21 listopada 2022

EKSPLORACJA KRYPT


Muzyka to podróż. Najlepiej, gdy jest to podróż w nieznane. Dopiero taka wyprawa oferuje nam prawdziwe spektrum emocji. Nie zawsze wrócimy z niej obładowani zachwytem, ale czasem wystarczy kilka ciekawych ujęć, które z czasem mogą rozpalić naszą wyobraźnię do czerwoności. Przepustką do takiej eskapady może okazać się nic nie znaczący drobiazg. Jakiś czas temu odwiedziłem sklep płytowy na poznańskim rynku. Wstąpiłem bez wyraźnego powodu, ale gdy już się tam znalazłem, to poczułem się w obowiązku by coś kupić, a nie być kolejnym oglądaczem, który zawraca głowę sprzedawcy. Przejrzałem więc zgromadzone tam asortyment, nie mając wielkich oczekiwań i nadziei. Nie chciałem kupować byle czego, a już na pewno nie muzykę, do której nigdy już nie powrócę. Jakież było moje zaskoczenie, gdy pośród płyt, znalazłem składankę "In Goth Daze" (1994). Szybki rzut oka na nazwy wykonawców upewnił mnie, że to właściwy wybór. Obok znanym mi nazw jak Bauhaus, Alien Sex Fiend czy Red Lorry Yellow Lorry pojawiło się tam kilka grup, które były mi całkowicie nieznane i to one najbardziej rozpaliły moją wyobraźnię. Czy mówią wam coś takie nazwy jak Clocks, Bone Orchard, In Excelsis, Ritual, Screaming Dead, Furyo czy Zero Le Creche? Nie martwcie się jeśli odpowiedzieliście przecząco. Mnie też w tamtym momencie nie otworzyła się w głowie żadna ścieżka skojarzeń i właśnie to była największa wartość tej kompilacji. Wyłożyłem więc pieniądze na stół i uwolniłem ten album z przestrzeni sklepowej. Słowo "uwolniłem" nie pojawiło się tu przypadkowo bowiem mam podejrzenia, że owa składanka spędziła tam co najmniej dwadzieścia lat. Trochę się więc na mnie naczekała. Mało brakowało, a nasza relacja tak szybko jak się zaczęła, tak błyskawicznie by się skończyła bowiem zostawiłem ten album na kontuarze w kawiarni, do której udałem się chwilę później. Na szczęście szybko się zreflektowałem i po chwili odzyskałem moją zgubę. 

"In Goth Daze" to kompilacja wydana przez Anagram Records będący oddziałem Cherry Red Records, który to w swym katalogu ma sporo interesujących płyt. Niniejsza składanka jak nietrudno się domyślić, oferuje nam zwiedzanie gotyckich krypt i muszę przyznać, że przy kilku z nich, warto zatrzymać się chwilę dłużej. Już początek płyty przynosi nam tyle emocji, że aż strach pomyśleć co będzie dalej. Na zachętę posłuchajmy pierwszych trzech wykonawców, a są to: Specimen w utworze Hex, Nico z nagraniem Vegas oraz Alien Sex Fiend i ich I Walk The Line. Jeżeli nie załapiecie tej fali, to dalej raczej nie macie czego szukać.  Osobiście uważam, że to prawdziwie mistrzowskie otwarcie. Nie dziwi mnie fakt, że Specimen i Alien Sex Fiend pojawiają się tu w nieco większej dawce niż inne grupy. Wśród mniej znanych nazw zwracam szczególną uwagę na grupy Clocks, Play Dead, Screaming Dead, Furyo a przede wszystkim na Zero Le Creche, która to stała się jednym z dwóch moich największych odkryć niniejszej składanki. Ich muzyka zawładnęła mną do tego stopnia, że zakupiłem sobie ich jedyną dostępną płytę jaką jest "Last Year's Wife - The Collection" (2008). Grupa ta nie miała szczęścia nagrać całego albumu. Jedyne co po sobie zostawiła to dwa single, stworzone z dwoma różnymi wokalistami oraz kilka niezrealizowanych kompozycji. Szkoda, że tak potoczyła się ich historia bo mieli zadatki na to by wypłynąć na szerokie wody. Podobnie potoczyły się losy zespołu Furyo, który to zauroczył mnie równie mocno. W składzie zespołu znaleźli się byli członkowie UK Decay, którym starczyło sił by stworzyć zaledwie dwa mini albumy. Całość po latach została zebrana na albumie "Furyo" (2007) wydanym przez Anagram Records w serii Goth Collectors Series. Polecam nadstawić uszu jeśli lubicie spędzać czas w ponurych i zimnych kryptach. 

 

Jakub Karczyński  

13 listopada 2022

KEITH LEVENE - POŻEGNANIE

John Lydon i Keith Levene

Dziś dotarła do mnie niezwykle smutna informacja. Zmarł Keith Levene. Muzyk tworzący pod tak znaczącymi szyldami jak The Clash czy Public Image Limited, odszedł od nas w miniony piątek. Gdy my obchodziliśmy Święto Niepodległości, Keith stawiał na ziemskim padole swe ostatnie kroki, otwierając szeroko drzwi do wieczności. Przekroczył je jeszcze tego samego dnia, przeżywszy 65 lat. Nie ma dobrej pory na umieranie, ale Keith odszedł zdecydowanie za wcześnie. Oficjalna przyczyna zgonu nie została podana do wiadomości publicznej lecz można podejrzewać, że pokonał go rak wątroby, którego zdiagnozowano u niego dwa lata wcześniej. Historia kończy tu swój bieg. Pozostały nam płyty, na których się udzielał, stąd też w najbliższych dniach powrócę do debiutu Public Image Limited, wsłuchując się ze szczególną uwagą w partie jego gitary. Polecam uczynić to samo, nie tylko by oddać mu hołd, ale by i docenić jego talent. 

 

Jakub Karczyński 

10 listopada 2022

THE CURE "A HEAD ON THE DOOR" (1985)


Gdy w 1979 roku pojawiła się na rynku płyta "Three Imaginary Boys" nikt chyba nie przypuszczał, że będzie to początek jakże fascynującej muzycznej podróży. Myślę, że nawet sam Robert Smith nie miał pojęcia w czym dane będzie mu uczestniczyć. Choć początki działalności zanurzone były jeszcze w estetyce punk rocka, to dość szybko okazało się, że The Cure nie będzie typowym przedstawicielem tego nurtu. Już ich debiut zdradzał ambicje tworzenia muzyki wychodzącej poza schemat trzech akordów. Kolejne płyty były tego najlepszym potwierdzeniem. Gdy Smith wraz z zespołem tworzyli podwaliny swej gotyckiej katedry, na którą to złożyły się albumy "Seventeen Seconds" (1980), "Faith" (1981) i "Pornography" (1982), atmosfera wewnątrz grupy zaczęła się zagęszczać. Po dotarciu do tak mrocznych rejonów kolejnym krokiem mógła być tylko droga jaką podążył Ian Curtis z Joy Division. Smith jednak nie czuł potrzeby robić z siebie rockowego męczennika i nie oczekiwał by prasa stawiała mu ołtarze, stąd też jedyną rozsądną decyzją było zawieszenie działalności The Cure. W tym czasie mógł przewietrzyć nieco głowę, rozgonić ciemne chmury i pomyśleć nad tym co dalej. Dla zabawy zajął się tworzeniem popowych melodii, które złożyły się później na płytę "Japanese Whispers" (1983). Dla fanów to musiał być niezły szok bowiem jednym ruchem Smith zniszczył swą gotycką katedrę, która stała się dla niego zbyt ciasna. Po czymś takim mogło wydarzyć się już praktycznie wszystko. Smith oczyścił sobie tym samym pole by zacząć pisać historię zespołu niemal od nowa. Nakreślił więc plan działania, który zakładał otwarcie muzyki The Cure na pop. Ten mariaż miał naprawdę małe szansę powodzenia, a jednak The Cure wyszli z tego pojedynku obronną ręką.

Na "A Head On The Door" (1985), Smith stworzył piosenki, które miały szansę zawalczyć o masowego słuchacza. Przykładem jest Inbetween Days rozpoczynający ten album, który stał się jednym z największych przebojów grupy, wykonywanym na koncertach do dziś dnia. Ten lekki i zwiewny utwór był niejako komunikatem wystosowanym do fanów, informujący ich o tym, że czasy zimnej fali minęły bezpowrotnie. Jeśli ktoś traktował płyty "Japanese Whispers" oraz "The Top" jako dzieła okresu przejściowego, to w przypadku albumu "A Head On The Door" mógł już pozbyć się złudzeń. Nowy kierunek zaordynowany przez Smitha miał być odtąd wyznacznikiem ich stylu. Współudziałowcem w tej zbrodni uczynił on także Tima Pope'a, który stworzył jedne z najbardziej niesamowitych teledysków w całej karierze The Cure. Lekkie, pomysłowe i przede wszystkim wyraziste. Stanowiły one jasny sygnał, że oto wychodzimy z mroku i wpuszczamy do gotyckich komnat nie tylko światło, ale i świeże powietrze. "A Head On The Door" zaprezentował słuchaczom całe spektrum barw i brzmień, których do tej pory próżno było szukać w repertuarze grupy. Czegóż tu nie ma? Z pewnością nudy. Śmiem twierdzić, że niemal każdy znajdzie tu fragment swej tożsamości muzycznej. Jest przecież bezpretensjonalny pop (Inbetween Days), muzyka pachnąca orientem (Kyoto Song) oraz słoneczną Hiszpanią (The Blood). Miłośnicy muzycznych dziwolongów także powinni być zadowoleni w końcu to właśnie tu znajdziemy Six Different Ways oraz Close To Me. Największe powody do radości mają z pewnością ci, którzy uwielbiają w muzyce eklektyzm. Siłą "A Head On The Door" są nie tylko melodie, ale i element zaskoczenia. Tu wydarzyć może się absolutnie wszystko. Smith tworząc tę płytę nie stawiał sobie żadnych barier, dzięki czemu powstało dzieło absolutnie wyjątkowe. Przy nagromadzeniu tylu różnych elementów, aż dziw bierze, że płyta nie rozchodzi się na szwach. Znać zręczne ręce krawca. Osobiście, z całego zbioru nagrań wyróżniłbym cztery utwory, które w mojej opinii są prawdziwymi perłami tego wydawnictwa. O Inbetween Days już wspomniałem więc nie ma sensu się powatrzać. Ten kawał zręcznie skrojonego popu broni się równie dobrze do dziś dnia. Z kolei Push wyróżnia się wspaniałym, instrumentalnym wprowadzeniem, dynamiką oraz niebanalną melodią, która wchodzi w głowę jak nóż w masło. Ogromnie się ucieszyłem, gdy zespół wykonał ten utwór na koncercie w Łodzi. Nie był to na szczęście jedyny fragmnet tej płyty bowiem tego wieczora wybrzmiało jeszcze A Night Like This. Za taki utwór w swym repertuarze niejeden zespół dałby się pokroić. I nie ma się czemu dziwić, bo to perfekcja w każdym calu. Dodatkowym atutem jest wspaniałem solo saksofonu, na którym zagrał Ron Howe z zespołu Fools Dance. W grupie tej udzielało się dwóch członków The Cure - Simon Gallup oraz Matthieu Hartley. Jeśli myśleliście, że to koniec atrakcji to jesteście w błędzie. Na koniec zespół zostawił tak zwaną wisienkę na torcie, w postaci nagrania Sinking, które to jak na moje ucho jest zapowiedzią tego, co miało wydarzyć się cztery lata później na albumie "Disintegration" (1989). Odnoszę wrażenie, że to również takie pocieszenie dla starych fanów, którzy wciąż myślami wracali do czasów mrocznej trylogii. To komunikat informujący, że The Cure wciąż ma w sobie ogromne pokłady smutku i melancholii, które teraz będą wyrażać się za pomocą nieco innych środków. Sinking to jedno z najlepszych zamknięć albumowch The Cure, a przecież wiadomo, że prawie każdą ich płytę wieńczył utwór wyjątkowy. Szkoda, że na przestrzeni lat kompozycja ta popadła nieco w zapomnienie. Odgarnijmy więc te pajęczyny i zdmuchnijmy kurz by wydobyć na światło dzienne jedną z najlepszych kompozycji The Cure. Nie przystoi przecież chować czegoś taki pięknego w szafie.

Albumem "A Head On The Door" grupa The Cure wróciła do żywych, stając się znów zespołem z krwi i kości. Zdefiniowali nim swoje nowe brzmienie oraz wyznaczyli kierunek rozwoju, który w następnych latach konsekwentnie realizowali. Robert Smith udowodnił tym samym, że jest nie tylko zręcznym kompozytorem, ale także liderem, który wie jak utrzymać swój statek na powierzchni. Na "A Head On The Door" zespół rozciągnął dopiero żagle, które nabrały pełni mocy wraz z ukazaniem się albumu "Disintegration". Czy zatem mamy traktować niniejsze wydawnictwo jako brudnopis? Na to pytanie nie da udzielić się jednoznacznej odpowiedzi. Bez "A Head On The Door" nie byłoby z pewnością "Disintegration" bowiem to właśnie tu można odnaleźć zalążki ich późniejszego sukcesu. Z drugiej strony wartość artystyczna kompozycji jest na tyle duża, że nie ma mowy o jakiś wprawkach czy szkicach. Ten album może był dopiero pierwszym krokiem, ale jak wiadomo, to od niego zaczyna się każda podróż.


Jakub Karczyński