30 listopada 2020

ReMISJA


Wraz z początkiem października ukazał się charytatywny singiel projektu ReMission International. Pod tym szyldem zjednoczyli się nie byle jacy twórcy bowiem poza Waynem Husseyem z The Mission, który całą rzecz zainicjował, znaleźli się też Martin Gore (Depeche Mode), Lol Tolhurst (ex The Cure), Andy Rourke (ex The Smiths), Kevin Haskins (ex Bauhaus), Midge Ure (Ultravox), Rachel Goswell (Slowdive), Evi Vine, Julian Regan (ex All About Eve) Gary Numan, Jay i Michael Ashton (ex Gene Loves Jezebel) oraz Budgie znany z grupy Siouxsie And The Banshess. Przyznacie, że owa lista gości robi wrażenie. Wszyscy oni zebrali się pod tym szyldem by zarejestrować jedną kompozycję jaką jest utwór Tower Of Strenght z repertuaru The Mission. Wybór kompozycji nie był przypadkowy bo jak mówi Wayne Hussey: To hymn nadziei, piosenka podnosząca na duchu, dająca radość, utwór z przesłaniem, które jak nigdy jest aktualne. Wszystkie zebrane środki ze sprzedaży tego singla mają trafić do organizacji zajmujących się walką ze skutkami pandemii COVID-19. Singiel wypuszczono zarówno w wersji cyfrowej jak też i na starych, dobrych nośnikach w rodzaju płyty CD i winyla. Poza główną, singlową kompozycją, w której to wokalnie i instrumentalnie udzielają się zaproszeni goście, na płycie znajdziecie także jej trzy remiksy. Mało tego, powstał również teledysk, który można obejrzeć choćby tutaj:
 
 
Jeśli jesteście ciekawi kto jeszcze maczał swoje paluszki w tym dziele to polecam prześledzić podpisy pod tym obrazkiem. Znajdziecie tam informacje kto w danej chwili śpiewa, kto udziela się w chórkach, a kto szarpie struny gitary.
 
 
Fanom nie trzeba polecać, a całej reszcie rekomenduję zakup singla choćby po to by dołożyć swoją cegiełkę w tej walce o zdrowie i życie nas wszystkich.
 

Jakub Karczyński

29 listopada 2020

GŁOWA NA 45 OBROTÓW


Swego czasu podjąłem decyzję, aby nie kupować winyli bo drogie, zajmują dużo miejsca w chacie, a i średnio co trzydzieści minut trzeba się podnieść z fotela, żeby przerzucić płytę na drugą stronę. Trwałem sobie w tym postanowieniu lecz w ostatnim czasie ten solidny monolit zaczął się nieco nadtapiać. Powodem tego był ostatni album grupy New Model Army, który chyba nie rzucił świata na kolana skoro wyprzedają go teraz za jedną trzecią ceny. Fakt, nie jest to wybitne dzieło i sam ze trzy razy zastanowiłem się nim je nabyłem, ale pomyślałem sobie, że w końcu to New Model Army, zespół, któremu oddałem kawał swego życia. Z takimi grupami jest się na dobre i na złe. Poza tym drugi raz taka okazja mogła się już nie trafić. Nie przypuszczałem, że ten krok pociągnie ze sobą kolejne bo oto chcąc kupić album "Promises" (1984) grupy The Opposition jesteśmy zmuszeni rozstać się z większą ilością PLNów lub możemy zainwestować w dużo tańszego winyla. Póki co postanowiłem nie narażać się żonie, zwłaszcza, że zbliżają się święta więc spełnianie swych szalonych marzeń odłożyłem nieco w czasie. W związku z tym pewnie w pierwszej kolejności sięgnę po winyla, aby choć trochę zaspokoić ten muzyczny głód. To co jednak rozpaliło moją wyobraźnię i maksymalnie zaostrzyło mój apetyt na winyle była informacja jaka przed kilkoma dniami wyświetliła mi się na facebooku. Otóż jedenastego grudnia zaplanowano wznowienie albumu "Elizium" (1990) grupy Fields Of The Nephilim. Jak łatwo się domyślić owa reedycja powstała z myślą o trzydziestoleciu jakie w tym roku przyjdzie nam świętować. Winyl ma być w kolorze ciemnej zieleni, ale nie pytajcie jak ten odcień się nazywa bo nie mam bladego pojęcia. Najlepiej zerknąć na zdjęcie, które zamieszczam poniżej.

Wygląda to wyjątkowo pięknie stąd też w mojej głowie zakiełkowała myśl by owo cudo nabyć. Tanio nie jest, przynajmniej w naszych sklepach, ale taki to sport. Chyba też nie ma co za długo zwlekać bo album pomimo że jeszcze się oficjalnie nie ukazał to znika już z oferty niektórych sklepów. Wciąż biję się z myślami, rozważam wszystkie za i przeciw. Coś jednak czuję, że i tak obejdę się smakiem. Ciężko się zdecydować jeśli na oku ma się kilka innych nie mniej interesujących pozycji. Poza tym w cenie jednego winyla mógłbym zakupić ze cztery kompakty więc jest nad czym myśleć. Klamka jeszcze nie zapadła, piłka wciąż w grze, a lekarstwem na ten problem wydaje się być wygrana w Lotto. Wiem, marzenie ściętej głowy, ale jak to mówią pomarzyć zawsze wolno.

Jakub Karczyński

14 listopada 2020

WALECZNY IVO PARTIZAN


Przyznam, że pojawienie się tej płyty na rynku było dla mnie dość sporym zaskoczeniem. Nie towarzyszył jej bowiem żaden szum medialny co jest zrozumiałe jeśli nie stoi za tobą wielki koncern. Album "Nie nagrywaj mnie" (2020) zarejestrowano w 2019 roku w Inowrocławiu i wydano go własnym sumptem. Domyślam się, że swoje trzy grosze do tego interesu dorzucił urząd miasta Mogilno skoro na okładce pojawia się logo tejże miejscowości. No chyba, że to przejaw lokalnego patriotyzmu. Ktokolwiek by za tym nie stał to chwała mu za to bowiem oto po raz pierwszy mamy szansę posłuchać muzyki grupy Ivo Partizan w jakości, która nie urąga standardom współczesnego brzmienia. Jeśli spojrzymy na spis utworów to szybko zorientujemy się, że to z czym mamy do czynienia to materiał archiwalny tyle, że nagrany współcześnie. Niestety nie sposób stwierdzić czy pojawiły się tu jakieś premierowe nagrania bowiem informacje zawarte na płycie są naprawdę szczątkowe, a internet także nie wyciąga w naszym kierunku pomocnej dłoni. Domniemywam więc, że całość tego materiału bazuje na archiwaliach. Podobny zabieg ma na swym koncie także grupa Made In Poland, która na albumie "Kult" odkurzyła kilka swoich starych nagrań. 

Ivo Partizan wypłynął wraz z drugą falą zimnego grania i podobnie jak wiele ówczesnych zespołów także oni nie doczekali się profesjonalnie zarejestrowanej płyty. Na szczęście białe plamy w historii polskiej odmiany cold wave, w końcu zaczynają wypełniać się treścią. Tak było w przypadku grupy 1984 i tak też jest z Ivo Partizan. Niestety to co możnaby uznać za nowe narodziny dobiegło końca szybciej niż ktokolwiek mógłby przypuszczać. Drogę zagrodziła grupie śmierć, zabierając ze sobą wokalistę Macieja Adamskiego. Czy oznacza to koniec działalności zespołu? Tego nie wiem, ale jest to wielce prawdopodobne. W tej sytuacji pozostaje cieszyć się, że niemal rzutem na taśmę grupa w tym składzie zdołała zarejestrować materiał na było nie było ich debiutancką płytę. W czterech utworach pojawia się głos Adamskiego. Tylko tyle dał radę zarejestrować bowiem już wtedy czuł się bardzo źle. Resztę obowiązków wokalnych przejął Leszek Duszyński.

Ivo Partizan pomimo przeciwności losu pozostawił nam w końcu jakiś namacalny ślad swej działalności. Polecam zatem nastawić uszu bo płyta z pewnością nie zasługuje na to by przejść obok niej obojętnie. To w końcu kawał historii naszej rodzimej muzyki, którą nie tylko warto znać, ale i warto pielęgnować ją w pamięci kolejnych pokoleń.  

 

Jakub Karczyński

3 listopada 2020

THE WOLFGANG PRESS "UNREMEMBERED REMEMBERED" (2020)



Gdyby komuś umkęła informacja o "nowej" płycie The Wolfgang Press, to spieszę donieść, że oto na rynku jest już album zatytułowany "Unremembered Remembered" (2020). Przy słowie nowa nie bez przyczyny pojawił się cudzysłów bowiem zawarte tu kompozycje to materiał archiwalny, a właściwie sześć niezrealizowanych utworów z lat 1995/1996. Fanom z pewnością oczy od razu zapłonęły żywym ogniem więc czym prędzej zachęcam do zapoznania się z jego zawartością. Nie są to jak możnaby przypuszczać jakieś popłuczyny mające na celu wyciągnąć kasę z kieszeni fanów. Te dwadzieścia cztery minuty z małym okładem to rzeczy zasługujące przynajmniej na uwagę, a już z pewnością warte tego by poświęcić im te niespełna pół godziny. Nagrania te można by określić mianem pogrobowców bowiem choć poczęte u schyłku działalności zespołu to narodziły się dopiero teraz. Jak widać okres inkubacji był w tym przypadku niezwykle długi. Zazwyczaj podchodzę bardzo sceptycznie do tego typu wydawnictw ponieważ rzeczy wygrzebane gdzieś z głębi szuflady rzadko kiedy są dobrej jakości tak technicznej jak i artystycznej. Radość z ich odkrywania jest więc żadna. Czasami jednak w tych szufladach znaleźć można rzeczy, które absolutnie nie zasługują na to by chować je przed światem. Tak jest i w tym przypadku. Wśród tych sześciu kompozycji jest przynajmniej jedna perła w postaci nagrania My Mother Told Me, które wwierca się w głowę tak mocno, że słyszę je z taką samą intensywnością kiedy budzę się rano i kiedy kładę się spać. Widzę tu duży potencjał singlowy, choć przecież doskonale wiemy, że żadna stacja i tak tego nie zagra, a co dopiero tu mówić o wylansowaniu przeboju. Nie te czasy, no i przede wszystkim nie ta muzyka. Dzisiaj na falach eteru rządzi zupełnie co innego, a w smartfonach młodzieży raczej także bym nie szukał nagrań The Wolfgang Press. Ucho nawykłe do mniej lub bardziej wulgarnego hip hopu raczej nie doceni subtelnej melancholii sączącej się z Miss H.I.V. A szkoda bo to naprawdę piękna kompozycja, którą żal pozostawiać na muzycznym marginesie. 

"Unremembered Remembered" to niezykle interesujące i barwne wydawnictwo, ciekawie uzupełniające dorobek grupy. Nie są to żadne odrzuty, dema z piwnicy czy wypłowiałe brudnopisy lecz profesjonalnie zrealizowany album, o czystym i selektywnym brzmieniu. Określam go mianem albumu choć nie do końca wiem jaki status ma to wydawnictwo. Patrząc na czas jego trwania można by pomyśleć, że to mini album, ale z drugiej strony powstają dziś przecież płyty, których długość oscyluje w podobnych ramach czasowych co "Unremembered Remembered". Kwestia owego statusu to rzecz drugorzędna bowiem jaki by on nie był to i tak wszystko rozbija się o muzyczną jakość tego wydawnictwa, a ta jest nad wyraz udana.

 

Jakub Karczyński

29 października 2020

THE CURE - PORNOGRAPHY (1982)



O albumie "Seventeen Seconds" (1980) pisałem przed laty, że jest jak spacer po lesie w piękny, jesienny dzień. Tu słońce dopiero chyli się ku zachodowi, na "Faith" (1981) niknie za chmurami by zgasnąć na "Pornography" (1982). I choć od publikacji tych słów minęło już dziewięć lat, to wciąż się mogę pod nimi podpisać. "Pornography" to punkt, w którym niknie wszelka nadzieja, a odwrót jest już po prostu niemożliwy. Myślać o tej mrocznej trylogii nieodzownie łączę ją z filmem "Czas Apokalipsy" (1979) i podróżą jaką odbywał kapitan Willard. Podróżą do serca ciemności. W głąb szaleństwa, gdzie uporządkowany świat chwieje się w swych posadach, a wszelkie normy etyczne przestają mieć znaczenie. Przekroczenie tej granicy oznacza wyzbycie się człowieczeństwa i pogrążenie się w chaosie. Dla Roberta Smitha także nie był to najlepszy czas biorąc pod uwagę jego kondycję psychiczną. Okres, w którym rodziło się "Pornography", to jeden z najciemniejszych epizodów w jego karierze. Nie powinno więc dziwić, że po tych niezwykle mocnych i wyczerpujących doznaniach także tych narkotykowych, Robert postanowił wpuścić do swego życia nieco więcej światła. Zanim jednak do tego doszło, słuchacze otrzymali jeden z najbardziej mrocznych i przygnębiających albumów. Dzieło tak doskonałe, że mogłoby posłużyć jako ich epitafium. Szczęśliwie stało się inaczej, tak dla nas jak i samego Smitha.

Omawiane dziś wydawnictwo uchodzi za jedno z najważniejszych dzieł The Cure. Stanowi również kres pewnej drogi, rozpoczynającej się wraz z pierwszymi dźwiękami płyty "Seventeen Seconds", a zakończonej właśnie na "Pornography" słowami I'm must fight this sickness, Find A Cure. Prawda, że trudno o bardziej wymowny finał. Robert Smith stawiając w tym miejscu swoją kropkę definitywnie zamknął za sobą drzwi z napisem "zimna fala" i osierocił tym samym wszystkie te gotyckie dzieci wpatrzone w niego jak w obrazek.  W kolejnych latach sukcesywnie strzepywał z siebie te mroczne naleciałości, ale chyba nawet on nie spodziewał się, że pomimo wielu często radykalnych prób, nie uda mu się w pełni uciec przed wizerunkiem jaki sam wykreował. Mądrość ludowa głosi, że: jeśli nie możesz pokonać wroga, spróbuj się z nim zaprzyjaźnić. Patrząc na kolejne kroki jakie podejmował Smith, można odnieść wrażenie, że Robert próbował obłaskawić jakoś tego wizerunkowego potwora, dokarmiając go muzyką pop. Nie wiem czy chciał w ten sposób rozszerzyć jego menu czy liczył na to, że bestię zwyczajnie trafi szlag od tej strawy. Nie wybiegajmy jednak zbyt daleko w przyszłość lecz skupmy się na chwili w czasie, gdy nasz bohater dopiero tworzył sobie pomnik trwalszy niż ze spiżu.

Ilekroć natykam się na jakąś recenzję płyty "Pornography" niemal pewne jest, że znajdzie się w niej fragment, w którym to autor zwraca szczególną uwagę na tekst It doesn't matter if we all die. Być może wynika to z faktu, że są to pierwsze słowa jakie Smith kieruje w stronę słuchacza. Nie przeczę, to mocne wejście, ale czy aż tak istotne by poświęcać mu tyle uwagi? Dużo ważniejsze wydają mi się słowa zamykające ten album, które cytowałem chwilę wcześniej. To tam zawarta jest prawda o zespole i emocjach jakie buzowały w Robercie. Prawda o końcu grupy, ale i nadzieja na odrodzenie. 

Nim to jednak nastąpiło grupa zaciągnęła grubą kotarę, za którą skryła wszystkie swoje lęki i strachy. "Pornography" jest tak naładowany emocjami, że nie dziwi mnie, iż stanowił kres drogi. Za nią była już tylko pustka. Nie jest to więc album na każdą okazję. Jego mrok może słuchacza skutecznie przygnieść i sprawić, że nie łatwo się będzie spod niego wygrzebać. Brak tu popowych refleksów światła rozpraszających mrok jak choćby na "Disintegration" (1989), stąd też nie każdy udźwignie ciężar tej płyty. Osobiście nie mam z tym większego problemu choć bywał czas, że sięgałem po ten album niezwykle rzadko. Już pierwsze dźwięki kompozycji One Hundred Years sprawiają, że dreszcz przechodzi człowiekowi po plecach. Bez ostrzeżenia zostajemy wrzuceni na głęboką wodę i tylko od naszych umiejętności pływackich zależy jak długo utrzymamy się na powierzchni. "Pornography" choć mroczne i przytłaczające ma w sobie jakąś taką moc, która zniewala słuchacza i sprawia, że pomimo strachu wciąż wracamy do tej płyty. Osobiście najbardziej uwielbiam zanurzyć się w dźwiękach The Figurehead, który to uważam za największą perłę tego albumu. Podobną głębię emocjonalną udało im się jeszcze osiągnąć chyba tylko w utworze  The Same Deep Water As You na albumie "Disintegration". "Pornography" jednak należy słuchać od deski do deski bo tylko wtedy mamy szansę poczuć całe spektrum emocji zawarte na tym albumie. Od absolutnych mroków w rodzaju One Hundred Years, A Short Term Effect, Cold czy wspomniane już The Figurehead, po te nieco jaśniejsze jak Strange Day i The Hanging Garden. Do tego ostatniego powstało nawet bardzo klimatyczne i udane video, które miało utorować grupie drogę na szczyt. Niestety nic z tego nie wyszło, bo co dziś wydawać się może dziwne, album w chwili wydania nie rzucił recenzentów na kolana. Jakby tego było mało, w trakcie trasy promującej album doszło do bójki między Robertem a Simonem Gallupem, w konsekwencji czego ten drugi po wywiązaniu się z zaplanowanych koncertów opuścił zespół. W ten oto sposób zespół praktycznie przestał istnieć, choć faktycznie trwał w jakimś takim dziwnym stanie zawieszenia. Jakkolwiek by się nie zapatrywać na tę sprawę, faktem jest, że po reorganizacji składu The Cure stało się już zupełnie innym zespołem. "Pornography" było więc końcem mrocznego, post punkowego oblicza grupy, a etap tak zwanych fantasy singles początkiem nowej drogi, która zaprowadziła ich na sam szczyt.

Trylogia obejmująca sobą albumy "Seventeen Seconds", "Faith" i "Pornography" to z pewnością jeden z ciekawszych etapów działalności The Cure. Nigdy później grupa nie pokusiła się już o tak nastrojowe, zimne i mroczne albumy. Choć każdy z nich malowany był różnymi odcieniami mroku to pomimo różnic w gradiacji, stanowiły swoje doskonałe uzupełnienie. Żal więc, że ostatni rozdział tej podróży był swoistym gwoździem do trumny tego składu i muzycznego oblicza The Cure. Surowość wyrazu, oszczędność środków i ten niepowtarzalny klimat odeszły w cień. A przecież Robert powtarzał, że czasem mniej znaczy więcej. Dlaczego więc zarzucił tę filozofię w kolejnych latach? Tego możemy się już tylko domyślać. 

 

Jakub Karczyński

7 października 2020

SENNE MAJAKI ROBERTA S.


Lato dogasło niczym płomień na zapałce. Za oknem jesień, jedna z moich ulubionych pór roku. Póki co w swej piękniejszej odsłonie. Niestety w tym roku ze względu na sytuację epidemiologiczną nie będzie ona taka jaka być powinna. W ogóle gdyby nie fakt narodzin mego syna, spisałbym ten rok na straty. Miejmy nadzieję, że w kolejnych latach wszystkie klocki wrócą już na swoje miejsce bo tęsknię za beztroskimi przechadzkami po mieście, za wizytami w swoich ulubionych lokalach no i rzecz jasna za koncertami. Ile jeszcze takich dziwnych dni przed nami, trudno powiedzieć. A Strange Day jak śpiewał przed laty Robert Smith na genialnej płycie "Pornography" (1982). Żal tych dawnych dni, kiedy to ekipa z Crawley nagrywała tak znaczące albumy. Od tego momentu upłynęło już wiele wody w Tamizie, a ja wciąż czekam, aż The Cure wydadzą coś co choćby w niewielkim stopniu zbliżyłoby się do tamtych dzieł. Wiara w to, że jest to jeszcze możliwe nie jest zbyt silna bo przecież The Cure, chcemy tego czy nie, znajdują się już na krzywej spadkowej. Gdybym miał wskazać ostatni punkt szczytowy, postawiłbym znacznik przy albumie "High" (1992). Wszystko co pojawiło się potem było już tylko bladym odbiciem dni dawnej chwały choć album "Bloodflowers" (2000) na jedną krótką chwilę znów wlał w moje serce sporo nadziei. Jak się okazało, był to jednak ich łabędzi śpiew. Kolejne albumy były już tylko większym lub mniejszym rozczarowaniem, tak jeśli chodzi o repertuar jak i brzmienie. Szkoda więc, że "Bloodflowers" nie był tym ostatnim akordem grupy jak pierwotnie zapowiadano. Byłoby to nad wyraz piękne pożeganie. Niestety tak się nie stało, a na sklepowych półkach pojawiły się jeszcze dwa albumy, po czym zapanowała wydawnicza cisza, która trwa już dwanaście lat. Jeśli ktoś przez taki okres czasu nie jest w stanie podarować swoim fanom nowej muzyki to widać, że albo się wypalił, albo postanowił odcinać kupony od dawnej sławy. Niedawno pojawiła się informacja, że Smith wraz z The Cure kończy pracę nad nowym albumem, który nota bene miał być już gotowy chyba rok temu. Jakby tego było mało wyjawił też, że pracuje nad swym solowym albumem, który to jest jak taki statek widmo. Zapowiadany od dekad do dziś nie może się zmaterializować. Temat ten stał się już nawet obiektem żartów więc nie przywiązywałbym szczególnie wielkiej wagi do słów Roberta. Nie takie obietnie już przecież w swym życiu składał. Dlatego też choć co jakiś czas podgrzewa on atmosferę wynurzeniami na temat nowej płyty The Cure, która ma być najmroczniejszym dziełem w ich dotychczasowej historii to jakoś podchodzę do tego z dużą dawką sceptycyzmu. Uwierzę jak zobaczę, a ściślej rzecz biorąc jak usłyszę. Miło by było ujrzeć choćby ten jeden jedyny raz grupę The Cure w swej najwyższej formie twórczej, ale to już chyba tylko takie marzenia ściętej głowy. 


 
Jakub Karczyński
 
PS Autorem obrazu zatytułowanego "Szkarłatny zachód słońca" jest angielski malarz William Turner, słynący z romantycznych pejzaży i uważany za ojca impresjonizmu.

27 września 2020

ŚLEPY TRAF

Jesień przekroczyła już próg naszego domostwa więc to ostatni moment by zajrzeć do domowej spiżarni i upewnić się, że niczego w niej nie brakuje. O owocowe herbatki nie muszę się martwić, a i muzyki nie powinno zabraknąć. Mimo to, wciąż staram się trzymać rękę na pulsie. Może niekoniecznie w temacie aktualnych premier bo w tym przypadku zdaję się raczej na sprawdzone marki, ale żeby była jasność nie wzbraniam się przed nowościami. Po prostu jakoś tak to się w moim życiu układa, że częściej o szybsze bicie serca przyprawiają mnie muzyczne wykopaliska, niż tak zwane świeżynki. Z tej też przyczyny uzupełniam swoją kolekcję głównie o starocie, które skrupulatnie wynajduję na aukcjach internetowych. Głównym obszarem moich poszukiwań jak nietrudno się domyślić są lata osiemdziesiąte, ale nie wzgardzam też albumami nagrywanymi pod koniec lat siedemdziesiątych jak i w pierwszej połowie lat dziewięćdziesiątych. Gdyby pokusić się o ustalenie ram czasowych to byłyby to lata 1977 do 1993. Końcówka lat siedemdziesiątych to rzecz jasna eksplozja nurtu punk, ale paradoksalnie ten nurt interesuje mnie incydentalnie. Dużo ciekawszy i barwniejszy okazał się post punk, który to nurt pokazał, że punk był tylko punktem wyjścia. Pierwszym krokiem na drodze zmian, które miały kompletnie przemodelować tak muzyczny biznes jak i samą muzykę. Idea "zrób to sam" zachęcała amatorów do tworzenia własnej muzyki, nawet jeśli ich umiejętności ograniczały się do zagrania sławetnych trzech akordów. Czy zastanawialiście się jakby wyglądał rynek muzyczny gdyby punk rock nigdy nie zaistniał? Jak wyglądałby lata osiemdziesiąte i kolejne dekady? Kogo byśmy dzisiaj wspominali z nutką nostalgii, a komu nie dane by było w ogóle zaistnieć w naszej świadomości. Bardzo chciałbym poznać odpowiedzi na te pytania. Niestety nie mamy wglądu do alternatywnych wersji naszej rzeczywistości więc pozostaje nam tylko czysta spekulacja.


Wracając jednak do tematu płyt, to w ostatnim czasie natrafiłem na dwa niezwykle interesujące wydawnictwa. Nazwy obu grup na pierwszy rzut oka dość tajemnicze i nieznane, ale jeśli poświęci się chwilę czasu to z gęstych sieci pajęczyn zaczną wyłaniać nam się powiązania i tropy, które doprowadzą nas do bardziej rozpoznawalnych szyldów. Zacznijmy więc od grupy The Badgeman, której nazwa nawiązuje do jednej z teorii spiskowych związanych z zabójstwem Johna F. Kennedy'ego. Badge Man to niewyraźna "postać" ze zdjęcia Mary Moorman. Fotografka amatorka uchwyciła moment zabójstwa prezydenta, a na jednym z kadrów widać rzekomo postać snajpera ubranego w policyjny mundur oddającego strzał w kierunku Kennedy'ego. Postać jest na tyle niewyraźna, że nie ma pewności czy to w ogóle zarys człowieka. Narosło w związku z tym wiele teorii, które po dziś dzień mają tyleż zwolenników co przeciwników. Na szczęście w przypadku grupy The Badgeman nie ma mowy o żadnych teoriach spiskowych jak i niejasnościach. Może poza jedną, która tyczy się miejsca zawiązania się grupy. Zwyczajowo podaje się Salisbury, ale jeden z dziennikarzy muzycznych w swej książce Rockin Around Britain wskazuje na Melksham. Nieistotne. Dużo ważniejsza jest muzyka jaką stworzył ten kwartet na swym drugim i zarazem ostatnim albumie. "Ritual Landscape" (1992) okazał się rynkową porażką, która doprowadziła do rozpadu grupy. Jednak to czego nie docenili tak słuchacze jak i dziennikarze, okazało się być najlepszym dziełem chłopaków. Największym orędownikiem tegoż albumu był Julian Cope, wokalista znany tak ze swej kariery solowej jak i działalności w Teardrops Explodes. To on doprowadził do odkrycia przeze mnie tego albumu. Nie osobiście rzecz jasna, ale poprzez swoje nazwisko, które przylepiło się niejako do tej płyty stąd też szukając jego solowych wydawnictw natknąłem się pewnego wieczora i na ten album. Podobnie jak Julian, ja także jestem niezwykle oczarowany jego zawartością, która wymyka się łatwemu zaszufladkowaniu. Osobiście ulokowałbym ich muzykę gdzieś na przecięciu stylistyki post punk z post rockiem, ale do diabła z szufladkami. Tego po prostu trzeba posłuchać. Wniknąć w ten klimat i poczuć nie tylko ducha tamtych czasów, ale i docenić fakt, że pomimo upływu czasu ten album wciąż doskonale się broni. Wydanie na płycie CD uzupełnione jest o kilka dodatkowych nagrań co niekoniecznie pomaga w zrozumieniu fenomenu tego albumu. Więcej nie zawsze oznacza lepiej dlatego też polecam skupić szczególną uwagę na pierwszych siedmiu kompozycjach. Nagrania Grey Area  czy Liturgy doskonale wprowadzają w klimat, ale też i zawieszają poprzeczkę na wyjątkowo wysokim poziomie. Jeśli byście popatrzyli na czas poszczególnych kompozycji to doszlibyście zapewne do przekonania, że to zespół z kręgu rocka progresywnego. Nie brak tu bowiem długich, a nawet bardzo długich utworów. Sam John Peel słuchając kompozycji Crystals, określił ich muzykę właśnie tym mianem, niemniej debiutancki album, na którym znajduje się ten utwór jest ponoć diametralnie inny, od tego co zespół zaprezentował na "Ritual Landscape". Piszę podobno bo płyta "Kings Of The Desert" jeszcze do mnie nie dotarła. Na dniach powinienem ją otrzymać więc będzie okazja sprawdzić ile w tych słowach prawdy. Tymczasem serdecznie zachęcam do posłuchania choćby fragmentów tej niesamowitej płyty.



Drugim wydawnictwem, o którym chciałem napisać kilka słów, jest pozycja sygnowana nazwą Luxuria. Tu także jak w przypadku The Badgeman zadziałała zasada przypadkowości. Szukałem czegoś zgoła innego, a mianowicie płyt grupy Buzzcocks będąc ciekaw czy wytworzy się między nami jakiś rodzaj chemii. Uwielbiałem albumy Magazine, w których realizował się później Howard Devoto więc pomyślałem sobie, że może i z Buzzcocks będzie podobnie. Wpisałem więc w wyszukiwarkę interesującą mnie frazę i po chwili pojawiła się lista płyt grupy. Gdy tak sobie je przeglądałem moją uwagę zwrócił album, do którego poza nazwą Buzzcocks dokleiła się także nazwa Magazine. Tą płytą była rzecz jasna Luxuria, którą czym prędzej zapragnąłem sprawdzić. Szybki odsłuch utwierdził mnie w przekonaniu, że trzeba ją jak najszybciej zakupić. I tak zamiast zgłębiać dyskografię Buzzcocks stałem się dumnym posiadaczem debiutanckiego albumu Luxurii. Grupę tę poza Howardem Devoto tworzył jeszcze niejaki Noko znany również jako Noko 440. Pod pseudonimem tym ukrywał się Norman Fisher-Jones, który swego czasu wspomagał na basie grupę The Cure, a w późniejszych latach stworzył wraz z kolegami z ławy szkolnej Apollo 440. Luxuria w porównaniu do wcześniejszych grup Howarda była z pewnością bardziej przyswajalna dla mniej wyrobionego słuchacza. Nie chcę przez to powiedzieć, że była to muzyka lekka, łatwa i przyjemna bo przecież w żaden sposób nie schlebiała ona najniższym gustom. Miała ona w sobie jednak jakąś taką popową lekkość, o którą nie sposób było posądzić Magazine, a tym bardziej Buzzcocks. Nie podejmuję się jednak wskazywać przegródki stylistycznej wokół której się obracali bo i ta muzyka nie daje się łatwo zaszufladkować. Najważniejsze, że słuchając jej czuję, że to taki odnaleziony fragment mojego muzycznego DNA. I właśnie takie płyty cieszą najbardziej. Takich płyt szukam i udostępniam im swoją przestrzeń życiową by cieszyły tak oko jak i ucho.

 

Jakub Karczyński