19 lipca 2013

ŚWIATŁO OD MISJONARZY


Gotycko rockowa formacja The Mission powraca z nowym, studyjnym krążkiem. Album zatytułowany "The Brightest Light" został wyprodukowany przez Davida M. Allena (The Cure, Depeche Mode, Human League) i ukaże się w Europie 20 września 2013 roku. Materiał został nagrany na początku tego roku w oryginalnym składzie: Wayne Hussey, Simon Hinkler i Craig Adams. To ich pierwszy wspólnie nagrany album od czasu wydanego w 1990 roku krążka "Carved In Sand". Zespół udostępnił w sieci sampler nowego albumu, dzięki któremu można posłuchać fragmentu każdego z jedenastu nowych utworów.

Tracklista:

01. Black Cat Bone
02. Everything But The Squeal
03. Sometimes The Brightest Light Comes From The Darkest Place
04. Born Under A Good Sign
05. The Girl In The Furskin Rug
06. When The Trap Clicks Shut Behind Us
07. Ain’t No Prayer In The Bible Can Save Me Now
08. Just Another Pawn In Your Game
09. From The Oyster Comes The Pearl
10. Swan Song
11. Litany For The Faithful

Wydawca: SPV Records (2013)

źrodło: darkplanet.pl
  

18 lipca 2013

WAKACYJNY PLECAK PEŁEN KULTURY

Wakacje w rozkwicie, ale nie oznacza to, że wszyscy mają wolne. Na urlop muszę jeszcze trochę poczekać, więc nie zawsze jest czas, aby spokojnie przysiąść przed komputerem i sklecić kilka myśli w jedną całość. Stąd też moja mniejsza aktywność w lipcu. Mam jednak nadzieję nadrobić te zaległości, jeśli nie w tym miesiącu to na pewno w następnym.


Na brak czasu można chwilami  ponarzekać, ale na brak muzyki do słuchania to już niekoniecznie. Aktualnie przesłuchuję nowy album grupy Editors "The Weight Of Your Love" (2013), który w kilku miejscach bardzo mnie zaintrygował. Muszę przyznać, że coraz bardziej przekonuję się do tego zespołu. Tak jak od razu spodobała mi się grupa Interpol, tak z Editorsami jakoś nie było mi po drodze. Kto wie, może trzeba by ponownie zmierzyć się z ich starszymi albumami. 

Póki co, do odtwarzacza wrzucam drugi krążek Soror Dolorosa zatytułowany "No More Heroes" (2013). Pierwsze odsłuchy w Internecie, jakoś nie wypadły najlepiej. Byłem nawet skłonny odpuścić sobie ten album. Wszystko zmieniło się gdy posłuchałem kilku fragmentów w programie "Trzecia strona księżyca". Zawsze twierdziłem, że muzyka nadawana w radiu brzmi jakoś lepiej. Czyżby to za sprawą magii radia? Chyba coś w tym jest. Wracając do płyty "No More Heroes", to póki co, zdecydowanie bardziej trafia do mnie druga połowa albumu. Niemniej, dam mu jeszcze trochę czasu, by okrzepł i utrwalił się w mej świadomości. Zwracam też uwagę na okładkę, która może aspirować do jednych z najpiękniejszych, stworzonych w tym roku. Aby być precyzyjnym dodam, że album ukazał się w dwóch wersjach, różniącymi się tylko wyglądem okładek i formą wydania (digipack oraz standardowe pudełko). Ja zdecydowałem się na tę drugą wersję, gdyż digipacki zbyt łatwo się niszczą, a poza tym, ta wersja okładki podoba mi się bardziej. A co przedstawia? To czarno białe zdjęcie młodej dziewczyny, ubranej w skórę nabitą ćwiekami. W prawej klapie kurtki, dumnie tkwią znaczniki z logiem takich grup jak Bauhaus, UK Decay, Blondie oraz Buzzcocks. Z lewej strony widnieje duży znacznik z napisem "No More Heroes" co od razu powinno skojarzyć nam się z grupą The Stranglers. Dlaczego? Tak właśnie bowiem Dusiciele zatytułowali swój drugi album z 1977 roku. Tutaj również zwracam uwagę na okładkę owej płyty, jakże wymowną i charakterystyczną dla stylu The Stranglers. Co ciekawe, wspomniane znaczniki są raczej rodzajem hołdu dla tych grup, niż realnym kierunkiem muzycznym jakiego należałoby szukać na tym albumie. Polecam posłuchać, bowiem może to być jedna z ważniejszych płyt tego roku, wśród mrocznych dźwięków.

Tymczasem idę rozejrzeć się wśród książek spoczywających na regale. Tak jak na muzykę, tak i na literaturę człowiek musi znaleźć czas w swym życiu. I nie ma tu wymówek, że czasu brak, że książki drogie czy do biblioteki za daleko. Dla chcącego nic trudnego. Wymówek szuka ten, któremu one na rękę. Prawdziwy pasjonat, zawsze znajdzie chwilę by przewertować parę stron, czy nasycić się kilkoma dźwiękami. Pozdrawiam wakacyjnie i daję nura w kulturę.

Jakub "Negative" Karczyński 

3 lipca 2013

KRAFTWERK - ROBOTY Z DUSSELDORFU


  Ostatnie dni czerwca to dla mnie niesamowity czas. Wszystko za sprawą koncertu grupy Kraftwerk w ramach festiwalu Malta. Gdy tylko ogłoszono, że wystąpią w Poznaniu, wiedziałem, że nie będzie to zwyczajny koncert. Czy spodziewałem się tego co miało nastąpić? Chyba nie. Nawet nie przypuszczałem, że dane mi będzie być na ich występie. Bilety do najtańszych nie należały, a jak wiadomo, zawsze znajdzie się tysiąc innych wydatków. A to człowiek coś upatrzy w serwisach aukcyjnych, a to nowe płyty puszczą oczko z regału sklepowego. Trudno przejść mi koło takich rzeczy obojętnie, a co dopiero mówić o bilecie za 200 zł. Postanowiłem obejść się smakiem. Trudno, nie obejrzę występu tych robotów z Dusseldorfu. I kiedy właściwie wszystko było przesądzone, stała się rzecz niebywała.

Przychodząc któregoś dnia do pracy, już w progu odbieram gratulacje od współpracowników. Nie bardzo wiedząc o co się rozchodzi, próbuję dociec sedna sprawy. Dość szybko wyjaśnia się, że oto wygrałem bilety na koncert Kraftwerk. Słysząc to, w dalszym ciągu nie dowierzam. - Jak to wygrałem bilety na Kraftwerk? Serio? - Serio, serio. Łał, taka wiadomość może zwalić człowieka z nóg. I jak tu nie wierzyć w szczęście. Najczęściej przychodzi w najmniej oczekiwanym momencie.


  Gdy już ochłonąłem, trzeba było pomyśleć kogo zabrać ze sobą na ten koncert. Żona raczej nie gustuje w tego typu muzyce, a chciałem wziąć tam kogoś, kto naprawdę doceni wartość tego występu. Padło na mego znajomego, pasjonata muzyki, radiowca, który podobnie jak ja, wydaje ostatnie pieniądze na płyty, a na koncerty niestety już mu grosza nie starcza. Takie to już życie kolekcjonera płyt.

  Pod wieczór 28 czerwca, z biletami w ręku, udaliśmy się do Starej Gazowni, gdzie na dziedzińcu rozstawiono scenę. Muszę przyznać, że miejsce kapitalnie korespondowało z muzyką jaka miała tam zabrzmieć. Architektura Starej Gazowni, jak i przyległych zabudowań nadgryzionych zębem czasu, to wręcz wymarzone miejsce dla muzyki elektronicznej. Industrial pełną gębą. Po wejściu na teren koncertu otrzymaliśmy okulary 3D, bowiem występ Kraftwerk miał nie tylko zachwycać muzyką, ale i wizualizacjami. 


  Gdy tylko zabrzmiały pierwsze dźwięki, przenieśliśmy się w zupełnie inny świat. Próżno było szukać w nim ludzkich emocji. Tam niepodzielnie rządziła precyzyjna automatyka, dehumanizacja i mechaniczny chłód. Cztery "roboty" stojące na scenie i wygrywające robocie przeboje, sprawiły, że krew w żyłach zaczęła żywiej pulsować. Wizualizacje wychodzące z tła, zapierały dech w piersiach. Przy dźwiękach "The Robots" ożyła okładka "Die Mensch Machine", a zespół skandował We are the robots. Trudno było się z tym nie zgodzić, bowiem tak też się zachowywali. Zresztą za nadmierną ekspresję czy taniec można było swego czasu wylecieć z grupy Kraftwerk. Liczyła się precyzja i wiarygodność, której tego wieczora nie zabrakło. Muzyka napędzała obrazy, a nam nie pozostało nic innego jak tylko je podziwiać. Łapaliśmy więc zmierzające ku nam nuty, robiliśmy uniki przed stacją kosmiczną, której iglica prawie wbijała się człowiekowi w udo, a na koniec podziwialiśmy witaminy. Efekty efektami, ale przecież tak naprawdę liczyła się muzyka. W tej materii Kraftwerk nie zawiódł. Pojawiły się chyba wszystkie najbardziej znane utwory z ich kariery. Wymienię choćby "Das Modell", "Trans Europe Express", "Autobahn", "Tour De France", "Radioaktivity" czy "Music Non Stop". Wszystkie one wywoływały entuzjazm wśród zgromadzonej publiczności. Nie zabrakło także tych mniej znanych, przeznaczonych dla bardziej osłuchanych widzów. Ukłonem w stronę polskiego odbiorcy był "Pocket Calculator" wykonany w naszym języku. Muszę przyznać, że brzmiało to perfekcyjnie jak zresztą na roboty przystało. Ręce same składały się do oklasków.
  Ku memu zaskoczeniu, w pewnym momencie dało się słyszeć coś co brzmiało jak fragment piosenki "Talk" grupy Coldplay. Jak widać świat muzyki, to świat nieustannych zapożyczeń. Nawet lider Coldplaya postanowił uszczknąć sławy z bogatego dorobku grupy Kraftwerk. Nie mam zresztą o to do niego pretensji.
  Na pochwalę zasługuje realizacja tego koncertu, począwszy od dźwięku, poprzez wizualizacje, a na światłach skończywszy. Słowem niemiecka precyzja.

  Na koniec dodam tylko, że udając się na ten koncert, czułem podskórnie, że będzie to występ jaki zapamiętam na długie lata. Nie myliłem się. Mój pierwszy koncert 3D zaserwowany przez roboty z Dusseldorfu, okazał się daniem nad wyraz udanym, dobrze doprawionym i gustownie podanym. I pomyśleć, że mało brakowało, a obszedłbym się smakiem.

Jakub "Negative" Karczyński