21 maja 2013

MIGOTANIE GWIAZD


Dzisiejszy dzień, rozpoczął się od muzycznego odkrycia. Przeglądając e-maile, natknąłem się na wiadomość od pewnego sklepu, który zajmuje się sprzedażą mrocznej muzyki w przestrzeni Allegro. Śledzę sobie co też wystawiają i czasami kupuję, choć ceny do najniższych nie należą. Kliknąłem w owego mejla raczej od niechcenia i na zasadzie "rzucę okiem i wywalam do kosza". Pierwsze co mnie zaskoczyło to fakt, że zamiast długiej listy tytułów była tam tylko jedna pozycja. Pomyślałem sobie, że sprawdzę cóż to takiego, zachęcony etykietą "goth" zamieszczoną w opisie aukcji oraz linkiem do teledysku. Jako miłośnik tradycyjnego gotyckiego rocka, spodziewałem się raczej jakiejś elektro rąbanki, niż czegoś z kręgu moich zainteresowań. Odpaliłem linka i zamarłem. Już pierwsze dźwięki oczarowały mnie atmosferą lat 80, choć przecież to muzyka z roku 2013. Estetyka muzyczna w jakiej porusza się turecki zespół She Past Away, to klimaty niezwykle bliskie memu sercu. Znajdziecie tu mrok znany z twórczości Fields Of The Nephilim, jak i klawisze przywodzące na myśl klimaty new romantic. Jeżeli już silić się na jakieś porównania, to najbliżej tej muzyce do tego co tworzy Soror Dolorosa, zwłaszcza na płycie "Blind Scenes" (2011). Posłuchajcie zresztą sami tych niesamowitych dźwięków:

 

Zanim do mych rąk trafi fizyczny nośnik płyty "Belirdi Gece" She Past Away, powrócę do nagrań grupy The Doors, a wszystko to ze względu na śmierć Ray'a Manzarka. Ten czarodziej klawiatury odszedł od nas wczoraj, przegrawszy walkę z rakiem. Nastawmy więc płyty Doorsów i wskrześmy wszystkie piękne nagrania w jakich uczestniczył Ray. Osobiście, nigdy nie byłem jakimś wielkim fanem Doorsów, choć po obejrzeniu filmu Oliver'a Stone'a fazę załapałem. Ich debiutancki album uwielbiam po dziś dzień i wracam do niego z największą przyjemnością. Inne płyty już mnie tak nie zakręciły, ale trudno się dziwić, skoro poprzeczkę zawiesili tak niebotycznie wysoko. Wszystkich zainteresowanych muzyką Ray'a Manzarka i The Doors, zapraszam do słuchania w najbliższą niedzielę o 22:00, audycji Nawiedzone Studio w radiu Afera - http://www.afera.com.pl/. 

Jakub "Negative" Karczyński

PS Autorem obrazu użytego do zilustrowania wpisu jest Zdzisław Beksiński.

16 maja 2013

KULTURA ZBIERACTWA


Kolekcjonerstwo to pasja. Wiedzą o tym wszyscy ci, którzy w swym życiu cokolwiek zbierali. Zaczyna się niewinnie od kolorowych historyjek z gum do żucia, później są znaczki, monety, gazety, komiksy, książki i płyty. Oczywiście to zaledwie wierzchołek góry, bo w dzisiejszym świecie można zbierać tak wiele rzeczy, że aż trudno je wszystkie objąć umysłem. Z najdziwniejszych rzeczy jakie przyszło mi kolekcjonować były to bilety kolejowe oraz puszki po napojach, które ustawiało się na meblościankach w imponujące piramidy. Zapewne dziś, wielu pognałoby z tym do skupu aluminium, a w początkach naszej demokracji była to dekoracja nie gorsza, niż reprodukcja van Gogha na ścianie. Co do biletów kolejowych, to nie za bardzo wiem po co je zbierałem, ale wtedy wydawało mi się to istotne i ważne.

Do dzisiejszego dnia przetrwały u mnie pasje do zbierania książek, czasopism i płyt. Kiedyś były to jeszcze filmy, ale z czegoś trzeba było zrezygnować. Zastanawiam się czy i dziś młodzi ludzie coś zbierają? Wydaje mi się, że chyba żyłka kolekcjonerska się u nich nie rozwinęła. Jeżeli się mylę to proszę o sprostowanie. Brak mi w społeczeństwie takiego pozytywnego zakręcenia na jakimś punkcie, organizowania spotkań, wymiany spostrzeżeń i rzeczy ze swych kolekcji. Chętnie wybrałbym się na jakąś giełdę płytową, ale nie słyszałem o takich inicjatywach w Poznaniu. Z tego co mi wiadomo, to w niektórych miastach próbowano odtworzyć giełdy, ale trudno mi powiedzieć z jakim skutkiem. Zresztą nie wiem czy jest je jeszcze dla kogo organizować. W dobie wszechobecnego piractwa, mało kto kupuje płyty, a co dopiero mówić o ich wymianie. Dzisiaj każdy zamknięty w swoich czterech ścianach, co najwyżej wymienia się lajkami na fejsie. Czy to fajne i inspirujące? Nie bardzo. Czy rozwijające? Ani trochę. Najważniejsze, że jest super, trendy, jazzy i cool.

Jakub "Negative" Karczyński

14 maja 2013

POWRÓT Z GWIAZD


Zamknięty w czterech ścianach przez różyczkę, oglądam świat przez szybę, niczym astronauta Chris Hadfield naszą planetę. Ten niezwykle sympatyczny pan, zaskoczył nas wspaniałym wykonaniem utwory Space Oddity, z repertuaru Davida Bowie. Zapewne większość z Was, zdążyła już posłuchać jego wersji, bo informowały wczoraj o tym wszystkie dzienniki, a pozostali, którym umknął ten fakt, niechaj jak najszybciej nadrabiają zaległości.



Osobiście słucham tej piosenki po kilka razy dziennie, bowiem zachwyca mnie nie tylko wykonanie Chrisa, ale i teledysk nagrany w przestrzeni kosmicznej. Może to co za chwilę napiszę uznacie za herezję, ale wersja Chrisa Hadfielda podoba mi się bardziej od oryginału. Wpływ na to ma także piękna aranżacja, wykonana już na gruncie ziemskim. Trudno nie wzruszyć się w momencie gdy Chris śpiewa: Siedzę w cienkiej, blaszanej puszcze / Daleko poza światem / Planeta Ziemia jest tak niebieska / I nie pozostało już nic do zrobienia. Czuć tu emocje i szczerość, o jakich nie śniło się wielu ziemskim gwiazdeczkom. Co jeszcze sprawia, że utwór ten tak chwyta za serce? Myślę, że duże znaczenie ma także kontekst, który uwiarygadnia tę piosenkę. Pożegnanie Chrisa Hadfielda z Międzynarodową Stacją Kosmiczną i powrót z gwiazd na błękitną planetę, nadaje jej wymiar niemal autobiograficzny. Lądowanie nastąpiło dziś o 4:30 czasu czasu polskiego i odbyło się bez problemów. Jak sądzę, prawdziwa kosmiczna karuzela dopiero przed Chrisem. Wywiady, koncerty, autografy, spotkania w szkołach, a w przyszłości pewnie i książka o pobycie w kosmosie. Kto wie, może nawet sam Bowie w ramach uznania, zaprosi go na scenę do wspólnego wykonania Space Oddity. W końcu jak często zdarza się okazja by poznać prawdziwego człowieka z gwiazd?

Jakub "Negative" Karczyński

7 maja 2013

PODRÓŻ SENTYMENTALNA

Jako jednostka o usposobieniu melancholijnym, lubię od czasu do czasu poddać się jej działaniu. Oddać się w jej łagodne ręce i powrócić do świata sprzed lat. Dzieje się tak zwłaszcza gdy wracam do mego rodzinnego miasta, które to kocham po dziś dzień. Powrót do miejsc tak dobrze znanych, z którymi wiąże się tak wiele wspomnień jest czymś naprawdę niezwykłym. To jakby ponowne wejście do "rzeki dzieciństwa", zanurzenie się w niej i wsłuchanie w jej szum. Tani sentymentalizm? Być może, ale sprawia on, że mam do czego wracać, za czym tęsknić i o czym marzyć. Jedna z takich wypraw zakończyła się serią zdjęć obiektów i miejsc, które to tkwią w mej pamięci od lat. I nie chodzi tu o to, że wydarzyło się w nich coś istotnego czy przełomowego. To raczej aura tych miejsc sprawiła, że pamięć o tych miejscach jest ciągle żywa. Jak mniemam nie jestem w tym odosobniony, bo któż z nas nie wraca pamięcią do czasów gdy trawa była zieleńsza, a życie jakby prostsze. Poniżej zamieszczam kilka zdjęć zrobionych jakiś rok temu, a które to żal mi trzymać w folderach na komputerze. Niechaj swym klimatem i aurą tajemniczości ubarwią tego bloga.


 fot. 1 Nieczynny dworzec kolejowy w Gostyniu, miejsce niemal magiczne (przynajmniej dla mnie). Czekało się tu nie tylko na pociągi, ale także przychodziło na wagary.



fot. 2 Zdjęcie semaforów, dla wszystkich miłośników nowel kolejowych Stefana Grabińskiego. Swoją drogą, żelazna kolej parowa to rzecz, dla której warto było się urodzić w minionym stuleciu.



 fot. 3 Fragment szyn tuż przed przejazdem kolejowym. To stąd parowe lokomotywy, a później pociągi elektryczne wyruszały w dalszą podróż.



fot. 4 Dworzec w pełnej okazałości. Widok od strony peronów. Brakuje tu tylko jednego - parowozów.



fot. 5 Zdjęcie tablicy z nazwą miasta, przeznaczoną już tylko i wyłącznie dla pasażerów pociągów widmo.


Dziś poprzestanę na wybranych fotografiach z dworca kolejowego, który to uwieczniłem niemal z każdej strony. Warto mieć na zdjęciach miejsca, o których nie chcemy zapomnieć. Po latach zawsze można do nich wrócić, odtworzyć zapomniane szczegóły, a przede wszystkim nakarmić wyobraźnię.

Jakub "Negative" Karczyński

1 maja 2013

PRZESŁUCHANIE 08

Po dłuższej nieobecności powracam do cyklu "Przesłuchanie", by rzucić nieco światła na płyty kręcące się w moim odtwarzaczu. Jest ich całkiem sporo, ale nie wszystkie jeszcze zdążyły utrwalić się w mej pamięci stąd też wybór ograniczę do tych już poznanych. Na pierwszy ogień idzie ...

CLAN OF XYMOX  "KINDRED SPIRITS" (2012)


Ostatnia płyta sygnowana logiem Clan Of Xymox, to nic innego jak zbiór piosenek, które kształtowały wrażliwość Ronny'ego Moorings'a. Nie powinno więc dziwić sięgnięcie po utwory takich grup jak Joy Division, The Cure, Depeche Mode, New Order czy Shocking Blue. No dobra, ten ostatni wybór może trochę dziwić, ale sami przyznajcie, że trudno uwolnić się od refrenu Venus. Jak można wyczytać z notki dołączonej do płyty, był to jeden z pierwszych singli młodego Ronny'ego. Utwory składające się na ten zestaw to wersje w większości nie odbiegające od oryginałów. Różnica polega tylko na zastosowaniu innych instrumentów i przefiltrowaniu tego przez stylistykę Clan Of Xymox. Co z tego wyszło? Na pewno nic rewolucyjnego, ale też nic czego trzeba by się wstydzić. To po prostu taki Clan Of Xymox jaki znamy z ostatnich płyt tyle tylko, że zanurzony w rzece swej młodości. Osobiście polecam zwrócić uwagę na utwory A Forest (The Cure), Something I Can Never Have (Nine Inch Nails), Decades (Joy Division) czy znany już z EP-ki Heroes (David Bowie). "Kindred Spirits" to dobry przerywnik, wypełniający czas oczekiwania na kolejny album Clan Of Xymox. Rzecz z gatunku ciekawostek, ale na pewno nie raz wrócę do tej płyty by przypomnieć sobie, któryś z wyżej wymienionych coverów.

ocena: 7/10

TIAMAT "THE SCARRED PEOPLE" (2012)


Po przyciężkawym albumie "Amanethes" (2008), Tiamat powrócił w bardziej melodyjne rejony i po raz kolejny nagrał płytę obok, której nie sposób przejść obojętnie. Zdolności kompozytorskie lidera są chyba niewyczerpane, a zmysł melodyczny wyostrzony jak grot strzały. Próżno tu szukać słabych utworów, bo każdy czymś urzeka i zachwyca. Nawet cover Lany Del Rey w interpretacji Tiamatu, brzmi jakby była to ich własna kompozycja. Polecam wsłuchać się w solówki gitarowe, które są prawdziwą ozdobą tego albumu. Jeżeli jednak wolicie bardziej metalowe oblicze zespołu, to pewnie rozczaruje was ten krążek, jednak jeśli kochacie Tiamat przefiltrowany przez stylistykę grupy Pink Floyd, to bierzcie ten album w ciemno. Nie ukrywam, że wiele obiecywałem sobie po tej płycie, a jak wiadomo im większe wymagania tym większe może być rozczarowanie. Na szczęście nie w tym przypadku. Tiamat udowodnił, że kto jak kto, ale oni potrafią tworzyć muzykę mrocznego romantyzmu najwyższej próby. Podejrzewam, że Tomasz "Nosferatu" Beksiński byłby oczarowany tym albumem, a wraz z nim połowa Polski. Niestety "Nosferatu" już nie nadaje, przez co siła rażenia "The Scarred People" zapewne nie będzie tak wielka i dotrze tylko do garstki najwierniejszych fanów. Pozostali niech żałują, bo jest czego.

ocena: 9/10

Jakub "Negative" Karczyński