31 sierpnia 2011

HUSSEY - REGAN "CURIOS"



Wayne Hussey i Julian Regan zapowiadają wydanie wspólnego albumu. Płyta będzie zatytułowana „Curios”. Ściśle limitowana i numerowana wersja z podpisami artystów, zrealizowana dla Eyes Wide Shut Recordings, dostępna będzie w przedsprzedaży do 7 listopada. Płyta zostanie rozesłana jak tylko artyści złożą na niej swe podpisy. Przypuszczalnie będzie to końcówka września. Jednakże jeśli planujesz wybrać się na występ z okazji dwudziestopięciolecia The Mission, wtedy będziesz mógł nabyć płytę wraz z dołączoną do niej koszulką. Poza koncertami, jedynym miejscem gdzie będziesz mógł kupić ową limitowaną wersję, jest internetowy sklep artystów. Po wyprzedaniu ostatniego limitowanego wydania, nie będzie ono już osiągalne. Od 7 listopada „Curios” trafi do sklepów, za sprawą Cherry Red Records.

Lista utworów:

1. Naked & Savage
2. Ordinary World
3. Enjoy The Silence
4. Another Lonely Day
5. Wichita Lineman
6. Ashes To Ashes
7. I Go To Sleep
8. Where The Wild Roses Grow
9. Dangerous Eyes
10. Calling Your Name
11. Unravel
12. A Change In The Weather (Aporia Mix)

www.hussey-regan.com
Facebook: Hussey-Regan 

tłumaczenie: Jakub "Negative" Karczyński

30 sierpnia 2011

MISJONARZ WAYNE


Jakoś tak ostatnimi czasy, zagłębiłem się w twórczość grupy The Mission. Powracam do moich ulubionych płyt, daję kolejną szansę tym, które nie zaskarbiły sobie mej sympatii, jak i uzupełniam braki. Nie wszystko da się bez problemu zdobyć, jak choćby płytę "Grains Of Sand", ale taki już urok kolekcjonerstwa. Poza tym, gdy już uda się ową zdobycz upolować, satysfakcja jest tym większa. Póki co, zadowolę się solowym albumem Wayne'a Hussey'a "Bare" (2009), który na dniach powinien trafić do moich rąk. Oprócz utworów z repertuaru The Mission, znalazło się tu także kilka coverów. Wayne wziął na warsztat takich artystów jak U2, Beach Boys oraz moich ulubieńców z The Cure. Czy poradził sobie z takimi klasykami jak With Or Without You oraz A Night Like This? Przekonam się jeszcze w tym tygodniu. Oby.

Jakub "Negative" Karczyński

25 sierpnia 2011

CLOSTERKELLER W KOLORZE BORDEAUX


 
16 września ukaże się nowa płyta zespołu Closterkeller. Dzieło nosi tytuł "Bordeaux".  

- To pierwszy w karierze formacji concept album poetycko opisujący wędrówkę ludzi ścieżkami czasu i bezlitosnego przeznaczenia - zapowiada wydawca. Grupa przystąpiła do nagrań w najmocniejszym składzie - po pięciu latach przerwy stanowisko perkusisty ponownie objął Gerard Klawe. Za okładkę tradycyjnie już odpowiedzialny jest Albert Bonarski.

Dwa tygodnie po premierze rozpocznie się promocyjna trasa koncertowa, która obejmie 34 miasta, w tym specjalny koncert w radiowej Trójce.

Obecny skład zespołu tworzą: Anja Orthodox (wokal), Michał Rollinger (klawisze), Mariusz Kumala (gitara), Krzysztof Najman (gitara basowa), Gerard Klawe (perkusja).


23 sierpnia 2011

PRZESŁUCHANIE 02

Ostatnimi czasy zostałem wręcz przysypany płytami, o czym wspominałem już w "Kuchni pełnej niespodzianek". Nie brak pośród nich nowości, ale są i rzeczy, które ukazały się już przed laty. W tym gąszczu tytułów najtrudniej zdobyć czas na przesłuchanie tego wszystkiego. Doba niestety z gumy nie jest, a i spać kiedyś trzeba. Zanim zajmę się recenzowaniem owych tytułów, chciałbym powrócić do krążków, które zdążyły już utrwalić się w mej pamięci. Na pierwszy ogień idzie grupa Killing Joke ...


KILLING JOKE "ABSOLUTE DISSENT" (2010)


Nigdy nie ukrywałem swojego uwielbienia i oddania w stosunku do grupy Killing Joke. Na każdy kolejny album czekam z wielką niecierpliwością, bo kto jak kto, ale ten zespół potrafi zaskoczyć. Swym ostatnim dziełem, udowodnili to nad wyraz dobrze. Chyba nikt nie przypuszczał, że Killing Joke zagra jeszcze w oryginalnym składzie, znanym z  debiutanckiej płyty. Co więcej, ci muzyczni weterani mieli jeszcze na tyle sił, by stworzyć nowy album. "Absolute Dissent" dowodzi, że grupa wciąż jest w doskonałej formie, a ich pokłady kreatywności zdają się być niewyczerpane. Powrót do post punkowych korzeni, to krok w dobrym kierunku, gdyż pozwoliło to grupie zdefiniować się na nowo. Powróciła pierwotna energia, surowość brzmienia, a przede wszystkim wrócił duch walki, którego zabrakło na ich poprzedniej płycie. Szkoda tylko, że brzmienie i produkcja pozostawia co nieco do życzenia. Niemniej nastawcie uszu, bo Killing Joke to klasa sama w sobie.

ocena: 7/10

 
KILLING JOKE "LIVE AT THE HAMMERSMITH APOLLO" (2011)


Po fantastycznym, ubiegłorocznym albumie, nie potrzebowałem specjalnej zachęty, by sięgnąć po "Live At Hammersmith Apollo". Już trzypłytowa forma dzieła, wystarczająco rozpalała wyobraźnię. Okazuje się jednak, że czasem warto powstrzymać się od nadmiernej ekscytacji. Pierwsza z płyt, już na dzień dobry ostudziła moje emocje. Wszystko to przez słabą dyspozycję Jaz'a Colemana, który śpiewa tu chwilami jakby od niechcenia, bez specjalnego zaangażowania i energii. Czasem mam wrażenie, że celowo odsuwa mikrofon, by ukryć swą niedyspozycję. Na szczęście forma wraca wraz z płytą numer dwa i trzy. Tutaj jest już o wiele lepiej, dzięki czemu możemy się w końcu wczuć w atmosferę koncertu. Jeśli chodzi o repertuar, to grupa bazuje głównie na materiale z "Absolute Dissent". Wraca także do początków swej kariery, sięgając po utwory z płyt "Killing Joke" (1980), "What's This For?" (1981), a także przypomina po jednym nagraniu z albumów "Pandemonium" (1994) oraz "Killing Joke" z 2003 roku.

Koncert z Hammersmith Apollo zadowoli przede wszystkim fanów post punkowego wcielenia grupy. W głównej mierze to do takich osób adresowany jest ten album. Starzy fani pamiętający początki kariery zespołu, powinni być zadowoleni z doboru materiału jak i jego formy. Pomimo mankamentów o jakich wspomniałem, warto zapoznać się z tą płytą, choćby dlatego by przekonać się jak brzmi Killing Joke w 2011 roku.

ocena: 6,5/10


Jakub "Negative" Karczyński

21 sierpnia 2011

MOONFOG FESTIWAL



Wkrótce druga edycja "Moonfog Festiwal". Odbywa się on w zabytkowej Twierdzy Górskiej w Srebrnej Górze, pomiędzy 26, a 27 sierpnia. Wystąpią na nim artyści kojarzeni ze sceną dark. 

Program Festiwalu

Piątek, 26 sierpień:

Żywiołak
Kreon
Synchropath
Devil's Starship
Violent Strike
Crimson Ice

Sobota, 27 sierpień:

XIII. Stoleti
Christ Agony
Morfina
Jesus Rodriguez
MonoLight
Phosphoros

Po koncertach każdego dnia odbędzie się After Party prowadzone przez: Vanessa & Colabor, Faust oraz Woodraf.

Ceny biletów na drugą edycję ''Moonfog Festiwal'':

Przedsprzedaż do dnia 25 sierpień 2011:

Bilet jednodniowy 50 zł
Karnet (dwudniowy) 85 zł

W dniu koncertu :

Bilet jednodniowy 65 zł
Karnet (dwudniowy) 115 zł 


Więcej informacji: www.moonfogfest.com
 

19 sierpnia 2011

KUCHNIA PEŁNA NIESPODZIANEK




Mroczny posłaniec (czyt. listonosz), dostarczył dziś ostatni element, potrzebny do przygotowania gotyckiego gulaszu. Składniki zbierane z największą pieczołowitością, przybyły z odległych lądów (Wielka Brytania, Holandia), jak i z sąsiedniego kraju (Czechy).  Wśród nich są tak smakowite kąski jak: All About Eve „Touched By Jesus” (1991), Clan Of Xymox „Live At Castle Party” (2011), Nosferatu „Wonderland” (2011), Monica Richards „The Strange Familiar” (2011) oraz Bratrstvo Luny „La Loba Ante Portas” (2011). Czas zatem sięgnąć do zakurzonych ksiąg kucharskich i rozpocząć kuchenne rewolucje. Mam nadzieję, że danie będzie tak smaczne, jak poszczególne jego składniki. Przyłączycie się? Jeśli tak, to gothujmy razem !


Jakub „Negative” Karczyński

15 sierpnia 2011

MONICA RICHARDS "THE STRANGE FAMILIAR" (EP)

 
Monica Richards, znana z grupy Faith & The Muse, powraca z nowym mini albumem "The Strange Familiar". Jest to zapowiedź pełnoprawnej płyty "Naiades", którą artystka planuje wydać tegorocznej jesieni. Póki co, możemy zapoznać się z czterema nowymi nagraniami oraz z jednym remiksem utworu, pochodzącym z jej poprzedniej płyty. Jak zapewnia artystka, pierwsze trzy kompozycje wejdą w skład nowego albumu.

Lista utworów:
1. Armistice
2. The Mighty
3. The Strange Familiar
4. A Good Thing (remix)
5. Oreiades

14 sierpnia 2011

PRZESŁUCHANIE 01

W kąciku "Przesłuchanie" podzielę się z Wami tym, co aktualnie kręci się w mym odtwarzaczu. Będą to nie tylko nowe wydawnictwa, ale także te starsze, do których wracam z ogromną przyjemnością. Muzyka jak zwykle podporządkowana kolorom nocy. Zaczynamy !


THE MISSION "GOD IS A BULLET" (2007)


Ostatnie studyjne "dzieło" pana Wayne'a Hussey'a nieco rozczarowuje, jeśli ma się w pamięci o sześć lat młodszą płytę "Aura". Gotycka otoczka gdzieś uleciała, a utwory stały się po prostu zwyczajnie rockowe. Nie ma się co oszukiwać, to nie album tej klasy co "Gods Own Medicine" czy "Children". Mając tego świadomość, na pewno lepiej słucha się tej płyty. Jest tu kilka fajnych rzeczy, jak choćby Keep It In The Family, świetny Blush czy niepokojący Grotesque. Dwa pierwsze wytypowano na single i jest to jak najbardziej trafny wybór. Pomimo spadku formy, nadal trzymam kciuki za The Mission. 

ocena: 6/10


THE MISSION "AURA" (2001)


Po słabych latach dziewięćdziesiątych, dla grupy The Mission nastąpiło nowe otwarcie. Powrót albumem "Aura" był strzałem w dziesiątkę. Zapewne wielu fanów, już dawno postawiło na nich krzyżyk i przestali śledzić dokonania zespołu. Trudno się im dziwić, bo poprzednie płyty jakoś nie napawały optymizmem. Tym razem panowie wrócili do tego, w czym są najlepsi. Już początek płyty wyrywa z marazmu i zniechęcenia. Przebojowy Evangeline to świetne otwarcie i zapowiedź naprawdę mocnej płyty. Wysoki poziom trzyma trzy czwarte albumu, a takie utwory jak Messmerised, czy kapitalny Lay Your Hands On Me wgniatają w podłogę. Jak mniemam, po wysłuchaniu tego krążka, wielu z niewiernych powróci znów na łono Misyjnego kościoła. Hostię jak zwykle rozdaje wielebny Wayne Hussey. Amen.

ocena: 8/10


XIII. STOLETI "ZTRACENI V KARPATECH" (1998)


W oczekiwaniu na dostarczenie najnowszego albumu czeskiej grupy Bratrstvo Luny, sięgnąłem po XIII. stoleti. Siłą obu tych grup jest to, że śpiewają w swoim rodzimym języku. Dla wielu będzie to mankament, bo język naszych południowych sąsiadów, nie za bardzo kojarzy się z muzyką mroku. Niemniej dajcie im szansę, a może pokochacie te grupy tak, jak zrobiło to już wielu z nas. Płyta Ztraceni v Karpatech będzie doskonałym wprowadzeniem. Właściwie każdy numer zasługuje tu na uwagę, a wieńcząca album Elizabeth to już klasyka. Jeżeli jeszcze nie trafiliście na ten zespół na waszym muzycznym szlaku, to najwyższa pora zapoznać się dźwiękami, jakie tworzy XIII. stoleti. Jedyne czego potrzeba, to otwarty umysł i odrobina dystansu. 

ocena: 9/10 

Jakub "Negative" Karczyński

11 sierpnia 2011

NOWY SINGIEL DEATHCAMP PROJECT

Na rynku pojawił się właśnie singiel grupy Deathcamp Project zatytułowany "No Cure". Jest to zapowiedź nowej płyty "Painthings". Poniżej zamieszczam informację, zredagowaną jak mniemam przez wydawcę grupy:

Najnowszy maxi singiel formacji Deathcamp Project łączy to co najlepsze w klasyce mrocznych lat 80-tych z nowoczesnymi rockowymi brzmieniami spod znaku Editors czy White Lies. Energetyczne gitary, elektronika rodem z 4AD w połączeniu z chwytliwymi melodiami i monumentalnym refrenem sprawiają, że utwór już po pierwszym przesłuchaniu na długo zapada w pamięć.

Poza albumową wersją "No Cure" na singlu znalazło się pięć remiksów utworu w wykonaniu znakomitych polskich artystów. Pierwszy z nich to wręcz post-rockowa, marszowa interpretacja w wykonaniu Bartosza Hervy – muzyka odpowiedzialnego za niesamowite elektroniczne tła w zespole Blindead. Druga odsłona to klasyczny klubowo-transowy "killer" autorstwa DJ Sthilmanna. Za następną odpowiedzialny jest Krzyż:Kross, którego zaskakująca świeżością wersja oparta została na 8-bitowych brzmieniach spod znaku Commodore 64. Kolejna wersja została stworzona przez electro-industrialną formację Controlled Collapse. Prawdziwą perełką jest ostatni remiks na płycie. TomTylor i Wolnodziej stworzyli chilloutowo-lounge'ową wersję utworu, która spokojnie mogłaby znaleźć się na jednej ze składanek "Buddha Bar". 

Utwór zapowiada drugą w dorobku zespołu płytę "Painthings", której premierę przewidziano na jesień 2011. Album wyprodukowano w warszawskim Serakos Studio (m.in. Riverside, Lunatic Soul), co jest gwarantem brzmienia na światowym poziomie.


DEATHCAMP PROJECT "No Cure"





1. No Cure [Album Version]
2. No Cure [deathmarch project by hervy]
3. No Cure [Sthilmann Club Remix]
4. No Cure [Krzyż:Kross C64-Mix]
5. No Cure [Prescription Remix by Controlled Collapse]
6. No Cure [chill remix by tomtylor & wolnodziej]



DEATHCAMP PROJECT "No Cure" - metalbox 2CD



Istnieje także dwupłytowa wersja owego singla, wydana w metalowym boxie. Jest to wersja limitowana i ogranicza się ona zaledwie do 65, ręcznie numerowanych sztuk. Drugi krążek zawiera dwa dodatkowe nagrania.

1. No Cure [Album Version]
2. No Cure [deathmarch project by hervy]
3. No Cure [Sthilmann Club Remix]
4. No Cure [Krzyż:Kross C64-Mix]
5. No Cure [Prescription Remix by Controlled Collapse]
6. No Cure [chill remix by tomtylor & wolnodziej]

 
CD 2:
1. Cold The Same [Skon Remix]
2. Venomous Edge [2011 Revenge Version]


9 sierpnia 2011

PETER MURPHY - NINTH (2011)

 
Peter Murphy to naprawdę niesamowity człowiek. Nie dość, że stał na czele najważniejszej kapeli nurtu gotyckiego – Bauhaus, to również stworzył tak charakterystyczny image sceniczny, że nawet po latach pamięć o nim nie ginie. Całą tę swoją niesamowitość i gotycką aurę, wtłoczył również w swój dorobek solowy, choć zrobił to bardziej subtelnie niż w Bauhausie. Można by powiedzieć, że zaprowadził swoją posępną muzykę na popowe salony. Posunięcie ryzykowne, ale najważniejsze, że udane. Zyskał na tym nie tylko Murphy, ale i sama muzyka, która stała się bardziej przyswajalna, a czasem wręcz przebojowa. Nie wszystkie drogi jakimi chadzał Peter, okazywały się tymi właściwymi. Dowiódł tego słabiutki „Unshattered”, ale nie myli się tylko ten, kto nic nie robi.

Pomimo spadku formy, niecierpliwie wyczekiwałem premiery nowego albumu. Apetyt zaostrzyła już okładka, sugerując, że może to być podróż w bardziej klimatyczne i mroczne rejony duszy Murphy’ego. Nawet nie przypuszczałem, że będzie to również najbardziej rockowy album tego artysty. Na poprzednich krążkach nie brakowało gitar, jednak tym razem stanowią siłę napędową niektórych utworów, a czasem wręcz wyznaczają kierunek ich rozwoju. Co warte odnotowania, to także brak bezstylowości w jaką popadał ostatnio Murphy. Każdy z utworów ma swój charakter i kawałek duszy. Jeśli nie zachwyci od początku do końca, to choć oczaruje jakąś frazą. Wszystko to rzecz gustu. Nie ma więc sensu rozgrzebywać tego ciasta. Jak dla mnie to smakuje ono wybornie, zarówno jedzone po kawałku jak i w całości. Zakalca nie uświadczyłem. Najszybciej uwodzą utwory Seesaw Sway, Memory Go oraz Slowdown, które to powinny pilotować ten album. Zapewne nie zabraknie ich na płycie z największymi przebojami tego artysty, jeśli zdecyduje się on takową znów wydać. Dziwię się, że nie wytypowano któregoś z nich na pierwszego singla, gdyż poradziłyby one sobie lepiej niż I Spit Roses. Nie wiem kto tak zadecydował, ale jak widać, niektórym pajęczyna zatkała uszy, jeśli nie potrafią dostrzec tak oczywistych rzeczy.


Wracając do zawartości krążka, to szczególnie pragnę zwrócić uwagę na trzy perły tego albumu. Pierwszą z nich jest The Prince & Old Lady Shade. Czegoż tu nie ma. Zaczyna się romantycznie od skrzypiec, lecz za chwilę to gitara wychodzi na pierwszy plan. Dominuje także w refrenie i jest tak ciężka, że można by pomyśleć, iż to jakiś metalowy gitarzysta wspomagał Murphy’ego podczas nagrań. Wielkie wrażenie robi także to piękne przełamanie utworu, gdzie pojawiają się klawisze. To właśnie w takich momentach ujawnia się ta romantyczna dusza Petera. Polecam delektować się tymi dźwiękami wielokrotnie, o różnej porze dnia i nocy.

Ciężkości nie brak także drugiej perełce, ukrywającej się pod tytułem Uneven & Brittle. Początek iście metalowy, ale poza wspaniałą pracą gitary, motoryką i ciężarem, zwróćcie zwłaszcza uwagę na ten desperacki okrzyk Petera. Ciarki same pojawiają się na ciele. Kto by pomyślał, że człowiek w wieku 54 lat, może dysponować tak mocnym i świetnie zachowanym głosem.

Na sam koniec płyty, artysta postanowił zafundować nam najprawdziwszą wisienkę, na tym jakże smakowitym torcie. Creme De La Creme to piękna, podniosła ballada, mająca w sobie element ujmującej nostalgii. Znać tu rękę prawdziwego mistrza. Kto jak kto, ale pan Murphy udowodnił już, że potrafi stawiać kropkę nad i. Oto wzorcowy przepis na zwieńczenie albumu. Wraz z ostatnim dźwiękiem rodzi się myśl, że nie pozostało już nic więcej do dodania.

Jaki zatem jest ten album? Na pewno można postawić go z dumą obok takich dzieł jak „Deep” czy „Love Hysteria”. To ta sama solidność przy pisaniu utworów, dbałość o szczegóły oraz świadomość samego siebie. Chylę czoła przed Peterem, gdyż po chudych latach był w stanie odrodzić się niczym feniks z popiołów. I choć dziś na pewno nie odniesie komercyjnego sukcesu na miarę współczesnych gwiazd pop, to zapewne zaskarbi sobie serca osób, ceniących szczerą i piękną sztukę. Mroczny romantyzm znów wrócił do łask, więc napawajcie się nim, póki są jeszcze artyści, którzy chcą go nam dostarczać.

Jakub „Negative” Karczyński