19 czerwca 2017

SZTUKA ZEPSUCIA

Dziś słówko o remiksach. Ilekroć ktoś mnie pyta czym jest remiks, odpowiadam, że to sztuka psucia dobrej muzyki. No bo jak inaczej można to nazwać? Przecież większość tych rzeczy jest nie do słuchania. To zbrodnia nie tylko na muzyce, ale i na odbiorcy, który zmuszony jest katować uszy tą pseudo sztuką. Może nie jestem wielkim znawcą tego typu twórczości, ale jeśli dobrze pamiętam, to na przestrzeni lat tylko jeden remiks zrobił na mnie naprawdę wielkie wrażenie. Ba, był lepszy od oryginalnego nagrania, którego twórcą był nie byle kto, bo sam David Bowie. To co jednak zrobił Moby z utworem Sunday to absolutne mistrzostwo świata. Tchnął w niego nowe życie i skierował na nieco inne tory. Choćby dla tego nagrania warto zaopatrzyć się w dwupłytową wersję albumu "Heathen" (2002). I gdyby do tego miały sprowadzać się remiksy, to szczerze przyklasnąłbym tej inicjatywie. Niestety takie nagrania to chlubne wyjątki, które jednak nikną w zalewie ogólnej tandety. Wciąż zachodzę w głowę czy słuchanie tych łomotów przynosi komuś jakąkolwiek satysfakcję poza samym twórcą? Ja wiem, że tego typu utwory przeznaczone są głównie na taneczne parkiety, ale moja wyobraźnia nadal nie potrafi pojąć jak ktoś może się przy tym dobrze bawić. Nawet moja żona słysząc czego dziś słucham spojrzała na mnie porozumiewawczo. Uspokoiła się dopiero, gdy powiedziałem jej, że słucham tego z obowiązku, a nie dla przyjemności. Nie wiem jak Wy, ale ja ilekroć widzę dopisek mix przy utworze, natychmiastowo tracę chęć na posłuchanie takiej muzyki. Z tej też przyczyny, omijam szerokim łukiem single, na których to poza utworem promującym album są samej remiksy. Tak było w przypadku Where's The Revolution Depeche Mode. Żal mi było nawet tych paru złotych na coś co ani formą, ani treścią nie przedstawia dla mnie większej wartości. Poza tym szkoda mi miejsca na półce na tego typu zapchajdziury. Niemniej czasem zdarzy mi się odstępstwo od tej reguły, tak jak w przypadku Psyche "Endangered Species" (2002). Zupełnie nie wiem co mnie podkusiło, aby nabyć ten mini album, na którym to poza czterema normalnymi utworami, znajdziemy aż osiem okropnych remiksów. Chyba łudziłem się, że będą lepsze, niż de facto są. Z ośmiu remiksów na siłę wybrałbym jeden no może dwa, które jako tako się prezentują. Reszta do kosza. Na szczęście są tu jeszcze utwory dające nadzieję na to, że wydatek dwudziestu jeden złotych nie był jednak tak zupełnie bez sensu. I choć początek płyty może jeszcze nie zapowiada niczego niesamowitego, to warto przeczekać te pierwsze pięć minut z niewielkim okładem by odkryć absolutną perłę tegoż wydawnictwa w postaci Damaged Soul. Ta mroczna kompozycja, przywodząca niekiedy na myśl twórczość Depeche Mode, urzeka przede wszystkim refrenem, którego chce się słuchać raz za razem. Podobnym kursem płynie kolejne nagranie Memento, które jeszcze bardziej wpisuje się w stylistykę grupy z Basildon. To kolejny klejnot tego albumu i w zasadzie ostatni przystanek, na którym warto już wysiąść. Później to już strefa remiksów, która to zarezerwowana jest dla zatwardziałych entuzjastów tego typu twórczości. Jeśli ktoś kontynuuje podróż, robi to już na własną odpowiedzialność. Żeby jednak nie utonąć w zalewie tej beznadzei, zespół rzuca nam jeszcze jedno koło ratunkowe. Jest nim przedostatnia kompozycja o dość różnobarwnym klimacie zatytułowana Eleven. Znajdą tu coś dla siebie tak klimaciarze jak i wielbiciele nieco bardziej dynamicznych i transowych dźwięków. I to w zasadzie na tyle. Reszta nie zasługuje na nic więcej jak tylko na to by zbyć ją milczeniem. Szkoda.

Jakub Karczyński

5 czerwca 2017

DRAB MAJESTY / NIGHTRUN87 / BY THE SPIRITS - KLUB POD MINIOGĄ - 3-06-2017

Miniona sobota była dniem szczególnym. Od chwili gdy w Trzeciej Stronie Księżyca, gruchnęła informacja o koncertowej trasie Drab Majesty zahaczającej o Poznań, wiedziałem, że trzeciego dnia czerwca muszę stawić się w Minodze (właściwie Klub Pod Minogą). Jako że nie jestem wielkim fanem piłki nożnej, to finał Ligii Mistrzów nie pokrzyżował mi szyków. Było mi zupełnie obojętne kto wygra, bowiem tego dnia liczyła się tylko muzyka. Nawet nie przypuszczałem ile atrakcji przyniesie ten wieczór. I to niekoniecznie stricte koncertowych. Przede wszystkim okazało się, że przed Drab Majesty zaplanowano występ jeszcze dwóch innych artystów. Jako osoba ciekawa nowych dźwięków, nie lekceważę supportów. Niejednokrotnie przekonałem się o tym, że i tam można wyłowić rzeczy autentycznie wspaniałe. Przykładem choćby Promenade Cinema poprzedzające występ rodzimego Sexy Suicide.
Wczorajszy wieczór przyniósł też atrakcje innego rodzaju. Otóż od pewnego czasu chodził za mną pewien motyw muzyczny, którego nazwy nie mogłem sobie przypomnieć. Powracał on i powracał potęgując poczucie frustracji, ale dni mijały, a zagadka wciąż pozostawała nierozwiązana. Udało mi się ją rozwikłać właśnie podczas wczorajszego koncertu. W przerwie między występami, aby zabić ciszę nadawano różne utwory mniej lub bardziej pasujące do muzyki wybrzmiewającej ze sceny. I kiedy tak stałem czekając na pojawienie się gwiazdy wieczoru, nagle z głośników rozległ się ten motyw. Wzięty z zaskoczenia od razu rozpoznałem w nim Shot By Both Sides grupy Magazine, o którym to pisałem swego czasu na blogu. Nawet nie wiecie jaka ogarnia człowieka radość i poczucie spełnienia, gdy po tylu dniach bezowocnej bitwy z myślami, raptem otrzymuje rozwiązanie. 

Wróćmy jednak do koncertów, bo to one były w tym dniu najistotniejsze. Gdy dotarłem do klubu okazało się, że na scenie rozgościł się już By The Spirits. Ku mojemu zaskoczeniu koncert musiał już chwilę trwać, choć sądziłem, że stawiłem się o czasie. Przypuszczam, że obejrzałem połowę występu tego jednoosobowego projektu wywodziącego się (jak sam autor zaznacza) z mistycznych lasów Dolnego Śląska i starożytnej Góry Ślęży. Zainspirowany naturą, śmiercią i duchowością. Ot, mroczny folklor, kreowany za pomocą gitary akustycznej, odpowiednio ponurego głosu oraz świeczek i kadzideł. Wyglądało to trochę jak wieczór poezji śpiewanej, ale mimo to, miało swój klimat i dobrze wprowadzało w atmosferę wykreowaną w późniejszym czasie przez Drab Majesty. Gdyby chcieć pokusić się o jakieś luźne skojarzenia to można by rzec, że to podobna kraina dźwięków, po której porusza się obecnie Nergal z Johnem Porterem. Najuczciwszym punktem odniesienia będą jednak albumy projektu The Blue Hour, równie mroczne i przesycone pewnym mistycyzmem. 

Następnie scenę objął we władanie Nightrun87 czyli William Malcom i diametralnie zmienił nastrój prezentując zgromadzonej publiczności muzykę żywcem wyjętą z lat osiemdziesiątych. Każdy z utworów ilustrowany był odpowiednio dobranym wideoklipem, co doskonale podkreślało klimat. W pierwszym momencie pomyślałem, że ktoś tu chyba przedawkował ścieżkę dźwiękową do filmu "Drive". Niemniej poczyniłem to bez złośliwości, a właściwie z pewnym zadowoleniem, bo niezwykle lubię takie klimaty. Słuchasz Nightrun87 a przez głowę samoistnie przebiegają nazwy takich twórców jak Kavinsky czy Perturbator. Jeśli wychowywałeś się w latach osiemdziesiątych, to zapewne przypomną ci się także gry na Commodore 64, Amigę czy Atari. Ich charakterystyczne ścieżki dźwiękowe, to coś czego nie da się wymazać z pamięci. Powrót tej sentymentalnej fali dowodzi, że i na takie dźwięki jest zapotrzebowanie. Nightrun87 nie stara się ślepo naśladować tego co robi czy to Kavinsky czy Perturbator. Wypracował własny styl, który bardziej trafia w mój gust, niż muzyka wspomnianych wcześniej twórców. Elektronika Nightrun87 jest bardziej plastyczna, nie drażni uszu i przyjemnie prowadzi po krainie lat osiemdziesiątych. Sam William Malcolm to postać niezwykle sympatyczna i doskonale odnajdująca się w tym co robi. Potrafi porwać swą muzyką każdego komu serce żywiej bije przy muzyce lat osiemdziesiątych, więc polecam wybrać się na jego występ jeśli będziecie mieli okazję.

Ostanim punktem programu tej sobotniej nocy, była grupa Drab Majesty. I choć robili za gwiazdę, to wydaje mi się, że większą publiczność zgromadził jednak Nightrun87. Niemniej nie brakowało i takich, którzy zjawili się tylko po  to by zobaczyć Drab Majesty. Sam duet od strony wizualnej prezentował się dość osobliwie. Muzyka mroku ma swoje prawa, ale wydaje mi się, że tutaj artyści nieco balansują na granicy groteski. Zostawmy to jednak i skupmy się na samej muzyce, bo ta powinna zachwycić przede wszystkim miłośników takich grup jak choćby Clan Of Xymox czy The Cure. Słuchając poszczególnych kompozycji, można było sobie przypomnieć dni największej chwały wytwórni 4AD. To te same emocje, te same dźwięki i ta sama atmosfera. Widać, że pomimo upływu tylu lat, tamto oblicze wytwórni wciąż stanowi ogromną inspirację dla tak wielu grup. Drab Majesty solidnie odrobili swoje lekcje, czarując zgromadzoną publikę swą mroczną muzyką. Do wykreowania nastroju posłużył syntezator, gitara elektryczna oraz podkłady perkusyjne. Reszta rozgrywała się już w wyobraźni zgromadzonej publiczności, która w skupieniu śledziła utwór po utworze. Ich żywiołowe reakcje dowodziły, że nie zawiedli się na Drab Majesty. Zespół również wydawał się być zadowolony z występu i kto wie, być może za jakiś czas, znów natkniemy się na plakaty reklamujące ich koncert. Trzymam za to kciuki.

Podsumowując. Był to naprawdę udany wieczór, bogaty nie tylko w dźwięki, ale i odkrycia muzyczne. Po zakończonych występach, ludzie tłumnie oblegli stanowiska z płytami, nabywając kompakty, analogi oraz wszelkiego rodzaju gadżety. Planem minimum z mojej strony był zakup albumu Drab Majesty, ale po wysłuchaniu koncertu Nightrun87 i miłej konwersacji  z artystą, przyobiecałem mu, że z pewnością kupię także i jego płytę. Skończyło się na dwóch, bo i ceny bardzo okazyjne. Po wysłuchaniu następnego dnia na spokojnie ich zawartości, utwierdziłem się w tym, że to dobrze zainwestowany pieniądz. Poza świetną muzyką zyskałem coś jeszcze. Satysfakcję ze wspierania młodych artystów i ich przyszłych działań. Tylko tyle i aż tyle.

Jakub Karczyński

27 maja 2017

CITIZEN CAIN - SERPENTS IN CAMOUFLAGE (1992)

Abstrakcyjność okładki w pełni dorównuje tytułowi płyty. Czegóż my tu nie mamy? Anioł z obciętym korpusem, humanoidalny minotaur z tasakiem zamiast ręki, szkarady z najgorszych koszmarów sennych oraz motyle zjadane przez tytułowe węże. A wszystko to na tle jakże bajkowego pejzażu. Patrząc na całość chciałoby się posłużyć modnym powiedzeniem - grafik płakał jak projektował. No bo nic tu do siebie nie pasuje, a mimo to tworzy jakąś całość. Niekoniecznie spójną. Słowne wiązanki lub komplementy trzeba słać w kierunku wokalisty Scotta Cyrusa, bo to on jest autorem wszystkich okładek sygnowanych zarówno logiem Citizen Cain jak i albumów pod zmienioną nazwą - Xitizen Cain. Nawet jeśli uznamy, że walory estetyczne są łagodnie mówiąc dyskusyjne to zawartość muzyczna powinna zrekompensować te niedostatki zwłaszcza tym, którzy mienią się być fanami takich grup jak Genesis czy Marillion. Zwłaszcza tych wczesnych okresów, gdy w Genesis rządził Peter Gabriel, a w Marillion karty rozdawał Fish.

Ten szkocki zespół, powstały na początku lat osiemdziesiątych (1982), dość długo kazał czekać fanom na swój płytowy debiut. W międzyczasie zdążył się rozpaść i zreorganizować na nowo, ale wszystko to trwało długich dziesięć lat. Pozostawili co prawda po sobie zbiór piosenek ze wcześniejszego okresu - "Ghost Dance" (1984-1987), ale trudno to nazwać pełnoprawnym albumem. Debiutowali dopiero w 1992 roku, właśnie za sprawą "Serpents In Camouflage". Pomimo doskonałych recenzji, zespół nie był zadowolony ze swego dzieła, co po latach dość trudno zrozumieć. Wszakże "Serpents In Camouflage" jest dziełem na tyle pięknym, że bez wstydu można je postawić na półce tuż obok albumów czy to Genesis czy to Marillion. Może nie ma takiego potencjału komercyjnego jak choćby "Misplaced Childhood" (1985) Marillion, ale trudno nie docenić bardzo przemyślanej i spójnej koncepcji tej debiutanckiej płyty. A to, że czerpie ona pełnymi garściami z dorobku swych sławniejszych kolegów, w niczym nie umniejsza jej wartości. Bo co innego inspirować się, a co innego ślepo naśladować styl danej grupy. Citizen Cain wzięli co najlepsze z obu grup i stworzyli muzykę, która pomimo upływu tylu lat, wciąż doskonale się broni. Już choćby to świadczy o tym, że mamy do czynienia z dość nietuzinkowym albumem. Początek płyty brzmi nieco tak, jakbyśmy przez pomyłkę nastwili jakąś płytę grupy Eloy. Nie jest to bynajmniej zarzut, bo kompozycja Stab In The Back  wpada w ucho niemal momentalnie. Kosmiczne klawisze przepięknie malują pejzaże przed oczami i pozwalają odprężyć się po ciężkim dniu. Zapytam retorycznie. Czyż można wymarzyć sobie doskonalsze rozpoczęcie płyty? A to przecież dopiero pierwsze kroki jakie stawiamy wraz z tym albumem. Dalej wcale nie jest gorzej. Choćby w takim Liquid Kings, gdzie dla przełamiania otrzymujemy też mały wyciąg z twórczości Jethro Tull. Takie przynajmniej odnoszę wrażenie, gdy do głosu dochodzi flet, nieodzownie kojarzący się z twórczością tego zespołu. Wszystkie te nawiązania, to takie swoiste puszczenie oka do słuchaczy i zaproszenie ich do wspólnej zabawy. Wszakże lubimy te melodie, które już żeśmy raz słyszeli. Zapewnia to nie tylko świetną rozrywkę, ale i niweluje efekt znużenia, nieodzowny przy tak długich kompozycjach. Odnoszę również wrażenie, że album został z gruntu przemyślany i nic nie pozostawiono przypadkowi. Świadczy o tym choćby kolejność utworów, gdzie tak zwane "lokomotywy" czyli utwory ciągnące album, umieszczono na początku i na końcu płyty. Tym ostatnim akcentem jest kompozycja tytułowa, która pozostawia naprawdę świetne wrażenie. Czyżby zastosowano sprytną sztuczkę psychologiczną, zwaną efektem pierwszeństwa i efektem świeżości? Pierwsza sprowadza się do lepszego zapamiętywania przez nasz mózg tego co było na początku, druga tego co na końcu. Wróćmy jednak do kwestii muzycznych. Album "Serpents In Camouflage" nie należy do najłatwiejszych w odbiorze. Trzeba poświęcić mu kilka wieczorów by w pełni odkryć jego piękno. Zaręczam, że warto podjąć się tego wyzwania. Album trzyma bardzo równy poziom i pomimo bardzo długich, rozbudowanych kompozycji, nie przytłacza słuchacza swą zawartością. Co prawda najkrótsza kompozycja trwa tutaj ponad sześć minut, ale to chyba nic nowego w świecie art rocka. Różnorodność i wielobarwność tej muzyki zapewne przyniesie wiele wrażeń, tak początkującemu muzycznemu entuzjaście jak i już wyrobionemu słuchaczowi.

Trudno mi orzec jaka jest rozpoznawalność tej grupy w Polsce. Przypuszczam, że nie jest ona tak zupełnie anonimowa bowiem na początku lat dziewięćdziesiątych, zaprezentowano kilka nagrań z tej właśnie płyty w "Trójce pod księżycem". W tamtym czasie, z pewnością nie umknęło to uwadze co wrażliwszych słuchaczy. A jak to wygląda obecnie? Sądzę, że jej twórczość przykryła dość pokaźna warstwa kurzu i nawet jeśli kiedyś ekscytowano się jej nagraniami, to dziś popadły one w zapomnienie. Warto je odkurzyć do czego serdecznie zachęcam. Sięgnijcie i przekonajcie się sami dlaczego w swoim czasie dziennikarze określili ich muzykę mianem “Selling England for a Jester’s Tear!” Komentarz wydaje się zbędny.

Jakub Karczyński
 

12 maja 2017

PŁYTY GORSZEGO SORTU

Dziwny to kraj, w którym to w oficjalnym dniu premiery, nie można kupić płyty danego artysty. Czasami czuję się jakbyśmy mieszkali w Europie kategorii B. I chyba tak poniekąd traktowany jest nasz rynek. Przekonałem się o tym już wielokrotnie i nieco smuci mnie ten fakt, bo jak tu płyty mają się sprzedawać skoro nie ma ich na sklepowych półkach? Owszem, gdy tylko swój nowy album wypuści Beyonce, Rihanna czy inna postać popkulturowego świecznika to półki wręcz uginają się od płyt, a żeby było śmieszniej od ręki można kupić każdą wersję albumu jaka się nam zamarzy. Gorzej gdy jesteśmy fanami nieco mniej popularnej muzyki. I nie mam tu na myśli żadnych podziemnych zespołów, o których mało kto słyszał za wyjątkiem paru znajomych i rodzin ich twórców. Żeby nie być gołosłownym przytoczę historię znajomego, który chcąc kupić najnowszy album Procol Harum ganiał od sklepu do sklepu, aby usłyszeć, że albo nie ma wcale albo, że cały nakład już się rozszedł. Dla uściślenia dodajmy, że za cały nakład stanowił jeden egzemplarz! No po prostu szaleństwo. Rozumiem, że Procol Harum nie jest dziś zespołem, za płytami którego ludzie wystają w długich kolejkach, ale choćby przez wzgląd na dawną sławę, szacunek dla artystów i starych fanów, można by porządniej zaopatrzyć sklepy. 

Ze swojego podwórka dorzucę jeszcze moją próbę kupienia w Poznaniu (w dniu premiery rzecz jasna) nowego albumu Alphaville "Strange Attractor". Odwiedziłem w związku z tym kilka sklepów i w żadnym, absolutnie w żadnym nie było go na półce. Dopytałem jeszcze obsługę dla pewności, ale moje przypuszczenia okazały się niestety słuszne. Album trafił do sklepów kilka dni po przewidzianej premierze, ale to nie koniec perypetii. Wydawca płyty (Universal Music) na nasz kraj postanowił uszczęśliwić wszystkich fanów jedną jedyną jakże wspaniałą i efektowną edycją wypuszczonej w serii "zagraniczna płyta, polska cena". Chwała im za to, że chcą mi sprzedać zagraniczną płytę po niższej cenie, ale dlaczego musi odbywać się to kosztem okładki? Dla tych, którzy nie kojarzą o co chodzi dodam, że owa edycja "wzbogacona" jest o beznadziejną ramkę wdrukowaną na samym froncie płyty. Nie znam nikogo wśród kolekcjonerów płyt, kto kupowałby te edycje. Jeśli przypadkiem mój wpis przeczytałby ktoś z Universal Music to mam dla Was prośbę. Nie troszczcie się tak o mój portfel. Jestem w stanie zapłacić Wam nawet 20 zł więcej, abyście wydawali także wersje zagraniczne, a nie tylko "polską cenę". Naprawdę, kupię nawet i de luxe edition. Tylko proszę, przestańcie traktować Polaków jak obywateli gorszej kategorii, co to nie zasługują na to by posłuchać muzyki w takiej samej formie co obywatele Niemiec, Francji czy Wielkiej Brytanii. Nie mam nic przeciwko tej Waszej "polskiej cenie", ale niech nie będzie ona jedyną edycją, a jedną z wielu. Niech każdy ze słuchaczy sam zadecyduje ile pieniędzy chce wydać na płytę. Odnoszę wrażenie, że wydawanie w ten sposób muzyki to nie przypadek, a świadomy zabieg. Jakby ktoś podszepnął do ucha sztańską myśl, brzmiącą mniej więcej tak: "Wypchnijmy najpierw tę niesprzedającą się "polską cenę", a za parę miesięcy wrzucimy na rynek resztę". Nie wiem czy w ten sposób liczycie, że fani kupią album dwa razy, czy co? Jeśli tak, to chyba się nieco przeliczyliście. Osobiście postanowiłem nie kupować nowego albumu Alphaville w takiej formie w jakiej go udostępniliście polskiemu słuchaczowi. Wolę sprowadzić go sobie z Anglii za dużo większe pieniądze, niż kupić coś takiego, co wstyd postawić na półce. Zastanówcie się więc proszę czy Waszą misją jest sprzedaż muzyki czy wkurzanie klientów.

Jakub Karczyński

25 kwietnia 2017

DUSICIELE WIECZOROWĄ PORĄ

Wczorajsze wydanie audycji "GH+" w radiowej Trójce poświęcono grupie The Stranglers. Ucieszył mnie ten fakt, bo bardzo lubię muzykę Dusicieli, czego wyrazem moja kolekcja ich albumów na półce. Nie, nie ma jeszcze wszystkich ich płyt, ale to co już udało mi się zebrać, myślę, że śmiało może wprowadzić mnie do grona osób, które uważają się za ich fanów. Gdy więc usłyszałem, że szykuje się audycja z ich muzyką, przyklasnąłem tej inicjatywie i pilnie nadstawiłem uszu. Nie wiem co sprawiło, że to właśnie Dusiciele zasłużyli na taką nobilitację, ale mniejsza o to. Jeśli była jakaś okazja to dobrze, a jeśli nadano tę muzykę bez okazji to jeszcze lepiej. W końcu czy zawsze musi być jakaś okazja by posłuchać tego czy tamtego zespołu? No nie musi. Kolejne rocznice sprawiają, że wszystko staje się jakieś takie schematyczne, a przecież nie ma nic nudniejszego niż schematy. Dobrze więc czasem zrobić coś bez okazji, ot tak z potrzeby serca. Nie wnikając już w motywację autora dodam, że kluczem do audycji była prezentacja utworów zgodnie z chronologią jej powstania. Kilka utworów z pierwszej płyty, kilka z drugiej, trzeciej, czwartej i tak dalej. W godzinnej audycji przerobiliśmy zdecydowaną większość albumów w tworzeniu i wyśpiewywaniu, których udział brał Hugh Cornwell. Nie to jest jednak ważne, a pewne zdanie, które padło na zakończenie audycji i które to wywołało mój wewnętrzy sprzeciw. Otóż autor wygłosił pogląd jakoby to co zespół stworzył już po odejściu Hugh Cornwella to zjazd po równi pochyłej i nie warte jest tego, aby poświęcać temu czas. Ujął to tak: (...) później odszedł Hugh Cornwell i to jeden z tych najbardziej charakterystycznych przykładów w muzyce rockowej kiedy odejście wokalisty sprawiło, że zespół mimo że istniał i nadal nagrywał stał się kompletnie nie interesujący. Absolutnie nie podpisałbym się pod tym stwierdzeniem i nie radziłbym nikomu przwiązywać się do tych słów. Po odejściu Hugh Cornwella, grupa nagrała osiem albumów z dwoma innymi wokalistami i nie brak wśród nich pozycji wyjątkowych. Najdłużej bo przez szesnaście lat, obowiązki te pełnił Paul Roberts i muszę przyznać, że doskonale wywiązywał się z powierzonej mu funkcji dlatego ze smutkiem przyjąłem jego rezygnację i opuszczenie składu w 2006 roku. Pożegnał się w pięknym stylu genialnym albumem "Norfolk Coast" (2004), który w pojedynkę zadaje kłam stwierdzeniu, że późniejsze poczynania grupy były słabe i nie interesujące.  W swoich zbiorach mam także album "About Time" (1995), który choć nie tak doskonały ma również kilka bardzo mocnych punktów jak choćby zamykającą album przepiękną kompozycję And The Boat Sails By. I choć brak mi jeszcze kilku albumów z nowej ery działalności grupy, nie sądzę, aby były to dzieła tak złe jak mówił o nich Grzegorz Hoffman w audycji "GH+". Nawet na ostatnich albumach, na których to mikrofon przejął obecny wokalista Baz Warne, znajdzie się kilka naprawdę interesujących utworów. Polecam nastawić choćby album "Giants" (2012) i posłuchać takiego Adios (tango) by szybko przekonać się, że Stranglersi nie powiedzieli jeszcze swego ostatniego słowa. Wciąż mają ciekawe pomysły i ani myślą składać broń. Dusiciele to solidna marka, która miała swoje lepsze i gorsze momenty, ale nigdy na tyle złe, aby warto było zacząć zastanawiać się nad celowością dalszego funkcjonowania zespołu. Dlatego też wygłaszanie takich twierdzeń na falach Polskiego Radia, uważam za wysoce krzywdzące względem zespołu. Programy autorskie co prawda rządzą się swoimi prawami, ale przytoczony tekst brzmi bardziej jak stwierdzenie, niż prywatna opinia redaktora i w tym cały problem. Nie wymagam, aby redaktor Hoffmann padał przed każdą nową płytą Stranglersów na kolana, ale prosiłbym o większy obiektywizm w ocenie czyjegoś dorobku. Zapewne nie tylko ja, poza kanonicznymi albumami z Hugh Cornwellem, wracam od czasu do czasu z nie mniejszą przyjemnością, do płyt z ostatnich lat działalności zespołu. I wcale nie uważam tego za stratę czasu. Nie dajcie więc wmówić sobie, że coś jest złe. Sprawdźcie sami zanim ślepo czemuś zawierzycie, bo zbyt często bazujemy na czyichś opiniach zamiast na własnych uszach.
  
Jakub Karczyński

17 kwietnia 2017

STREFA KOMFORTU



Zdaję sobie sprawę, że dla części czytelników przywoływanie co i rusz postaci Tomka Beksińskiego może być już nieznośne i wręcz nudne. Przypomina to trochę jedzenie niemal dzień w dzień tego samego obiadu. Ile można? Będąc tego świadom postanowiłem, że dam Tomkowi na jakiś czas odpocząć. Nie będę epatował już tu jego imieniem i nazwiskiem. Taki był plan, ale jak zwykle życie pisze swoje scenariusze i w nosie ma nasze założenia. Bo jakże nie wspomnieć tu o jego osobie, skoro to on był siłą sprawczą nabycia płyty, o której słów kilka poniżej. To przecież w jednej z jego starych audycjach, których słucham sobie od czasu do czasu, pojawił się utwór Life In Dark Water, który zauroczył mnie do tego stopnia, że czym prędzej zacząłem rozglądać się za całą płytą. Al Stewart, bo to o nim mowa, był mi do tego momentu artystą kompletnie nieznanym. No może nie tak zupełnie, bo nazwisko gdzieś tam obiło mi się o uszy, ale jego muzyczny dorobek to już raczej nie. I gdy tak słuchałem sobie audycji, w której to Tomek przewodnim motywem uczynił piosenki marynistyczne* (bynajmniej nie szanty), nagle usłyszałem utwór o dość niepokojącym klimacie, zaśpiewany pięknym głosem, a w dodatku tak uroczo staroświecki. Można by rzec, że to taki typowy przedstawiciel tego, co w muzyce Tomek ukochał najbardziej. Jest tu przecież element tajemniczości, grozy, ale i pierwiastek romantyczny, który to zawsze silnie do niego przemiawiał. Jest nawet i fragment mogący kojarzy się z westernami, będące w końcu dość częstymi elementami jego audycji. Któż nie pamięta programów o spaghetti westernach i tej muzyki, która się w nich pojawiała. W najbliższym czasie przez ekrany telewizyjne przemknie western "Major Dundee" (1965), o którym Tomek wspominał w audycji z 27 lutego 1999 roku. Mam gdzieś to nagrane na płycie, więc zaraz odnajdę i posłucham. Pamiętam, że emitował wtedy wiązankę utwórów ze ścieżki dźwiękowej z tego filmu, którą nabył w Londynie za 15 funtów! Inspirację do tego typu programów stanowiły zazwyczaj filmy emitowane w TVP1. Jak to Tomek zwykł je zapowiadać? Film w Jedynce, muzyka w Trójce. Każdy kto będzie chciał przypomnieć sobie tamte czasy, może nastawiać w kolejne soboty TVP Kultura, gdzie pojawiać się będą klasyczne westerny. Niestety muzyki w Trójce nie będzie. Przynajmniej nie tej, którą to on zwykł emitować. Wróćmy więc do albumu Ala Stewarta "Time Passages" (1978), który to stanowił za punkt wyjścia tego wpisu. Nabywając go, nie obiecywałem sobie po nim zbyt wiele. Ot chciałem mieć tę jedną, jedyną piosenkę, a pozostałe nagrania albo przyjemnie mnie zaskoczą albo niemiło rozczarują. Tymczasem po kilkukrotnym wysłuchaniu całego albumu, nie mogę się wręcz od niego uwolinić. Uchyla mi on drzwi i zabiera w głąb krainy, do której chętnie zapuszczał się także Tomek. Daje pewnego rodzaju poczucie bezpieczeństwa odczuwalne w sytuacji, gdy wiesz, że jesteś u siebie, w otoczeniu ludzi i przedmiotów tak dobrze ci znanych. I tak też się czuję, słuchając tego albumu. Pełen komfort i poczucie bezpieczeństwa, którego tak wielu szuka, a tak niewielu znajduje. Strefa komfortu jak można się domyślić jest czymś indywidualnym, czego nie można rozciągnąć na szerszą grupę ludzi. Dla każdego z nas stanowi ona zupełnie inny obszar. Moja jest właśnie tutaj, wśród dźwięków starego rocka i albumów takich jak "In The Court Of The Crimson King" (1969) King Crimson, "Argus" (1972) Wishbone Ash, "Close To The Edge" (1972) Yes, "The Wall" (1979) Pink Floyd czy "Time Passages" Ala Stewarta. To płyty z niepowtarzalnym klimatem, niosące w sobie coś więcej niż tylko muzykę. Zrozumiałe chyba tylko dla tych co wrażliwszych słuchaczy, którzy zaczerpnęli już co nieco wody z tego źródła. Dla reszty jak sądzę pozostaną one wyłącznie niemodnymi narganiami z dawno już zapomnianych czasów. Warto jednak dać im szansę, przełamać niechęć i uprzedzenia, bo te albumy zwyczajnie na to zasługują.

Jakub Karczyński

* Wpływ na to miał film "Titanic" Jamesa Camerona, który zrobił na Tomku wielkie wrażenie.
 

7 kwietnia 2017

STATEK ŚWIĘTEJ IGNORANCJI

Przed momentem przeczytałem bardzo interesujący wywiad z Bartkiem Chacińskim. Jest to kolejna odsłona cyklu poświęconego polskim dziennikarzom muzycznym. Pomysł faktycznie interesujący bo przecież o wielu z nich, nie wiemy wiele więcej nad to, co uda nam się wyczytać w Wikipedii. Czytając ten wywiad szczególnie jedna kwestia zwróciła moją uwagę. Chodzi mianowicie o słuchanie i odkrywanie nowej muzyki i nowych grup. Czasami odnoszę wrażenie, że dla dziennikarzy nowego pokolenia, to co było, nie ma najmniejszego znaczenia. Liczy się tylko to co tu i teraz. Tak jakby wszyscy nagle zapragnęli być nowymi Krzysztofami Kolumbami, odkrywcami nowego, muzycznego świata. Z jednej strony nie ma co temperować tych zapędów, bo przecież jak głoszą powiedzenia "do odważnych świat należy", a "tylko głupi nie jest świata ciekaw". Tyle tylko, że część dziennikarzy młodego pokolenia, wsiada na ten statek pozbawiona zupełnie bagaży. Muzyka lat sześćdziesiątych, siedemdziesiątych to sfera zarezerwowana tylko i wyłącznie dla największych nazwisk i grup. Historia muzyki liźnięta po łebkach prędzej czy później zbierze swoje żniwo. Te nieodrobione lekcje, odłożnone na bok na tak zwane później, przypomną o sobie w najmniej spodziewanym momencie. A wtedy wszystko na co tak ciężko pracowaliście runie z hukiem, że nie będzie już czego zbierać. Niech więc pogoń za muzycznymi nowinkami nie przesłonił wam zupełnie świata, bo przecież nie można wybierać się w podróż bez odpowiedniego przygotowania i ekwipunku. Dlatego też apeluję do każdego komu marzy się bycie dziennikarzem muzycznym w radiu, prasie czy choćby w internecie, aby nieustannie pogłębiał swoją wiedzę nie tylko o nowości, ale też i o albumy z nieco odleglejszych dekad. Tylko wtedy będziecie mieli pełny obraz tego świata, zrozumiecie co z czego się wzięło i przede wszystkim oszczędzicie sobie kompromitacji. Bo może się okazać, że to co dziś uznajecie za szczyt oryginalności i geniuszu artrystycznego, ktoś przed laty zrobił już to z o wiele lepszym skutkiem. Wkurzam się ilekroć słyszę, że ktoś kręci nosem na muzykę, która ma już swoje lata na karku. Co z tego, że jest niedzisiejsza? Co z tego, że tak się już nie gra, a brzmienie trąci myszką? Takie czasy, takie instrumenty i takie pomysły. Spróbujcie raczej to zrozumieć, poszukać powiązań, niż negować dorobek całych pokoleń. I nie martwcie się, że nie starczy wam życia na to by wszystkiego posłuchać i kompleksowo zbadać. Ze względu na muzyczny bezmiar, poczucie niedouczenia jest czymś zupełnie normalnym. Nie mylcie tylko niedouczenia z ignorancją, bo to jednak dwie różne sprawy. Sam często złoszczę się, że mi doby brakuje na posłuchanie tego wszystkiego czego chciałbym posłuchać. I wcale nie jestem jakimś muzycznym eksploratorem co to wynajduje na Tidalu co tydzień sześćdziesiąt nowych zespołów. Wystarczy mi to co zgromadzę na płytach, a i tak zaległości mam takie, że głowa boli. Czasem chciałbym, aby ktoś na chwilę zastopował cały ten przemysł muzyczny. Wcisnął pauzę na jakiś czas, aby można było zniwelować nieco te zaległości. Niestety chyba jeszcze nikt nie wynalazł takiego pilota, więc dalej uczestniczymy w tym szaleńczym biegu. Dziś nowość goni nowość. Oszaleć można. Wpadliśmy z jednej skrajności w drugą, a muzyczna karuzela wiruje coraz szybciej i szybciej. Dlatego też warto zachować pewien umiar i rozsądek by nie wypaść za burtę na tym wzburzonym morzu muzyki. Jeśli już zdecydowaliście się wsiąść na pokład tego statku, upewnijcie się, że zabraliście wszystko co niezbędne by wyruszyć na eksplorację nowego świata.

Jakub Karczyński

PS Za ilustrację posta posłużył mi obraz "Dziewiąta fala" Iwana Ajwazowskiego, rosyjskiego malarza marynisty doby romantyzmu.