28 października 2015

POLOWANIE NA IKONY

  
Dzisiejszy dzień poza ładna pogodą przyniósł ze sobą także dwa nowe nabytki płytowe. Nie planowałem tego, wyszło to jakoś tak spontanicznie. Pierwszy zrodził się z frustracji wynikającej z faktu, że upłynęło już pięć dni od premiery najnowszego krążka grupy Killing Joke, a albumu nie sposób uświadczyć w żadnym stacjonarnym sklepie. Co innego sklepy internetowe, które w większości przypadków stanęły na wysokości zadania. Niemniej ja chciałem tak na już, bez zbędnego czekania. Niestety, nie da się, trzeba swoje odczekać. Wiem, że Killing Joke to nie Madonna, ani nawet Sting, którzy jak tylko wydadzą swoje nowe płyty, to sklepy usypują z nich gigantyczne kopce, które straszą później przez następne pół roku. Wiem też, że hajs musi się zgadzać, a grupy pokroju Killing Joke, nie generują wielkich zysków, ale czy tak trudno zamówić choćby minimalną ilość? Zważywszy, że nie wydało tego jakieś Zadupie Records lecz gigant w postaci Universala. Z braku alternatywy, zakupiłem płytę w Internecie i nie pozostaje mi nic innego jak wypatrywać listonosza. 

Drugi nabytek płytowy to był zupełny przypadek. Przeglądając aukcje internetowe, wpisałem nazwy kilku grup na zasadzie "zobaczmy co wyskoczy". W pewnym momencie, wrzuciłem do wyszukiwarki słowo Ikon. Pierwsze typy nie były niczym zaskakującym, ale gdy przedarłem się nieco dalej, mym oczom ukazał się album "Love, Hate And Sorrow" (2009), którego akurat brak mi w kolekcji. Cena była dość wysoka, więc postanowiłem odpuścić. Być może kiedyś trafi się bardziej atrakcyjna oferta. Los jednak tego dnia był nad wyraz łaskawy, bowiem wyrzucił na internetowy brzeg, także inną perłę w postaci płyty "On The Edge Of Forever" (2001). Do zakończenia aukcji pozostało zaledwie pięć minut, więc czym prędzej trzeba było brać się do licytacji. Wiedziałem, że nie jestem jedynym myśliwym, któremu zależy na tym wydawnictwie, stąd też załadowałem do strzelby nieco mocniejsze naboje. Walka była zacięta, powietrze było gęste od kul, ale w ostatecznym rozrachunku to mój pocisk powalił zwierzynę. Mało brakowało, a obszedłbym się smakiem. Na szczęście los mi sprzyjał, dzięki czemu, wkrótce będę mógł powiesić na ścianie kolejne trofeum. Polowanie powoli dobiega końca. Do odtrąbienia pełnego sukcesu, pozostało jeszcze wytropić i ustrzelić dwa ostatnie albumy. I choć ich odnalezienie może zająć długie miesiące, a nawet lata, to prędzej czy później i tak padną moim łupem. Skąd ta pewność? Praktyka synu. Praktyka.

Jakub Karczyński

18 października 2015

EDITORS - IN DREAM (2015)

Nigdy nie byłem ich zagorzałym fanem. Gdy debiutowali, wpisali się na listę grup, które za punkt honoru przyjęły sobie wskrzeszenie tradycji Joy Division. I choć ich muzyka miała w sobie taneczność indie rocka, to za sprawą wokalnej maniery, sprowadzała ze sobą także mrok. To specyficzne połączenie, sprawdziło się w przypadku grupy Interpol, dlaczego więc miałoby nie wypalić w przypadku Editors? Pamiętam, że ich debiut zebrał bardzo dobre opinie, jednak mnie czegoś w nim zabrakło, stąd też moja długa obojętność na poczynania grupy. Gdy zaczęli skręcać bardziej w kierunku elektroniki, uznałem, że panowie chcą wyrwać się z tej ramy, w jakiej chcieli zamknąć ich fani. Nie chcieli już być tylko kontynuatorami tradycji Joy Division, ale zaznaczyć swą indywidualność. Każdy kolejny album był poszukiwaniem tej swojej tożsamości, zmianą dokonywaną w swym wizerunku. Czy już odnaleźli swoją drogę? Tego dowiemy się dopiero za jakiś czas, gdy będziemy mogli prześledzić i podsumować ich karierę. Tymczasem skupmy się na tym co tu i teraz, czyli na najnowszym albumie, zatytułowanym "In Dream" (2015).

Skłamałbym gdybym powiedział, że czekałem na niego z zapartym tchem. Bliższe prawdy będzie jeśli napiszę, że owo wyczekiwanie podszyte było pewna dozą nieufności. Wynikała ona z prostej przyczyny. Po nagraniu nad wyraz udanego albumu "The Weight Of Your Love" (2013), należało podnieść poprzeczkę, która i tak zawieszona była bardzo wysoko. Czy taki skok mógł się udać? Raczej wątpliwe, ale przecież w muzyce jak w sporcie, czasem zdarzają się cuda. Nie próbowali zdystansować swego poprzedniego albumu, wybrali bezpieczniejszą drogę, nagranie płyty, której nijak nie można zestawić z poprzedniczką. Dzięki temu uniknęli nachalnych porównań i zestawień. Liczyła się tylko muzyka, choć sam zespół kierował naszą uwagę w kierunku "In This Light And On This Evening" (2009). Nie był to w żadnym wypadku zabieg marketingowy, lecz komunikat, że jeśli już do czegoś odnosić te nowe nagrania, to właśnie do tej płyty. I faktycznie, "In Dream" brzmi nieco jak jego brat bliźniak, choć na pewno nie jednojajowy. Słychać, że od tamtej pory grupa niezwykle się rozwinęła, a Tom Smith nie boi się eksperymentować ze swym głosem. Jest tak samo przekonujący, gdy śpiewa swym normalnym głosem, jak i falsetem, którym zaskoczył słuchaczy na poprzednim albumie.

Już pierwsze dźwięki zwiastują, że będzie jakoś inaczej i raczej nie ma co oczekiwać powtórki z "The Weight Of Your Love". Dla kogoś kto nie odsłuchiwał pojawiających się w sieci singli, No Harm może być sporym zaskoczeniem. Ten mroczny, nastrojowy i powolny utwór, doskonale temperuje rozbuchane oczekiwania fanów. Jeśli ktoś spodziewał się mocnego i dynamicznego otwarcia, to się zapewne srodze rozczarował. Bardziej refleksyjnie nastawiona publiczność, z pewnością poczuła przyjemny dreszczyk przebiegający po plecach. Jeśli już miałbym się do czegoś przyczepić, to wskazałbym na brak odpowiedniej dramaturgii w finale tego nagrania. Aż prosi się ono o mocne wejście gitar, które rozładowałoby to misternie zbudowane napięcie. Nim zdążymy się zorientować, że czegoś tu brakuje, zostajemy porwani przez The Ocean Of  Night, który jak to ktoś słusznie zauważył, przypomina bardziej nagrania Coldplay'a niż nagrania Editors. To zresztą nie jedyny przykład, próby wbicia się w cudze fatałaszki na tejże płycie. Posłuchajcie tylko utworu Our Love, który jak żywo przypomina największy przebój Bronski Beat! Ta dość zaskakująca inspiracja może szokować, ale nie sposób odmówić jej uroku. Nie jest to co prawda najmocniejszy punkt płyty, ale warto dać szansę temu odmieńcowi z gabinetu osobliwości doktora Tom'a Smith'a. Kto wie, może znajdziecie w nim coś więcej, niż tylko kopię stylu Bronski Beat. Zdecydowanie bardziej konwencjonalnie i urokliwie prezentują się nagrania Forgiveness czy Salvation. Zestawione tuż obok siebie, doskonale się uzupełniają. Nic dziwnego, bez przebaczenia trudno przecież o zbawienie. Life Is A Fear to z kolei komercyjna lokomotywa tego albumu. Klimatyczna, ale i nienachalnie przebojowa. Na koniec zostawiłem sobie nagranie The Law, którego pierwsze dźwięki nie zwiastują niczego specjalnego. Ot, taka synthpop'owa plumkanina, która za sprawą głosu Rachel Goswell ze Slowdive, zyskuje nowy, piękniejszy wymiar. Jej udział choć tak skromny, to jednak niezwykle odczuwalny. Nie ma co, mieli panowie nosa i niezwykłe wyczucie. Szkoda, że nie wystarczyło go do samego końca. Zmysł kompozytorski zaczyna szwankować na wysokości nagrania All The Kings, dla niektórych zapewne już przy Our Love. Niemniej oba nagrania, można jeszcze jakoś wybronić. Gorzej ma się sprawa z dość nudnym At All Cost oraz dość rozwleczonym zamknięciem albumu w postaci Marching Orders. Pierwsze, to prawie pięciominutowe zawodzenie Tom'a, przy którym nerwowo spoglądam na zegarek, bo wiem, że w tej podróży nie zdarzy się już nic ekscytującego. Drugie, choć jeszcze dłuższe, świeci już nieco większym blaskiem, choć po tak spektakularnym otwarciu (No Harm) spodziewałem się równie mocnego domknięcia płyty. Nie można odmówić im ambicji (czas utworu), niemniej szkoda, że nie przełożyło się to na bardziej intrygujące dźwięki.

Cóż można rzec na zakończenie. Może tylko tyle, że płyta "In Dream" właściwie nie wychodzi z mojego odtwarzacza. Co ciekawe, nie uważam by nagrali album lepszy, niż "The Weight Of Your Love", a mimo to, przyniósł mi on nie mniej wrażeń i emocji. Było ich na tyle dużo, że poza wersją kompaktową, zakupiłem również piękną edycję winylową, która skrywa w sobie piękne niespodzianki. Muzyczni fetyszyści powinni być ukontentowani.

Jakub Karczyński
 

7 października 2015

USTA PEŁNE JESIENI

Dziś jesień pokazała nam swe bardziej zadumane oblicze. Na tle szaro niebieskiego nieba, melancholijnie szybują czarne ptaki, niesione zimnym wiatrem. Ich widok uspokaja i skłania do niespiesznej konsumpcji tegoż dnia. To jeden z takich dni, który chciałoby się spędzić w domu. Za towarzyszy mieć tylko piękną muzykę, pyszną herbatę owocową i ciepły koc. Niestety nie dane mi będzie. Dlatego też delektuję się tą chwilą póki mogę. Aby nie zakłócić nastroju dzisiejszego poranka, sięgnąłem po jeden z najsmutniejszych głosów świata, który to należy do Peter'a Hammill'a. Równie dobrze można się posłużyć także płytami David'a Sylvian'a lub twórczością Tindersticks. Te głosy i dźwięki sprawą, że poczujecie jesień bardziej dobitnie. Gdyby tak jeszcze wszystkie rozgłośnie radiowe dostosowały się do nastroju i nadawały naprzemienne muzykę tych dżentelmenów, to byłbym przeszczęśliwy. Obawiam się jednak, że trzy czwarte naszego społeczeństwa, palnęłoby sobie w łeb przy tej muzyce. 


Na dowód przytoczę pewną anegdotę, którą opowiedział mi znajomy. Otóż któregoś razu pan A. postanowił opuścić miasto i udać się na letnie wakacje. Jako że nie chciał zamykać swojego sklepu, poprosił młodszego kolegę o zastępstwo, na czas jego nieobecności. Pan A. zostawił klucze i wyjechał na upragniony odpoczynek. Urlop miał chyba wymiar dwutygodniowy, więc pan A. miał sporo czasu, aby nabrać nowych sił i przewietrzyć nieco głowę. Nawet przez myśl mu nie przeszło, że ktoś może odliczać dni do jego powrotu. Tym kimś były fryzjerki (jeśli dobrze zapamiętałem) mające swój zakład zaraz obok sklepu pana A. Gdy tylko go ujrzały, rzuciły się w jego kierunku ze słowami: "Jak to dobrze, że pan już wrócił. My już nie dajemy rady słuchać tej muzyki dobiegającej z pańskiego sklepu". Zaskoczony pan A. czym prędzej udał się do siebie, aby wypytać zastępcę, co on też tym biednym fryzjerkom zgotował za mękę. Zapytał więc czego on tu słuchał przez te dwa tygodnie. W odpowiedzi usłyszał, że w trakcie jego nieobecności, ów pracownik słuchał wyłącznie Van Der Graaf Generator oraz Peter'a Hammill'a. !!!??? Jeśli w okolicy były jakieś drzewa, to zapewne momentalnie opadły z nich liście, a słońce czym prędzej schowało się ze strachu za chmurami. Ciekawi mnie czy głos Peter'a wciąż prześladuje te biedne panie, które raczej nie nawykły do tego typu muzyki. Nie ma się co dziwić, przecież w salonach fryzjerskich królują tylko wielkie przeboje, których pan Hammill nie ma w swym repertuarze. 

Jakub Karczyński

PS Do zilustrowania niniejszego wpisu posłużył mi obraz Józefa Chełmońskiego "Jesień" oraz muzyka Peter'a Hammill'a.