25 kwietnia 2017

DUSICIELE WIECZOROWĄ PORĄ

Wczorajsze wydanie audycji "GH+" w radiowej Trójce poświęcono grupie The Stranglers. Ucieszył mnie ten fakt, bo bardzo lubię muzykę Dusicieli, czego wyrazem moja kolekcja ich albumów na półce. Nie, nie ma jeszcze wszystkich ich płyt, ale to co już udało mi się zebrać, myślę, że śmiało może wprowadzić mnie do grona osób, które uważają się za ich fanów. Gdy więc usłyszałem, że szykuje się audycja z ich muzyką, przyklasnąłem tej inicjatywie i pilnie nadstawiłem uszu. Nie wiem co sprawiło, że to właśnie Dusiciele zasłużyli na taką nobilitację, ale mniejsza o to. Jeśli była jakaś okazja to dobrze, a jeśli nadano tę muzykę bez okazji to jeszcze lepiej. W końcu czy zawsze musi być jakaś okazja by posłuchać tego czy tamtego zespołu? No nie musi. Kolejne rocznice sprawiają, że wszystko staje się jakieś takie schematyczne, a przecież nie ma nic nudniejszego niż schematy. Dobrze więc czasem zrobić coś bez okazji, ot tak z potrzeby serca. Nie wnikając już w motywację autora dodam, że kluczem do audycji była prezentacja utworów zgodnie z chronologią jej powstania. Kilka utworów z pierwszej płyty, kilka z drugiej, trzeciej, czwartej i tak dalej. W godzinnej audycji przerobiliśmy zdecydowaną większość albumów w tworzeniu i wyśpiewywaniu, których udział brał Hugh Cornwell. Nie to jest jednak ważne, a pewne zdanie, które padło na zakończenie audycji i które to wywołało mój wewnętrzy sprzeciw. Otóż autor wygłosił pogląd jakoby to co zespół stworzył już po odejściu Hugh Cornwella to zjazd po równi pochyłej i nie warte jest tego, aby poświęcać temu czas. Ujął to tak: (...) później odszedł Hugh Cornwell i to jeden z tych najbardziej charakterystycznych przykładów w muzyce rockowej kiedy odejście wokalisty sprawiło, że zespół mimo że istniał i nadal nagrywał stał się kompletnie nie interesujący. Absolutnie nie podpisałbym się pod tym stwierdzeniem i nie radziłbym nikomu przwiązywać się do tych słów. Po odejściu Hugh Cornwella, grupa nagrała osiem albumów z dwoma innymi wokalistami i nie brak wśród nich pozycji wyjątkowych. Najdłużej bo przez szesnaście lat, obowiązki te pełnił Paul Roberts i muszę przyznać, że doskonale wywiązywał się z powierzonej mu funkcji dlatego ze smutkiem przyjąłem jego rezygnację i opuszczenie składu w 2006 roku. Pożegnał się w pięknym stylu genialnym albumem "Norfolk Coast" (2004), który w pojedynkę zadaje kłam stwierdzeniu, że późniejsze poczynania grupy były słabe i nie interesujące.  W swoich zbiorach mam także album "About Time" (1995), który choć nie tak doskonały ma również kilka bardzo mocnych punktów jak choćby zamykającą album przepiękną kompozycję And The Boat Sails By. I choć brak mi jeszcze kilku albumów z nowej ery działalności grupy, nie sądzę, aby były to dzieła tak złe jak mówił o nich Grzegorz Hoffman w audycji "GH+". Nawet na ostatnich albumach, na których to mikrofon przejął obecny wokalista Baz Warne, znajdzie się kilka naprawdę interesujących utworów. Polecam nastawić choćby album "Giants" (2012) i posłuchać takiego Adios (tango) by szybko przekonać się, że Stranglersi nie powiedzieli jeszcze swego ostatniego słowa. Wciąż mają ciekawe pomysły i ani myślą składać broń. Dusiciele to solidna marka, która miała swoje lepsze i gorsze momenty, ale nigdy na tyle złe, aby warto było zacząć zastanawiać się nad celowością dalszego funkcjonowania zespołu. Dlatego też wygłaszanie takich twierdzeń na falach Polskiego Radia, uważam za wysoce krzywdzące względem zespołu. Programy autorskie co prawda rządzą się swoimi prawami, ale przytoczony tekst brzmi bardziej jak stwierdzenie, niż prywatna opinia redaktora i w tym cały problem. Nie wymagam, aby redaktor Hoffmann padał przed każdą nową płytą Stranglersów na kolana, ale prosiłbym o większy obiektywizm w ocenie czyjegoś dorobku. Zapewne nie tylko ja, poza kanonicznymi albumami z Hugh Cornwellem, wracam od czasu do czasu z nie mniejszą przyjemnością, do płyt z ostatnich lat działalności zespołu. I wcale nie uważam tego za stratę czasu. Nie dajcie więc wmówić sobie, że coś jest złe. Sprawdźcie sami zanim ślepo czemuś zawierzycie, bo zbyt często bazujemy na czyichś opiniach zamiast na własnych uszach.
  
Jakub Karczyński

17 kwietnia 2017

STREFA KOMFORTU



Zdaję sobie sprawę, że dla części czytelników przywoływanie co i rusz postaci Tomka Beksińskiego może być już nieznośne i wręcz nudne. Przypomina to trochę jedzenie niemal dzień w dzień tego samego obiadu. Ile można? Będąc tego świadom postanowiłem, że dam Tomkowi na jakiś czas odpocząć. Nie będę epatował już tu jego imieniem i nazwiskiem. Taki był plan, ale jak zwykle życie pisze swoje scenariusze i w nosie ma nasze założenia. Bo jakże nie wspomnieć tu o jego osobie, skoro to on był siłą sprawczą nabycia płyty, o której słów kilka poniżej. To przecież w jednej z jego starych audycjach, których słucham sobie od czasu do czasu, pojawił się utwór Life In Dark Water, który zauroczył mnie do tego stopnia, że czym prędzej zacząłem rozglądać się za całą płytą. Al Stewart, bo to o nim mowa, był mi do tego momentu artystą kompletnie nieznanym. No może nie tak zupełnie, bo nazwisko gdzieś tam obiło mi się o uszy, ale jego muzyczny dorobek to już raczej nie. I gdy tak słuchałem sobie audycji, w której to Tomek przewodnim motywem uczynił piosenki marynistyczne* (bynajmniej nie szanty), nagle usłyszałem utwór o dość niepokojącym klimacie, zaśpiewany pięknym głosem, a w dodatku tak uroczo staroświecki. Można by rzec, że to taki typowy przedstawiciel tego, co w muzyce Tomek ukochał najbardziej. Jest tu przecież element tajemniczości, grozy, ale i pierwiastek romantyczny, który to zawsze silnie do niego przemiawiał. Jest nawet i fragment mogący kojarzy się z westernami, będące w końcu dość częstymi elementami jego audycji. Któż nie pamięta programów o spaghetti westernach i tej muzyki, która się w nich pojawiała. W najbliższym czasie przez ekrany telewizyjne przemknie western "Major Dundee" (1965), o którym Tomek wspominał w audycji z 27 lutego 1999 roku. Mam gdzieś to nagrane na płycie, więc zaraz odnajdę i posłucham. Pamiętam, że emitował wtedy wiązankę utwórów ze ścieżki dźwiękowej z tego filmu, którą nabył w Londynie za 15 funtów! Inspirację do tego typu programów stanowiły zazwyczaj filmy emitowane w TVP1. Jak to Tomek zwykł je zapowiadać? Film w Jedynce, muzyka w Trójce. Każdy kto będzie chciał przypomnieć sobie tamte czasy, może nastawiać w kolejne soboty TVP Kultura, gdzie pojawiać się będą klasyczne westerny. Niestety muzyki w Trójce nie będzie. Przynajmniej nie tej, którą to on zwykł emitować. Wróćmy więc do albumu Ala Stewarta "Time Passages" (1978), który to stanowił za punkt wyjścia tego wpisu. Nabywając go, nie obiecywałem sobie po nim zbyt wiele. Ot chciałem mieć tę jedną, jedyną piosenkę, a pozostałe nagrania albo przyjemnie mnie zaskoczą albo niemiło rozczarują. Tymczasem po kilkukrotnym wysłuchaniu całego albumu, nie mogę się wręcz od niego uwolinić. Uchyla mi on drzwi i zabiera w głąb krainy, do której chętnie zapuszczał się także Tomek. Daje pewnego rodzaju poczucie bezpieczeństwa odczuwalne w sytuacji, gdy wiesz, że jesteś u siebie, w otoczeniu ludzi i przedmiotów tak dobrze ci znanych. I tak też się czuję, słuchając tego albumu. Pełen komfort i poczucie bezpieczeństwa, którego tak wielu szuka, a tak niewielu znajduje. Strefa komfortu jak można się domyślić jest czymś indywidualnym, czego nie można rozciągnąć na szerszą grupę ludzi. Dla każdego z nas stanowi ona zupełnie inny obszar. Moja jest właśnie tutaj, wśród dźwięków starego rocka i albumów takich jak "In The Court Of The Crimson King" (1969) King Crimson, "Argus" (1972) Wishbone Ash, "Close To The Edge" (1972) Yes, "The Wall" (1979) Pink Floyd czy "Time Passages" Ala Stewarta. To płyty z niepowtarzalnym klimatem, niosące w sobie coś więcej niż tylko muzykę. Zrozumiałe chyba tylko dla tych co wrażliwszych słuchaczy, którzy zaczerpnęli już co nieco wody z tego źródła. Dla reszty jak sądzę pozostaną one wyłącznie niemodnymi narganiami z dawno już zapomnianych czasów. Warto jednak dać im szansę, przełamać niechęć i uprzedzenia, bo te albumy zwyczajnie na to zasługują.

Jakub Karczyński

* Wpływ na to miał film "Titanic" Jamesa Camerona, który zrobił na Tomku wielkie wrażenie.
 

7 kwietnia 2017

STATEK ŚWIĘTEJ IGNORANCJI

Przed momentem przeczytałem bardzo interesujący wywiad z Bartkiem Chacińskim. Jest to kolejna odsłona cyklu poświęconego polskim dziennikarzom muzycznym. Pomysł faktycznie interesujący bo przecież o wielu z nich, nie wiemy wiele więcej nad to, co uda nam się wyczytać w Wikipedii. Czytając ten wywiad szczególnie jedna kwestia zwróciła moją uwagę. Chodzi mianowicie o słuchanie i odkrywanie nowej muzyki i nowych grup. Czasami odnoszę wrażenie, że dla dziennikarzy nowego pokolenia, to co było, nie ma najmniejszego znaczenia. Liczy się tylko to co tu i teraz. Tak jakby wszyscy nagle zapragnęli być nowymi Krzysztofami Kolumbami, odkrywcami nowego, muzycznego świata. Z jednej strony nie ma co temperować tych zapędów, bo przecież jak głoszą powiedzenia "do odważnych świat należy", a "tylko głupi nie jest świata ciekaw". Tyle tylko, że część dziennikarzy młodego pokolenia, wsiada na ten statek pozbawiona zupełnie bagaży. Muzyka lat sześćdziesiątych, siedemdziesiątych to sfera zarezerwowana tylko i wyłącznie dla największych nazwisk i grup. Historia muzyki liźnięta po łebkach prędzej czy później zbierze swoje żniwo. Te nieodrobione lekcje, odłożnone na bok na tak zwane później, przypomną o sobie w najmniej spodziewanym momencie. A wtedy wszystko na co tak ciężko pracowaliście runie z hukiem, że nie będzie już czego zbierać. Niech więc pogoń za muzycznymi nowinkami nie przesłonił wam zupełnie świata, bo przecież nie można wybierać się w podróż bez odpowiedniego przygotowania i ekwipunku. Dlatego też apeluję do każdego komu marzy się bycie dziennikarzem muzycznym w radiu, prasie czy choćby w internecie, aby nieustannie pogłębiał swoją wiedzę nie tylko o nowości, ale też i o albumy z nieco odleglejszych dekad. Tylko wtedy będziecie mieli pełny obraz tego świata, zrozumiecie co z czego się wzięło i przede wszystkim oszczędzicie sobie kompromitacji. Bo może się okazać, że to co dziś uznajecie za szczyt oryginalności i geniuszu artrystycznego, ktoś przed laty zrobił już to z o wiele lepszym skutkiem. Wkurzam się ilekroć słyszę, że ktoś kręci nosem na muzykę, która ma już swoje lata na karku. Co z tego, że jest niedzisiejsza? Co z tego, że tak się już nie gra, a brzmienie trąci myszką? Takie czasy, takie instrumenty i takie pomysły. Spróbujcie raczej to zrozumieć, poszukać powiązań, niż negować dorobek całych pokoleń. I nie martwcie się, że nie starczy wam życia na to by wszystkiego posłuchać i kompleksowo zbadać. Ze względu na muzyczny bezmiar, poczucie niedouczenia jest czymś zupełnie normalnym. Nie mylcie tylko niedouczenia z ignorancją, bo to jednak dwie różne sprawy. Sam często złoszczę się, że mi doby brakuje na posłuchanie tego wszystkiego czego chciałbym posłuchać. I wcale nie jestem jakimś muzycznym eksploratorem co to wynajduje na Tidalu co tydzień sześćdziesiąt nowych zespołów. Wystarczy mi to co zgromadzę na płytach, a i tak zaległości mam takie, że głowa boli. Czasem chciałbym, aby ktoś na chwilę zastopował cały ten przemysł muzyczny. Wcisnął pauzę na jakiś czas, aby można było zniwelować nieco te zaległości. Niestety chyba jeszcze nikt nie wynalazł takiego pilota, więc dalej uczestniczymy w tym szaleńczym biegu. Dziś nowość goni nowość. Oszaleć można. Wpadliśmy z jednej skrajności w drugą, a muzyczna karuzela wiruje coraz szybciej i szybciej. Dlatego też warto zachować pewien umiar i rozsądek by nie wypaść za burtę na tym wzburzonym morzu muzyki. Jeśli już zdecydowaliście się wsiąść na pokład tego statku, upewnijcie się, że zabraliście wszystko co niezbędne by wyruszyć na eksplorację nowego świata.

Jakub Karczyński

PS Za ilustrację posta posłużył mi obraz "Dziewiąta fala" Iwana Ajwazowskiego, rosyjskiego malarza marynisty doby romantyzmu.