16 listopada 2018

DOBRANOCNY OGRÓD

Są takie płyty, które najlepiej smakują w określonych okolicznościach. Jeśli pewne warunki nie zostaną spełnione, można nie dostrzec ich walorów. Mało tego, można je zupełnie zignorować. Wpuścić jednym uchem, a wypuścić drugim i nawet się nie zorientować, że mieliśmy do czynienia z czymś naprawdę wyjątkowym. Dziś, gdy za oknem szarość rozgościła się na nieboskłonie, nasłuchiwaliśmy sobie całą rodziną albumu "Spoon And Rafter" (2003) brytyjskiej grupy Mojave 3. Jakże dobrze się tego słuchało, tak jakby jego zawartość stanowiła idealne dopełnienie dnia. Jakby muzyka wpadła w odpowiednie koleiny, które chronią ją przed niebezpieczeństwem wypadnięcia ze swego toru. Gdy te dźwięki sunęły niczym igła w rowku płyty, ja wpatrywałem się w zaokienny krajobraz i cieszyłem się tą chwilą, w myślach wykrzykując faustowską sentencję - chwilo trwaj, jesteś taka piękna. Bo jakże tu się nie radować, gdy się siedzi w ciepłym domu wraz z rodziną, a na zewnątrz wietrzna zawierucha gna obłoki po niebie. Lubię taką scenerię, zwłaszcza gdy towarzyszy temu wspaniała muzyka. Z pewnością jest nią szerokie spektrum dźwięków stworzone przez członków Mojave 3. Poboczny projekt muzyków Slowdive, okazał się nie mniej interesujący, niż dokonania ich macierzystej formacji. Ta niespieszna kraina dźwięków, oferuje relaks najwyższej próby. Leniwe melodie suną z gracją i dostojeństwem, czarując nie tylko melodiami, ale i klimatem. Jest coś magicznego w tej muzyce, że aż chciałoby się jej słuchać bez końca. Nie zliczę już dziś częstotliwości odtworzeń tego albumu lecz było tego naprawdę sporo. Nawet teraz kręci się ona w moim odtwarzaczu. Jeśli więc nie mieliście sposobności zapoznać się z twórczością tej grupy, to serdecznie zachęcam zajrzeć do tej krainy łagodności. Muzyka ta pomoże wam zrelaksować się po ciężkim dniu, jak i też być pomocna w usypianiu dzieci. Tak pięknych kołysanek próżno szukać na płytach dla dzieci. Dream pop przefiltrowany przez stylistykę country może zauroczyć na długie chwile jeśli nie na całe lata. Pora jednak kończyć dzisiejszy romans z tym albumem. Wskazówki zegara nieubłaganie zbliżają się ku godzinie duchów, a ostatnie dźwięki właśnie przed chwilą wybrzmiały z głośników. Na niebie księżyc zaległ na białej pierzynie wieć czas pójść w jego ślady. Dobranoc.

Jakub Karczyński 

14 listopada 2018

MUZYKA JESIENNEGO CZŁOWIEKA

Jesień rozgościła się za naszymi oknami, a skoro tak, to pora sporządzić ranking pięciu płyt idealnych na tenże czas. Kto wie, być może stanie się to coroczną tradycją. Oczywiście chętnie zapoznam się też i z waszymi typami. Nie musi to być pełna piątka, może być ich mniej. Najważniejsze, aby była to muzyka bez, której nie możecie sobie wyobrazić jesieni. Ponura i przygnębiająca? A może energetyczna i żywiołowa? Od was tylko zależy co preferujecie o tej porze roku w głośnikach. Mnie najbardziej pasują te bardziej melancholijne tony stąd też taki, a nie inny dobór płyt. W tym roku postanowiłem, że wybiorę rzeczy nieco mniej oczywiste stąd też brak tu takich grup jak Joy Division, The Cure, Cocteau Twins czy Clan Of Xymox.
  
 
1. Cigarettes After Sex "Cigarettes After Sex" (2017)

Album, którego nie można pominąć, ani tej, ani żadnej innej jesieni. Tak brzmiałaby Lana Del Rey gdyby zamiast zapraszać do współpracy modnych raperów, poprosiła o pomoc członków niemodnej grupy Cocteau Twins. Cigarettes After Sex stworzyli niezwykle zmysłową i piękną płytę, którą to można jeść łyżkami i wciąż nie mieć jej dość. Dream pop najwyższej próby, rozgrzewający duszę co najmniej tak dobrze jak rum ciało wyziębionego wędrowca. Opatuleni tym dźwiękowym kocem spokojnie możemy zapomnieć o tym, że przed nam zima. Przy dźwiękach takiej muzyki, jesień nie ma prawa odejść. Zjawiskowy album. Do zatrzymania w sercu na lata, jeśli nie na całe życie.
 
 
2. Maximilian Hecker "Lady Sleep" (2005)

Dźwięki z tego albumu dotarły do mnie za pośrednictwem radia, tak samo jak płyta, którą to otrzymałem pocztą od redaktora Pawła Kostrzewy (nieodżałowany "Trójkowy Ekspres"). Muzyka zawarta na tymże albumie to kwintesencja subtelności, zmysłowości i piękna. Idealny podkład dźwiękowy tak na romantyczny wieczór jak i na jesienną słotę. Był taki czas, że niemal nie wyjmowałem jej z odtwarzacza chłonąc te dźwięki niczym gąbka wodę. I tylko żal, że po latach "Lady Sleep" pozostał wyłącznie rozrywką dla wtajemniczonych słuchaczy jednakże nic nie stoi na przeszkodzie abyście i wy dołączyli do tego grona. Czas ku temu najwyższy i odpowiedni.


3. Calla "Scavengers" (2001)

Jesienią czas płynie zdecydownanie wolniej. Nikomu nigdzie się nie spieszy. Jest wreszcie czas by z zadartą głową kontemplować poziom listowia w koronach drzew, budować kasztanowe ludziki jak i zacząć poszukiwania starego dziadka do orzechów. Można też wreszcie wygrzebać jakąś starą płytę, której nie słuchało się od stu lat, a która to dobrze nam się kojarzy z tą porą roku. Gdy zimny wiatr zaczyna wdzierać się w nasze dusze, zalecam otulić się dźwiękami płyty "Scavengers", która to spełnia rolę ciepłego, grubego koca, a może nawet i gorącej herbaty. Trudno nie ulec walorom tejże płyty gdzie intymna atmosfera podaje sobie ręce z niespiesznością.
 
 
4. Lloyd Cole "Easy Pieces" (1985)

Jesień nie musi jawić nam się jako ponura i melancholijna. Moża na nią spojrzeć poprzez pryzmat ciepłego domu, w którym to spędzamy czas przy lekturze książki, podczas gdy za oknem szaleje zawierucha. Ogień w kominku, parująca herbata, nastrojowe oświetlenie wraz z muzyką z płyty "Easy Pieces" wykreują nam odpowiednią atmosferę do przeczekania tej nieprzyjaznej aury. Ciepły głos Lloyda Cole'a do spółki z bogato zaaranżowaną muzyką (w duchu country?) z pewnością przepędzą ciemne chmury tak z nieba jak i z duszy człowieka. Przestrzegam jednak by zbytnio nie tracić czujności bowiem melancholia atakuje tu w najmniej oczekiwanym momencie. Choć nikt jej nie zapraszał, ona przekracza próg naszego domostwa i chwyta człowieka mocno za gardło, że niejednemu może zabraknąć tchu. Nie myślę zdradzać tajemnic tego albumu więc niech każdy na własną rękę się przekona, w którym miejscu melancholia podkłada słuchaczowi nogę, aby wykonał on spektakularne salto.
   

5. Eyeless In Gaza "Back From The Rains" (1986)

Już samo zdjęcie okładki albumu potrafi urzec swym pięknem i trącić w nas strunę melancholijnej zadmumy, ale dopiero nastawiając muzykę mamy szansę poczuć przyjemność płynącą z poznawania różnorodnych twarzy jesieni. Bywa ascetycznie i melancholijnie. Bywa też co nie zdarza się zbyt często w tego typu albumach dość radośnie i optymistycznie. Jakby nadejście jesieni było tak wyczekiwanym wydarzeniem, że aż  rozsadza autora od środka z tej radości. Jest ona tak wielka, że można się nią zarazić. Album dla wszystkich tych, którzy jesienią potrzebują zastrzyku pozytywnej enegrii.  

***

Ilość płyt, które można by zawrzeć w tego typu zestawieniu jest tak ogromna, że aż nietaktem jest ograniczać się wyłącznie do pięciu albumów. Myślę, że typując swoje ulubione płyty na jesień miałbym problem, aby zamknąć się i w liczbie pięćdziesiąt, ale tak to już jest kiedy płytoteka melancholią stoi.

Jakub Karczyński

29 października 2018

MADE IN POLAND - KULT (2018)

Gdy w 2017 roku Kult wydawał swoje koncertówki zatytułowane „Made In Poland”, nikt nawet nie przypuszczał, że rok później o swym istnieniu przypomni nam Made In Poland.  Żeby było śmieszniej, nowy album opieczętowali nazwą „Kult”. Można się uśmiechnąć pod nosem, ale gdy tylko nastawimy płytę w odtwarzaczu, zrozumiemy, że tak właściwie nie ma się z czego śmiać. Zimnofalowa estetyka jakiej hołduje Made In Poland nie dopuszcza nawet do świadomości czegoś takiego jak śmiech. No chyba, że jest to śmiech przez łzy. Tematyka tekstów jak przystało na cold wave jest odpowiednio ponura i przygnębiająca. Wynika to nie tylko z wymogów stylistycznych owego nurtu, ale i z faktu, że tematy, które zdawałoby się są już dalekim echem naszej przeszłości (totalitaryzm, zniewolenie jednostki, nacjonalizm), dziś znów zaczynają przybierać na sile i aktualności. Dzięki temu Made In Poland powraca do nas jako żywy twór z krwi i kości, a nie archaiczna skamielina, którą ktoś postanowił wydobyć z zatęchłego kufra. I choć dzisiejszy skład grupy dość znacznie odbiega od tego jaki znaliśmy z lat osiemdziesiątych (z oryginalnego składu pozostał Piotr Pawłowski i Artur Hajdasz), to daleki jestem od twierdzenia, że to z czym mamy do czynienia obecnie, to grupa Shipyard (bo to jej członkowie załatali luki personalne) odgrywająca numery Made In Poland. Co prawda może tak to wyglądać bowiem materiał jaki zaprezentowali na płycie "Kult", to rzeczy znane już z przeszłości* (co prawda pierwszy raz w wersji studyjnej), ale wierzę w to, że za jakiś czas otrzymamy w pełni premierowy materiał, który zachwyci nas tak samo jak rzeczy sprzed lat. To co najbardziej zdumiewa to fakt, że owa muzyka wciąż ma siłę i moc. Niedowiarkom polecam wysłuchać takich utworów jak Ku świetlanej, Papier z pieczątką oraz Oto wasz program. To wciąż szarpie duszę jak mało co w tym kraju. Jedyne czego można żałować to tego, że zabrakło tu miejsca dla nowych kompozycji bowiem chciałbym się przekonać co teraz zaprząta głowy muzyków. Dopełnieniem obrazu płyty są obcojęzyczne wersje, które jednak nie są w stanie zniwelować drobnego uczucia niedosytu. Jakby tego było mało, materiał na winylu pozbawiony został rodzimych wersji językowych, co osobiście uważam za niezbyt fortunne posunięcie. Album stracił w ten sposób na komunikatywności, co w przypadku takiej muzyki ma niebagatelne znaczenie. Made In Poland od zawsze najlepiej brzmiał po polsku. Nie ma co jednak kręcić nosem. Cieszmy się tym co mamy (a otrzymaliśmy naprawdę udaną płytę), bo kto wie ile lat przyjdzie nam czekać na kolejny album. Zanurzmy się więc w tej zimnej fali i dajmy się jej ponieść do miejsc gdzie w modzie jest tylko jeden kolor – szary. 

Jakub Karczyński

* Wersje koncertowe znajdują się na wydawnictwie "Martwy kabaret" z roku 2008.
 

21 października 2018

THE DANSE SOCIETY - SEDUCTION (1982)

Nazwa The Danse Society zaistniała dla mnie wraz z audycją Ireneusza Białka "Romantycy muzyki rockowej" poświęconej jak nie trudno się domyślić postaci Tomka Beksińskiego. Wśród wielu nazwy zespołów, które to wypromował nasz bohater pojawiła się również i ta. Wtedy nic mi ona nie mówiła, ale zapamiętałem ją by w stosownym czasie zapoznać się z ich twórczością. Pierwszym albumem jaki trafił do mych rąk był album "Heaven Is Waiting" (1983), który w mojej ocenie stanowi szczytowe osiągnięcie zespołu. Dziś jednak chciałbym wrócić do ich debiutanckiego wydawnictwa z roku 1982. Zespół zawiązał się w angielskim Barnsley, leżącym w południowej części Yorkshire. Miasto co prawda nie może pochwalić się zbyt wieloma grupami z kręgu moich zainteresowań, co nie znaczy, że nie wydało znaczących zespołów jak choćby Saxon. Wróćmy jednak do The Danse Society.

"Seduction" to debiutancki album grupy, który bardziej przypomina EP-kę, stąd też miłośnicy winyli zakupując to wydawnictwo w tymże formacie otrzymają tylko siedem kompozycji. Gdy porówna się je z tym co zawiera album w edycji kompaktowej to można aż przetrzeć oczy ze zdumienia. Wydawcy bowiem postanowili wzbogacić ten materiał także o wcześniej wydane single, dzięki czemu album zyskał na objętości. Więcej nie zawsze znaczy lepiej choć patrząc z kronikarskiego punktu widzenia mamy tu dość dobrze zilustrowane początki kariery The Danse Society. Zanim jednak zdecydowali się przyjąć tę nazwę działali przez kilka lat jako The Danse Crazy nie odnosząc jednakże większych sukcesów. Także późniejsze lata kariery trudno uznać za udane bowiem grupie nie udało się zainteresować swą muzyką szerszego grona odbiorców przez co po wydaniu albumu "Heaven Is Waiting" wytwórnia Arista zrezygnowała z dalszej współpracy. Nim to jednak nastąpiło zespół z mozołem wypracowywał swoje pierwsze utwory, w których to można odnaleźć echa muzyki Joy Division. The Danse Society nie byli jednak żadnymi nędznymi naśladowcami bezmyślnie odtwarzającymi patenty swych starszych kolegów. Surowość post punku barwnie rozświetlali dźwiękami syntezatorów dzięki czemu ich muzyka zyskiwała na wielobarwności. Do pełni szczęścia w przypadku albumu "Seduction" zabrakło nośnych melodii i zapamiętywalnych fraz więc nie ma co się dziwić obojętności słuchaczy. Tak na dobrą sprawę żadna z zawartych tu kompozycji nie zwraca na siebie większej uwagi. Brakuje tak zwanych lokomotyw, które byłyby w stanie pociągnąć ten muzyczny skład. Nie znaczy to, że album ten nie ma słuchaczowi nic do zaproponowania. Trzeba jednak uzbroić się w cierpliwość i zagłębić w ten mroczny, ale i fascynujący świat dźwięków. Sporo w tej muzyce niepokoju i dusznej atmosfery, która mam wrażenie dominuje nad wszystkim innym. Nawet melodie zeszły na dalszy plan przez co materiał ten stał się nieco mniej przyswajalny. Gdyby przyszło mi typować single z tego wydawnictwa byłbym w nie lada kłopocie. Trudno wyróżnić coś z tej jednolitej masy bowiem zawarte tu kompozycje są jak dobrze przystrzyżony żywopłot. Nic nie odstaje ani w górę, ani na boki. To co jednak jest zaletą w przypadku żywopłotu niekoniecznie jest nią w odniesieniu do muzyki. Postawiony jednak pod ścianą wskazałbym na Clock i We're So Happy jako na fragmenty, które jakoś tam zaczepiły mi się w pamięci. Nie przykładałbym jednak do nich szablonu idealnego singla bowiem utwory te z pewnością by się w niego nie wpasłowały. Nie mają i nie miały one w sobie takiego potencjału, aby wedrzeć się na alternatywne listy przebojów ani tym bardziej zapętlić się komuś w głowie. Jeśli jednak nie szukacie w muzyce prostych rozwiązań, lubicie odkrywać ją krok po kroku to "Seduction" jest właśnie dla was. Znajdziecie tu dużo interesujących dźwięków prowadzących wprost na spotkanie z nieznanym. I choć gdzieniegdzie pobrzmiewają skojarzenia z Joy Division, Magazine czy Television to są to zaledwie niewielkie fragmenty, których możemy się uchwycić niczym koła ratunkowego. Reszta to skok na głęboką wodę więc albo szybko nauczymy się pływać w tej muzycznej toni albo pójdziemy na dno jak kamień. Bez sznas na wynurzenie. 

"Seduction" jako album jest więc dziś bardziej kronikarskim zapisem tamtych czasów niż płytą, do której chciałoby się wracać. Może intrygiować, ale raczej nie rozpali niczyjej wyobraźni. Warto jednak po nią sięgnąć, choćby po to by przekonać się jak wielki potencjał drzemał w tej grupie. Na tle wielu popularniejszych zespołów z epoki lat osiemdziesiątych, muzyka The Danse Society jawiła się wyjątkowo interesująco. I choć nigdy nie przebili się do pierwszej ligi to w kręgach gotycko post punkowych wciąż cieszą się poważaniem. Może nie stanowią za elementarz tego typu grania, ale kilka ważnych akapitów z pewnością zapisali w tej mrocznej księdze. 
    
Jakub Karczyński

2 października 2018

DOMYKANIE TRUMNY

Przeraziłem się nie na żarty, gdy usłyszałem w Empiku, że brak już biletów na koncert Petera Murphy. To miał być przecież mój najważniejszy koncert tego roku. Szansa by nadrobić to czego nie udało się zobaczyć przed laty. Okazja by znów odwiedzić Wrocław i odświeżyć znajomość z moim bardzo dobrym kolegą jeszcze z czasów licealnych. W jednej chwili te marzenia poskładały się jak domek z kart. W ostatnim desperackim odruchu rzuciłem się szukać biletów w odchłani internetu. Jakaż była moja radość gdy okazało się, że informacje o wyczerpaniu się puli biletów to scenariusz, który na szczęście nie do końca przystaje do rzeczywistości. Owszem w Empiku biletów już brak, ale na stronie tego samego dystrybutora można zakupić je bez większego problemu. Widać każdy sprzedawca dostał swoją pulę do rozdysponowania. Nie namyślając się zbyt długo zakupiłem bilet by nie pluć sobie w brodę za jakiś czas, że oto znów zmarnowałem szansę na zobaczenie jak Bela Lugosi wychodzi z trumny. Czekam więc na dostarczenie mi przez sprzedawcę biletu i dopiero gdy będę miał go w swoich dłoniach poczuję ulgę i spokój na duszy. Sam koncert co prawda dopiero 26 listopada, ale już dziś zacieram gorączkowo ręce. Liczę, że w owej eskapadzie będzie towarzyszył mi mój kolega Paweł bo jak wiadomo we dwójkę zawsze raźniej. On co prawda nie siedzi w tego typu klimatach muzycznych tak głęboko jak ja, ale obiecał mi swoje towarzystwo. Jeśli to czytasz Pawle nie czuj się jednak do niczego zobligowany. Jeżeli w międzyczasie zmieniłeś zdanie to jak najbardziej zrozumiem i nie będę czynił wyrzutów. Miło by jednak było pojechać na ten koncert i zapisać kolejne strony wspomnień, do których będziemy powracać po latach. Cokolwiek by się nie działo, mnie tam nie może po prostu zabraknąć. Mam nadzieję, że występ spełni me oczekiwania i tym samym sprawi, że ponownie nabiorę ochoty na odkurzenie starych płyt Bauhausu jak i twórczości solowej Petera Murphy. Oby z takim samym entuzjazmem jak miało to miejsce przed laty, gdy dopiero zagłębiałem się w tej mrocznej toni.

Jakub Karczyński
 

26 września 2018

RZECZY Z KTÓRYCH WYROSŁEM

Nie jestem zbyt wielkim orędownikiem Facebooka. Uważam bowiem, że poza niewątpliwymi zaletami ma on całkiem sporo wad, z których największymi grzechami są jak to ujął Jerzy Stuhr w "Seksmisji" (1983) - permanentna inwigilacja, budowanie niezdrowych relacji międzyludzkich oraz nadmierne pożeranie naszego wolnego czasu. Zadajcie sobie pytanie czy to co zobaczyliście dziś na Facebooku było warte czasu jaki mu poświęciliście. Czy wzbogacił on jakoś wasze życie i uczynił je wartościowszym? Czy nie lepiej wziąć do ręki książkę zamiast czytać te wszystkie wklejki, które zapychają nam nasze mózgi nic nie znaczącymi informacjami. Niestety sam się na tym łapię, że zaglądam tam zbyt często choć przecież znalazłbym sto fajniejszych rzeczy do roboty.  Pcha mnie tam jakaś niezdrowa ciekawość, choć sam nie wiem co spodziewam się tam znaleźć. I chyba właśnie ta niewiadoma jest najbardziej ekscytującym aspektem tego wszystkiego choć gdy już nakarmię swoją ciekawość to stwierdzam, że owa strawa nie dość, że jakoś mało kaloryczna to jeszcze do tego średnio smaczna.

Czasem jednak trafiam tam na coś co mnie zaintryguje i da nawet do myślenia. Tak było w przypadku ostatniego wpisu jednego z moich ulubionych reportażystów. Mariusz Szczygieł ma niewątpliwe zasługi na polu budowania relacji polsko-czeskich, ale to o czym chcę tu napisać nie ma z tym nic wspólnego. Tym razem refleksja jaką podzielił się Pan Mariusz dotyczyła sztuki Zdzisława Beksińskiego. Stwierdził on bowiem, że malarstwo z okresu fantastycznego jakoś do niego nie przemawia gdyż jest ono dla niego zbyt czytelne i brak tam jakiejś autentycznej tajemnicy. Nie podzielam tego poglądu, ale szanuję jego zdanie. Nie to jednak przykuło moją uwagę lecz fraza o tym, że z Beksińskiego się wyrasta jak z fantastyki. Dało mi to nieco do myślenia bo choć z Beksińskiego jeszcze nie wyrosłem to z fantastyki już raczej tak. Nie czytam obecnie tego typu literatury choć filmy zdarzy mi się jeszcze obejrzeć. Pomyślałem sobie więc o rzeczach, z których już wyrosłem choć kiedyś zarzekałem się, że z pewnością tak nie będzie. Pierwszą rzeczą jaka przyszła mi do głowy to #długie włosy. Nie żeby wyłysiał, co to to nie. Mam na myśli to, że gdy człowiek jest młody zapuszcza sobie włosy by jakoś utożsamić się z muzyką jakiej słucha. Przychodzi jednak taki moment, że siadamy na fotelu fryzjerskim i pozwalamy je sobie ściąć. Godzimy się więc z tym, że pewne rzeczy zostają już za nami, a my bez zbędnego oglądania się za siebie ruszamy w dalszą drogę. Kolejną rzeczą, z której wyrosłem (dosłownie i w przenośni) to buty typu #glany. Nie zrobiłem tego jednak z dnia na dzień lecz modele wysokie zamieniłem na niskie by w pewnej chwili i je schować gdzieś głęboko w szafie. Oba te aspekty łączą się również z muzyką, a ściślej rzecz biorąc z #metalem, którego słuchałem w okresie dorastania. Dziś już również i z niego w większości wyrosłem i nie wracam zbyt często do rzeczy, które zaprzątały mi głowę w tamtym czasie. Podobnie sprawa ma się z #koszulkami z muzycznym logotypem. Wyjątkiem t-shirt Siekiery z okładką "Nowej Aleksandrii", który zachwyca mnie kunsztem swego wykonania. Reszta koszulek poszła w odstawkę. Po prostu uważam, że człowiek w pewnym wieku zaczyna wyglądać w tym groteskowo. Weźmy na przykład takich panów w średnim wieku z opiętymi na brzuchach koszulkami ich ulubionych zespołów, które zamiast podziwu wzbudzają we mnie raczej uśmiech politowania. Nie chodzi bynajmniej o to, że po czterdziestce wszyscy mają wbijać się w garnitury, ale pewne rzeczy zarezerwowane są dla nastolatków i niech tak pozostanie. Nie starajmy się udawać młodzieniaszków, którymi od dawna i tak nie jesteśmy. Pogódźmy się z upływającym czasem i dobierajmy garderobę względem wieku.

Czas w miejscu nie stoi więc i my jako ludzie nie zapuszczajmy mentalnych korzeni lecz rozwijajmy się, dojrzewajmy i cieszmy się tym dokąd prowadzą nas te nowe drogi. Nie ma sensu tkwić w jednym miejscu, skazując się tym samym na los muzealnego eksponatu, który może i ma jakieś walory, ale ni cholery nie można o nim powiedzieć, że koresponduje ze współczesnością.

Jakub Karczyński

PS Wpis ilustruje obraz "Grający w karty" autorem, którego jest Paul Cezanne. Uważny obserwator dostrzegł zapewne, że panowie w ręku zamiast kart dzierżą smartfony, które to domalował im południowokoreański ilustrator Kim Dong-Kyu. Postanowił on w ten sposób nieco odświeżyć i uwspółcześnić dzieła wielkich mistrzów malarstwa.

25 września 2018

JESIENNE TAJEMNICE

Za oknem jesień i to od razu w swej brzydszej odsłonie. Nie ukrywam, że liczyłem na jej przyjemniejszą twarz, przynajmniej jeszcze przez kilkanaście dni. Nie ma jednak co narzekać bowiem w tym roku aura była dla nas wyjątkowo łaskawa. Liczę, że podobnie będzie w przypadku nowych płyt, które ukażą się tej jesieni. Jakoś tak się utarło, że to właśnie o tej porze roku pojawiają się te najistotniejsze premiery płytowe. Być może ma to związek z tym, że albumy wydane właśnie w tym czasie mają większe szanse na wdarcie się do wszelkiego typu podsumowań rocznych aniżeli płyty wydane na początku roku, o których zapominamy po jakimś czasie. Obecność na takowych listach wiąże się nie tylko z prestiżem (większym lub mniejszym), ale i zapewne też z lepszą sprzedażą płyt, stąd też jak mniemam artyści celują raczej w terminy jesienne. Słuchaczom również powinno to odpowiadać bowiem to właśnie teraz jest najlepszy czas by słuchać muzyki. Wiosną i latem ludziom co innego zaprząta głowy więc muzyka siłą rzeczy schodzi na dalszy plan. Mnie to jednak nie dotyczy bowiem u mnie muzyka ważna jest przez cały rok. Stąd też staram się śledzić zarówno to co pojawia się na początku, w środku jak i na końcu roku.

O jednych premierach dowiadujemy się jednocześnie z wielu żródeł, a o innych wiadomości bywają niezwykle skąpe. Na szczęście w przypadku takiej grupy jak Dead Can Dance możemy być spokojni o to, że gdy tylko pojawi się ich nowa płyta to doniesie nam o tym zarówno internet jak i pozostałe środki masowego przekazu. Zapewne już wszyscy wiedzą, że na drugi dzień listopada grupa zapowiedziała wydanie albumu "Dionysus". Nie wiem jak wy, ale ja już nie mogę się go doczekać. Jeśli będzie choć w połowie tak udany jak "Anastasis" (2012) to już zacieram ręce. Nie ma drugiego takiego zespołu stąd nie powinno dziwić, że pomimo upływu tylu lat, każdy sygnał nadawany z obozu Dead Can Dance jest wyczekiwany niczym pierwszy dzień wiosny po długiej i srogiej zimie. Poza tym na horyzoncie brak znaczących premier płytowych, na które to ostrzyłbym sobie zęby. No może nie tak do końca bo wkrótce na rynku pojawi się Made In Poland oraz Riverside, ale i tak jest to niezwykle skromna reprezentacja. W tym roku jesień dość nieśmiało odkrywa przed nami swe sekrety, ale liczę na to, że wkrótce się to zmieni. Czymś w końcu trzeba się ogrzać w te długie jesienne wieczory.

Jakub Karczyński