27 grudnia 2016

SKARBY KURZEM PRZYKRYTE

Cykliczność pór roku to prawidłowość, która jest nam doskonale znana. I choć w ostatnim czasie zimy bywają mniej zimne, a wiosna z kolei każe czasem na siebie zbyt długo czekać, to pewna prawidłowość w dalszym ciągu jest zachowana. Podobnie ma się sprawa z muzyką, która w pewnych porach roku, smakuje jakby bardziej. Mnie przykładowo, koniec roku, skłania do intensywniejszego słuchania starego, progresywnego rocka. Wyciągam wtedy moje ukochane płyty i odpływam, niesiony falą tejże muzyki. Chętniej też odkrywam "nowe" grupy, które umknęły mej uwadze, a które nie zasługują na to, by pogrążyły się w mgle niepamięci. Historie takich odkryć bywają różnorakie. Czasem przeczytam o czymś w gazecie lub w internecie, innym razem zaintryguje mnie okładka płyty lub jakaś rekomendacja na zaprzyjaźnionym blogu. Ostatnio jednak zdarzyło się, że za muzycznym odkryciem, stało pewne niezwykłe zdjęcie. Co prawda od jego publikacji minęło już nieco czasu, ale dopiero teraz zdecydowałem się zakupić płytę, która widniała na owej fotografii. Jej autorką jest Anna Gacek (Program Trzeci Polskiego Radia), która przygotowując audycję poświęconą Tomkowi Beksińskiemu, podjęła się karkołomnego zadania, aby muzyka zaprezentowana w audycji była nadawana z jego płyt, które to spoczywały w siedzibie radia od wielu lat. Spakowane w kartony, tkwiły sobie gdzieś w zapomnieniu, nie niepokojone przez nikogo, aż do tej chwili. Swoją drogą, chyba nie tak wyobrażał sobie Tomek przyszłość swojej kolekcji. Wiele bezcennych egzemplarzy zbiera kurz i niszczeje w kartonach, zamiast cieszyć uszy słuchaczy. Gdyby tylko było mnie stać, odkupiłbym tę kolekcję bez mrugnięcia okiem, choć z tego co wiem nie jest ona na sprzedaż. To co się w niej zawiera, ukazało nam między innymi powyższe zdjęcie Anny Gacek. To oczywiście tylko jeden z kartonów, ale już choćby to wystarczy, aby wyobraźnia zaczęła pracować. Za stare edycje niektórych tytułów, niejeden kolekcjoner zapłaciłby niemałe pieniądze, aby wejść w ich posiadanie. Przeglądając  tytuły z powyższego zdjęcia, moją uwagę przykuł album "Serpents In Camouflage" (1993) grupy Citizen Cain. Nazwa jak nietrudno się domyślić nawiązuje do sławnego filmu Orsona Wellesa "Obywatel Kane" (1941). Dotychczas nie miałem żadnej styczności z tymże zespołem, więc tym bardziej byłem ciekaw, cóż to za muzyka kryje się pod tym szyldem. Zanotowałem sobie w pamięci nazwę zespołu i sprawdziłem jak wygląda sytuacja z jej albumami w kilku portalach aukcyjnych. Nie wyglądała za dobrze, a właściwie nie wyglądała wcale. Żadnej płyty, ani nawet singla. Cóż, trudno się mówi. Na pewien czas zapomniałem o tymże zespole, do chwili gdy przeglądając płyty w pewnym sklepie płytowym, natknąłem się na niemalże kompletna dyskografię grupy. Oczywiście były to już wydania remasterowane, wzbogacone o dodatkowy dysk, więc teoretycznie atrakcyjniejsze względem pierwowzoru, ale ileż bym dał, aby móc potrzymać w dłoniach tę starą, Tomkową edycję. Tamte wydania mają swój niezaprzeczalny urok, którego niestety nie posiadają już remastery. Wynika to z kilku powodów. Najważniejsze to takie, że wznowienia mają już najczęściej nieco pozmieniane okładki lub dołożone dodatkowe nagrania, tuż za podstawowym programem płyty, czego osobiście nie znoszę. Na szczęście w przypadku reedycji Citizen Cain, ktoś poszedł po rozum do głowy i dodatkową zawartość umieścił na osobnym CD. Chwała mu za to, dzięki czemu możemy cieszyć się samą esencją albumu, bez zbędnych dodatków, które to burzą pewną harmonię oraz zamysł twórców. Co do samej muzyki, to najprościej rzecz ujmując, mamy do czynienia ze skrzyżowaniem starego Marillion z dorobkiem równie wczesnego Genesis. Naprawdę przyjemnie się tego słucha i aż dziw bierze, że dotychczas nie natknąłem się na tą grupę. Gdyby nie to zdjęcie być może nigdy bym jej nie odkrył, a tak, umila mi ona ostatnie dni tego roku. Nieco wietrzne, nieco melancholijne, ale jakże wyjątkowe i inspirujące.

Jakub Karczyński

23 grudnia 2016

JEST TAKI DZIEŃ ...

Do świąt czasu już niewiele. Śniegu jak nie było tak nie ma, przynajmniej w Poznaniu. No trudno, jakoś musimy się bez niego obyć. Zresztą w ostatnich latach, taka to już tradycja. Za to dom pięknie przystrojony, choinka mieni się różnobarwnymi kolorami migających lampek, a z odtwarzacza płynie muzyka ilustrująca film ... "W paszczy szaleństwa" (In The Mouth Of Madness). No może mało świąteczne klimaty, ale gdyby tak spojrzeć tylko i wyłącznie na tytuł, to chyba doskonale wpisuje się on w ten jakże gorący czas. Wszyscy zabiegani, lekko poddenerwowani, dopinają święta na ostatni guzik. U mnie za to anielski spokój, a atmosfera taka jak chyba nigdy wcześniej. Rano jeszcze podjechałem odebrać książkę "Martwa Strefa" Stephena Kinga, zamówioną w internetowym sklepie. Wczoraj mi się to nie udało, bo jak to pisałem znajomym na facebooku : "Poszedłem dziś rano odebrać książkę zamówioną poprzez pewną księgarnię internetową. Podjechałem trzy przystanki tramwajem i pełen jakiejś takiej naiwności, ruszyłem do owego punktu odbioru. Gdy uchyliłem drzwi, mym oczom ukazał się ludzki wąż zjadający cały korytarz. Stanąłem nieco zaskoczony tym widokiem, ale dla pewności poszedłem zobaczyć głowę tego węża czy aby jego łeb zagłębił się tam gdzie myślałem, że jest. I faktycznie, był właśnie tam. Uśmiechnąłem się w duchu, z całą sympatią dla tego gada i pomachałem mu na do widzenia. Czy się zezłościłem? Ani trochę. To chyba ten szczególny czas jakoś tak dobrze mnie nastroił. A może to ta jemioła przyklejona przez jednego z sąsiadów w windzie ? Zatem Wesołych Świąt dla wszystkich, także dla osób połkniętych przez tego książkowego gada." 

Wyciągnąwszy wnioski z wczorajszej wyprawy, zjawiłem się dziś jeszcze przed otwarciem punktu odbioru. Takich spryciarzy jak ja, było jeszcze co najmniej kilku. Chwilę później wąż zaczął przyrastać w tempie wręcz ekspresowym. Wszyscy zapewne pozamawiali prezenty pod choinkę dla swoich bliskich, a ja nie, ja tak dla siebie. Prezenty wszakże mam już zrobione, bo nie lubię zostawiać tego na ostatnią chwilę. Po co serwować sobie ten świąteczny stres, skoro można sobie tego oszczędzić. Lepiej delektować się spokojem i tą wyjątkową atmosferą. Zatem moi Drodzy Czytelnicy, życzę Wam świąt pełnych spokoju, ciepła i rodzinnej atmosfery, pozbawionej kłótni przy świątecznym stole. Pod żadnym pozorem nie włączajcie telewizora, a już na pewno nie programy informacyjne. Niech te dni wolne będą od tego politycznego zamętu, skupmy się na tym co naprawdę ważne, na naszych bliskich. Bądźmy dla siebie mili, bo przecież to my tworzymy całą tą świąteczną atmosferę. WESOŁYCH ŚWIĄT !

Jakub Karczyński

20 grudnia 2016

KULTURA NA WIDELCU

Ponoć w tym roku sprzedaż winyli na świecie odnotowała lepsze wyniki, aniżeli sprzedaż muzyki w formie wirtualnej. Jeśli to prawda, to znaczy, że poczciwy winyl zagrał na nosie wszystkim tym, którzy przed laty spisali go już na straty. Z roku na rok jest coraz lepiej, otwierają się nowe sklepy oferujące ten nośnik, a i markety zwęszyły w tym i swój biznes. Jednym z nich była i Biedronka, która na dzień 15 grudnia przygotowała dla swych klientów nie lada niespodziankę. Otóż tego dnia, do sprzedaży miało trafić kilkanaście wyselekcjonowanych tytułów muzycznych, tłoczonych rzecz jasna na winylu oraz gramofony rodzimej produkcji, w cenach tak niskich, że poważnie zastanawiam się czy aby ta niska cena, nie gwarantuje nam również takiej samej jakości. W tej materii pozostawiam pole do popisu osobom, które owy sprzęt przetestowały i które znają się na rzeczy lepiej niż ja. Skuszony ofertą reklamową, która odbiła się dość szeroki echem, wybrałem się do Biedronki. Początkowo chciałem pójść tam z samego rana, ale koniec końców zjawiłem się u jej wrót o godzinie jedenastej. Pewnie byłbym jeszcze później, gdyby nie ponaglenia kolegi, który informował, że w jego osiedlowym sklepie jest już po zawodach, bowiem na półce ostał się jedynie Stanisław Soyka i Tears For Fears. Jako że na tym drugim tytule szczególnie mi zależało, czym prędzej wybrałem się na rekonesans. Przekraczając próg sklepu spodziewałem się, że od drzwi zaatakują mnie informacje o tejże akcji, a odnalezienie właściwego regału będzie banalnie proste. Nic z tych rzeczy. Pierwszy obchód sklepu zakończył się fiaskiem. Nawet pomyślałem sobie, że pewnie już wszystko wykupione. Obszedłem jeszcze raz dla pewności sklepowe alejki i tylko dzięki niezwykłemu skupieniu, trafiłem na ten jeden smutny kartonik z płytami oraz gramofon, który przywalony jakimś innym badziewiem, wyglądał tak, jakby leżał już tu co najmniej od roku. Ekspozycja fatalna. To co wypracowała kampania reklamowa, w jednej chwili zostało zaprzepaszczone przez sklepy, które nie potrafiły dość dobrze wyeksponować tego towaru. Potraktowano go trochę jak worek z ziemniakami, a nie jak towar, że tak powiem lepszego sortu. Dlatego też uważam, że supermarket, to nie miejsce dla winyli, ani też książek, które to traktowane są w ten sam sposób. Jako osoba szanująca wytwory kultury, nie mogę zgodzić się na stawianie znaku równości między winylami, a wspomnianymi już ziemniakami. Ktoś powie, towar jest towar, ale czy faktycznie tak jest? Czy wrzucając wszystko do jednego worka, nie obniżamy rangi i znaczenia pewnych produktów? Czy nie wkraczamy czasem na teren kultury w butach ugnojonych błotem? Być może to co dla mnie stanowi pewnego rodzaju sacrum, dla kogoś innego nie ma aż tak wielkiego znaczenia. Uważam jednak, że miejsce książek jest w księgarniach, a płyt w sklepach płytowych. Próba przejęcia części rynku przez supermarkety podyktowana jest tylko i wyłącznie chęcią zysku, a nie miłością do kultury. Dlatego też, choć z akcji Biedronki skorzystałem, nabywając wspomniany wcześniej Tears For Fears oraz Deep Purple, to nie traktuję tej przestrzeni jako miejsca, w którym chciałbym kupować płyty czy książki. O wiele więcej radości sprawia mi zgłębianie małych księgarń i sklepów płytowych, które choć nie oferują może takich promocji, ale mają coś czego nie ma żaden supermarket - wyjątkową atmosferę i przestrzeń dedykowaną pasjonatom kultury. Mało tego, w większości przypadków za sklepową ladą stoją tacy sami pasjonaci jak ja czy Ty. Dla nich to nie jest zwykły biznes, lecz pasja, której poświęcili swoje życie.

Jakub Karczyński

PS Zdjęcie w niniejszym poście autorstwa Andrzeja Masłowskiego, któremu pięknie dziękuję za zgodę na jego wykorzystanie. 


16 grudnia 2016

MUZYCZNA NAWAŁNICA

Kalendarze smutno powiewają ostatnimi kartkami, dobiegając końca swego żywota. Znak to, że pora wrócić pamięcią do tego co ukazało się w tym roku i jakoś to podsumować. Niestety jeszcze nie wszystkie płyty dały mi się poznać na tyle, bym mógł wyrobić sobie jakiś pogląd na zawartą tam muzykę. Dlatego też daję sobie nieco czasu na nadrobienie zaległości, aby z czystym sumieniem sporządzić swoją dziesiątkę ulubionych albumów minionego roku. Nie będzie to zadanie łatwe bowiem w ostatnim czasie z rozkoszą nurzam się w nowo nabytych starociach i to one najbardziej rozpalają moją wyobraźnię. Wspominałem już o albumie "Discover" (1985) Gene Loves Jezebel, do którego dołączyły także "Beyond The Wall Of Sleep" (1992) The Cassandra Complex, "Blue Bell Knoll" (1988) Cocteau Twins oraz muzyka z "Martwej Strefy" (1983) Michaela Kamena. Gdzie tu jeszcze więc znaleźć czas na poznawanie nowych płyt? Trzeba będzie jednak zagryźć zęby, no bo jak to tak robić podsumowanie, gdy na półkach piętrzą się jeszcze zafoliowane kompakty. Niektóre leżą tak od lutego i coś nie mogą się doczekać na chwilę uwagi z mojej strony. Liczyłem na to, że jesienią będzie odpowiedni czas na zgłębienie tych albumów, ale jakoś nie wyszło. Teraz trzeba będzie je przesłuchać ze zwyczajnej ludzkiej przyzwoitości. Czasu pozostało niewiele więc czym prędzej trzeba brać się do niwelowania tych zaległości. Poniżej przedstawiam listę pretendentów do tytułu TOP10 2016.

Airbag "Disconected"
Bear's Den "Red Earth & Pouring Rain"
Daniel Spaleniak "Back Home"
David Bowie "Black Star"
Haken "Affinity"
Heroes Get Remembered "No Mirrors, No Friends"
John Carpenter's Lost Themes II
Marillion "F.E.A.R."
Mesh "Looking Skyward"
Metallica "Hardwire ... To Self Destruct"
MGT "Volumes"
New Model Army "Winter"
Nick Cave & The Bad Seeds "Skeleton Tree"
Perturbator "The Uncanny Valley"
Pet Shop Boys "Super"
Radiohead "A Moon Shaped Pool"
Riverside "Eye Of The Soundscape"
Sexy Suicide "Intruder"
Sophie Ellis Bextor "Famillia"
Suede "Night Thoughts"
The Cult "Hidden City"
The Legendary Pink Dots "Pages Of Aquarius"
The Mission "Another Fall From Grace"
Tindersticks "The Waiting Room"
Travis "Everything At Once"
Vokuro "Creatures"
White Lies "Friends" 

Jak mniemam to wszystkie nowości jakie udało mi się w tym roku nabyć. Jeśli pominąłem coś istotnego co Waszym zdaniem zasługuje na szczególną uwagę, to wpisujcie swoje propozycje w komentarzach. Chętnie się zapoznam, a i może dołączę do mojej listy najlepszych płyt mijającego roku. Tymczasem idę nadrabiać zaległości. Nikt przecież tego za mnie nie zrobi.

Jakub Karczyński   

PS Obraz wykorzystany w dzisiejszym wpisie, to dzieło zatytułowane "Ships in distress in a storm", autorem, którego jest angielski malarz, marynista Peter Monamy (1681-1749).
 

2 grudnia 2016

BRATOBÓJCZY POJEDYNEK

Jako człowiek, który nie odwykł jeszcze od długopisu, prowadzę swoje muzyczne zapiski, w których to ujmuję ważne dla mnie informacje. Kiedyś zapisywałem sobie daty płytowych premier, dziś już tego nie robię. Wolę odnotowywać sobie kolejne płytowe nabytki lub tworzyć listę moich prywatnych białych kruków i odkreślać każdorazową zdobycz. W ostatnim czasie owa lista uszczupliła się o dwie pozycję - Lloyd Cole And The Commotions "Easy Pieces" (1985) oraz o świeżo co zdobytą Gene Loves Jezebele "Discovery" (1986). Pozostaje mi już tylko pozyskać album "Immigrant" (1985), aby domknąć dyskografię tej grupy, o której mówiło się złośliwie, że w późniejszych latach częściej od mikrofonu, trzymali w rękach suszarki do włosów. Warto zaznaczyć, że na skutek konfliktu między braćmi Aston, doszło do rozłamu i porzucenia przez Michaela Astona reszty grupy. Co prawda w późniejszych latach były podejmowane próby zjednoczenia się, ale bez większych efektów. W konsekwencji tego, fani byli świadkami nieco schizofrenicznej sytuacji, w której to każdy z braci nagrywał pod szyldem Gene Loves Jezebele. Stąd też dyskografia grupy biegnie dwutorowo. Mnie bardziej interesują dokonania Jaya Astona, niż Michaela, choć może niesłusznie faworyzuję tego pierwszego, albowiem nie słyszałem żadnej płyty Gene Loves Jezebel pod dowództwem tego drugiego. Zresztą chyba nie tak łatwo dorwać te albumy. Przynajmniej w Polsce. Być może kiedyś dane będzie mi zebrać także płyty tej drugiej inkarnacji Gene Loves Jezebele i wtedy będą mógł ocenić, który z nich wyszedł zwycięsko z tego bratobójczego pojedynku. Póki co posłucham sobie płyty "Discovery", kiedy to oboje stanowili jeszcze tryby jednej, sprawnie działającej maszyny. Trudno dokładnie mi powiedzieć kiedy na horyzoncie zaczęły formować się czarne chmury, z których po kilku latach lunął na braci toksyczny deszcz. Mówi się, że człowiek człowiekowi wilkiem, ale żeby tak brat przeciwko bratu? W głowie się nie mieści. Sądziłem, że takie historie zarezerwowane są tylko i wyłącznie dla braci Gallagherów (Oasis). Jak widać, palma pierwszeństwa przypadła jednak braciom Aston, którzy wyprzedzili ich co najmniej o dekadę.

Jakub Karczyński

30 listopada 2016

JEGO KOCIA WYSOKOŚĆ

Ostatnio udało mi się nabyć pewien dość interesujący książkowy staroć, który pomimo niemal dwudziestu pięciu lat na karku, w dalszym ciągu stanowi łakomy kąsek dla osób, którym w duszy gra muzyka nocy. Nie tylko jest to jedyna polskojęzyczna biografia zespołu The Sisters Of Mercy, ale i cenna pamiątka po Tomku Beksińskim, który jak wiadomo był chyba najzagorzalszym fanem tej grupy w naszym kraju. To właśnie z jego inicjatywy i za jego namowami, Piotr Kosiński zdecydował się wydać tę biografię. Sam nie za bardzo wierzył w potencjał sprzedażowy tej pozycji. "Heartland" Andrew J. Pinnenella, bo o niej mowa, to pozycja dość szczególna. Po pierwsze, a o czym była już mowa powyżej, to w dalszym ciągu jedyna biografia tej grupy w naszym kraju. Po drugie, nad tłumaczeniem pieczę sprawował sam Tomek, który pomagał Monice Kosior - tłumaczce, jak najlepiej wywiązać się z powierzonego jej zadania. Po trzecie, Tomek nie tylko napisał wstęp do owej publikacji, ale wzbogacił ją także o swoje wrażenia z wrocławskiego koncertu The Sisters Of Mercy. Relacja nie pozbawiona jest jego specyficznego stylu, silnie naznaczona wątkami osobistymi, której bliżej do spojrzenia fana, niż poważnego pana redaktora. Zresztą Tomek nigdy za takowego się nie uważał. Twierdził, że jest entuzjastą muzyki, który odbiera muzykę sercem i w taki też sposób tworzył swoje artykuły, recenzje czy audycje radiowe.


Zakupiona biografia sprowokowała mnie do sięgnięcia po debiutancki album Siostrzyczek. Z całej ich niezbyt bogatej dyskografii, ten album darzyłem najmniejszym uznaniem. Zawsze chętniej sięgałem po "Floodland" (1987) lub po "Vision Thing" (1990). Debiut wydawał mi się taką wprawką, takim nie w pełni opierzonym ptakiem, który zanim nauczy się latać, musi zaliczyć jeszcze kilkanaście upadków. Podobały mi się i to nawet bardzo, nagrania Marian oraz wieńczące album Some Kind Of Stranger, ale do reszty jakoś nie miałem większego przekonania. Niesłusznie, bo gdy nastawiłem ponownie ten krążek, zagrał mi w uszach jakoś inaczej, lepiej. Nie jest to rzecz jasna poziom "Floodland", ale takie płyty nagrywa się raz w życiu. Debiut stanowi takie dobre wprowadzenie w twórczość zespołu i naprawdę warto poświęcić mu uwagę i czas. Koniec końców to pierwsze i ostatnie naprawdę zespołowe dzieło. Później ster tego okrętu niepodzielnie dzierżył już sam Eldritch, który jak wiemy nie należy do osób najłatwiejszych we współpracy. Nic dziwnego, że jedyną "osobą", która tolerowała wszystkie jego humory był automat perkusyjny zwany pieszczotliwie Doktorem Avalanche. Pozostali muzycy opuścili ten niegościnny okręt i zdecydowali się działać na własnych zasadach i pod innymi banderami. Eldritchowi starczyło sił na nagranie tylko dwóch albumów, niemniej wspomniany "Floodland" zapisał się złotymi zgłoskami w historii muzyki. Rozpad pierwotnego składu przysłużył się obu stronom, bowiem byli członkowie w osobach Wayne Hussey oraz Craig Adams, powołali do życia grupę The Mission, która również dopisała kilka ciekawych rozdziałów do tej opowieści. I ani myślą odkładać pióro, w przeciwieństwie do Eldritcha, który żyje już tylko i wyłącznie dniami dawnej sławy. Choć aktywny koncertowo, to jednak artystycznie martwy, niemal od trzydziestu lat. Czy jeszcze ktokolwiek czeka na nowe dźwięki Jego Kociej Wysokości? Obawiam się, że nie, bowiem niegdysiejsi fani, albo umarli już ze starości, albo zastygli w czasie niczym Terakotowa Armia. Przerwać ten stan mógłby tylko album na miarę "Floodland", ale chyba na to się nie zanosi. Na nic zresztą się nie zanosi, no chyba, że na deszcz.

Jakub Karczyński

PS Jako dodatek do książki "Heartland", otrzymałem też przekłady tekstów z albumu "Floodland". Pamięta jeszcze ktoś takie cuda? Ja pamiętam, mam nawet w swoich zbiorach kilka innych tłumaczeń sprzed lat, min. Type O Negative i Queen.

PS2 Jako że dziś przypadają Andrzejki, zatem wypadałoby złożyć życzenia Jego Kociej Wysokości. Sto lat Andrew, sto lat. Oby pracowitszych i bardziej owocnych, niż ostatnie dwadzieścia sześć lat. 

21 listopada 2016

WIESŁAW WEISS - SPOTKANIE AUTORSKIE

W dniu wczorajszym wybrałem się na spotkanie autorskie z Wiesławem Weissem, redaktorem naczelnym gazety "Teraz rock", który tym razem przyjechał, aby promować swoją najnowszą książkę "Tomek Beksiński - portret prawdziwy". Nie mogłem przegapić takiej okazji, zważywszy, że jestem w trakcie lektury tejże książki. To opasłe tomisko, liczące siedemset stron, czyta się jednym tchem bowiem pełne jest ono ciekawych i niejednokrotnie nieznanych opowieści. Autor oddał głos osobom, które w większym lub mniejszym stopniu znały Tomka i to one tworzą jego obraz. Weiss jedynie dopowiada, wyjaśnia, ale i niekiedy polemizuje z wypowiedziami. Czytając tę książkę, nie da się ukryć, że autor sympatyzuje z bohaterem, broni go przed różnymi zarzutami, przez co sam naraża się na zarzut bycia nieobiektywnym. Atutem i kartą obronną autora, są w tym przypadku liczne wypowiedzi osób znających Tomka, pozwalające czytelnikowi na samodzielne wyrobienie sobie opinii na jego temat. To one są na pierwszym planie, spychając autora nieco w tło. Oczywiście jest to zabieg świadomy i jak najbardziej słuszny, dzięki czemu otrzymujemy obraz w niewielkim stopniu przefiltrowany przez postać autora. 

Wróćmy jednak do spotkania, jakie odbyło się poznańskim Empiku. Stawiło się na nim jakieś trzydzieści kilka osób, w większości w wieku grubo przekraczającym czterdziestkę. Byłem więc chyba jedną z najmłodszych osób w tym towarzystwie, nie licząc córki Wiesława Weissa, która również była obecna na tym spotkaniu. Punktualnie (jak to w Poznaniu) o godzinie 16, prowadzący Mariusz Kwaśniewski (ex Radio Merkury), dał sygnał do rozpoczęcia rozmowy. Spotkanie zaplanowane początkowo na godzinę, przeciągnęło się do dwóch godzin. Najpierw głos był po stronie prowadzącego, później to publiczność miała możliwość zadawania pytań. Z rozmowy z Wiesławem Weissem, można było dowiedzieć się wielu ciekawych informacji, które rzucały nowe światło na pewne sprawy. Zarówno o samej książce jak i o osobach z otoczenia Tomka. Przykładowo można było usłyszeć wyjaśnienie dlaczego końcowe fragmenty książki nie są wolne od błędów. Okazało się, że samo zakończenie zostało przeredagowane i pisane niemal w ostatniej chwili. Wpływ na to miała informacja, jaką uzyskał autor od przyjaciela Tomka, który poinformował go, że posiada korespondencję e-mailową, pochodzącą z okresu tuż przed jego samobójstwem. W związku z tym, autor udał się na spotkanie, aby zapoznać się z tymi tekstami. Na miejscu okazało się, że listy co prawda są, ale nie jest to korespondencja przychodząca od Tomka, tylko wysyłana do Tomka. Teczka, w której były wiadomości od Tomka, gdzieś zaginęła. Po pewnym czasie okazało się, że owe wiadomości są też w posiadaniu innej osoby, która jeszcze przed śmiercią Tomka, kręciła dokument o nim. Wtedy materiał się nie ukazał, wypłynął dopiero po jego tragicznym zejściu, a zatytułowany był "Dziennik zapowiedzianej śmierci". Autor tegoż dokumentu, pozyskał wspomnianą korespondencję od Zdzisława Beksińskiego, lecz miała ona na tyle prywatny charakter, że nie zdecydował się on na jej wykorzystanie w swoim filmie. Za zgodą przyjaciela, który korespondował wtedy z Tomkiem, Wiesław Weiss wszedł w posiadanie tychże listów, dzięki czemu miał lepszy wgląd "do głowy" Tomka, w okresie poprzedzającym jego śmierć. Czas oddania książki do druku był jednak na tyle krótki, że autor zdecydował się puścić zakończenie bez korekty, stąd też te błędy i przeoczenia. 

Inna ciekawa sprawa, to historia pozyskiwania informacji przez Dawida Ogrodnika, który jak wiemy wcielił się w postać Tomka, w filmie "Ostatnia rodzina". Zadzwonił on początkowo do pana Wiesława, aby umówić się na spotkanie w celu lepszego zrozumienia granej przez siebie postaci. Niestety na spotkanie się nie stawił, nie powiadamiając o przyczynie nieobecności. Los jednak po pewnym czasie zetknął obu panów. W rozmowie, Dawid wyjawił autorowi, że pozyskał informacje o Tomku od pewnego psychiatry, który rzekomo miał z nim kontakt. Zaintrygowany autor, chcąc wzbogacić swoją książkę o nowe informacje, poprosił o namiary i udał się na spotkanie. Jakież było jego zdziwienie gdy psychiatra, okazał się być człowiekiem na tyle młodym, że nie mógł on znać Tomka. W rozmowie przyznał, że faktycznie nie miał z nim styczności, lecz dotarł do jego raportów psychiatrycznych z lat, gdy Tomek był na obserwacji psychiatrycznej i na tej podstawie nakreślił jego obraz Dawidowi Ogrodnikowi. Po rozmowie z autorem doszedł jednak do wniosku, że chyba faktycznie posunął się za daleko. Nie powinien tworzyć fałszywego obrazu Tomka, gdyż jak sam powiedział, okres obserwacji był zbyt krótki, więc nie można na tej podstawie w sposób wiarygodny nakreślić obrazu pacjenta. Informacje uzyskane przez Dawida Ogrodnika były więc zwykłą konfabulacją. Może właśnie to stąd wziął się ten obraz Tomka, który możemy oglądać na ekranie, a który to zupełnie nie współgra z tym jak postrzegali go najbliżsi.
 
To tylko nieliczne ciekawostki, o jakich można było usłyszeć, więc jeśli będziecie mieli możliwość, to koniecznie wybierzcie się na spotkanie z Wiesławem Weissem. Nie tylko po to by zdobyć dedykację w książce, ale by skonfrontować swoje wyobrażenie na temat Tomka, z informacjami jakie posiada Wiesław Weiss. Zapewniam, że warto.

Jakub Karczyński

4 listopada 2016

THE MISSION - 23-10-2016 - WARSZAWA

Zaznaczę na wstępie, że nie lubię czytać relacji z koncertów, a tym bardziej ich pisać. Osoby, które na koncercie były, wiedzą jak przebiegał, a ci, których zabrakło, raczej nie będą mieli ochoty czytać o tym co stracili. Co zatem sprowokowało mnie do napisania poniższych słów? Po pierwsze, ten koncert był spełnieniem moich marzeń. Po drugie, wyprawie do Warszawy towarzyszyło tyle przedziwnych sytuacji, że aż sam nie mogę uwierzyć, że ostatecznie wszystko znalazło swój szczęśliwy koniec. Po trzecie, miło będzie po latach powrócić do tego tekstu, aby przypomnieć sobie to, co na przestrzeni lat zatarł w pamięci czas. Poniżej więc garść wspomnień, którym daleko do rzetelnej relacji, niemniej tak to sobie wymyśliłem, bowiem opisywanie koncertu utwór po utworze, to straszne nudziarstwo nie tylko dla czytelnika, ale i dla samego autora.

Wyjazd ten planowany od wielu miesięcy, zaczął się serią niefortunnych zdarzeń. Już w Poznaniu przeżyłem podwójny zawał, gdy kolega, z którym wybierałem się na ten koncert (pozdrowienia Pawle), zadzwonił by poinformować mnie, że nocleg, który mieliśmy zarezerwowany, niestety został anulowany. Perspektywa czekania na dworcu niemal do samego rana była mało zachęcająca, więc trzeba było czym prędzej zorganizować coś innego. Jako że mieliśmy jeszcze nieco czasu do odjazdu pociągu, postanowiliśmy poszukać czegoś w trakcie konsumpcji obiadu, na który to byliśmy umówieni. Gdy dotarłem na dworzec, czekała na mnie druga niespodzianka. Bilety na pociąg, które zakupiliśmy dzień wcześniej co prawda są, ale wylegują się na stoliku u kolegi w domu. Cóż było robić, szybko kupiliśmy kolejne i udaliśmy się na obiad. Na szczęście hosteli ci w stolicy dostatek, więc ze znalezieniem lokalu zastępczego nie było większego problemu. Lokalizacja w okolicy dworca była wręcz wymarzona, aby w miarę szybko zostawić bagaże i udać się do "Progresji", w której to odbyć miał się ten koncert. Wyjazd z Poznania opóźnił się chyba o jakieś czterdzieści minut (pozdrowienia dla PKP), ale już dalsza jazda była bardzo komfortowa i przyjemna. Po przyjeździe do Warszawy, (nie bez problemów) odnaleźliśmy nasz hostel, zameldowaliśmy się i czym prędzej udaliśmy się w kierunku "Progresji". Nie obyło się bez bieganiny po przystankach autobusowych, bo to co na mapach internetowych wyglądało dość logicznie i czytelnie, w zetknięciu z rzeczywistością wcale takim nie było. Koniec końców zasięgnęliśmy języka u tubylców, dzięki czemu dotarliśmy na właściwy przystanek ... tramwajowy. Podróż umilał nam głos Tomasza Knapika, który to zapowiadał kolejne przystanki i oswajał nam nieco stolicę. Ciekawiło nas bardzo czy na ostatniej stacji pada sformułowanie "czytał Tomasz Knapik", tak charakterystyczne dla filmów z jego udziałem. Na odpowiedź musieliśmy poczekać do następnego dnia. Niestety warszawskie MZK nie było na tyle szalone, by w ten żartobliwy sposób, umilić podróż pasażerom. Cóż, trudno się mówi i żyje się dalej.
 

Gdy dotarliśmy do "Progresji", swój występ kończył właśnie zespół The Awakening. Po nich już tylko The Mission, gwiazda wieczoru. Jako że nie spodziewaliśmy się, aby ktoś pod sceną odczyniał jakieś tańce pogo, stanęliśmy naprawdę blisko sceny. Chciałem przeżyć ten koncert należycie, tak by później niczego nie żałować. W końcu za chwilę, miałem stanąć niemal twarzą w twarz z samym Waynem Husseyem, człowiekiem, którego nazwisko jest niemalże fundamentem sceny gotyckiej. Mało tego, zaraz obok mieli pojawić się również Simon Hinkler oraz Craig Adams, czyli członkowie oryginalnego składu odpowiedzialni za najlepsze dokonania zespołu. Zabrakło jedynie Micka Browna, którego od kilku lat, za perkusją godnie zastępuje Mike Kelly. Wizyta Misjonarzy w naszym kraju była związana z trzydziestoleciem ich działalności, stąd też można było się spodziewać powrotów do naprawdę odległych czasów. Już na początek zaserwowali nam Beyonde The Pale z mojej ukochanej płyty "Children" (1988), by potem co i rusz rozgrzewać publiczność kolejnymi klasykami w rodzaju Serpent's Kiss czy Like A Hurricane (cover Neila Younga). Nie zabrakło też utworów ze świeżo co wydanej "Another Fall From Grace" (2016), z której to usłyszeliśmy Tyranny Of Secrets, Never Longer Than Forever, Met-Amor-Phosis (już dziś brzmiący jak klasyk) oraz Only You & You Alone. Ten ostatni utwór wykonali na trasie zaledwie siedem razy. Jeszcze rzadziej sięgają po Love Me To Death (trzy wykonania), który to usłyszeliśmy w odsłonie akustycznej ze wspomaganiem wokalnym Evi Vine, znanej choćby z The Eden House. Był to też ten moment, w którym to Hussey ze sceny zapowiedział, że oprócz ich okrągłej rocznicy, swoje dziesięciolecie obchodzi także audycja "Trzecia strona księżyca" nadawana w radiowej Trójce. W związku z tym, na publiczność opadły balony i wielkie dmuchane kule, które to krążyły po całej "Progresji". Wracając jeszcze do Evi Vine, to zaznaczę, że nie był to jedyny utwór, w którym to mogliśmy ją podziwiać. Jej wokalizy ozdobiły jeszcze kilka innych kompozycji, ale niestety nie pamiętam już jakie. Bodajże Naked And Savages oraz Garden Of Delight, ale głowy pod topór nie dam. Równie rzadko wykonywanym nagraniem na trasie co Love Me To Death jest Blood Brother, który to usłyszeliśmy podczas drugiego bisu. Po nim nastąpiło jeszcze tylko Deliverence, które to jest takim idealnym utworem na zakończenie. Publiczność może wtedy pośpiewać refren z zespołem, jak i bez jego udziału. Tak też było w Warszawie, gdzie w końcowym akcie kompozycji, na scenie pozostał tylko Mike Kelly, wygrywający rytm do utworu i zachęcający publiczność do ciągłego śpiewu. Piękny moment, który jak mniemam sprawił publiczności dużą przyjemność. Jeśli już jesteśmy przy publiczności, to należy zaznaczyć, że tłumnie stawiła się ona na koncert Misjonarzy. Pomimo że występ nie był wyprzedany, to "Progresja" wydawała się szczelnie wypełniona ludźmi. Nic dziwnego, przecież była to dopiero druga wizyta grupy w naszym kraju.  Miejmy nadzieję, że nie ostatnia.

Zespół pomimo trzydziestu lat działalności, wciąż działa jak dobrze naoliwiona maszyna. Sam Hussey wydaje się żyć poza czasem. Owszem, twarz już nieco starsza, za to głos jak za najlepszych lat. Miło było zobaczyć ich w tak dobrej formie i utwierdzić się w przekonaniu, że The Mission to zespół, który nie tylko warto znać z płyt, ale i zobaczyć na żywo. Po koncercie zostaliśmy jeszcze chwilę na tak zwany after party zorganizowanym przez "Trzecią stronę księżyca", dzięki czemu mogłem zdobyć nie tylko autografy Craiga Adamsa i Mike'a Kelly'ego, ale także porozmawiać i zrobić sobie pamiątkową fotografię z przesympatyczną Evi Vine. "Progresję" opuszczałem pełen pięknych wspomnień, dzierżąc pod ręką winylową edycję ostatniego albumu Misjonarzy, której za cholerę nie można u nas dostać. Wprawdzie jest ona uboższa, aż o cztery utwory w stosunku do kompaktu, ale i tak cieszy. To w końcu pamiątka po niezwykle udanym wieczorze, na którą ilekroć spojrzę, przypomni mi ten wyjątkowy czas, spędzony w towarzystwie Misjonarzy.

Jakub Karczyński

PS Zainteresowanych szczegółową rozpiską odsyłam pod ten adres: Set lista - Warszawa, gdzie poza standardową listą utworów można znaleźć wiele innych, ciekawych informacji nie tylko o polskim koncercie, ale i o całej trasie Misjonarzy.

27 października 2016

KULTURALNY PRAWY SIERPOWY

Muzyka to emocje. Emocje to radość, ale też i nienawiść. Te pierwsze uszczęśliwiają, te drugie wyłącznie niszczą. Niszczą relacje międzyludzkie, stawiając mury i tworząc podziały. Stąd już prosta droga do argumentów powszechnie uważanych za wulgarne i obraźliwe. A mówią, że muzyka łagodzi obyczaje. Dobre sobie. Jakoś tego nie widzę, przypatrując się czasami dyskusjom toczącym się zarówno w tym wirtualnym, jak i realnym świecie. Temat ten potrafi podnieść temperaturę równie dobrze jak polityka, a przecież czy naprawdę jest o co kruszyć kopie? Pewnie, każdy by chciał by to właśnie jego zdanie było na wierzchu, było tym najważniejszym i ostatecznym. Niestety takie dyskusje sprowadzają się zazwyczaj do poniżenia przeciwnika, wdeptania go w ziemię wraz z jego marnym gustem muzycznym. Czy naprawdę nie potrafimy pięknie się różnić? Merytoryczna dyskusja pozbawiona agresji słownej jest o wiele bardziej interesująca i budująca, niż obrzucanie się nawzajem błotem. Jednak, aby to osiągnąć, trzeba wreszcie wyjść z tej mentalnej piaskownicy, otrzepać piach z ubrania i ujrzeć w drugim człowieku nie przeciwnika, ale kogoś, kto tak samo jak my ma prawo do wyrażenia swojego zdania. Nie zawsze będzie ono zgadzało się z naszym, ale czy to daje nam prawo do poniżania kogokolwiek? Czasami lepiej ugryźć się w język, niż powiedzieć jedno zdanie za dużo. O wiele łatwiej dyskutować z kimś kto podziela nasze poglądy, ale nie zawsze tak przecież bywa. To, że ktoś wyraża odmienne zdanie, nie powinno stawiać go w pozycji wroga. Zdaję sobie sprawę, że czasami trudno o płaszczyznę porozumienia, ale wtedy najlepiej wziąć sobie do serca powiedzenie, że o gustach się nie dyskutuje, niż wytaczać najcięższe, ale jakże prymitywne działa. Poza tym, mamy już wystarczająco dużo obszarów, na których emocje aż kipią od nienawiści, więc niech chociaż kultura pozostanie od niej wolna. 

Jakub Karczyński 

17 października 2016

JESIENNA PEREŁKA

Zakup albumu "Easy Pieces" (1985) Lloyd Cole And Commotions na winylu to pestka. Jest go pełno, nie tylko w naszej rodzimej przestrzeni internetowej, ale i na zagranicznych portalach aukcyjnych. Zakup tej płyty na kompakcie, to dopiero wyzwanie. Swoje poszukiwania rozpocząłem na początku września. Szybko okazało się, że nieliczne egzemplarze, wystawione do sprzedaży są na tyle drogie, że nie ma co sobie nimi głowy zawracać. Kwoty w przeliczeniu na złotówki oscylowały w granicach 250 zł. Bywam czasami szalony, ale bez przesady. Poza tym, aby usłyszeć te dźwięki zawsze mogłem sięgnąć po winyla, którego to mam w swoich zbiorach od kilku dobrych lat. Niestety, większą część tego czasu, przeleżał niemal zupełnie nietknięty. Dopiero w tym roku poświęciłem mu wystarczającą ilość uwagi na jaką zasługiwał, a album odwdzięczył mi się jedną z najpiękniejszych piosenek. Taką idealną na początek jesieni. Jeśli wierzyć Morriseyowi to nagranie James jest najpiękniejszym utworem w całym dorobku Lloyd Cole And The Commotions. Znając dwa z trzech albumów jakich dorobiła się ta szkocka grupa, jestem w stanie podpisać się pod tymi słowami. Wśród miłośników ich twórczości nie brak znanych nazwisk, jak choćby Tori Amos, a także i grup w rodzaju Manic Street Preachers czy Camera Obscura. Ci ostatni nagrali zresztą piosenkę Lloyd, I'm Ready To Be Heartbroken jako odpowiedź na utwór z debiutanckiej płyty Lloyd Cole And Commotion (Are You) Ready To Heartbroken? Swoją drogą całkiem sympatyczny i zabawny. To co jednak zaprzątało mą uwagę od pewnego czasu, to wspomniany utwór James. Słuchając go raz za razem, marzyłem by wejść w posiadanie wersji kompaktowej tegoż albumu. Od czasu do czasu, sprawdzałem czy może ktoś akurat nie chce pozbyć się go poprzez jakiś portal aukcyjny lecz bez większych rezultatów. Przyszedł jednak dzień dziewiątego października, za sprawą którego ledwo widoczne widmo zmaterializowało się w pełnej krasie. Mało tego, ten jak mi się zdaje biało kruczy album, kosztował mnie nie 250 zł lecz jedyne 7,99 zł. Widać jednak, że w Polsce grupa Lloyd Cole And Commotion, nie odniosła na tyle dużego sukcesu (jeśli jakikolwiek) by windować ceny ich płyt, do tych jakie widywałem na zagranicznych portalach. Niemniej i tam zdarzają się cuda. Sprawdziłem przedwczoraj i co się okazuje, ktoś gotowy jest pozbyć się tego albumu za kwotę 2 funtów. Jak widać kto szuka, ten ... nie przepłaca. Trzeba tylko uzbroić się w cierpliwość, ale to przecież podstawowa cecha dobrego łowcy. Mój ustrzelony egzemplarz właśnie dotarł, lecz zanim trafi do odtwarzacza trzeba zapewnić mu odpowiednią oprawę. W tak ponury dzień jak dziś, nie będzie z tym większego problemu. Wystarczy rozpalić świeczki, zaparzyć herbatę o cynamonowo jabłkowym posmaku, a nastrój wykreuje się niejako sam.     
Jakub Karczyński 

10 października 2016

THE MISSION "ANOTHER FALL FROM GRACE" (2016)

Niemal dokładnie trzy lata temu, recenzowałem w tym miejscu najnowszy album Misjonarzy jakim był "The Brightest Light" (2013), a tu już w odtwarzaczu kręci się jego następca. Nie ukrywam, że to najważniejsza dla mnie tegoroczna premiera. Osoby, które sukcesywnie czytają "Czarne słońca" mogły zorientować się, że mój stosunek do The Mission jest niemal nabożny, co nie znaczy, że bezkrytyczny. Na każdą kolejną płytę czekam z wielkimi nadziejami, mocno zaciskając kciuki za Wayne'a Husseya i spółkę. Gdy tylko gruchnęła informacja o pojawieniu się wkrótce nowej muzyki, niecierpliwie odliczałem dni, jak i też śledziłem pojawiające się informacje. "Another Fall From Grace" (2016) reklamowany był jako zaginione ogniwo między pierwszą płytą The Sisters Of Mercy "First And Last And Always" (1985 ), a debiutem The Mission "God's Own Medicine" (1986). Jak wiemy, Hussey nie zagrzał długo miejsca w zespole Andrew Eldritcha, stąd też pomysł powołania do życia własnego zespołu, który pierwotnie miał nazywać się The Sisterhood. Ostatecznie plany pokrzyżował sam Eldritch, ale to nie czas by rozgrzebywać stare rany. Wróćmy więc do albumu "Another Fall From Grace", który miał być takim powrotem starego, dobrego The Mission. Z szumnymi zapowiedziami często bywa tak, że nie zawsze mają one pokrycie w rzeczywistości. Czynione są one po to by skusić tych, którzy dawno już postawili krzyżyk na danym artyście czy zespole. Czy i tym razem mamy do czynienia ze sprytną zagrywką marketingową, czy może jest w tym coś więcej, niż ziarno prawdy.

Spoglądając na okładkę nowej płyty, odniosłem wrażenie obcowania z jakąś klasyczną płytą The Mission. To już nie czasy owadów i robaczków jak w przypadku "God Is A Bullet" (2007) czy "Dum-Dum Bullet" (2010), a grafika w duchu Albrechta Durera, która dobrze koresponduje ze wspomnianą już "God's Own Medicine". Widać ktoś starannie odrobił lekcje, dzięki czemu powstała okładka wręcz ikoniczna. Taka jaką ozdabia się najlepsze dzieła. Czy pod taką grafiką można ukryć słaby album? No niby można, ale komu by się chciało opakowywać wyroby czekoladopodobne w złote papierki.

"Another Fall From Grace" wskrzesza ducha dawnego The Mission, choć nie bazuje on tylko i wyłącznie na sentymentach. Sporo tu zaskoczeń, nowych elementów, których nie stosowano w przeszłości. Przykładem są liczni goście, których to Hussey zaprosił na płytę. Nazwiska rzeczywiście robią wrażenie - Gary Numan, Martin L. Gore, Julianne Regan, Ville Valo. Niemniej, stanowią oni wyłącznie dopełnienie, nie wybijając się na pierwszy plan. Przy mikrofonie niepodzielnie rządzi Hussey. Trochę szkoda, że nie pokuszono się na jakiś duet wokalny, bo efekty mogły być niezwykle interesujące. Są tu też dawno nie słyszane elementy, jak choćby gitara 12-strunowa, tak przecież charakterystyczna dla brzmienia pierwszej płyty. Jak wspomina sam Hussey, sięgnął on po ten instrument po wysłuchaniu w ubiegłym roku swego debiutanckiego albumu. Pierwszy raz od trzydziestu lat. Widać poruszyło w nim to jakąś sentymentalną strunę, dzięki czemu otrzymaliśmy jeden z najbardziej spójnych i przemyślanych albumów. Na "The Brightest Light" nie wszystko się ze sobą kleiło, a i nie brakowało utworów, które w ogóle nie powinny trafić na płytę. Tutaj oszczędzono nam takich wpadek. Albumu słucha się jednym ciągiem bez konieczności używania w pilocie funkcji "skip". Dzięki jego różnorodności i bogactwu faktur brzmieniowych, nie musimy obawiać się też znużenia materiałem. Jest tu co odkrywać, dlatego też polecam posłuchać tej płyty także na słuchawkach. Zanim nastąpił pierwszy odsłuch, przesłuchałem w internecie pierwszego singla. Zazwyczaj tego nie robię i czekam cierpliwie do premiery albumu, ale tym razem coś mnie podkusiło. Obejrzałem teledysk do utworu Met-Amor-Phosis i to chyba z siedem razy, tak bardzo spodobał mi się ten utwór. Wręcz nie mogłem się go nasłuchać. Później przyszedł czas na audycję "Trzecia strona księżyca", w której to wyemitowano przedpremierowo kilka utworów, więc chcąc nie chcąc, zapoznałem się niemal z połową płyty. Największe wrażenie zrobiło na mnie nagranie tytułowe. Another Fall From Grace, wysłuchane późna nocą na słuchawkach przekonało mnie, że jest na co czekać. Tym bardziej więc zacierałem ręce i niecierpliwie spoglądałem w kierunku kalendarza. Po pierwszych odsłuchach, miałem pewność, że album trzyma równy poziom, ale nie padłem przed nim na kolana. Nie znajdziemy tu nagrania tej miary co Swan Song z poprzedniej płyty, choć takowe próby były czynione. Czymś równie powalającym miało być nagranie Jade, zadaniem którego było rozerwać serca fanów tuż przed finałem. No i prawie się udało, ale jednak czegoś tu zabrakło. Na pewno można by ten utwór jeszcze nieco pociągnąć solówkami gitarowymi i wydłużyć go nieco, dzięki czemu słuchacz mógłby się nim w pełni nasycić. Nie powiem, miałem ciarki na plecach, a to przecież najwyższa nobilitacja dla utworu, niemniej zabrakło mi tu tak zwanej wisienki na torcie. Swoją drogą, solówka w Swan Song też mogłaby trwać w nieskończoność. Jednak nie ma co narzekać, bo Misjonarze w końcu nagrali album na miarę drzemiących w nich możliwości. Nie jest on nachalnie przebojowy, dzięki czemu, z każdym odsłuchem odkrywamy wciąż nowe, interesujące elementy. Jeśli chodzi o największe zaskoczenie, to zdecydowanie jest nim Phantom Pain. I nie chodzi o samo nagranie, co raczej o instrumentarium jakiego tu użyto. Któż by się spodziewał, że Misjonarze sięgną po klarnet i saksofon. Brzmienie ich jest dość ponure i chropowate, ale faktycznie przyciąga uwagę. Osobiście wolałbym wykorzystać tu instrumenty o cieplejszej barwie i czystszym brzmieniu, które chyba lepiej przysłużyłyby się temu utworowi. Solówka na saksofonie, to byłoby dopiero coś! Nie brak tu też nagrań, które docenia się wraz z upływem czasu. Na pewno do tej kategorii należy Within The Deepest Darkness (Fearful), które z początku jawiło mi się jako dość przeciętne, tak samo jak następujące po nim Blood On The Road. I jeśli to pierwsze nabrało w moich uszach barw, tak to drugie uważam za najsłabszy element tego albumu. Trzyma jako taki poziom, ale jest tu sporo ciekawszych rzeczy, jak choćby Bullets & Bayonetes, o jakże pięknym, orientalnym posmaku. Tak, mieliśmy już z tym do czynienia w przeszłości, ale zawsze miło "zobaczyć" Misjonarzy w takim anturażu. Na szczególne słowa uznania zasługuje wielebny Wayne Hussey, a właściwie jego głos, którego czas się nie ima. Wciąż brzmi wspaniale, choć do młodzieniaszków już on przecież nie należy. Zresztą słowa uznania należą się i pozostałym muzykom, którzy dzielnie akompaniują Wayne'owi oraz Timowi Palmerowi, który wyprodukował ten album. Kłaniam się nisko i nieśmiało proszę o więcej tak udanych płyt.

Podsumowując, można by rzec, że są takie albumy, o których nie można jednoznacznie powiedzieć, że są wspaniałe, ale i też nie za bardzo jest się do czego przyczepić. Lawirują one między kategoriami zarezerwowanymi dla dobrych i bardzo dobrych albumów. Niektóre z nich mają jeszcze w sobie to coś, co nadaje im intrygujący i wyjątkowy posmak. Ten czynnik sprawia, że pomimo upływu lat, wciąż mamy chęć sięgać po takie płyty, bowiem serce podpowiada, że jest tam jeszcze kilka tajemnic do odkrycia. I tak też pewnie będzie z "Another Fall From Grace", który wciąż mnie intryguje, kusi i nie pozwala o sobie zapomnieć.

Jakub Karczyński

29 września 2016

PORTRET NIEDOSKONAŁY

Przed kilkoma dniami powróciła do mnie płyta analogowa New Model Army, którą wysłałem do prostowania chłopakom z Winylowni. Już tak nie faluje, więc i radość ze słuchania o wiele większa. Za kilka dni będę miał przyjemność zobaczyć grupę Justina Sullivana na żywo, stąd też przed koncertem jak i kilka dni po, w moich czterech ścianach, rozbrzmiewać będzie nie tylko wspomniany analog, ale i pozostałe albumy tej formacji, tyle, że z płyt kompaktowych. Póki co, przerabiam moje ostatnie nabytki w postaci Liquid Divine - "Interface" (2006), "Black Box" (2007), Minerve "Breathing Avenue" (2005), Love Like Blood "An Irony Of Fate" (1992),  Nick Cave "Skeleton Tree" (2016) i Marillion "F.E.A.R." (2016). W tak zwanym międzyczasie, czytam też nową książkę Wiesława Weissa, poświęconą Tomkowi Beksińskiemu. "Tomek Beksiński. Portret prawdziwy" stanowi taką opozycję do wcześniej wydanej książki Magdaleny Grzebałkowskiej "Beksińscy. Portret Podwójny" oraz filmu "Ostatnia rodzina", w których to postać Tomka została przedstawiona w niezbyt korzystnym świetle. Myślę, że był on na tyle złożoną postacią, że nie można w sposób jednoznaczny odmalować go ani w kolorach czerni, ani bieli. Nikt przecież nie jest wyłącznie dobry, ani zły. Składamy się z różnych odcieni i to właśnie sprawia, że nasze życiorysy nabierają autentyczności. Poza tym, żadna biografia nie jest w stu procentach prawdziwa, bowiem zawsze jest ona przefiltrowana przez postać autora. To trochę tak, jakby wejść do gabinetu luster i próbować uchwycić prawdziwą twarz osób, przeglądających się w owych lustrach. Zadanie tyleż karkołomne, co niemożliwe do wykonania. Jest niczym malowanie palcem na wodzie. Wspomniałem już, że niejednoznaczność postaci Tomka wzbudza liczne dyskusje wśród osób, które w większym lub mniejszym stopniu uczestniczyły w jego życiu. Jak mniemam, sprowadzi się to wkrótce do prawdziwego wysypu książek i filmów na jego temat. Każdy przecież będzie chciał swoim dziełem odmalować ten jeden, jedyny, najprawdziwszy portret. Ciekawi mnie tylko jedna rzecz. Jaki obraz wykreują wszystkie te malowidła w głowie potencjalnego czytelnika? Pomału zaczynam się domyślać. Sądzę, że i Tomek uśmiechnąłby się szeroko. Panie i panowie, oto nadchodzi schizofrenik XXI wieku. 

Jakub Karczyński

PS Gdy wyjąłem z półki pierwszy album King Crimson (reedycja 2014), na którym to zarejestrowano "21st Century Schizoid Man", moim oczom ukazał się dopisek widniejący za tytułem owej kompozycji - including "Mirrors". Przypadek? Nie sądzę.

20 września 2016

SACRUM I PROFANUM

 
Powróćmy jeszcze na moment do giełdy płytowej, o której pisałem w poprzednim wpisie. Pretekstem jest bowiem pewne dość charakterystyczne zjawisko, popularne w minionych dekadach, a dziś niemal zupełnie zapomniane. Dotyczy ono tak płyt jak i książek. Choć wydaje mi się, że książki wiodą w tej dziedzinie zdecydowany prym. O czym mowa? O dedykacjach, myślach, wierszach wypisywanych na kartach książek i okładkach płyt. Trafiłem na jedną taką płytę, podczas ostatniej giełdy. Uśmiechnąłem się mimowolnie trzymając w dłoniach album "A Night At The Opera" grupy Queen, który to album pokrywały liczne wpisy. Dla jednych to miła pamiątka, dla innych to czysta profanacja. Też tak w pierwszej chwili pomyślałem: "Jak można tak zniszczyć płytę?". Po chwili przyszła refleksja. Przecież to fajna pamiątka i dodatkowa wartość albumu. Ilekroć weźmie się taką płytę do ręki, powrócą wspomnienia o osobach, które to pisały. I nie są to bynajmniej wynurzenia na poziomie "kochanej koleżance - Kasia", ale niejednokrotnie wiersze czy głębsze myśli lub myśli po kilku głębszych. 

Lubię takie rzeczy, bo są nośnikami fajnych wspomnień oraz ciekawych historii. Sam w swojej kolekcji nic podobnego nie posiadam, choć raz podarowałem płytę z dedykacją. Było to jednak dawno temu i kto wie czy owa płyta, nie żyje już własnym życiem, krążąc gdzieś po świecie. Nie wszyscy przecież są sentymentalistami. Z pewnością nie należała do nich właścicielka albumu Queen. Dziwie się jej nieco, że pozbyła się tej pamiątki i puścił ją w szeroki świat. Przecież dla nikogo innego ta płyta nie będzie przedstawiała takiej wartości, jak dla osoby, dla której była właśnie przeznaczona. Nawet przez moment przeszła mnie myśl czy by jej nie kupić, ale stwierdziłem, że co mi po takiej cudzej pamiątce. I tak przecież nie odgadnę historii jej powstania, komu była przeznaczona i z jakiej okazji. Ograniczyłem się więc tylko do zrobienia powyższych zdjęć. Widać na nich wpisy w języku polskim pochodzące z lat 1977 oraz 1978. Niestety słaba jakość zdjęć, uniemożliwia odczytanie ich wszystkich. Sporządzone zostały w miejscowości Köln (Kolonia), a ich adresatem była kobieta. Okoliczności w jakich otrzymała ów prezent pozostają jednak tajemnicą. Niemniej panowie wykazali się niezwykła wrażliwością, co w dzisiejszych czasach nie jest już takie nagminne. Z próbek zawartych tam myśli, mnie najbardziej spodobały się dwa wpisy: "Pamiętaj! Ile byś nie zapłaciła za Twe piękne złudzenia, zawsze zrobisz dobry interes" oraz "Nie ma maski, która by mogła ukryć miłość tam gdzie ona jest, ani udać jej tam, gdzie jej nie ma". Prawda, że fajne? Ciekawi mnie czy i Wy w swoich zbiorach posiadacie tego typu pamiątki. 

Jakub Karczyński

10 września 2016

HISTORIA Z NIEJEDNYM MORAŁEM

Poranek przywitał Poznań gęstą mgłą. Na szczęście wraz z kolejnymi godzinami, zaczęła ona stopniowo zanikać, by ustąpić miejsca słońcu, które to dziś niepodzielnie królowało na nieboskłonie. W tak pięknych okolicznościach przyrody, wybrałem się dziś na II Poznańską Giełdę Fonograficzną. Tym razem zorganizowano ją w nowej siedzibie Klubu u Bazyla. Była więc okazja zobaczyć i sam klub, w którym to niedługo ma zagrać New Model Army. Dla kogoś kto nie mieszka w naszym mieście, trafienie do Bazyla może nastręczyć pewnych trudności, choć poprzednia lokalizacja również nie należała do najłatwiejszych. Mniejsza jednak o to. Sam klub mieści się teraz w czymś co przypomina ... barak. Widok jaki rozciąga się wokół, również nie zachęca do odwiedzin, ale wraz z przestąpieniem progu klubu, zapominamy o tych mankamentach. Dziś wnętrze zamiast być zastawione stolikami i krzesłami, wypełnione było stanowiskami z płytami winylowymi. Kompaktów prawie nie było, a szkoda, bo chętnie uzupełniłbym swoją kolekcję. Gdy przybyłem, w środku już buszowali amatorzy czarnego złota. Na szczęście ludzi było w sam raz, nie za dużo, nie za mało, więc warunki do przeglądania winyli były idealne. Nikt nikogo nie trącał, nie przepychał się, no i nie sapał nad uchem. Przyjechałem na giełdę bez specjalnych oczekiwań, ot chciałem miło spędzić czas wśród pasjonatów i ewentualnie kupić jakiegoś analoga. Nic na siłę. Swój budżet ustaliłem do kwoty stu złotych, choć i tak wiedziałem, że aby nabyć coś interesującego, trzeba by sięgnąć głębiej do kieszeni. Ceny interesujących mnie płyt zaczynały się od 80 zł. W takich właśnie kwotach było idealne wydanie "Argus" Wishbone Ash, "Seventeen Seconds" The Cure. Za inne płyty The Cure ("Pornography", "Faith", "Disintegration") trzeba było już wyłożyć równą setówkę. No chyba, że ktoś potrafi się targować. Swoje umiejętności w tej kwestii oceniam raczej skromnie, ale tym razem postanowiłem nieco pozbijać ceny. Podszedłem do stoiska, zacząłem przeglądać płyty i zapytałem sprzedawcę o parę interesujących mnie tytułów. Gdy ujrzałem kilka płyt New Model Army, w tym moją ulubioną "The Ghost Of Cain", aż oczy mi się zaświeciły. Widząc to, sprzedawca spytany o cenę odrzekł, że nie będą to tanie płyty. W tym momencie uświadomiłem sobie mój błąd. Nigdy nie pokazuj sprzedającemu, że ci na czymś zależy, bo obedrze cię ze skóry. Gdy usłyszałem kwotę 95 zł zrobiłem tylko uhmm i grzecznie odłożyłem płytę. Odszedłem od stanowiska i zacząłem przeglądać płyty u innych sprzedawców. Spędziłem tak z dwadzieścia minut, wynajdując w międzyczasie wspomnianego "Argusa". Miałem teraz nie lada zagwozdkę. Walczyć o ową płytę New Model Army czy może odpuścić i kupić Wishbone Ash? Za cholerę nie wiedziałem jaką podjąć decyzję, bo obie płyty wspaniałe, a pieniędzy starczy tylko na jedną z nich. Długo biłem się z myślami, ale w końcu zdecydowałem, że kupię New Model Army, niemniej nie za taką cenę. Trzeba było jakoś umiejętnie pokierować rozmową, ale jak? Bez większej strategii, podszedłem w kierunku sprzedawcy. W ręku cały czas trzymałem tego "Argusa" z konkurencyjnego stoiska. Wyciągnąłem raz jeszcze winyla "The Ghost Of Cain" i długo zacząłem zastanawiać się co tu kupić. Owo wahanie nie miało w sobie nic z kalkulacji. Ja na prawdę biłem się z myślami. By podjąć jakąś decyzję, pytam sprzedawcę czy jest szansa na zejście z ceny do kwoty 80 zł. Jego mina zdradzała, że taka cena to rozbój w biały dzień. Ona warta co najmniej tych 95 zł, bo przecież stan idealny. Teraz to on bił się z myślami, ale w końcu poszliśmy na kompromis i ustaliliśmy cenę na poziomie 85 zł. Po dobiciu targu, pogadaliśmy sobie jeszcze bardzo miło o płytach, koncertach i tym podobnych rzeczach. W międzyczasie pojawił się mój znajomy z synem i również zaczął rozglądać się za interesującymi go płytami. Ja już stałem tylko z boku i przyglądałem się jak wertuje te analogi. W pewnej chwili mignęła mi nazwa The Mission, więc machinalnie wyciągnąłem rękę. Okazało się, że to dwunastocalowy singiel z nagraniami Like A Hurricane, Garden Of Delight, Over The Hills And Far Away oraz The Crystal Ocean. Okładka nieco sfatygowana z tyłu, ale sama płyta w doskonałym stanie. Cena również bardzo przystępna, bo w granicach 20 zł, więc nabyłem i ten skarb. Po odbyciu swoistego tournee po wszystkich tych stanowiskach, doszedłem do wniosku, że ceny za większość tych analogów są zdecydowanie nie na polską kieszeń. Nie jesteśmy jeszcze na tyle zamożnym społeczeństwem by wydawać na jedną płytę kwoty rzędu stu, a nawet dwustu złotych. Niemniej winylowe szaleństwo wciąż trwa i chyba ma się dobrze, skoro jest zainteresowanie tego typu imprezami. I na tym mógłbym zakończyć ową historię, ale byłaby ona niepełna bez finału, który był lekcją pokory i gorzką pigułką na koniec tego dnia. Gdy przybyłem do domu w pełni zadowolony z poczynionych dziś zakupów, czym prędzej chciałem posłuchać sobie tych płyt, choć ich zawartość znam niemal na pamięć. No, ale skoro celebra to celebra. W pierwszym rzucie nastawiłem New Model Army, przesunąłem ramię i ... szlag mnie trafił. Okazało się, że owa płyta ma pewną skazę, której nie zauważyłem, bo i trudno ją zauważyć tak na oko. Dopiero gdy położy się płytę na talerzu gramofonu, można dostrzec to, czy płyta jest prosta czy też nie. Ta okazała się nieco falować, będąc delikatnie zakrzywiona w jednym miejscu. Złość mnie początkowo wzięła na sprzedawcę, ale być może nie wiedział o wadzie, a jeśli wiedział to zrobił mnie bez mydła. Na szczęście znalazłem już ludzi, którzy zajmują się prostowaniem płyt, więc mam nadzieję przywrócić jej dawny blask. Oczywiście nic za darmo, ale jak to mówią chytry dwa razy traci. Zresztą morałów w tej opowieści jest jeszcze kilka i wszystkie doskonale nam znane. Pamiętajcie więc, że nie wszystko złoto co się świeci, nie święci winyle sprzedają, no i mądry Polak po szkodzie. I to tyle o oszczędnym poznaniaku, który zamiast zyskać, tylko stracił, ale jak to mówią, pierwsze koty za płoty, tam gdzie śliwki robaczywki.    

Jakub Karczyński

2 września 2016

PRZESZŁOŚĆ, KTÓREJ JUŻ NIE MA

W odtwarzaczu już kręci się nowa płyta New Model Army, o której jeszcze nie jestem w stanie powiedzieć nic poza tym, że była to jedna z najbardziej wyczekiwanych przeze mnie premier. Teraz trzeba zagłębić się w te dźwięki i sprawdzić jak rezonują w moich uszach. Pierwszy odsłuch uświadomił mi jedną istotną rzecz. Nie ma powrotów do przeszłości. Czas płynie, zmienia się świat i zmienia się muzyka. Trudno mieć o to pretensje, tak po prostu jest. Wspominam o tym, bo moje drogi z New Model Army nieco się w ostatnim czasie rozeszły. Już przy poprzednim albumie "Between Dog And Wolf" (2013), kręciłem nieco nosem, choć zewsząd słyszałem głosy, że to wspaniały album. Co prawda, z czasem nieco się do niego przekonałem, ale nigdy nie obdarzyłem go na tyle dużym uczuciem, by jak to się mówi, pójść za nim w ogień. Świat moich dźwięków zakończył się wraz z albumem "Strange Brotherhood" (1998). Zostawiłem tam kawał serca, między innymi w utworze Lullaby, który do dziś uważam za najpiękniejszą balladę New Model Army. Co prawda w późniejszych latach bardzo podobały mi się albumy w rodzaju "Carnival" (2005), "High" (2007) czy "Today Is A Good Day" (2007), niemniej to już były nieco inne emocje. Jeśli nastawicie sobie album "Strange Brotherhood", a następnie, którąś z ostatnich płyt, to być może zrozumiecie do czego zmierzam. Po 1998 roku New Model Army kilkukrotnie zmieniało swoją muzykę, choć zapewne wielu powie, że grają wciąż tak samo. I choć cały czas są to niezwykle emocjonalne dźwięki, to poruszają one we mnie nieco inne struny mojej wrażliwości. W mojej opinii, po albumie "Strange Brotherhood", jakby coś uleciało z zespołu. Jakby zagubiono jakiś pierwiastek. Nie potrafię powiedzieć co to było, ale doskonale to wyczuwam. Ktoś powie, człowieku to było przecież osiemnaście lat temu, muzyka idzie do przodu. Nie wymagajmy przecież, aby zespół grał wciąż tak samo. Pewnie i racja, niemniej zawsze tęskni się do tego, co najpiękniejsze. I nawet gdyby New Model Army mieliby nagrywać płyty, które nie wskrzeszą we mnie tamtych emocji, to i tak mogą być pewni, że kupię każdy ich kolejny album, choćby tylko i wyłącznie przez wzgląd na dawne czasy.

Jakub Karczyński

25 sierpnia 2016

ZNIEWOLENI CZASEM

Czytając dziś wywiad z Janem Chojnackim, natknąłem się na zdanie, które dość mocno mnie zaintrygowało. Wypowiedział je znajomy dziennikarza, który przeprowadzał wywiad z panem Janem. Notabene ta osoba również wywodziła się ze środowiska dziennikarskiego. Zdanie to zastanowiło mnie na tyle, że do teraz próbuję rozgryźć jego znaczenie. Owe słowa brzmiały tak: "Nigdy nie słuchaj starej muzyki, bo się przywiążesz". Była to ponoć rada, ale jakże ją odczytać? Czy jako przestrogę, czy jako zachętę. Co prawda początek wskazuje, że mamy trzymać się od tej muzyki jak najdalej, ale z kolei druga część sugeruje, że jest w niej coś co może skraść nasze serce i duszę. A cóż przecież może być piękniejszego, niż zatracenie się w muzyce bez opamiętania? Widzę jeszcze jedną możliwość interpretacji tych słów. Być może autorowi chodziło o to, aby nie wkraczać na ten teren, bo można tam utknąć na zawsze. Trzeba przecież żyć tym co tu i teraz, a nie nurzać się w przeszłości. Niby racja, ale jakoś trudno mi temu w pełni przyklasnąć. Niemniej zgadzam się z tym, że jak ktoś już zagłębi się w muzykę minionych lat, to naprawdę ciężko powrócić z takiej wyprawy. To trochę tak, jakby po latach jedzenia wyrobów czekoladopodonych, ktoś zaoferował ci spróbowanie prawdziwej czekolady. Po jej zjedzeniu, nie chcesz już wracać do tej namiastki, którą wciskano ci całe życie. Nie ma sensu, tutaj masz wszystko to co najlepsze. I tak też jest z muzyką sprzed lat, która to jest jak owa czekolada, zawiera w sobie całą kwintesencję i smak, którego się nie zapomina. Oczywiście z punktu widzenia młodych ludzi, jest to jakiś zamierzchły relikt przeszłości, której to słuchają co najwyżej stare dziady po pięćdziesiątce, ale opinie owe trzeba złożyć na karb ich ignorancji muzycznej. Śmiem wątpić czy gdyby poznali muzykę tamtych dekad, równie ochoczo wygłaszaliby swoje sądy. Krytykujemy zazwyczaj to czego nie rozumiemy, nie lubimy albo nie znamy. Ileż to razy dane mi było wysłuchać opinie o rzeczach, o których wypowiadające się osoby, miały pojęcie bliskie zera. Sądy wyrażane o albumach po wysłuchaniu jednej, singlowej piosenki, bywają tego najlepszym przykładem. Niemniej zostawmy to i nie zbaczajmy z kursu. Wróćmy do naszej rady i sposobu jej wykorzystania. Czy warto wziąć ją sobie do serca? Odpowiedź nie jest prosta, przynajmniej jeśli chcielibyśmy rozpatrywać ją w kategoriach dwubiegunowych - tak lub nie. Na szczęście mamy nieco szersze pole do udzielenia odpowiedzi. Stąd też sądzę, że warto zdać się na zdrowy rozsądek i czerpać pełnymi garściami z obu źródeł. Nikt nam przecież tego nie zabrania. Jeśli odnajdujemy zarówno tu jak i tam, coś co porusza nasze wnętrze, to czemuż mielibyśmy z czegoś rezygnować. Muzyka przecież nie ma terminu przydatności i nie psuje się wraz z jego upływem. Owszem, brzmienie może się zestarzeć, być niedzisiejsze, ale dobry utwór cały czas pozostaje dobrym utworem.

Jakub Karczyński
   

19 sierpnia 2016

W OCZEKIWANIU NA CUD

Tegoroczna jesień zapowiada się więcej, niż niesamowicie. Ilość interesujących mnie premier płytowych jest na tyle duża, że już czuję ten ból głowy przy robieniu podsumowania roku. Niemniej, może jednak sprawdzi się stare porzekadło, że od przybytku głowa nie boli. Cokolwiek by się nie działo, czuję że to będzie dobry rok. Bo czy może być źle, gdy swoje nowe płyty wydają New Model Army, The Mission, Marillion, Archive, Mesh, White Lies oraz Nick Cave? No niby może, ale jakoś nie chce mi się w to wierzyć. Jeśli dodać jeszcze do tego wszystkie te płyty, które ujawnią nam się w najbliższych miesiącach, to ja już z radości zacieram ręce. Najbardziej cieszy mnie powrót starej gwardii z The Mission i New Model Army na czele, ale i młodzieży drzwi przed nosem nie zamykam. W ostatnim czasie bardzo przyjemnie zaskoczył mnie duet Sexy Suicide, stąd też zintensyfikowałem poszukiwania na naszym rynku kolejnych interesujących pozycji. Długo nie trwało, a w me ręce wpadł zespół Vökuró, penetrujący szufladę zwaną dream popem. Posłuchałem na zachętę dwóch utworów i już wiedziałem, że czym prędzej trzeba kupić ich płytę. Czy spełni pokładane w niej nadzieje? O tym przekonam się już wkrótce, gdy tylko listonosz zapuka do mych drzwi. Niemniej, trzeba wspierać młodych, zdolnych twórców, bo bez wsparcia i zaangażowania słuchaczy daleko nie zajadą. W dzisiejszych czasach nie jest problemem nagrać płytę, ale sztuką jest się wybić z tego gąszcza zespołów i dotrzeć ze swoją muzyką do ludzi. Owszem, jest internet, który ułatwia sprawę, ale nawet on nie daje gwarancji odniesienia sukcesu. Zbyt duża konkurencja, która nie tylko potrafi zdeprymować, ale i skutecznie zatopić grupę w jednolitej masie. Tu trzeba mieć nie tylko świetną muzykę, intrygujący wygląd, ale i masę szczęścia, okupionego mozolną pracą. Zarówno Sexy Suicide jak i Vökuró to zespoły, które zasługują na to by wyłowić je z tej masy i odkryć dla nieco szerszej publiczności. Dobrze by było gdyby jeszcze nasze komercyjne rozgłośnie radiowe wspierały i promowały takich artystów, a nie mieliły po setny raz te same stare nagrania. Niestety, odkąd marketing wkroczył w sferę muzyki, skończyły się dla niej dobre czasy. Teraz wszystko jest wyliczone, poparte badaniami, a margines błędu zredukowany do zera. Spontaniczność, gust i wiedza prezenterów muzycznych, są czynnikami nie tyle niepożądanymi, co wręcz czymś co skutecznie wytępiono z tego typu rozgłośni. Człowiek przecież jest czymś z natury niedoskonałym, więc jakże może on dobierać muzykę w naszym doskonałym radiu. Program komputerowy, wie przecież lepiej czego chcą słuchacze. Ciśnie mi się na usta tylko pytanie - skoro jest tak dobrze, to dlaczego jest tak źle? Przydałoby się, aby wszystkie te cholerne wyliczenia, zmiotła jakaś porządna nawałnica wraz z całą tą bandą głupców od marketingu, którym wydaje się, że znają się na muzyce. Niech smażą się w piekle wraz z tymi swoimi algorytmami oraz w towarzystwie wszystkich hitów, którymi przez lata katowali słuchaczy.

Jakub Karczyński

12 sierpnia 2016

SEXY SUICIDE "INTRUDER" (2016)

Mógłbym napisać, że trafiłem na tę płytę przez przypadek, bo faktycznie tak było. Niemniej im dłużej żyję na tym świecie, tym bardziej jestem skłonny podpisać się pod słowami Piotra Kaczkowskiego, że "w życiu nie ma przypadków". Mam w sobie jakieś takie dziwne przeświadczenie, że to nie ja znalazłem tę płytę, ale to ona odnalazła mnie. Jakby wysyłała w przestrzeń sygnał, który naprowadził mnie na jej ślad. Zaintrygowany okładką, postanowiłem sprawdzić cóż kryje się pod tajemniczym szyldem Sexy Suicide. Szybki rzut oka do internetu pozwolił nakreślić ramy gatunkowe w jakich porusza się grupa, a im więcej o nich czytałem tym bardziej chciałem zapoznać się z zawartością albumu. Wystarczyły mi trzy słowa lub hashtagi jak to się dziś mówi: #synthpop, #zimnafala oraz #melancholia, aby zyskać pewność, że podróż w jaką zabierze mnie zespół nie będzie czasem straconym.

Sięganie dziś po brzmienia znane z lat osiemdziesiątych, wydaje się ścieżką dość oczywistą i mało oryginalną. Aż trudno zliczyć ile to już zespołów eksploatowało tę formułę począwszy od duetu Hurts, poprzez White Lies, Kavinskyego, Perturbatora, a skończywszy na Fiszu Emade Tworzywie i ich albumie "Mamut" (2014). Efekty tego bywają różnorakie, bo przecież nie wystarczy kupić sobie sprzęt z epoki, trzeba też na nim coś sensownego zagrać. Nie każdy ma w sobie odpowiednio dużo mocy twórczej, którą to w sposób przekonujący można by przekuć w dobry album. Przypadek duetu Sexy Suicide dowidzi jednak, że są w naszym kraju jeszcze zdolni ludzie, którzy nie tylko czują klimat tamtych lat, ale także potrafią oddać jego piękno w swych nagraniach. Ich album "Intruder" (2016), stanowi trochę taka pocztówkę z lat osiemdziesiątych wrzuconą znienacka do naszej skrzynki. Jedni potraktują ją jak relikt tamtych czasów, inni z kolei mocno przycisną do serca by jeszcze raz poczuć tamte emocje i przypomnieć sobie stare, dobre czasy. Muzyka Sexy Suicide nie jest w żadnym stopniu odkrywcza, ale chyba nie o innowacyjność tu chodziło. Zresztą nie podzielam poglądu, że innowacyjność i wytyczanie nowych dróg jest wyznacznikiem dobrej muzyki. Czasem można zagrać na schematach, ale zrobić to tak, że aż ręce same składają się do oklasków. I choć album "Intruder" zapewne nie wstrząśnie rodzimym rynkiem muzycznym, ani tym bardziej listami przebojów, to i tak warto poświęcić mu nieco uwagi. Osobiście uważam go za jedno z ciekawszych odkryć tego roku. Jako miłośnik muzyki lat osiemdziesiątych, liczyłem po cichu na taki album. Nie sądziłem tylko, że tak przyjemną niespodziankę, sprawi mi nasz rodzimy zespół. To co nie do końca udało się zespołowi Das Moon, z nawiązką wynagrodzili mi Sexy Sucide. Niesiony na fali tej euforii, udało mi się nawet zainfekować tym albumem kilkoro znajomych, którzy nie szczędzili ciepłych słów pod adresem zespołu. Wcale im się nie dziwię, bo sam z wielką przyjemnością powracam do tych nagrań i wyławiam kolejne skojarzenia, jakie wywołują we mnie te dźwięki. Osobiście skłaniam się ku temu, że najtrafniejszym hashtagiem w przypadku tego albumu jest #synthpop, który jest tu siłą dominującą i nadaje ton całej płycie. Melancholii i zimnej fali jest tu zdecydowanie mniej, a szkoda, bo mogłoby to być nad wyraz interesujące połączenie. Świadectwo temu daje instrumentalny wstęp w postaci Kiss Of Winter, który może nie jest zbyt reprezentatywny dla reszty albumu, ale stanowi naprawdę świetne otwarcie płyty. Później bywa już bardziej tanecznie, a muzyczne skojarzenia wirują niczym karuzela. Nie chcę psuć nikomu zabawy w odnajdywaniu kolejnych tropów prowadzących do gwiazd z tamtej dekady, ale nadmienię tylko, że wizerunek wokalistki jakoś tak kojarzy mi się z Marie Fredriksson (Roxette), a w muzyce gdzieniegdzie słyszę nawiązania do dawnego Depeche Mode. Co ciekawe, śpiew Mariki przywodzi mi niekiedy na myśl i samą Madonnę, która przecież także była niezwykle ważnym elementem tamtej dekady, choć nie sądzę, aby Marika świadomie czerpała z jej spuścizny. "Intruder" o wiele więcej zawdzięcza takim artystom jak wspomniane przed momentem Depeche Mode, ale i wokalistkom pokroju Sandry czy Kim Wilde. Na szczęście te odniesienia nie są na tyle oczywiste, by posądzić Sexy Suicide o bycie czyimkolwiek klonem. To raczej zabawa konwencją, próba wskrzeszenia tej muzyki i pchnięcia jej na parkiet w nieco odświeżonym odzieniu. Najwięcej emocji dostarczy ona jednak tym, którzy wychowywali się na tego typu dźwiękach i pomimo upływu lat, wciąż lubią zanurzyć się w tym muzycznym blichtrze lat osiemdziesiątych. Nie sądzę by współczesna młodzież odnalazła się w tej palecie barw, bowiem na przestrzeni lat, muzyka zdążyła przystroić się w nieco inne brzmienia i piórka. Ta sentymentalna podroż przeznaczona jest tylko dla wybrańców, których serca pozostały na parkietach dawnych dyskotek.

Sexy Suicide przypominają nam to, o czym zapomnieliśmy albo chcielibyśmy zapomnieć. To co dla jednych jest kiczem i muzyczną tandetą wyjętą wprost z lat osiemdziesiątych, dla innych stanowi istotną część ich muzycznych wspomnień. Ten album możesz pokochać od pierwszego wejrzenia, albo nigdy nie znaleźć drogi do jego wnętrza. Sprawdź więc czy serce synthpopu bije także w twojej piersi.

Jakub Karczyński

29 lipca 2016

INDEKS PŁYT ZAKAZANYCH

Są takie płyty, po które strach wyciągać rękę, w obawie przed ich zawartością. Są takie albumy, które zagorzali fani woleliby wymazać z pamięci lub też przy pierwszej dogodnej sytuacji spaliliby je na stosie.  Czasem do tych radykalnych działań dołączyliby i ich twórcy, ale nie zawsze mają oni w sobie odpowiednio dużo samokrytycyzmu, aby dostrzec miałkość swych wytworów. Artyści wychodzą zazwyczaj z założenia, że ich albumy są dla nich jak dzieci, a o dzieciach źle się nie mówi. Może i tak, ale decydującym czynnikiem o wartości i popularności danego dzieła i tak pozostaje opinia słuchacza. W przypadku jego negatywnej weryfikacji, na nic zdadzą się zapewnienia autorów, że to ich najlepsze i najbardziej ambitne dzieło. Słuchacz swoje wie. Im większe rozczarowanie, tym większe prawdopodobieństwo naznaczenia takiego albumu  stempelkiem z czarną owcą, którego niezwykle trudno się pozbyć. Mało komu chce się sięgać po takie płyty, bowiem skoro tylu ludziom nie przypadły do gustu, to pewnie nie warto tracić na nie czasu. Z tej też przyczyny, te obiegowe opinie powtarzane są przez kolejnych "słuchaczy", którzy nawet nie zadali sobie trudu by wyrobić sobie o nich swoje zdanie. Ja także czasami łapię się na tym, że ulegam tym opiniom i nie sięgam po jakąś płytę, bo przecież wylano na nią już tyle pomyj, że chyba nie warto tracić czasu na jej zgłębianie. Bywają jednak i takie sytuacje, że owe stempelki, mobilizują mnie do posłuchania pewnych rzeczy. Tak było z albumami "Blue" (1996) i "Neverland" (1995) The Mission jak również w przypadku "Phoenix" (1991), "Metamorphosis" (1992) czy "Headclouds" (1993) holenderskiego Clan Of Xymox. Pisałem już o tym przed laty w poście "Jak feniks z popiołów" oraz "The Mission vs Clan Of Xymox", więc ograniczę się tylko do ich wskazania. Sytuacja jest o tyle zrozumiała, że dotyczy to moich dwóch ulubionych zespołów, więc siłą rzeczy chciałem poznać absolutnie wszystko co wyszło spod ich palców. Niemniej warto czasem wznieść się ponad te wszystkie stempelki i sprawdzić ile prawdy tak naprawdę w nich drzemie. Przecież każdy z nas inaczej odbiera muzykę, co innego mu się podoba i ma swoje oczekiwania względem danego wykonawcy czy zespołu. Ileż to razy słyszałem zachwyty nad jedną bądź drugą płytą, a po jej wysłuchaniu okazywało się, że w ogóle mnie to nie rusza. Bywały też sytuacje odwrotne, gdzie moja fascynacja danym albumem była kompletnie niezrozumiała. Następowała wtedy gonitwa myśli, próby tłumaczenia i przeciągania przeciwnika na swoją stronę, ale przecież wiadomo, że takie działania w większości przypadków skazane są na porażkę. Każdy przecież ma swoje racje i obstaje przy swoim. Przypomina mi to sytuacje mojego bardzo dobrego znajomego, który nie lubi truskawek. Jak tylko o tym komuś napomknie, to od razu pojawia się pytanie: - Jak można nie lubić truskawek?. Na co mój znajomy zwykł odpowiadać: - A ty czego nie lubisz? I tu padały różne odpowiedzi. Na użytek tej opowieści załóżmy, że chodziło o zupę mleczną. Riposta była zawsze błyskawiczna. Jak można nie lubić zupy mlecznej? :) Tak to już w tym życiu bywa, że każdy z nas co innego lubi, ale to chyba dobrze, bo inaczej byłoby strasznie nudno. Dzięki temu mamy otwartą drogę do dyskusji i długich godzin przeciągania się raz w jedną, raz w drugą stronę. Im bardziej merytoryczna wymiana poglądów tym ciekawiej, bo umieć pięknie się różnić to też wielka sztuka.  

Jakub Karczyński 

PS Do zilustrowania tego wpisu wykorzystałem obraz Pedra Berruguete'a, przedstawiający próbę ognia, w której spłonęły księgi katarów, a przetrwały pisma chrześcijańskie. 

PS1 Ciekawostką jest fakt, że ostatni indeks ksiąg zakazanych zawierający około 4,1 tysiąca tytułów, ukazał się w 1948 roku! W 1966 roku Kongregacja Nauki Wiary odstąpiła od niego na rzecz informacji, że dany tytuł jest niezgodny z doktryną nauki wiary katolickiej.
 

19 lipca 2016

OBŁOKI MELENCHOLII

W kalendarzu niby lato, ale jakoś nie zgadza mi się to z zaokiennym widokiem. Dziś krajobraz w Poznaniu malowany jest takim nieco jesienny pędzlem. Słońce skryte gdzieś za gęstymi chmurami, nawet nie próbuje zawalczyć o swą przestrzeń. Do tego wiatr delikatnie szumi wśród koron drzew, niosąc informację o zbliżającym się deszczu. Tymczasem na szarym niebie, czarne sylwetki ptaków żeglują gdzieś w nieznane. Wszystko to niechybnie kieruje moje myśli do najbardziej melancholijnej pory roku. Warto by było pomału przygotować się do niej. Wiem, że jeszcze lato da nam w sierpniu popalić i wybuchnie z całą siłą, ale w takim dniu jak dziś, wręcz nie mogę się doczekać tej złotej polskiej jesieni. Dlatego też postanowiłem już dziś, potrącić te bardziej melancholijne struny. 

Wyjąłem więc z półki kilka albumów, które podkreślą jeszcze bardziej melancholijną naturę tego dnia. Na pierwszy ogień poszedł "A Different Kind Of Weather" (1990) The Dream Academy, którego wręcz nie mogę się nasłuchać. Nie wychodzi on z mojego odtwarzacza od wczesnych godzin południowych, a przecież w kolejce czekają jeszcze takie albumy jak choćby Marianne Faithfull "Broken English" (1979), David Sylvian "Secret Of The Beehive" (1987) czy najnowszy Daniel Spaleniak "Back Home" (2016). Niestety nie wiem czy dane mi będzie tego wszystkiego dziś posłuchać, bo przed momentem, niebo przekornie się rozjaśniło, pokryło błękitem i rozświetliło słońcem. I jak tu nastawiać te smutki, gdy za oknem aura każe raczej sięgnąć po te bardziej dyskotekowe numery Pet Shop Boys, niż po minorowe tony Davida Sylviana. Poczekam jeszcze nieco i zobaczę jak się sytuacja rozwinie. Na horyzoncie wciąż sporo chmur, więc trudno o jakąś klarowność w dzisiejszej pogodzie. Póki co, w odtwarzaczu siedzi pani Faithfull, wyśpiewując swym charakterystyczny głosem kolejne piosenki. Żałuję, że swego czasu nie nabyłem jej biografii, bo burzliwe życie jakie prowadziła, zdecydowanie na nią zasługuje. Ten jakże barwny ptak swoich czasów, w dalszym ciągu pisze swoją historię, choć dziś bardziej już swoimi płytami, niż ekstrawaganckim życiem. Z tego co pamiętam, to jej ostatnia płyta, zebrała wiele ciepłych słów, między innymi w "Tygodniku kulturalnym" (TVP Kultura). W Polsce znana jest chyba nielicznym i to pewnie bardziej przez wzgląd na jej dawniejszą twórczość, niż to co robi obecnie. Zresztą nie ma co się dziwić, bo nie przypominam sobie, abym jej nagrania słyszał w jakimkolwiek radiu. Wyjątkiem jest program "Nawiedzone studio" w radiu Afera, które dość skrupulatnie odnotowuje jej kolejne płyty. Może jeszcze w Trójce gdzieś mignie, w programach Piotra Kaczkowskiego, ale to wciąż za mało.

Przed momentem wybrzmiały ostatnie dźwięki płyty "Broken English", a pogoda znów zmieniła się jak w kalejdoskopie. Czyżby to za sprawą muzyki Marianne? Chyba nie, bo przecież ma ona w swym dorobku bardziej ponure płyty. Najważniejsze jednak, że można kontynuować tę melancholijną podroż po różnych odcieniach szarości. Zatem. Cała naprzód kapitanie!

Jakub Karczyński
     

14 lipca 2016

PRZESŁUCHANIE 10

Dziś znów powracam do nieco przykurzonego cyklu zatytułowanego "Przesłuchanie". Dziesiąta odsłona, przynosi ze sobą dwie, dość nieoczywiste płyty. Każda z nieco innej parafii. Albumy te nie olśniewają swym blaskiem, ale mają w sobie to coś, co nie pozwala ich tak do końca zignorować. Co jakiś czas daję takim płytom kolejne szanse, bo jak wiadomo patrzeć, a widzieć to dwie różne sprawy. Myślę, że podobnie jest ze słuchaniem. Na pierwszy ogień idzie więc ...

NEW MODEL ARMY "EIGHT" (2000)


Poza "No Rest For The Wicked" (1985) to chyba najrzadziej słuchana przeze mnie płyta New Model Army. Swego czasu wydawała mi się przegadana i mało atrakcyjna pod względem muzycznym. Po kilkukrotnym przesłuchaniu, trafiła na półkę i więcej do niej nie wracałem. Bardziej cieszyła oko, niż ucho. Aż nastał taki dzień jak dziś, gdy poczułem chęć, aby ponownie jej posłuchać. Wyjąłem ją z półki by przekonać się czy w dalszym ciągu odbieram ją tak jak przed laty. Pierwszym i niestety jedynym pozytywnym aspektem był fakt, że nie czułem tego zmęczenia i przytłoczenia materiałem jak niegdyś. W ten ponury, deszczowy dzień, to akustyczne granie wpasowało się wręcz idealnie. I choć same kompozycje jakoś nie nabrały w moich uszach nowego znaczenia, to kilkukrotne wysłuchanie całej płyty i tak uważam za spory postęp. Niestety, utwory zawarte na tym albumie, nie mają w sobie tej dawnej siły i magii. Nadal nie potrafię odnaleźć tu czegoś, przy czym serce żywiej by zabiło. Wyjątkiem jest Orange Tree Roads, które na tle pozostałych kompozycji, jawi się niczym diament. Niemniej nie czarujmy się, to bardzo przyjemny utwór, ale nieco mu do wybitności brakuje. To raczej coś na zasadzie, że wśród ślepców jednooki jest królem. Niemniej i tak należą się im za niego niskie ukłony. Reszta utworów niestety wlatuje jednym uchem i wylatuje drugim. Chyba nawet sam zespół niespecjalnie lubi wracać do tego albumu, bo na koncertach nagrania te pojawiają się raczej incydentalnie. Nic dziwnego, przecież na przestrzeni lat dorobili się wielu lepszych płyt i utworów. 

5/10  


THE CASSANDRA COMPLEX "SEX & DEATH" (1993)



Płyta "Sex & Death" to mój najświeższy nabytek. Niezwykle się cieszę, bo to kolejny element zapełniający moją lukę w dyskografii tej grupy. Była to ostatnia płyta, przed siedmioletnią ciszą wydawniczą. Dobrze się stało, że zespół postanowił nagrać jeszcze "Wetware" (2000), bowiem gdyby "Sex & Death" miało zamykać dyskografię grupy, miałbym pewne poczucie zawodu. Nie tak przecież powinna brzmieć ostatnia płyta zespołu. W stosunku do poprzedzającego go albumu "The War Against The Sleep" (1992), więcej tu industrialnych brzmień, które to nadały ton całej płycie. To co od razu zwraca uwagę, to brzmienie, które jest zbyt wycofane, przez co mamy wrażenie, jakbyśmy słuchali płyty przez ścianę lub przynajmniej z sąsiedniego pomieszczenia. W jednych utworach słychać to bardziej, w innych mniej. Szkoda, że tak się stało, bowiem w przypadku muzyki industrialnej, odpowiednia moc i selektywność dźwięków jest nad wyraz wskazana. Same kompozycje może i nie dorównują tym z "The War Against The Sleep", ale nie znaczy to, że nie ma tu na czym ucha zawiesić. Mnie najbardziej do gustu przypadł utwór, zatytułowany tak jak wspomniany przed chwilą album. Dlaczego więc nie znalazł się on na tamtej płycie? O to już trzeba pytać artystów. Zresztą nie pierwszy to taki przypadek. Historia muzyki, zna ich przynajmniej kilka. Wracając jednak do zawartości albumu, to po raz kolejny przekonałem się o tym, że panowie mają swój styl i swoje brzmienie. Nawet gdy zapuszczają się w nieco odmienne rejony, to i tak nie tracą z pola widzenia swego macierzystego portu. Jest to swoiste koło ratunkowe, dla wszystkich tych słuchaczy, którzy nie za bardzo potrafią odnaleźć się w tej industrialnej stylistyce. Na płycie mamy też sporą liczbę wtrętów słownych, zapożyczonych jak mniemam z jakiś starych filmów, programów rozrywkowych czy słuchowisk. Są to jednakże tylko ozdobniki. To co stanowi za prawdziwą perłę tego "hałaśliwego" i motorycznego albumu, to chwila wytchnienia jaką otrzymujemy wraz z nagraniem Realm Of The Senseless. To właśnie za takie dźwięki kocham ten zespół. Choćby tylko dla tego nagrania, warto nabyć ten album. Podsumowując. Płyta "Sex & Death" to wyprawa w krainę industrialnych dźwięków, nie wyzbytych jednak charakterystycznego brzmienia grupy. Warto zanurzyć się w tych kompozycjach, nawet jeśli stwierdzimy, że to nie do końca to, czego byśmy oczekiwali od zespołu. Jak to mówią, do odważnych świat należy.

6,5/10

Jakub Karczyński