31 października 2014

CUKIEREK ALBO PSIKUS


Dziś Halloween, a skoro tak, to biegniemy szybko do warzywniaka po dynie. Występują one w różnych rozmiarach, więc dobieramy wedle uznania. Im większa, tym więcej pracy będzie nas czekało, ale za to efekt będzie współmierny do wielkości. Chwytamy za noże, które również występują w rożnych rozmiarach i wykrawamy skrawki. Uprzednio warto jakimś markerem naszkicować sobie twarz naszej maszkary, aby uniknąć rozczarowania w wielkim finale. Moje dynie kupiłem już wczoraj i wraz z żoną, zabraliśmy się za ich obróbkę. Jedna przeznaczona jest dla naszej małej siostrzenicy, druga, straszniejsza, wyląduje na naszym balkonie. Po dwóch godzinach rzeźbienia, powstało to, co widoczne na załączonych zdjęciach.


Zachęcam do stworzenia własnych dyń. To nie tylko świetna zabawa, ale okazja by spędzić ten czas ze znajomymi czy rodziną. I jeszcze jedna ważna rzecz. Nie zapomnijcie zaopatrzyć się w cukierki, chyba, że lubicie psikusy. 

Jakub Karczyński

29 października 2014

MARIANNE FAITHFULL - GIVE MY LOVE TO LONDON (2014)


Gdy przed laty usłyszałem utwór File It Under Fun From The Past, zrobił on na mnie na tyle duże wrażenie, że stałem się miłośnikiem twórczości Marianne Faithfull. Ta starsza pani, przeżyła w swym życiu tyle, że swoją biografią mogłaby obdzielić kilka osób. Tym, którzy jej nie kojarzą, powiem tylko, że współpracowała ona z tak znamienitymi artystami jak David Bowie, Roger Waters, Nick Cave, PJ Harvey czy grupą Metallica. Prywatnie związana była przez kilka lat z Mickiem Jaggerem, a z Mickiem nie można się było nudzić. Narkotyki, papierosy i alkohol były na porządku dziennym i nocnym. Niestety związek ten nie przetrwał próby czasu, a luksusową posiadłość Jaggera, Marianne wkrótce zamieniła na squaty Soho. Mimo wielu rozrywek, cały czas uparcie pisała kolejne piosenki i wydawała płyty. Przechadzki po ciemnej stronie życia, okupione zostały narkotykowym uzależnieniem z którego leczyła się latami. Pamiątką po tych szalonych czasach, pozostał jej niski, szorstki głos, którym od lat wyśpiewuje kolejne wersy swych piosenek.

Gdy wrzuciłem pierwszy raz do odtwarzacza płytę "Give My Love To London" zastanawiałem się gdzie tym razem zabierze nas Marianne. Czy będzie to sentymentalna podróż czy może zaskoczy nas jak przed laty piosenką Sex With Strangers. Spoglądając na rozpiskę współpracowników wśród których widnieje Nick Cave, Anna Calvi czy Brian Eno upewniłem się, że czas eksperymentów Marianne ma chyba już za sobą. Zresztą i tak wszyscy czekają na porcję sentymentalnych wynurzeń, którymi od lat raczy nas ta starsza pani. W odpowiedzi na te oczekiwania, Marianne stworzyła bardzo zgrabny zbiór, który czasem otuli nas melancholią, czasem wskrzesi ducha dawnego buntu, a niekiedy uwolni tłumione latami emocje. Szkoda tylko, iż ponownie potwierdza się fakt, że kolejne albumy tej artystki nie trzymają równego poziomu. Obok piosenek wybitnie pięknych i poruszających, znajdziemy też te mniej udane, które niestety obniżają lot płyty. Prawdziwą perłą tej płyty jest niewątpliwie nagranie Late Victorian Holocaust, w którym palce maczał Nick Cave. Przejmująco wypada też druga kompozycja Cave'a Deep Water, w którym pobrzmiewa uczucie rezygnacji i dojmującego smutku. Nic dziwnego, że od kilku lat Nick stał się jej etatowym współpracownikiem, a muzyka jaką tworzą, porusza najgłębsze pokłady wrażliwości. Dla tych, którzy lubią nurzać się w melancholii, wspominając stare miłości, polecam zapoznać się z nagraniem Love More Or Less. Tym z nieco weselszym usposobieniem ... nic nie zarekomenduję, bo próżno tu szukać oznak radości i beztroski. Może najmniej depresyjnie wypada tu utwór Falling Back, w którym upatrywałbym potencjalnego singla. Niestety na jego podstawie próżno wyrabiać sobie opinię o albumie, bowiem to jedyne tak przebojowe nagranie. Reszta to większe i mniejsze smutki, którymi raczy nas Marianne. Skoro wskazaliśmy plusy, przedstawmy też i minusy. Najmniej przekonująco z całego zestawu utworów, wypada nagranie The Price Of Love, które nie jest może jakąś zapchajdziurą, ale serca jakoś mi nie skradło. Także utwór Rogera Watersa Sparrows Will Sing nie sprawił, że poczułem przyjemne mrowienie na plecach. Największym mankamentem tego albumu nie są jednak kompozycje, ale czas jego trwania. Utwory tu zawarte, rzadko przekraczają granicę czterech minut, przez co płyta nie trwa nawet trzech kwadransów. Szkoda, bo pewnych nagrań można by słuchać w nieskończoność. Cieszmy się jednak tym co mamy, bo album "Give My Love To London" wypada chyba najbardziej przekonująco z ostatnich propozycji pani Faithfull.

Zapewne jeszcze nie raz powrócę do tych nagrań, nie tylko gdy za oknem szaleje jesienna zawierucha, ale i w te pogodniejsze dni. Smakowanie tej muzyki dostarcza bowiem naprawdę wielu wrażeń. Jeśli jesteście ciekawi co ma wam do powiedzenia starsza kobieta po przejściach, usiądźcie wygodnie w fotelu i nastawcie uszu. Kto wie, może z tych opowieści, wyciągniecie też kilka mądrości dla siebie.

Jakub Karczyński

14 października 2014

MORZE RADOŚCI, OCEANY SMUTKU

Ostatni wdech, nim nadciągnie wiatr. Nim porwie mnie do tańca. Nim rozwieję się jak dmuchawca kwiat.

J.K.


W takie dni jak dziś, gdy za oknem deszcz dzwoni o szyby, a z głośników płynie melancholijny głos Marianne Faithfull, aż chciałoby się wziąć do ręki notatnik i zapisać go najbardziej smutnymi wersami. Tak, tak, to melancholia wdziera się w duszę i wyciska z nas twórcze soki. Nic dziwnego, że to smutne piosenki najbardziej nas poruszają, bo są tymi najprawdziwszymi. Mówi się, że łatwiej napisać smutną piosenkę, niż radosny utwór. Coś w tym jest, bowiem melancholia wydobywa z naszej duszy całą paletę barw i jakoś nigdy nie brak odpowiedniej farbki, pędzla ani płótna. Rzecz w tym, aby nie przesadzić z tym smutkiem, bo nikt chyba nie chce nabawić się depresji. Z uczuciem radości jest inaczej, bo trudniej przekuć ją na słowa tak by nie trąciła banałem. Zazwyczaj kończy się to wynurzeniami, od których aż zęby bolą. Stąd też nie słucham wesołej muzyki, bo nie ma nic gorszego, niż ból zęba :) I wcale nie potrzeba przesuwać mnie do sekcji gimnastycznej, abym nabrał jeszcze więcej optymizmu jak to miało miejsce w kultowym filmie "Rejs". No chyba, żeby tą moją łzawą muzykę zinterpretować tak jak zrobił to Stanisław Tym.


Wychodzi więc na to, że słucham muzyki optymistycznej, żartobliwej, wesołej z akcentami humorystycznymi. Po takiej interpretacji trudno nie nabrać optymizmu.

Jakub Karczyński

PS Obraz wykorzystany we wpisie to "Portret poety Jana Lechonia" autorstwa Roman Kramsztyka. Do obejrzenia w Muzeum Narodowym w Warszawie.


8 października 2014

PERŁA ZATOPIONA W WINYLU


Przeglądając Allegro, natknąłem się dziś na rzecz niezwykłej urody. Wpisując do wyszukiwarki nazwisko Wayne'a Hussey'a, byłem raczej ciekaw, czy już czasem nie pojawił się jego nowy, solowy album. Oczywiście zgodnie z przypuszczeniami, po płycie ani śladu. Mój wzrok przykuła jednak winylowa EP-ka zatytułowana "Where Was?" (1986/87) sygnowaną logiem Guthrie Handley With Wayne Hussey. Do dziś dnia sądziłem, że znam solowe poczynania Hussey'a, a tu taka niespodzianka. Cieszy mnie to, bo lubię gdy muzyka mnie zaskakuje. Gdy już wydaje się nam, że przeszliśmy wszystkie drogi wraz z ulubionym artystą, on nagle pokazuje ci zarośniętą ścieżkę, którą kroczył przed laty. Mniej uczęszczana droga, nie musi wcale oznaczać, że nie warto jej przemierzyć, o czym przekonuje niniejsza historia. Gdy posłuchałem tytułowego nagrania, oniemiałem. To były te dźwięki, te emocje i ten nastrój, który najbardziej lubię w muzyce lat osiemdziesiątych. I pomyśleć, że gdyby nie przypadek, pewnie nie natknąłbym się na tę winylową EP-kę. Sądząc po niewielkiej liczbie odtworzeń tytułowego utworu na YouTube (448 z czego 10 moich), nie jest to chyba rzecz powszechnie znana. Nie powinien więc dziwić brak jakichkolwiek informacji w sieci, na temat kariery pana Handley'a. Może nie szukałem zbyt dogłębnie, a może rzeczywiście Internet nie ma w tej kwestii nic do zaproponowania. Jeśli jednak, ktoś z czytających te słowa, ma jakąś wiedzę na temat tej płyty lub wykonawcy, to zachęcam do wpisywania się w komentarzach. Czy muszę nadmieniać, że kupiłem ową płytę? Marzy mi się również wersja CD, choć nie mam pewności czy takowa się ukazała. Jeśli jest, to możecie być pewni, że zdobędę ją prędzej czy później. Tymczasem posłucham sobie kolejny raz nagrania Where Was? do czego i Was zachęcam.



Jakub Karczyński
 

1 października 2014

WIEDZA I ŻYCIE


Jak tu nie kochać płyt, skoro dostarczają nam tyle emocji. Gdy dziś zobaczyłem na półce sklepowej nową płytę Marianne Faithfull, to aż szybciej zabiło mi serce. Pożądliwy wzrok lustrował okładkę albumu, a mózg w tym czasie prowadził obliczenia finansowe. Jego pozytywna informacja zwrotna, nieco mnie zaskoczyła, ale nie chciałem wyprowadzać go z błędu. Zapewne zapomniał, że trzeba zapłacić za odbiór nowego mini albumu New Model Army, że za dwa tygodnie będzie gotowa kolejna przesyłka z płytami, a z portalu aukcyjnego i sklepu internetowego, nadlatuje dość spora eskadra płyt. Są wśród nich takie starocie jak debiutancka płyta Visage, trzeci album Siouxsie & The Banshees jak i nowiutki krążek lidera Ultravox. Czekam zwłaszcza na tę ostatnią pozycję, bo może to być jedna z ważniejszych płyt tego roku. Ważnych oczywiście dla mnie, a nie dla dziennikarzy muzycznych, którzy prędzej pochwalą jakiś odjechany, elektroniczny projekt z Algierii, niż pochylą się nad albumem Midge Ure'a. Tak, tak, weterani nie są dziś w cenie, no może poza David'em Bowie, Morrissey'em i Mick'iem Jaggerem. Jak tu pisać o kimś mniej znanym, skoro młodziaki na pewno nie znają, a skoro nie znają to nie przeczytają i nie posłuchają. Lepiej wybrać niszowy, ale młody zespół. Koniecznie jednak musi być oryginalny, alternatywny, no i świetnie wyglądający. Nic dziwnego, że muzyczna wiedza młodych ludzi, bywa niekiedy zatrważająca. I to w czasach, gdy muzyka jest na wyciągnięcie ręki. Może i słuchają dużo, ale przeważnie muzyki współczesnej, ściągniętej i zapisanej w pamięci iPoda lub telefonu. Ze starociami jest już problem. Idę o zakład, że gdyby zapytać jednego z drugim o nazwisko wokalistki/wokalisty ulubionego zespołu, to rozłożyliby bezradnie ręce. I w tym momencie kłaniają się okładki płyt, które dawniej były skrupulatnie lustrowane, czytane po ostatnią literkę, stąd też składy zespołów były recytowane z pamięci. Do dziś nie zapomnę chwil, gdy po mieście krążyły grupy fanów Metallicy i lustrowały klapy kurtek, w poszukiwaniu przypinek ich faworytów. Jeśli nawinął się jakiś leszcz, nie wyglądający na fana, to na dzień dobry otrzymywał pytanie o skład grupy. Jeśli nie potrafił wymienić wszystkich członków z imienia i nazwiska, to marny był jego los. W najlepszym wypadku mógł stracić przypinki, w najgorszym otrzymać łomot i kopa w dupę. Może nie był to najbardziej błyskotliwy pomysł edukacyjny, ale przynajmniej przynosił efekty. Obawiam się, że gdyby zastosować go w dniu dzisiejszym, to jeden z drugim, trzy razy by się zastanowił, zanim włożyłby koszulkę znanego zespołu. Być może przeczytaliby jakąś biografię, posłuchali uważniej muzyki, aby przechadzka po mieście nie skończyła się wizytą w szpitalu. I tym optymistycznym akcentem zakończę na dziś.

Jakub Karczyński