiątych oraz lata dziewięćdziesiąte, gdy muzyka Strzyg zaczęła flirtować z popem. Będąc w zaprzyjaźnionym sklepie płytowym "nabyłem" drogą handlu wymiennego, album "The Rapture" (1995). Postanowiłem jeszcze raz wejść do tej samej rzeki, choć przed laty pozbyłem się tego krążka, uznając go za zbyt popowy i niestrawny. Zapewne dla osób ubóstwiających nowofalowe, gotyckie oblicze zespołu, albumy "Peepshow" (1988), "Superstition" (1991) czy wspomniany "The Rapture", w dalszym ciągu są nie do przejścia. Wszyscy ci, którzy lubią mroczny pop, powinni jednak sięgnąć po te płyty i uważnie się z nimi zapoznać. To również nie jest łatwa muzyka, wymaga kilkukrotnego przesłuchania, odpowiedniego wejścia w klimat, aby zgłębić jej tajemnice. Popowy szafarz, nie powinien jednak przesłonić nam pięknej muzyki, której niemało na tych jakże niedocenianych płytach.

P.S. Piękne podziękowania dla Andrzeja Masłowskiego za prezentację obszernych fragmentów płyty "Superstition" na łamach radiowego eteru (Nawiedzone Studio - Radio Afera 98,6 FM) oraz ciekawe rozmowy dotyczące wspomnianych przeze mnie krążków.

Jakub "Negative" Karczyński

21 października 2011

DRUGA PŁYTA DEATHCAMP PROJECT

 
Już niebawem będzie miała miejsce premiera drugiego albumu Deathcamp Project. Płyta zatytułowana "Paintings", ukaże się 11 listopada. W jej skład wejdzie dziesięć utworów, których łączny czas to czterdzieści cztery minuty. Gościnnie na płycie udzielał się Wojciech Król (Controlled Collapse, Clicks), którego partie klawiszy można usłyszeć w utworach No Cure oraz Through The Fire. Z kolei w kompozycji tytułowej pojawiają się skrzypce, na których zagrała Ewa Jabłońska, związana z grupą Indukti. Wydawcą płyty będzie Alchera Visions.

Spis utworów:

1.      Predestination
2.      Too Late
3.      Cold The Same
4.      No Cure
5.      about:blank
6.      Betrayed
7.      Through The Fire
8.      Painthings
9.      Scars Remain
10.    Kłamać

Jakub "Negative" Karczyński

19 października 2011

SIOUXSIE "MANTARAY" (2007)


Kiedy pojawiły się informacje o planach wydania pierwszej solowej płyty wokalistki Siouxsie & The Banshees, pomyślałem sobie, że na debiut nigdy nie jest za późno. I coś w tym jest, bowiem okazuje się, że w głowie tej jakże urodziwej pani, wciąż rodzą się intrygujące pomysły. Czekałem więc niecierpliwie na dzień premiery, ale skłamałbym gdybym powiedział, że nie żywiłem obaw.

Pierwszy kawałek zatytułowany "Into A Swan" jest jak walec, który przetacza się po uszach i nie dziwi mnie, że został wybrany na singla. Siouxsie śpiewa w nim "Czuję moc, której nie czułam dotąd" i trudno się z tym  nie zgodzić. Rzeczywiście, nabrała wiatru w żagle i prze do przodu z niebywałą siłą i charakterem. To, że posiada ostre pazurki było wiadome od zawsze, ale w dobie dominacji piosenek lekkich, łatwych i przyjemnych, nie trudno było je stępić. Szczęśliwie dla nas Siouxsie postanowiła przypomnieć nam o tej ciekawszej stronie swojej twórczości. "About To Happen" ze swym jakże wpadającym w ucho rytmem, wydaje się nawiązaniem do twórczości Franz Ferdinand, jednakże jest to tylko delikatny ukłon i raczej działa to na zasadzie luźnych skojarzeń. Ukłonów na tej płycie jest więcej, jak choćby w "Here Comes That Day". Naszej gwieździe zamarzyło się chyba stworzenie muzyki do kolejnego Bonda, bowiem  ten właśnie kawałek brzmi, jakby żywcem był wycięty z jakiegoś soundtracka firmowanego pieczątką 007. Skojarzenia filmowe budzi też "Loveless", a to za sprawą skrzypiec, które pełniąc rolę tła, nadają utworowi przestrzenny i nieco majestatyczny charakter. Siouxsie czaruje swoim głosem i sprawia, że poddajemy się klimatowi płyty. Szkoda tylko, że nie wszystkie kompozycje są takie przekonujące jak "Into The Swan". Z niektórych wieje po prostu nudą. Jeśli jeszcze jestem w stanie poddać się nastrojowi jaki panuje w "If Doesn't Kill You", tak już przy "One Mile Below" odliczam czas do końca utworu. Nieco dziwny "Drone Zone" wyrywa na chwilę z marazmu, ale daleko mu do wywołania jakiegoś wielkiego poruszenia. Ot przyzwoity utworek, budzący w człowieku jakiś taki niepokój. Końcówka płyty także nie należy do wybitnych i jeśli już miałbym coś wyróżnić to byłaby to kompozycja "They Follow You". Przykro to mówić, ale momentami ta płyta zaczyna po prostu nurzyć. Dużo bardziej podoba mi się to drapieżne oblicze Siouxsie i w takim repertuarze widziałbym ją na kolejnej płycie.

Podsumowując. Płyta "Mantaray" ujmy Siouxsie nie przynosi, ale jednocześnie nie sprawi, że jej dotyczasowi przeciwnicy upadną na kolana i będą błagać o przebaczenie. To raczej propozycja dla dotyczasowych fanów tej pani. Szkoda, że momentami zabrakło ognia i ciekawych pomysłów, ale mimo wszystko krzyżyka na Siouxsie nie stawiam. Gdybym miał jej coś doradzić to proponowałbym kupić porządny pilnik do zaostrzenia pazurków.  

Jakub "Negative" Karczyński 
 

16 października 2011

ODCZAROWANIE

 
Pozostając w temacie twórczości Petera Murphy'ego, chciałbym wrócić do albumu "Unshattered", którego to słucham w ostatnim czasie najczęściej. Wydawało mi się, że już mam wyrobioną opinię na jego temat i podzielam głosy krytyków, którzy pastwili się na tym krążkiem w dniu premiery. Pierwsze przesłuchanie nie nastrajało mnie zbyt pozytywnie. Poza dwoma pierwszymi utworami, reszta wydawała mi się jakaś taka nijaka. Na szczęście nie daję zbyt szybko za wygraną i od czasu do czasu wracam do płyt, które nie zaskarbiły sobie mego serca. "Unshattered" udało mi się odczarować dosłownie przed kilkoma dniami. Owszem, nie jest to płyta tej miary co "Deep" czy "Love Hysteria", ale daleko jej do miałkości czy bezstylowości. Gdy posłuchamy jej kilkanaście razy, wtedy dostrzeżemy piękno, które umyka przed zbyt niecierpliwym słuchaczem. Ktoś taki jak Peter Murphy po prostu nie nagrywa słabych płyt. Każdy jego krążek potrafi czymś ująć. Nawet jeśli nie przypadnie nam do gustu całość, to na pewno znajdziemy kilka utworów, które zapadną nam głęboko w pamięć. Tak też jest w przypadku niedocenionego "Unshattered". Jeśli miałbym wybrać jego najlepsze fragmenty, wskazałbym na Idle Flow, Kiss Myself, Piece Of You, Face The Moon, Emergency Unit, Thelma Sings To Little Nell oraz przebojowy Breaking No One's Heaven.  

Posłuchajcie, może i wy odkryjecie w tej muzyce coś dla siebie. Zapomnijcie o złych recenzjach, o głosach znajomych i przyjaciół. Nie kierujcie się cudzym gustem, sami przecież wiecie co dla was najlepsze.

Jakub "Negative" Karczyński
 

THE SECRET BEES OF NINTH

 
Peter Murphy idąc z duchem czasu, postanowił wydać mini album w formacie mp3. "The Secret Bees Of Ninth" zawiera sześć utworów, w tym trzy premierowe. Oprócz kolejnego singla Seesaw Sway, pełnej wersji Secret Silk Society (wydłużonej o 50 sekund) i utworu Gaslit, dodanego do japońskiej wersji albumu "Ninth", na fanów czekają jeszcze trzy kompozycje w postaci Rose Hunter, Good Works oraz Secret. Szkoda tylko, że zapomniano o fanach, którzy z przyjemnością posłuchaliby nowych nagrań z tradycyjnej płyty.


Lista utworów:

01. Gaslit
02. Rose Hunter
03. Good Works
04. Secret
05. Secret Silk Society (pełna wersja)
06. Seesaw Sway

Jakub "Negative" Karczyński

10 października 2011

KONCERTOWE FIELDS OF THE NEPHILIM



Dobra wiadomość dla fanów grupy Fields Of The Nephilim. Na początek roku 2012, zaplanowano wydanie koncertowego albumu tej legendarnej kapeli.  Płyta „Ceromonies” ukaże się nakładem koncernu EMI. W jej skład wejdą dwa krążki CD oraz DVD. Materiał zawarty na płytach, to rejestracja koncertów jakie odbyły się w 2008 roku w londyńskim Shepherds Bush Empire. 

Jakub "Negative" Karczyński

6 października 2011

THE CURE "FAITH" (1981)


Jeżeli "Seventeen Seconds" było pierwszym, jeszcze nieśmiałym krokiem w kierunku jądra ciemności, to "Faith" wydaje się być przestąpieniem progu, za którym bledną kolory jesieni. Tu już nie ma miejsca na ciepłą herbatkę i wirujące liście, tutaj jest już tylko szarość, deszcz i smutek. Rzadko kiedy oprawa wizualna tak dobrze współgra z muzyką. Ruiny opactwa tonące we mgle robią naprawdę niesamowite wrażenie. Nie inaczej jest z muzyką, która pomimo swej prostoty i przygnębiającego wymiaru, doskonale ilustruje teksty odnoszące się do zagadnień wiary i duchowości. Aż trudno uwierzyć, że w latach osiemdziesiątych, gdy nagrywano niniejszy album, listy przebojów szturmowały zespoły związane z nurtem new romantic.

Cóż zatem przygotował dla nas nasz nadworny farmaceuta? Żeby się o tym przekonać musimy nastawić płytę. Odwracając pudełko w spisie medykamentów widzimy zaledwie osiem pastylek, ale to i tak wystarczająco, aby z pozycji wertykalnej, przenieść się do horyzontalnej. Gdyby porównać "Seventeen Seconds" z "Faith" to można by pokusić się o stwierdzenie, że płyty te są do siebie bliźniaczo podobne gdyby nie poziom smutku. Na "Faith" poziom desperacji i przygnębienia osiąga zdecydowanie wyższe wartości. 

Już początek tej opowieści nie pozostawia złudzeń, co do podróży jaką będzie nam dane odbyć. The Holy Hour czaruje oniryzmem, prostotą oraz przepiękną linią basu, która to stanie się znakiem firmowym apteki The Cure. Po nastrojowym wprowadzeniu, czas na przebojowy Primary, który pędzi niczym pociąg ekspresowy. Szkoda, że pan Smith już takich utworów nie nagrywa, choć pewnie z perspektywy czasu, wydają się one reliktem przeszłości. W Other Voices znów przesiadamy się do pociągu osobowego, którym mkniemy sobie poprzez upiorne majaki senne. Głosy wydają się dochodzić jakby spoza tego świata i nie wiemy czy to co widzimy dookoła, to prawda czy wytwór naszej wyobraźni. Wraz z dojazdem do stacji, na której wszystkie koty są szare (All Cats Are Grey) mamy już pewność, że nic nie zakłóci tego klimatu, że nie czekają nas żadne drastyczne zmiany nastroju. Tu po prostu wszystko biegnie ustalonym torem, a my niczym bierni obserwatorzy, możemy tylko stać i czekać na to co ma nieuchronnie nastąpić. Z mgieł wynurza się pogrzebowy korowód zabierając nas na stypę (The Funeral Party). Ilekroć słucham tego utworu, przed oczami mam tańczące pary w czarnych garniturach i czarnych sukniach, wirujące w rytm tej niespiesznej muzyki. Szaleństwo miesza się z narkotycznym otępieniem i dużym nietaktem byłoby wciąż żyć. Jednakże ktoś podsuwa nam tabletkę o nazwie Doubt i nagle zostajemy wyrwani z marazmu. W pamięci wciąż majaczą nam obrazki z poprzednich podróży, ale i one z czasem zostają zagłuszone przez deszcz. Wyblakłe fotografie rozmywają się w strugach wody dryfując po oceanie, ale na ratunek jest już za późno, bowiem tonący człowiek (The Drowning Man) podaje nam swoją dłoń. Wciągani w zimną toń przez topielca, możemy tylko wierzyć, że wszystko to co nas spotkało to sen, z którego zaraz się obudzimy, a jedyną wodą jaką dane będzie nam poczuć, to zimny pot spływający po naszym ciele. Nie pozostaje nam nic prócz wiary (Faith). Tylko ona trzyma nas przy życiu. Amen.   
  
Jakub "Negative" Karczyński