26 października 2012

MY NAME IS ... "SKYFALL"


Dziś światowa premiera nowych przygód agenta 007. Kto by przypuszczał, że najnowsze odsłony będą budziły takie emocje. Śmiem twierdzić, że to jedne z najlepszych części, a Daniel Craig spokojnie może mierzyć się z takimi legendami jak Sean Connery czy Roger Moore. Uczłowieczenie Bonda to strzał w dziesiątkę, bo ileż można oglądać filmy o człowieku, któremu wszystko się udaje i to bez specjalnego trudu. James Bond kreowany przez Craiga, to agent, który krwawi, ma zadyszkę a także rozterki wewnętrzne. Dla ortodoksyjnych fanów serii, to rzecz nie do pomyślenia. Ciekawi mnie, jak do tych zmian, odniósłby się największy fan agenta 007 - Tomek Beksiński. Niestety zdani jesteśmy już tylko na spekulacje. Miejmy jednak nadzieję, że i po tej drugiej stronie, bacznie śledzi się kolejne filmy z Jamesem Bondem. W przeciwnym wypadku, strach umierać.

Jakub "Negative" Karczyński


PS: Wieczorne plany? Smoking, Aston Martin i do kina na "Skyfall". 

PPS: Nowa piosenka w wykonaniu Adele ma w sobie elegancję i udanie nawiązuje do klasyków w rodzaju "Diamonds Are Forever". Brawo, brawo, brawo.

22 października 2012

ZŁE NASIONA WYDAJĄ PLON

Chociaż Nick Cave ostatnio był zajęty innymi projektami, znalazł w końcu czas dla The Bad Seeds. Australijczyk nie chciał zdradzić szczegółów, zapewnia jednak, że powstała kolejna płyta zespołu.


- Nagraliśmy nowy album Bad Seeds - przyznał wokalista w rozmowie z BC6. - Jestem bardzo podekscytowany, bo od dawna niczego nie robiliśmy. Wspólne nagrania były wielką przyjemnością.

Sesja odbyła się w Los Angeles, a efekty mamy poznać w przyszłym roku.

- Brzmi to inaczej niż wszystko, co do tej pory zrobiliśmy z Bad Seeds - dodał. - To naprawdę dobra rzecz i bardzo, bardzo piękna, choć nie jest to płyta z balladami. Daleka jednak od Grindermana i tym podobnych.

Ostatnio Nick Cave z Warren Ellisem pracowali przy soundtracku do filmu Johna Hillcoata "Gangster" ("Lawless"). Dorobek muzyków zamyka album "Grinderman 2" współtworzonego przez nich zespołu Grinderman z września 2010 roku.

źródło: Wirtualna Polska

13 października 2012

MAŁE DZIEŁA SZTUKI


Obudziłem się dziś wcześnie rano z pierwszymi objawami przeziębienia. Pomyślałem: "Nie jest dobrze". Nie zwlekając ani chwili, zaparzyłem sobie herbatę, co by jakoś rozruszać organizm. Do odtwarzacza wrzuciłem świeżo co otrzymaną płytę "Heaven Up Here" Echo And The Bunnymen i tak sobie trwam w tym stanie. Rzut oka na okładkę i już wiadomo, że płyta nie pochodzi z dzisiejszych czasów. Piękne zdjęcie czterech mężczyzn, stojących w ponury dzień nad brzegiem morza. Takie fotografie nie trafiają już na koperty albumów. W przeważającej większości są to jakieś bazgroły lub też komputerowe grafiki, które wołają o pomstę do nieba. Oczywiście są także chlubne wyjątki jak choćby ostatni album Anathemy, Dead Can Dance czy okładki Lacrimosy. Niemniej jeśli spojrzymy na płyty z kategorii popu, alternatywy nie mówiąc już o hip hopie, to naprawdę ciężko jest mi się czymś zachwycić. Brak tam jakiegokolwiek zamysłu, a przede wszystkim pomysłu na ciekawą oprawę graficzną. Wygląda to tak jakby wszystkie najlepsze pomysły zostały już wykorzystane. A może po prostu w dzisiejszych czasach nie warto się starać, bo i tak mało kto to doceni. Szkoda, bo dobra okładka nie tylko przyciąga wzrok, ale także wpływa na sam albumu. Dobrze dobrana grafika współgrająca z muzyką, tworzy pewną całość, dzięki czemu łatwiej wczuć się w klimat płyty. Aby nie być gołosłownym, postanowiłem wytypować piętnaście moich ulubionych okładek wśród płyt z muzyką o jakiej piszę na łamach "Czarnych słońc". Kolejność oczywiście nie ma tu żadnego znaczenia.

OKŁADKI - MÓJ TOP 15

- Joy Division "Closer" (1980)
- Bauhaus "The Sky's Gone Out" (1988)
- Peter Murphy "Ninth" (2011)
- The Mission "Carved In Sand" (1990)
- All About Eve "Scarlet And Other Stories" (1989)
- All About Eve "Touched By Jesus" (1991)
- In The Nursery "Blind Sound" (2011)
- Echo & The Bunnymen "Ocean Rain" (1984)
- Nightwish "Imaginaerum" (2011)
- Vangelis "The City" (1990)
- The Damned "Phantasmagoria" (1985)
- Clannad "Crann Ull" (1980)
- Kate Bush "Never For Ever" (1980)
- Dead Can Dance "Anastasis" (2012)
- Dead Can Dance "Within The Realm Of A Dying Sun" (1987)

Czekam także na wasze typy. Nie musi to być od razu piętnaście okładek, w zupełności wystarczą pięć lub trzy. Przejrzyjcie półki z płytami i wybierzcie swoje ukochane grafiki lub zdjęcia.

Jakub "Negative" Karczyński

6 października 2012

WHITE LIES "TO LOSE MY LIFE" (2009)


Nie, nie, nie! Obiecałem sobie, że w tej recenzji nie padnie nazwa Joy Division, że nie będę eksploatował wyświechtanych porównań, które przywołuje się za każdym razem, gdy tylko pojawia się grupa obierająca podobną stylistykę. Tak więc poniżej już nic o … No wiadomo o kim.

Grupę White Lies poznałem tuż przed wydaniem ich debiutanckiej płyty. Wszystko to za sprawą znajomego, który znając moje upodobania muzyczne nastawił mi ten krążek. Oczywiście była to wtedy jeszcze wersja wypalona na płycie CD-R. Niemniej pierwszy odsłuch podziałał na mnie na tyle, aby zapamiętać sobie tę nazwę i niecierpliwie czekać premiery.

Czy warto było więc czekać? Czy rozbudzone nadzieje nie okazały się nad wyrost? Odpowiedź nie budzi żadnych wątpliwości. Zdecydowanie TAK. „To Lose My Life” to rzecz na tyle równa i przebojowa, że wwierca się w mózg i pozostawia tam trwałe ślady. Pierwsze trzy utwory powalają niczym magnum 44 w rękach Brudnego Harry’ego. Po takiej serii możecie się już nie podnieść, a przecież to dopiero początek płyty. Czy później robi się mniej interesująco? A skądże. Ta płyta nie ma słabych momentów. Tu nie stosuje się wypełniaczy, nie mydli się słuchaczom oczu, ani nie wciska tandety. Oczywiście, nie twierdzę, że White Lies wytycza jakiś nowy kierunek, bo przecież wszystkie te elementy już wcześniej słyszeliśmy. Oni tylko pozestawiali klocki, ale za to z jakim wyczuciem. Mrok, taneczne podbicie, pulsujący bas, tnące gitary, no i wokal sprawiający, że mrówki przechodzą po plecach. To jednak nie wszystko. Wymienione elementy nie miały by racji bytu, gdyby nie bardzo dobre utwory – moimi faworytami są oczywiście Death, To Lose My Life oraz A Place To Hide. Jakiegokolwiek by numeru nie wytypować z tej płyty, to i tak doskonale poradziłby on sobie w roli singla. Mają chłopaki wyczucie i zmysł do komponowania. Mam nadzieję, że starczy im go jeszcze na kolejne płyty.         

Czy ktoś jeszcze ma wątpliwości czy, aby nabyć ten krążek? Osobiście polecam tę płytę na każdym kroku i nie zdarzyło się, aby na kimś nie zrobiła wrażenia. To właśnie jej wyrazistość, przebojowość i emocjonalność nie pozwala mi zapomnieć o White Lies.
Jakub „Negative” Karczyński