14 sierpnia 2017

CZŁOWIEK Z LIŚCIEM NA GŁOWIE

Czasem gdy człowiek naogląda się za dużo programów informacyjnych zaczyna wątpić w piękno tego świata. Wygląda to tak jakby nasz świat składał się z afer korupcyjnych, klęsk żywiołowych, brudnej polityki i tysiąca innych równie paskudnych spraw. Nie od dziś w końcu wiadomo, że bad news to good news. Rzadko kiedy mamy okazję posłuchać o czymś co podniesie człowieka na duchu. I gdy tak sobie zaczynamy płynąć tym ściekiem wraz z wszystkimi tymi informacjami, nagle ktoś robi coś, co znów wlewa człowiekowi do serca nieco optymizmu. Wiary w to, że są jeszcze na świecie ludzie gotowi dać coś z siebie, nie oczekując niczego w zamian. Ot, tak by sprawić drugiej osobie przyjemność. Dlaczego o tym piszę? Ano dlatego, że w ostatnim czasie spotkała mnie bardzo miła niespodzianka. Odwiedzając sklep płytowy mojego znajomego, nawet przez myśl mi nie przeszło, że czeka tam na mnie pewna przesyłka. Przyszedłem jak gdyby nigdy nic rozejrzeć się w płytach oraz uregulować należność za zakupione wcześniej albumy, gdy nagle słyszę: "a wiesz był tu niedawno Andrzej z Irlandii i zostawił coś dla ciebie". Z zaskoczenia zrobiłem wielkie oczy, bo przecież niczego nie oczekiwałem. Raptem w moich dłoniach wylądował winylowy singiel grupy All About Eve, o której to wzmiankowałem na przestrzeni lat na tymże blogu. Widać nazwa grupy na tyle utkwiła Andrzejowi w głowie, że gdy (jak sam mi później wyznał), znalazł tego singla na miejscowej giełdzie płyt, pomyślał o tym by mi go sprezentować. To co szczególnie zwróciło jego uwagę to wspaniała, jesienna okładka. Faktycznie jest wstrząsająco piękna. Zaryzykuję nawet twierdzenie, że jest ona wspanialsza, niż obwoluta oryginalnego albumu, choć tamta ma także wiele uroku. Niemniej my, miłośnicy jesieni, mamy słabość do  takich klimatów. Nic na to nie poradzę, że doskonale się czuję, w takim otoczeniu i zamiast męczących upałów wybieram jesień z całym dobrodziejstwem inwentarza. Oczywiście, wolałbym, aby była słoneczna, bo to przecież wtedy możemy obserwować te jakże urzekające jesienne barwy. Niemniej nie wzgardzam też tymi chłodniejszymi dniami, bo wtedy do ubarwiania krajobrazu wykorzystuję muzykę, literaturę oraz herbaty wieloowocowe. Liczę jednak na to, że choć w początkowej fazie, jesień będzie tak piękna jak ta na okładce wspomnianego singla. Gdy wczoraj uruchomiłem gramofon, a z głośników popłynęła muzyka All About Eve, momentalnie w pamięci odżyły kadry najpiękniejszych jesiennych dni. Taki drobiazg, a uruchamia w człowieku mnóstwo pięknych wspomnień. Jeszcze raz dziękuję Ci Andrzeju za ten jakże piękny prezent. Na pewno powrócę do niego w najbliższych miesiącach jeszcze nie raz, zawłaszcza gdy świat przystroi się w nasze ulubione barwy.

Jakub Karczyński
 

3 sierpnia 2017

LUBIĘ WRACAĆ TAM GDZIE BYŁEM

Odebrałem wczoraj na poczcie paczkę z płytami, które to ubarwią mi tegoroczną jesień. Nie tam żadne nowości, a albumy, które mają już na karku swoje lata. Tak się złożyło, że oba z lat siedemdziesiątych, choć z zupełnie innych kręgów muzycznych. To co je łączy to fakt, że obie te płyty doskonale będzie nastawić w okresie od września aż do końca listopada, kiedy to jesień weźmie nas pod swe wielobarwne skrzydła. Pomału gromadzę muzyczne zapasy niczym wiewiórka, by czasem jesień nie zaskoczyła mnie niczym zima drogowców. Pierwszymi nabytkami są te oto widoczne na zdjęciu albumy. "Aja" (1977) Steely Dan to album, który powrócił do mnie niczym bumerang. Kiedyś wymieniłem go na inną płytę, ale w sercu pojawiła się jakaś taka pustka. Zrozumiałem, że zrobiłem błąd. Na co dzień nie słucham jazz rocka i z tej też przyczyny postanowiłem pozbyć się tej płyty, która nie pasowała do obrazu całej kolekcji zgromadzonych albumów, choć dobrze mi się jej słuchało. Ta obca etykietka i muzyka za nią się kryjąca, dały mi do myślenia. No bo przecież to nie etykietka powinna decydować o losie płyty, a muzyka jaką ze sobą niesie. Gdy tylko nadarzyła się okazja, naprawiłem swój dawny błąd i tak znów mogę cieszyć się tym niezwykłym albumem. Bije z niego taka pozytywna energia oraz ciepło, że rozgrzeje chyba nawet największego zmarzlaka. Polecam nastawić ucha. 

Z drugim albumem też wiążę się pewna historia. Muszę jednak po raz kolejny przywołać postać wielkiego nieobecnego, bo przecież gdyby nie Tomek Beksiński, zapewne nigdy nie poznałbym tej płyty. Pamiętam jedną z audycji, nagraną gdzieś na płycie, w której to pojawił się utwór Bridge Of Sighs. Musiał zrobić na mnie wrażenie, bo dokładnie zanotowałem sobie w pamięci tak nazwę utworu jak i jego autora. Gdy po wielu, wielu latach nadarzyła się okazja zakupu całego albumu, nie zastanawiałem się ani chwili. W końcu te wszystkie Tomkowe albumy, które to na przestrzeni lat wirowały w mojej głowie, utwierdziły mnie w tym, że warto po raz kolejny zawierzyć jego gustowi. Tak jak było to w przypadku Ala Stewarta, Roryego Gallaghera czy choćby grupy Strawbs. Zawsze strzał w środek tarczy. Nie pamiętam bym rozczarował się jakimś albumem, który polecał w swoich audycjach. Owszem, nie zawsze zgadzałem się z oceną danej płyty, czasem miałem wrażenie, że nadmiernie dokłada albumom, które na taką krytykę sobie nie zasłużyły. Wszyscy chyba pamiętamy miażdżącą recenzję albumu Marillion "Seasons End" (1989). Poniekąd jestem w stanie ją zrozumieć, bo odejście tak charyzmatycznego wokalisty jakim był Fish postawiło grupę w trudnej sytuacji. Mogli albo się rozwiązać albo poszukać innego wokalisty. Wybrali drugi wariant, co automatycznie postawiło ich pod ścianą, bo czy można wyobrazić sobie w Marillion kogoś lepszego niż Fish? No nie można, ale trzeba oddać Hogarth'owi sprawiedliwość, że także z nim w składzie grupa pokusiła się o nagranie kilku wspaniałych albumów. Tomkowi jednak ta zmiana wybitnie nie pasowała, czemu wielokrotnie dawał wyraz. Niemniej co by o nim nie mówić, to jednak trzeba przyznać, że miał nosa do starego rocka. Potwierdza to "Bridge Of Sighs" (1974) sygnowany przez Robina Trowera. Przegrzebałem właśnie archiwum z jego audycjami, aby zlokalizować rok, w którym to nadany był ten album i okazało się, że wyemitowano go w jego ostatniej audycji z 11/12 grudnia 1999. Widać miał on dla niego jakieś szczególne znaczenie, skoro postanowił włączyć go do repertuaru swojej pożegnalnej audycji. Wspominał w audycji, że jego marzniem było wziąć ślub w Wenecji właśnie pod mostem westchnień. Most ten przemierzali skazańcy wędrujący z Trybunału Kryminalnego do więzienia, w którym to mieli odbywać swój wyrok. Skąd więc ta nazwa? Nawiązuje ona do westchnień jakie według wyobrażeń XIX-wiecznych pisarzy mieli wydobywać z siebie skazańcy, tęsknie wzdychający do swych ukochanych jak i do wolnego świata, z którym musieli pożegnać się na długie lata, jeśli nie na zawsze. Album może nie epatuje takim dramatyzmem, ale ma w sobie to coś co sprawia, że słucham go raz za razem. Gdy tylko w koronach drzew rozpocznie się festiwal barw jakże pięknie zabrzmią takie nagrania jak About To Begin, In This Place czy wspomniany już Bridge Of Sighs. Póki co, za oknem mamy afrykańskie upały, z którymi musimy się mierzyć tak w dzień jak i w nocy. Niemniej nie ma co narzekać, wszakże za niecały miesiąc rozpocznie się wrzesień, a wtedy upały będą już tylko wspomnieniem.

Jakub Karczyński

26 lipca 2017

JESIENNA MSZA


Wyczytałem gdzieś, że grupa The Church sposobi się do wydania kolejnego, dwudziestego szóstego już albumu. Następca połowicznie udanego "Further/Deeper" z 2014 roku, zatytułowany będzie "Man Woman Life Death Infinity". Premierę zaplanowano na jesień, a promować go będzie singiel Another Century, do którego nakręcono już stosowny teledysk:



Jak na moje ucho, to raczej słabo sprawuje się w roli singla. Nieszczególnie przykuwa uwagę, a po jego wysłuchaniu, mało co zostaje w pamięci. Nie, nie jest to zły utwór, ale na singla bym go nie wytypował. Nie wiem kto podjął taką decyzję, ale strzelił jak kulą w płot. No chyba, że pozostałe nagrania również nie posiadają zadatków na dobrego singla. W takim wypadku bierze się już cokolwiek co może mieć choćby minimalny potencjał komercyjny. Choć nowy utwór nieszczególnie zachęcił mnie do zapoznania się z resztą albumu, to i tak trzymam kciuki, za to by nowa płyta spełniła pokładane w niej nadzieje. Jeśli nadarzy się okazja, na pewno ją zakupię, ale coś czuję, że nie ma co liczyć na jej bezproblemową dostępność na sklepowych półkach. W rodzimych sklepach internetowych też bym raczej nie szukał. Zapewne jak zwykle trzeba będzie ją ściągnąć z Anglii, no ale skoro nie można inaczej to cóż zrobić. Wiem, że grupa The Church nie cieszy się w naszym kraju jakąś dużą popularnością, ale pewnie z pięćdziesiąt sztuk dałoby radę u nas sprzedać. Wiem, nie jest to oszałamiająca ilość i zapewne mało komu chce się podejmować trud wprowadzania na taki rynek jak nasz, nowych płyty zespołu. Lepiej wrzucić je na większe i lepiej rozwinięte rynki (Niemcy, Anglia, USA), bo w Polsce nie ma co liczyć, że zyski ze sprzedaży zrekompensują poniesione nakłady finansowe. W takiej sytuacji nie pozostaje nam nic innego jak zaakceptować taki stan rzeczy i uważnie śledzić ofertę zagranicznych sklepów internetowych.

Jakub Karczyński

24 lipca 2017

POETYKA SYNTEZATORÓW

A teraz coś z zupełnie innej beczki. Dziś sięgniemy do poezji śpiewanej. Zanim jednak zrobicie szybki tył zwrot, spójrzcie chociaż na etykietę na tej beczce. Napis Anne Clark być może rozwieje niepotrzebne obawy części czytelników. Jeśli jednak nazwisko poetki nic wam nie mówi, tym bardziej poświęćcie chwilę waszego czasu. Ta "śpiewająca" poetka, tworząca od wczesnych lat osiemdziesiątych obracająca się w kręgu muzyki elektronicznej jak i new wave, zaskarbiła sobie serca przeróżnej grupy fanów. Słuchają jej tak fani poezji jak i muzyki elektronicznej. Wielbiciele post punku jak i tych nieco mroczniejszych brzmień o gotyckim zabarwieniu. Zapewne można by tu dokleić jeszcze kilka innych środowisk, ale przecież nie to jest tutaj najistotniejsze. Dotychczas znany był mi tylko jeden zespół, który łączył tak różne kręgi muzyczne. New Model Army, bo o nich myślę, jednoczy na swych koncertach naprawdę szerokie spektrum słuchaczy. Sądzę, że na występach Anne Clark jest podobnie. Pomimo tego, że nie śpiewa, bowiem jej partie wokalne ograniczają się wyłącznie do deklamacji tekstów, to w żadnym stopniu nie umniejsza to rangi jej muzyki. Ba, czyni ją na swój sposób oryginalną. Jej twórczość doceniana jest tak przez publiczność jak i innych artystów. I to nie byle jakich, bowiem współpracowała i z Johnem Foxxem (ex Ultravox) jak i z Martynem Batesem (Eyeless In Gaza). Zgodziła się też przed laty opracować jeden utwór na płytę rodzimego Fading Colours. Kompozycja Eveline, do której dołożyła swoje partie wokalne była prawdziwą ozdobą tamtego albumu. "I'm Scared Of..."  bo tak nazywała się ta płyta, zawierała także ten sam utwór w wydłużonej wersji, ale pozbawiony już głosu Anne Clark. Oba piękne, choć kompletnie różne.

Wróćmy jednak do jej solowej twórczości. Anne Clark zaistniała dla mnie przez zupełny przypadek. Otóż będąc któregoś dnia w zaprzyjaźnionym sklepie płytowym, usłyszałem jak jeden z klientów odsłuchiwał składankę z jej "największymi przebojami" z lat dziewięćdziesiątych. Wyrażenie celowo przybrałem w cudzysłów, bo przecież Anne Clark nigdy nie zaistniała w masowej świadomości słuchaczy. I gdy tak ta płyta wybrzmiewała w czterech ścianach sklepu, złapałem się na tym, że zaczynam uważniej wsłuchiwać się w kolejne utwory. Po zakończonym odsłuchu klient podziękował i odłożył płytę. Widać wspomniany album, nie spełnił jego oczekiwań. I całe szczęście, bo w przeciwnym wypadku, moja przygoda z muzyką Anne Clark tak szybko jak się zaczęła, tak też błyskawicznie by się zakończyła. Na pewno zostałaby odroczona w czasie, kto wie na jak długi okres. Być może mój entuzjazm względem muzyki Anne osłabłby na tyle, że zwyczajnie zapomniałbym o jej istnieniu. Nie namyślając się więc zbyt długo, wyraziłem chęć nabycia owej składanki, chowając w kieszeń moją niechęć względem takich wydawnictw. Lata mijają, a ja wciąż mam ją na swojej półce. Może nieco przykurzona, ale wciąż wartościowa, póki nie zgromadzę tych nagrań na jej regularnych albumach z lat dziewięćdziesiątych. Później nie będzie mi już potrzebna, więc pewnie podarują ją komuś, kto miejmy nadzieję doceni jej walory artystyczne. Na razie jednak zostaje ze mną, bo droga do celu jeszcze daleka. Póki co, honoru kolekcji muszą bronić trzy regularne albumy Anne - "Pressure Points" (1985), "The Smallest Acts Of Kindress" (2008) oraz  mój ostatni nabytek w postaci "Changing Places" (1983). W obliczu jej pełnej dyskografii, stanowi to nad wyraz skromne zbiory, ale przecież nie powiedziałem jeszcze mego ostatniego słowa w tym temacie.

Jakub Karczyński

17 lipca 2017

RED SUN REVIVAL - RUNNING FROM THE DAWN (2012)

Przed kilkoma tygodniami znajomy przypomniał mi o zespole Red Sun Revival, który zdążył zatonąć już w odmętach mojej pamięci. Grupę tę odkrył dla mnie kilka lat wcześniej, jeden z czytelników "Czarnych słońc". Widząc jaka muzyka gra mi w duszy, polecił zainteresować się twórczością tego zespołu. Jako że lubię odkrywać nowe rzeczy, nie trzeba było specjalnie długo namawiać mnie do posłuchania ich płyty. Wybór padł na "Running From The Dawn" wydany w 2012 roku. Wtedy był to ich jedyny album. Pamiętam, że nie zrobił on na mnie jakiegoś piorunującego wrażenia. Ot, dobre, solidne granie, zakotwiczone w twórczości Fields Of The Nephilim, ale bez szczególnie wybitnych momentów. I chyba te nazbyt czytelne nawiązania, kazały mi wpisać grupę na listę zdolnych naśladowców mistrzów ze Stevenage. Zdolnych, ale nie dość oryginalnych by zagrozić legendzie Fields Of The Nephilim. Płyta przesłuchana kilka razy, powędrowała następnie na półkę i przez większość czasu tkwiła tam nie niepokojona przez nikogo. Aż do teraz. Czasem zdarza się tak, że ktoś wznieci iskrę, która rozpali w człowieku pożar. Tak było i w tym przypadku. Nagle poczułem chęć sięgnięcia po album Red Sun Revival by sprawdzić czy, aby słusznie skazałem go na wieczne potępienie. Jak to często bywa, po latach, pewne oceny ulegają zmianie, czasem na lepsze, czasem na gorsze. W tym przypadku było to in plus. To czego nie dostrzegłem przed laty, teraz wypłynęło jako rzecz zupełnie oczywista. Jakby album powiedział: "dobra, pokaże ci co mam w sobie najlepszego". Tym sposobem odkryłem kilka nagrań, które na tyle mocno wgryzły mi się w pamięć, że wracam do nich z prawdziwą przyjemnością.

Red Sun Revival to młody zespół, założony w Londynie w 2011 roku. Na swoim koncie mają ledwie dwie pełnowymiarowe płyty, ale z pewnością zdążyli już zapaść w pamięć miłośnikom mroczniejszych dźwięków. Opisywany tu album to ich debiutanckie dzieło, którym zaprezentowali się szerokiej publiczności. Docenić należy przede wszystkim doskonałą produkcję oraz klimat, który unosi się nad tym albumem. Jest on zasługą pięknie wkomponowanych partii skrzypiec jak i patentów gitarowych podpatrzonych u Fields Of The Nephilim. Chciałoby się rzec, że jak kraść to od najlepszych. Niemniej nie robiłbym grupie o to wyrzutu, bowiem stworzona muzyka pomimo ewidentnych skojarzeń, ma swój własny charakter. Stworzony materiał na pewno nie był dziełem przypadku. Widać, że grupa doskonale przemyślała sobie to co zamierzała wypuścić w świat. Tak muzycznie jak i pod kątem wizualnym. Wszystko to składa się na bardzo dopracowany debiut, któremu warto poświęcić kilka wieczorów.
  

"Runnig From The Dawn" to album niezwykle melodyjny, bez mielizn czy tak zwanych wypełniaczy. Mamy tu do czynienia z kompozycjami dobrymi, bardzo dobrymi jak i z dwiema absolutnymi perełkami. Z pewnością przypadnie on do gustu osobom rozkochanym w muzyce mroku, malowanej paletą barw charakterystyczną dla grup pokroju NFD, Love Like Blood czy The Eden House. Z tym ostatnim zespołem/projektem Red Sun Revival powiązani są za sprawą swojego wokalisty, który udziela się tam jako gitarzysta. Rob Leydon bo o nim mowa, nie jest człowiekiem znikąd. Zanim powołał do życia Red Sun Revival, działał w Voices of Masada oraz w Adoration. Największą inspirację muzyczną poza Fields Of The Nephilim stanowią dla niego takie grupy jak choćby The Damned, The Chameleons jak i Pink Floyd. Już choćby to wiele mówi nam o tym, czego można się spodziewać po muzyce, ukrytej pod szyldem Red Sun Revival.
Wróćmy jednak do zawartości albumu. Tak jak pisałem, właściwie nie ma tu słabych/zbędnych utworów. Każdy z nich stanowi ważną część tej płyty. Mnie najmocniej zauroczyły zwłaszcza dwa. Z pewnością takim najjaśniejszym punktem tego albumu jest Last Chance, kojarzące mi się nieco z Last Exit For The Lost. Podobieństw można doszukiwać się już w tytułach nagrań i to być może właśnie one, skierowały moje myśli na te tory. Sama muzyka już takich ewidentnych skojarzeń nie nasuwa, choć ma w sobie podobny niepokój. To jednak tylko takie luźne skojarzenie, przy którym można znaleźć tyle samo argumentów przemawiających za co i przeciw niemu. Czasem tak już jest, że odnajdujemy pewne powiązania, choć nie do końca jesteśmy świadomi łączących je nici. Takie rzeczy po prostu się wyczuwa, albo nie.
Gdy z głośników wybrzmi już Last Chance nie warto tracić czujności, bo oto w kolejce czeka już Wide Awake. Odkrycie jego walorów zajęło mi nieco czasu. Tłumaczę sobie to niezbyt fortunnym miejscem w układzie utworów. Po wysłuchaniu Last Chance, moje myśli chyba wciąż jeszcze krążyły wokół tego nagrania, stąd zapewne moja nieczułość na piękno Wide Awake. Nie jest to co prawda utwór tej klasy co poprzedzające go nagranie, ale ma w sobie to coś co sprawia, że warto wyłowić je spośród innych kompozycji. Podoba mi się zwłaszcza ten patent gitarowy, przełamujący nagranie. Taki trochę w stylu alternatywnego rocka spod znaku Franz Ferdinand. Tak przynajmniej mi się to kojarzy.
Równie blisko serca co  Last Chance, trzymam nagranie Forgive Us Now. Tutaj urzeka mnie przede wszystkim solowa partia skrzypiec, którym dano szansę zaprezentowania się w pełnej krasie. Na tle bardzo pięknej kompozycji, lśnią one niczym diament. Głębokie ukłony dla Christine Emery pod palcami, której rodzą się takie cuda. Gdzie ja miałem uszy, że mi takie perełki poumykały. Teraz ręce same składają mi się do oklasków, a wcześniej jakoś nie potrafiłem dostrzec tego dość oczywistego piękna.
Bez większego problemu dostrzegłem za to walory nagrania inicjującego płytę. My Child doskonale wprowadza w nastrój albumu, nie tylko za sprawą nastroju, ale i dzięki sporej dozie przebojowości, podanej jednak w nienachalny sposób. Z pewnością zauroczy ono niejednego słuchacza. Co do tego, nie mam najmniejszej wątpliwości.
Nie ma chyba sensu rozbierać na części pierwsze utworu po utworze i psuć tym samym zabawy potencjalnym słuchaczom. Poza wskazanymi przeze mnie nagraniami, jest tu jeszcze sporo do odkrycia. Warto poświęcić swój czas i zagłębić się w ten jakże piękny i melancholijny album. Co prawda letnia aura niezbyt sprzyja słuchaniu tego typu muzyki (chyba, że nocą), ale zapewniam, że nie warto czekać do jesieni.

Historia z płytą "Running From The Dawn" nauczyła mnie, żeby nie wydawać zbyt pochopnie osądów. Bez odpowiedniego zaangażowania, bardzo łatwo przegapić naprawdę wspaniałe płyty. W związku z tym, mam jeszcze do zrewidowania kilka innych albumów. Kto wie, być może i tam czają się nagrania, o których wkrótce rozpisywać się będę w samych superlatywach. Nim to jednak nastąpi, posłucham sobie kolejny raz płyty Red Sun Revival, by nie tylko nasycić się tymi pięknymi dźwiękami, ale i porozmyślać nad tym jak niewiele brakowało by okrył go kurz zapomnienia.

Jakub Karczyński

28 czerwca 2017

OKO ŁOWCY


Cierpliwość to ważna rzecz, tak w świecie myśliwych jak i zbieraczy płyt. Samo ustrzelenie zwierzyny jest czasem prostsze, niż jej wypatrzenie. Myśliwi i kolekcjonerzy czekają więc cierpliwie, aż na horyzoncie pojawi się odpowiedni zwierz, wart wycelowania w niego broni. I choć myśliwstwa nie pochwalam, a wręcz je potępiam, to bezkrwawym polowaniom na płyty, oddaję się z prawdziwą pasją. Sporządzam sobie za wczasu listę albumów, tak zwanych białych kruków, które chętnie ugościłbym na swojej półce. W większości są to rzeczy naprawdę trudno dostępne, pojawiające się na aukcjach internetowych niezwykle rzadko, ale dzięki temu zabawa jest lepsza, a i radość większa, gdy uda się wreszcie dopaść wymarzoną zdobycz. Takie albumy cieszą mnie najbardziej, bo ilość włożonego trudu w ich zdobycie, jest wprost proporcjonalna do późniejszej satysfakcji. Nawet zakup nowości tak nie cieszy, jak zdobycie białego kruka, bo co to za problem pójść do sklepu i wyłożyć pieniądze na ladę. Żaden. Najbardziej docenia się w końcu to, co przychodzi z trudem. Ta mądrość sprawdza się tak w przpadku płyt jak i w życiu. Kto z nas nie pamięta z dzieciństwa chwili, gdy w wakacje podejmowało się dorywcze prace, by później za zarobione pieniądze kupić sobie coś, o czym się marzyło przez cały rok. Taką rzecz ceniło się nad wyraz mocno, bo człowiek wiedział ile godzin i z jakim trudem musiał na nią zapracować.  

Tak też mniej więcej wyglądało polowanie na album "Inky Bloaters" (1987) Danielle Dax*. Jego zakup na winylu to rzecz niezwykle prosta. Zdobycie jej na kompakcie, to już rzecz wymagająca niebywałego zachodu. Właściwie nie pamiętam bym kiedykolwiek natknął się na nią przeglądając internetowe aukcje w rodzimym serwisie. Dlatego tym większe było moje zaskoczenie, gdy nagle ktoś postanowił się jej pozbyć i to za stosunkowo niewielkie pieniądze. Bitwa o ten album nie była szczególnie zacięta, lecz dla pewności postanowiłem zalicytować z pewnym zapasem, aby czasem na finiszu nie zostać z niczym. Na szczęście aukcja spokojnie dobiegła końca, a mnie pozostało już tylko wyglądać listonosza. Sama płyta od strony muzycznej jest dość osobliwym tworem, ale i artystka nie należy do osób tuzinkowych. Trudno właściwie przyporządkować ją do jakiegokolwiek gatunku, bowiem jej twórczość stanowi taką mieszankę stylów, że chyba najłatwiej przypiąć jej łatkę experimental jak czynią to internetowe skarbnice wiedzy. Choć artystka obraca się w tak różnych rejonach, nie zawsze zbieżnych z moimi zainteresowaniami, to jednak ma w sobie to coś, co mnie do niej przyciąga i każe podążać za śladami jej stóp. Może to ten post punkowy image, przydający jej drapieżności, a może sekret skrywają dźwięki prowadzące słuchacza w nieznanym, a przez to interesującym kierunku. Cokolwiek by to nie było, niech nęci i kusi, bo intrygować też trzeba umieć.

Jakub Karczyński

* Wspominałem o niej przed laty we wpisie zatytułowanym "Trupy wychodzą z szafy" więc, aby już się nie powtarzać odsyłam zainteresowanych pod ten właśnie adres: http://czarne-slonca.blogspot.com/2013/03/trupy-wychodza-z-szafy.html


27 czerwca 2017

LAIBACH - POZNAŃ - 24-06-2017

Laibach zaistniał w mojej świadomości gdzieś na początku studiów, gdy w moje ręce wpadła ścieżka dźwiękowa* do filmu "The Blair Witch Project". Znalazł się tam cover utworu God Is God (oryginalnie Juno Reactor), który to powalił mnie swą mocą. Przez długi czas moja znajomość twórczości grupy ograniczała się tylko do tego utworu. Na jego podstawie stworzyłem sobie wyobrażenie muzyki, którą mogłaby grać ta słoweńska grupa. Oczywiście nie muszę mówić, że wyobrażenie owo nie do końca pokryło z rzeczywistością. Bo i Laibach nie jest do końca zwykłym zespołem. Stanowi on część większej całości, na którą składają się sztuki wizualne, grupa teatralna, studio grafiki i designu oraz Departament Czystej i Stosowanej Filozofii. Laibach jest więc tylko jednym z elementów. Uprawia on swoją muzykę nie stroniąc przy tym od kontrowersyjnych postaw czy poglądów. Pomijając całą otoczkę jaka towarzyszy zespołowi, trzeba przyznać, że muzyka którą tworzą potrafi porwać masy. 

Tak było i na niedzielnym koncercie, który grupa zagrała w Poznaniu w ramach Festiwalu Malta. Zespół na scenie wspomagany był przez orkiestrę symfoniczną oraz wspaniałe efekty wizualne 3D. Park im. Henryka Wieniawskiego przeżył chyba swój koncertowy debiut, bo nie pamiętam by organizowano tu jakiekolwiek imprezy. Choć były obawy o to czy pomieści wszystkich zainteresowanych, to jak się później okazało, obawy te były bezzasadne. W tych jakże pięknych okolicznościach przyrody, w gęstniejącym oczekiwaniu i zniecierpliwieniu, na scenie pojawili się oni. Rozpoczęli od utworu instrumentalnego Bogurodzica by płynnie przejść do klasyki Edwarda Griega w postaci kompozycji Olav Tryggavson oraz Ode An Die Freude Ludwiga Van Beethovena. Okraszone było to nie tylko wyborną grą orkiestry, ale i pięknymi efektami wizualnymi. Pomimo ataku tylu bodźców, wszystko tworzyło spójną całość. Na taki obraz złożyło się pewnie wiele godzin żmudnej pracy, ale efekt był naprawdę imponujący. Dla osób mniej zorientowanych na muzykę klasyczną, koncert zaczął się wraz z utworem Eurovision znanym z albumu "Spectre" (2014). Płyta ta stanowiła dość pokaźną część programu. Na szesnaście zaprezentowanych nagrań, aż pięć pochodziło właśnie ze "Spectre". Album "WAT" (2003) dla porównania reprezentowały tylko dwa nagrania. Reszta to covery i pojedyncze nagrania z poszczególnych płyt. I tak poznańska publiczność mogła wysłuchać We Are Millions And Millions Are One, The Whistleblowers, Resistance Is Flutile a na wybłagany wręcz bis, jednym z dwóch nagrań była Bossanova. Dużym przeżyciem dla zgromadzonej publiczności musiało być również wysłuchanie zaśpiewanej częściowo po polsku, kompozycji Warszawskie dzieci. To fragment z mini albumu "1 VIII 1944" będący hołdem dla powstańców, a stworzony na siedemdziesiątą rocznicę Powstania Warszawskiego. Niemniej to co mnie najbardziej urzekło tego wieczora, to wspomniane już nagrania z albumu "Spectre", ze szczególnym uwzględnienie Whistleblowers, które gwizdałem jeszcze przez cały następny dzień. Nie sposób się wręcz uwolnić od tej melodii. Każdy kto choć trochę śledzi muzyczną historię grupy Laibach wie, że posiłkuje się ona w sporej mierze coverami i takich również nie zabrakło tamtego wieczora. Klasykiem jest już Life Is Life grupy Opus, które Laibach przerobiło na swoją modłę. Niemniej to nie ono wywarło na mnie największe wrażenie. W środkowej części koncertu pojawiły się dwa nagrania, które były niczym postrzał z pistoletu w samo serce. Myślę tu o nagraniach z filmu "Dźwięki muzyki" - The Sound Of Music oraz Climb Ev'ry Mountain. Co by o grupie nie powiedzieć, to mają rękę do coverów. Praktycznie czego nie wezmą na warsztat, to zamienia się jeśli nie w złoto, to przynajmniej w kruszce niewiele ustępujące mu wartością. Jeśli ktoś zna utwór God Is God, którego niestety w Poznaniu zabrakło, to zapewne pamięta, jak daleko w tyle pozostawili oryginał, stworzony przez Juno Reactor. Podobnie było ze wspomnianym nagraniem Climb Ev'ry Mountain, wsparte głosem dodatkowego wokalisty, który pojawił się na scenie tylko po to by wykonać swoją partię. Zrobił to jednak tak wspaniale, że chyba nie tylko mnie zapadł głęboko w pamięć. Sporym nietaktem byłoby też pominąć rolę Miny Špiler, która ilekroć przejmowała rolę głównej wokalistki śpiewała tak, że ręce same składały się do oklasków. Dostrzegł to również mój kolega, który nie słuchał wcześniej Laibacha, ale teraz chyba nadrobi zaległości. Myślę, że nikt kto przybył tego dnia do Parku Henryka Wieniawskiego, nie opuszczał go rozczarowany, bo absolutnie nie było ku temu podstaw. Zespół jak i orkiestra stanęli na wysokości zadania, dając publiczności wszytko to co najlepsze. Umiejętnie też przekłuwali balonik powagi, emitując co pewien czas komunikaty typu "and now for something completly different", puszczając tym samym oko do fanów grupy Monty Pythona jak i nabijając się nieco z tekstów typu "jesteście najlepszą publicznością", które artyści rzucają zazwyczaj w stronę swoich fanów. Wśród zgromadzonych, wzbudziło to szczery śmiech, no bo jakże inaczej do tego podejść jeśli nie z przymrużeniem oka. 

Wspominałem już, że udało się nam wyprosić bis, choć w pewnym momencie nieco już straciłem nadzieję. Im bardziej puchły mi ręce od klaskania, tym mniejszą miałem nadzieję na jakiś post scriptum. Zwłaszcza, że orkiestra opuściła już swoje stanowiska. Na szczęście zespół powrócił do nas jeszcze na dwa utwory - Bossanova oraz Tanz Mitch Laibach. Zwłaszcza to ostatnie nagranie rozruszało część publiczności, choć miałem pewne wątpliwości co tak naprawdę poderwało tych ludzi. Utwór brzmi trochę jakby był stworzony na potańcówki ONR-u, a jego twardy, niemiecki charakter, zdaje się pobudzać w niektórych demony, których lepiej nie karmić. Potwierdzeniem mych obaw, były napotkane po koncercie grupy ludzi w koszulkach "patriotycznych". Sądzę jednak, że przyszli oni tam z zupełnie innych pobudek, niż ja.

Jakub Karczyński 

* Każdy kto oglądał ten film, wie doskonale, że obraz ten nie miał żadnej ścieżki dźwiękowej. Jak to więc się stało, że soundtrack jednak się pojawił na rynku? Otóż twórcy filmu wymyślili sobie, że nagrania na tej kompilacji, to nagrania z kasety Josha, znalezionej w jego porzuconym samochodzie. Jak widać nie ma sytuacji bez wyjścia, grunt to dobra wyobraźnia.