28 lipca 2018

POŁAWIACZ PEREŁ

Co jakiś czas na łamach "Czarnych słońc" powraca temat nieodżałowanego periodyku muzycznego jakim był Zine. Ukazywał się on dość krótko bowiem zaledwie przez trzy końcowe miesiące roku 2004, ale po dziś dzień szukam w nim nowych inspiracji muzycznych. Świetnym pomysłem było publikowanie w każdym numerze około 50 płyt związanych z określoną myślą przewodnią. Towarzyszył im zawsze krótki opis, raz bardziej, raz mniej rozbudowany. Poza kilkoma znanymi albumami, przeważały rzeczy mniej oczywiste. Gdyby nie ten cykl, zapewne do dziś dnia nie poznałbym grupy Eyeless In Gaza i ich wspaniałego albumu "Back From The Rains" (1989), o którym to wspominałem we wpisie "Stara gazeta i perła lat 80'". Tam też zamieściłem więcej informacji o samej gazecie Zine. Żeby nie dublować tych samych treści odsyłam zainteresowanych czytelników do owego wpisu sprzed ponad czterech lat. Skoro wszystko zostało już napisane to dlaczego znów wracam do tego tematu? Otóż powód jest następujący. Udało mi się odkryć kolejną perełkę polecaną w cyklu "55 płyt na jesień". Wśród rekomendowanych albumów poza wspomnianą grupą Eyeless In Gaza czy opisywanymi niedawno Red House Painters znalazło się też miejsce dla formacji Mojave 3 i ich płyty "Ask Me Tomorrow" (1995). Nazwa dość tajemnicza, ale gdy wczytamy się w skład personalny, szybko okaże się, że to jednak nie aż tak tajemnicza grupa jak by się mogło wydawać. Otóż część jej członków tworzyło wcześniej formację Slowdive więc już chyba nie trzeba wyjaśniać jakiej muzyki możecie się tutaj spodziewać. Melancholijne ballady snujące się niczym poranna mgła nad doliną to perspektywa, która zapewne nie wszystkim będzie w smak. Dla części słuchaczy dźwięki tu zawarte mogą być zbyt smętne, ale nie mam zamiaru przekonywać nikogo na siłę do walorów owej płyty. Każdy kto ceni sobie piękno melancholii w muzyce, z pewnością doceni te dźwięki, a pozostali może kiedyś odkryją je dla siebie. Pieczątka z logiem 4AD powinna uwiarygodnić moje słowa, lecz owo logo nie elektryzuje już tak słuchaczy jak miało to miejsce w latach osiemdziesiątych. Muzyka wydawana przez tą wytwórnię na przestrzeni lat miała dość różnorodne odcienie i nie zawsze trafiała w mój gust. Na szczęście są jeszcze takie płyty obok, których nie mogę przejść obojętnie. Jedną z nich jest właśnie "Ask Me Tomorrow", która wprowadza mnie w taki przyjemny stan lekkiego odrętwienia, gdzie człowiek przygląda się światu bez większych emocji, tak jakby znajdował się gdzieś poza nim. Nabiera się wtedy odpowiedniego dystansu do otaczającego świata i to co wydawało się szczytem nie do zdobycia, okazuje się zaledwie większą górką. Mojave 3 kreują dość senną atmosferę, ale ileż w tym piękna. Aż strach się poruszyć by nie zburzyć tego nastroju. Muzyka ta z pewnością idealnie sprawdzi się jesienią, w czasie gdy natura pokaże nam swą brzydszą twarz. Gdy deszcz będzie smutno bębnił o szyby, gdy wiatr porwie do tańca zwiędłe liście, wtedy zaparzmy sobie dobrej herbaty, włącz "Ask Me Tomorrow" i przyklej nos do szyby. Gwarantuję, że wrażenia będą niesamowite.

Jakub Karczyński

18 lipca 2018

DOMY W KOLORZE KRWI

Pewnie już kiedyś o tym wspominałem, ale są takie płyty, przy których liście natychmiastowo więdną i opadają z drzew. I nie ważne, że jeszcze przed chwilą były zielone. Muzyka skutecznie wysysa z nich cały chlorofil i wysyła je na przymusową emeryturę. Czasami zdarza mi się natrafić na takie albumy, które obezwładniają słuchacza, hipnotyzują i zarazem odbierają całą energię życiową. Człowiek nie ma nawet sił, aby się przed tym bronić więc jedyne co można z tym zrobić to trwać w tym stanie zawieszenia, aż po kres tejże muzyki. Jako że w ostatnim czasie pogoda nieco nam się popsuła racząc nas niebem w kolorze stali, z którego to co i rusz sypią się ulewne deszcze, nie mam większych oporów by skonfrontować się z twórczością Red House Painters. Ich jedyny album jaki posiadam nie posiada tytułu, a jako, że w roku jego wydania zespół spłodził jeszcze jedno beztytułowe dzieło to dla ich odróżnienia nadano im nieoficjalne nazwy odwołując się do ich okładkowych zdjęć. I tak pierwszy z nich został nazwany "Rollercoaster" (1993), drugi zaś ochrzczono "Bridge" (1993). Mnie udało zdobyć się ten wcześniejszy, którym to zasłuchuję się od kilku dni. Płyta co prawda przeleżała w domu dobre pół roku nim na poważnie zająłem się jej zawartością. Nie jest to muzyka lekka, łatwa i przyjemna. Nie można jej słuchać nie poświęcając jej sto procent uwagi gdyż utonie ona w zalewie miejskiego zgiełku. Najlepiej słuchać jej nocami, kiedy domownicy w swoich łóżkach tulą głowy do poduszek. Wtedy to otwiera się przestrzeń dla takiej muzyki, gdzie każdy najdrobniejszy dźwięk ma szansę wybrzmieć w całej okazałości. Dopiero wówczas pojmiecie piękno tej muzyki, a w waszych głowach rozkwitną obrazy tworząc teledyski pełne subtelności i jesiennej zadumy. Mnie zwizualizował się następujący scenariusz.

Mężczyzna w średnim wieku opuszcza mieszkanie kierując swe kroki do samochodu. Kamera pokazuje zbliżenie ręki, która z kieszeni wyciąga kluczyki. Jako że akurat pada deszcz, mężczyzna podnosi kołnierz kurtki i przyspiesza kroku. Nim odjedzie rzuca ostatni raz tęskne spojrzenie w kierunku okien budynku lecz próżno szukać w nich czyjejś obecności. Ręka przekręca kluczyk w stacyjce, wycieraczki rozpoczynają swą pracę rozganiając coraz bardziej intensywnie padający deszcz. Samochód rusza i opuszcza miasto. Mknie przez peryferia po czym zanurza się w leśnych krajobrazach. Po chwili dociera do drewnianej chaty, która z uwagi na jesienną aurę sprawia wrażenie opuszczonej. Nasz bohater przekracza próg, zdejmuje kurtkę, zaparza herbatę i siada przy stole wpatrując się w zaokienną dal. Siedzi tak dłużą chwilę, aż orientuje się, że herbata już całkiem wystygła. Odstawia ją na bok po czym wstaje i rozpala ogień w kominku. Przechadza się po chacie przypatrując się różnym przedmiotom mającym związek z kimś niezwykle mu bliskim. Ogląda je przez dłuższą chwilę po czym zaczyna wrzucać je do kominka, jeden po drugim, aż przestrzeń staje się zupełnie anonimowa. Następnie idzie do samochodu, otwiera bagażnik i wyjmuje z jego wnętrza małe zawiniątko. Wraca z nim do chaty i pozostawia je na stole. Długo krąży wokół niego, aż wreszcie decyduje się je rozpakować. Naszym oczom ukazuje się pistolet oraz paczka naboi. Kamera opuszcza pomieszczenie, zostawiając tam naszego bohatera i wraca tą samą trasą do mieszkania, z którego wyszedł mężczyzna. Przenikamy przez drzwi i zagłębiamy się w jego wnętrzu. To co zwraca uwagę to puste ramki w korytarzu, z których ktoś powyjmował zdjęcia, kominek w salonie pełen ponadpalanych listów i zaproszeń ślubnych oraz wazony zwiędłych kwiatów przepasanych żałobnymi wstęgami. W centralnym punkcie salonu na stoliku pozostawiono obrączki, dwie świeżo ścięte róże i wysłużonego winylowego singla Joy Division z nagraniem "Love Will Tear Us Apart". Kamera robi zbliżenie jego ponurej okładki po czym obraz ulega zniekształceniu i gaśnie. Po chwili jednak wraca lecz zamiast wnętrza salonu oglądamy amatorski film z wakacji, na którym to widzimy naszego bohatera wraz z przyszłą żoną cieszących się pełnią życia. W pewnym momencie obraz zacina się, a na ekranie pozostają już tylko ich twarze zatrzymane w rozedrganym kadrze.

I tu kończy się ta historia zostawiając nas z kilkoma pytaniami i niedopowiedzeniami. Historia miłości, której nie dane było zaznać spełnienia. Niestety życie często pisze podobne scenariusze, nie pytając nas o zdanie jak i o to czy mamy ochotę w nich uczestniczyć. Na szczęście fortuna kołem się toczy, a życie to nie tylko smutek, ale i radość, której mam nadzieję nie zabraknie nam w najbliższej przyszłości. Póki co cieszmy się małymi rzeczami, na te duże z pewnością też wkrótce przyjdzie czas. Tymczasem wracam do nadrabiania muzycznych zaległości, które mniemam zniwelować nim nastanie jesień bo wtedy przysypią mnie nie tylko liście, ale i nowości płytowe, z których to znów przyjdzie mi się wygrzebywać miesiącami.

Jakub Karczyński

12 lipca 2018

BAU/HAU/SSS

Ostatnio za pośrednictwem Facebooka natknąłem się na informację o polskim koncercie byłych członków grupy Bauhaus. Do Wrocławia w dniu 26 listopada zawita Peter Murphy wraz Davidem J, aby świętować czterdziestolecie swej macierzystej formacji. Szkoda, że pozostali dwaj panowie nie zdecydowali się dołączyć, ale jak to mówią lepszy rydz niż nic.  Nie dotarłem swego czasu na występ Petera w Jarocinie i żałuję tego do dziś dnia dlatego też tym razem postanowiłem zrobić wszystko, aby jednak tę bądź co bądź żywą legendę zobaczyć na własne oczy. Ostatnia moja wizyta we Wrocławiu miała miejsce w 2013 roku, kiedy to wybrałem się, aby obejrzeć inną legendę stajni 4AD, grupę Dead Can Dance. Piękny to był koncert, pełen niesamowitej atmosfery i dźwięków, które rezonowały w człowieku jeszcze długo po jego zakończeniu. Mam nadzieję, że tym razem będzie równie wspaniale, choć muzyka Bauhausu jest raczej mroczna, chłodna i szorstka. Kontakt z nią przypomina przytarcie twarzą o papier ścierny, choć miewa ona też i nieco łagodniejsze oblicze. Z pewnością koncertowi towarzyszyć będą zupełnie inne uczucia, a i atmosfera daleka będzie od mistycyzmu jaki wykreowało Dead Can Dance. Bauhaus to przede wszystkim niesamowita energia, klimat i pierwiastek nieokiełznanego szaleństwa. Panowie już co prawda młodzieniaszkami nie są, ale liczę na to, że staną na wysokości zadania. Skoro The Rolling Stones potrafią to Bauhaus tym bardziej nie powinien mieć z tym problemu. Na co czekam? Z pewnością na Bela Lugosi's Dead bez tego trudno mówić o spełnieniu. Poza tym marzy mi się by nie pominęli zawartości albumów "The Sky's Gone Out" (1982) i "Burning From The Inside" (1983). Z pewnością nie zabraknie debiutu "In The Flat Field" (1980) oraz wspomnianego singla bo przecież od tego wszystko się zaczęło. Tak jak nie wyobrażam sobie koncertu bez Bela Lugosi's Dead tak będę równie rozczarowany jeśli panowie nie sięgną po Who Killed Mr. Moonlight. To moje dwie sztandarowe pozycje, w przypadku reszty repertuaru pozostawiam im wolną rękę. Chociaż może dorzućmy jeszcze ze trzy utwory, aby stworzyć żelazną piątkę, bez której nie może obyć się żaden koncert Bauhausu. I tak będą to Double Dare, In The Flat Field oraz Passion Of Lovers. To jest program minimum, a przecież wiadomo, że apetyt mamy na dużo, dużo więcej.

Jakub Karczyński

PS Post ilustruje oficjalne zdjęcie promujące trasę Peter Murphy & David J. – „40 years of BAUHAUS”.

02 lipca 2018

EKSPLORACJA MROKU

Mój letni urlop dobiegł już końca i choć nie znalazłem w nim zbyt wiele czasu na kolejne wpisy, nie znaczy to, że mój odtwarzacz próżnował. Co prawda miał tydzień wolnego kiedy to przebywaliśmy nad morzem, ale po powrocie znów zalała go fala zimnej muzyki. W dalszym ciągu trzymam bowiem postpunkowo/gotycki kurs stąd też z głośników wydobywają się dźwięki takich grup jak Soviet Soviet, Wire, Siekiera, Catastrophe Ballet czy Soror Dolorosa. Przy okazji postanowiłem trochę odchudzić kolekcję płyt pozbywając się mniej lubianych albumów. Mam nadzieję zyskać nieco miejsca i rzecz jasna środków finansowych na kolejne nabytki z krainy mroku. Poza tym trzeba trzymać rękę na pulsie, aby kolekcja płyt nie rozrosła się ponad miarę i nie przytłoczyła pozostałych domowników.

Z ciekawszych odkryć z krainy dźwięków gdzie słońce nigdy nie świeci polecam zainteresować się twórczością dżentelmena ukrywającego się pod pseudonimem King Dude. Jego albumy powinny spodobać się miłośnikom mrocznego bluesa spod znaku Johnnego Casha choć może bardziej trafnie byłoby skierować reflektor uwagi na dźwięki projektu Nergala i Johna Portera - Me And That Man. "Songs Of Love & Death" ma bowiem w sobie ten sam bluźnierczy pierwiastek co ostatni album King Dude zatytułowany "Sex" (2016). Najlepszym określeniem tego typu twórczości jest chyba sformułowanie amerykańska muzyka bezdroży. Można bowiem zawrzeć w niej tak charakterystyczne dla tej muzyki elementy jak wyobcowanie, osamotnienie, bezgraniczna przestrzeń i przede wszystkim wszędobylski smutek. Jednak nie cały album jest tak homogeniczny, ma on w sobie także bardziej dynamiczne fragmenty gdzie zamiast bluesa motorem napędowym jest surowość punk rocka. Mocno osadzony głos raz przywodzi na myśl Nicka Cave'a innym razem czerpie ze studni do której zaglądał Peter Steele (Type O Negative) jak i Jyrki 69 (The 69 Eyes). Być może będzie mi dane przekonać się o sile tej muzyki na żywo bowiem King Dude zawita we wrześniu do Poznania oraz do Krakowa. Będzie miało to związek z promocją nowego albumu zatytułowanego "Music To Make Work To". Liczę, że nowy materiał spełni pokładane w nim nadzieje tak w wersji studyjnej jak i koncertowej. Tymczasem nim nastanie wrześniowa słota, zagłębię się w pozostałe albumy z logiem King Dude, aby w dniu koncertu być przygotowanym niczym wzorowy uczeń przed maturą.

King Dude to nie jedyny artysta, którego twórczość odkryłem dla siebie w ostatnim czasie. W ogóle w tym roku postanowiłem nastawić się na poznawanie nowych grup/artystów zamiast poruszać się wciąż po tych samych bezpiecznych ścieżkach. Efektem tego jest album Bat Nouveau, a w kolejce ustawia się już Cold Cave i kto wie jacy jeszcze artyści. Mam nadzieję natrafić także na jakichś polskich twórców bo nie ukrywam, że doskwiera mi brak rodzimej muzyki spod znaku zimnej fali, gotyku czy postpunku. Chętnie poszerzę swoje horyzonty muzyczne o współczesnych artystów więc podrzucajcie swoje propozycje. Kto waszym zdanie zasługuje na szczególną uwagę? Kogo warto wypromować, a kogo można sobie spokojnie darować?

Jakub Karczyński