25 września 2014

THE MISSION - DIFFERENT COLOURS (2014)


W oczekiwaniu na nowy krążek Wayne'a Hussey'a, którego data premiery wciąż pozostaje tajemnicą, rzućmy okiem na "siódemeczki" od The Mission. To winylowe wydawnictwo, zatytułowane "Different Colours" (2014), zawiera dwie małe płyty, na których zarejestrowano łącznie cztery utwory (po jednym na stronę). Jeśli jeszcze nie zdążyliście nabyć gramofonu lub pozbyliście się go kiedyś lekkomyślnie, to jesteście niestety wyłączeni z obiegu. "Different Colours" ukazało się bowiem tylko na winylu i chyba nie zanosi się na publikację tego w innych formatach. Jak na tak niewielkie wydawnictwo, wydano to nad wyraz okazale. Mało tego, dodano nawet plakat oraz teksty do każdego z utworów. Ciekawy jest też pomysł na to wydawnictwo, które jest takim pokazem partnerstwa w zespole. Wyobraźcie sobie, że każdy z tych utworów został napisany i zaśpiewany przez innego członka zespołu. Dzięki temu możemy usłyszeć jakimi wokalistami i kompozytorami są Craig Adams, Simon Hinkler czy Mike Kelly. 

Na pierwszy ogień idzie kompozycja Wayne'a Hussey'a zatytułowana Atomic Heart będąca naprawdę zgrabnym utworem, który śmiało mógłby znaleźć się na ostatnim albumie Misjonarzy. Na pewno bije na głowę dwa pierwsze utwory z "The Brightest Light", choć żadną rewelacją nie jest. To taki prosty, melodyjny The Mission, którego miło się słucha, ale próżno szukać tu jakiś głębszych emocji. Podobnie ma się sprawa z kompozycją Carnival, za którą odpowiedzialny jest Craig Adams. Trudno jej coś zarzucić, ale też nie za bardzo jest za co chwalić. Ot, taki mocny średniak, który ani nie zachwyca, ani też nie drażni. A jak wypada Craig jako wokalista? Trudno mi orzec, bowiem jego głos brzmi jakby był nieco przetworzony. Czyżby to świadomy zabieg ukrycia niedoskonałości wokalnych? Na to pytanie niechaj każdy sam sobie odpowie. Nieco bardziej nastrojowo i klimatycznie robi się za sprawą utworu Judgement Day. Kompozycja Simon'a Hinkler'a poza ciekawą melodią, ma też w sobie pewien pierwiastek niepokoju i chyba najlepiej wpasowuje się w stylistykę grupy. Pewne orientalne naleciałości, nadają zwrotkom nieco hipnotyczny klimat, ale już sam refren otrzeźwia słuchacza swą mocą i melodyjnością. Brawa też należą się Simon'owi, który wokalnie wypada tu najbardziej przekonująco na tle pozostałych instrumentalistów. W przypadku ostatniego utworu jakim jest Never Leave Well Enough Alone, autorstwa Mike'a Kelly'ego nie da się powiedzieć wiele dobrego. Nie porywa ani melodia, ani monotonny śpiew w zwrotkach. Sytuacji nie ratuje również refren, który przemyka gdzieś niezauważalnie i tylko uważny słuchacz jest w stanie go dostrzec. To typowa zapchajdziura, po której nikt specjalnie by nie płakał. Niechaj już Mike zajmie się bębnieniem, bo zmysłu kompozytorskiego chyba nie posiada, choć wokalistą jest niezgorszym, co udowadnia niestety tylko w refrenie.

Nie ma co ukrywać, że premierowe siódemki zebrane pod szyldem "Different Colours", przeznaczone są dla najzagorzalszych fanów Misjonarzy. Trudno byłoby nimi jakoś szczególnie zainteresować postronnych słuchaczy. Wydawnictwo to zapewne wzbudzi większą uwagę wśród kolekcjonerów, aniżeli pośród dotychczasowych fanów. Już sama forma wydania (winyl), mocno ogranicza krąg odbiorców, ale jeśli ktoś uważa się za prawdziwego fana, to zapewne nie stanowi to dla niego większej przeszkody. Poza tym to jedyna okazja by posłuchać jakimi wokalistami i kompozytorami są pozostali członkowie grupy. 

Jakub Karczyński

10 września 2014

PIĘKNA SZKARADA


Kartki z kalendarza spadają tak szybko jak liście z drzew. To co jeszcze przed momentem mieniło się różnymi odcieniami zieleni, dziś przybiera barwy czerwieni oraz żółci. Lubię obserwować tę polska złotą jesień, która wkracza coraz śmielej do lasów, parków jak i zaokiennych widoków. To co jednych napawa smutkiem, mnie akurat raduje, bowiem właśnie teraz życie spowalnia swój bieg. Jest czas na zadumanie się nad światem oraz własnym życiem. Jest wreszcie czas, by dostroić się muzycznie pod tę porę roku. Jako że melancholię w muzyce cenię sobie najwyżej, toteż lubię gdy natura również robi się bardziej zadumana. Wtedy też wyciągam z regałów swoje muzyczne smuteczki. Choć słucham ich przez cały rok, to niewątpliwie teraz smakują mi najbardziej, nabierając jeszcze więcej szlachetnych barw. Kiedy jak nie teraz słuchać albumów Fields Of The Nephilim, Breathless, All About Eve czy muzyki sygnowanej logiem 4AD. Oczywiście pisząc o wytworni 4AD mam tu na myśli jej repertuar z lat osiemdziesiątych, a nie to co wydawane jest współcześnie. Jeśli już przy tej szacownej wytwórni jesteśmy, to odkryłem przez zupełny przypadek wspaniałą kompilację "Lonely Is An Eyesore" (1987), na której zebrano niepublikowane utwory Colourbox, This Mortal Coil, Cocteau Twins, Dead Can Dance czy Clan Of Xymox. To zaledwie kilku artystów i to tych bardziej znanych, bo są tu też tacy wykonawcy jak The Wolfgang Press, Throwing Muses oraz zupełnie mi nieznane Dif Juz. Ową kompilację, wyszperałem w pewnym sklepie płytowym i to jeszcze w formie analoga. Zaciekawiony, poprosiłem o nastawienie winyla, aby sprawdzić cóż to za wynalazek. Album urzeka bowiem nastrojem, choć początek płyty, może wprowadzić co niektórych słuchaczy w błąd, bowiem grupa Colourbox nie jest typowym przedstawicielem klimatów 4AD. Mimo to, dodaje kolorytu owej składance i dobrze obrazuje bogactwo muzyczne tamtych lat.

Gdy igła gramofonu rzeźbiła ścieżkę drugiego utworu, ja zachodziłem w głowę jak to się stało, że o owej składance nigdy nie dane mi było usłyszeć. Przecież albumy z 4AD cieszyły się w Polsce wielkim uznaniem i popularnością. Dlaczego więc owa kompilacja zniknęła gdzieś w pomroce dziejów? Czemu nie figuruje w katalogu firmy Sonic, która przecież dystrybuuje największe sławy 4AD z Clan Of Xymox i Dead Can Dance na czele. Na szczęście jak zwykle z pomocą przychodzą portale aukcyjne, gdzie można kupić ową kompilację, zarówno na winylu jak i na kompakcie. Polecam zaopatrzyć się w nią, bo to rzecz warta grzechu. Tymczasem wracam do słuchania "Lonely Is An Eyesore" jak i nowych nabytków w postaci Sweet Ermenegarde "Raynham Hall" (2013) oraz Death Cult "Ghost Dance" (1996). Zatem do następnego razu.

Jakub Karczyński
 

3 września 2014

JESIENNE ZAPASY MUZYCZNE


Kończy się pomału lato, o czym przekonaliśmy się naocznie, spoglądając w ostatnich dniach na termometr. Co tam termometr, wystarczyło spojrzeć za okno by zobaczyć deszcz lejący się z nieba. Już słychać zewsząd, że przyszła ta paskudna jesień, a przecież do astronomicznej jesieni mamy jeszcze dwadzieścia dni. Wszelkie więc zażalenia proszę słać w kierunku dogorywającego lata, które to da nam jeszcze odrobinę ciepła przez kilka kolejnych dni. Korzystajmy więc z jego uroków, ale też pomału sposobmy się do jesieni, robiąc nalewki, zbierając grzyby i zaopatrując się w owocowe herbaty. Nie zapominajmy też o dobrej muzyce, której to wkrótce nastąpi prawdziwy wysyp. Niebawem swe nowe płyty wyda Interpol, Blonde Redhead, Pendragon czy Marianne Faithfull, której to głos idealnie współgra z jesienną aurą. Z wielką niecierpliwością czekam też na solowy album Wayne'a Hussey'a, o którym to wspominałem w jednym z poprzednich wpisów. Jeśli będzie on tak dobry jak promujący go utwór, to już dziś zacieram ręce. Nie ukrywam, że pilnie śledzę to co dzieje się w obozie The Mission jak i karierę jego lidera. Pomimo takiego zaangażowania, daleko mi do bezkrytycznego przyjmowania każdej ukazującej się płyty. Nie zmienia to faktu, że w przypadku Misjonarzy nabywam wszystko, bez uprzedniego sprawdzania na YouTube. Tak to już jest, że jak się coś uwielbia, to jest się z tym na dobre i złe. Poza tym co to za przyjemność kupować płytę, którą już znamy na wskroś. Psujemy sobie zabawę jeszcze przed jej rozpoczęciem. Pierwszy odsłuch zawsze wiąże się z ogromnymi emocjami. Po głowie kołaczą się setki pytań i myśli. Czym prędzej naciskamy 'play', aby przekonać się czy nowe dźwięki wpiszą się w estetykę naszego gustu. Gdy wybrzmi już ostatni utwór, stajemy przed próbą odpowiedzi na pytanie o wartość tej muzyki. Nie spieszmy się jednak z wydawaniem sądów, bo klarowny obraz pojawia się po kilkunastu odsłuchach i zazwyczaj nie pokrywa się z ocenami wystawionymi na początku. To właśnie ten element niepewności i ryzyka sprawia, że uczymy się cierpliwości, bo w muzyce nic nie jest dane od razu. To pasja dla cierpliwych, którzy nie zniechęcają się po pierwszych przesłuchaniach. Jeśli potrafisz zaangażować się w słuchanie, to niewątpliwie należysz do elitarnego grona świadomych słuchaczy. Gratuluję i zapraszam do klubu, w którym spotykają się szaleńcy lubiący ryzyko, a przede wszystkim emocje jakich dostarcza im muzyka.

Jakub Karczyński

PS Obraz użyty w niniejszym wpisie to "Jesień", autorem którego jest Giuseppe Arcimboldo. Ten włoski malarz okresu manieryzmu, stworzył cykl czterech obrazów, ukazujący pory roku w nieco innym wydaniu. Zachęcam do zapoznania się z pozostałymi dziełami, które prezentują się równie pięknie.