21 czerwca 2019

PRZEZ OCZY DO SERCA

Muzykę można poznawać na różne sposoby. Najczęściej odkrywamy ją poprzez aparat słuchu, ale za chwilę udowodnię, że zanim trafi do naszych uszu, najpierw przedostaje się ona do mózgu za pomocą oka. Stąd też nie bagatelizowałbym znaczenia ani okładek płytowych, ani też samej nazwy zespołu bowiem synchronizując te elementy z muzyką mamy spore szanse zainteresować swoją twórczością potencjalnego odbiorcę szybciej niż byśmy przypuszczali. Przypomniejcie sobie ile to razy wertując płyty w sklepie zatrzymywaliście się przy jakimś albumie zainteresowani jego obwolutą. Ileż to razy odkrywaliście zespoły poprzez interesujący bądź trafny dobór słów w nazwie grupy. No i na koniec przypomnijcie sobie wreszcie wszystkie te naklejki na płytach debiutantów, które to opisują ich muzykę posługując się nazwami bardziej popularnych grup. Nie wiem jak to wygląda w Waszym przypadku, ale historie takich odkryć nie są u mnie czymś wyjątkowym. Ostatnie poczyniłem nie dalej jak kilka dni temu. 

Przeglądając w sklepie używane kompakty natknąłem się na dość frapującą nazwę, która na dodatek została umieszczona na nie mnie interesującej okładce. Niestety z braku czasu nie zdecydowałem się na jej odsłuch. Zakodowałem sobie jednak nazwę zespołu (The Northern Territories) i w warunkach domowych postanowiłem sprawdzić cóż się pod nią kryje. Jakież było moje zdziwienie, gdy odkryłem, że grupę tworzył John Alexander Ericson, którego znałem z solowych poczynań. Niestety na przestrzeni lat pozbyłem się tego albumu czego dziś żałuję, ale tak to już bywa. Wróćmy jednak do The Northern Territories. Zespół powstał w 1992 roku w szwedzkim mieście Uppsala, które może się poszczycić najstarszą uczelnią wyższą w całej Skandynawii. W składzie poza Ericsonem znalazł się też Stefan Sääf. Oboje byli odpowiedzialni za elektronikę jak też i za partie wokalne. Nie do końca potrafię zrozumieć czemu ich muzyka określana jest mianem synth popu, skoro tylko ich debiut nosi ślady takiego brzmienia. Pozostałe albumy wyrastają raczej z brzmień ulokowanych w szufladkach z napisem rock alternatywny z elementami dream popu. Na przestrzeni pięciu lat (1992 -1999) stworzyli trzy albumy i rozpłynęli się niczym poranna mgła. Ericson rozpoczął karierę solową, a po Sääfie słuch zaginął. Nie sposób też dowiedzieć się czegoś więcej o karierze The Northern Territories bowiem informacje w internecie są niezwykle skromne. Patrząc z kolei po ilościach odsłon na YouTube śmiało można wysnuć wniosek, że wielkiej kariery to oni nie zrobili. Być może właśnie to było przyczyną ich rozpadu. Jakikolwiek byłyby tego powód nie zmienia to faktu, że tworzyli interesującą muzykę. Pozostały po nich zaledwie trzy albumu, które z racji swej niszowości, trzymają niekiedy dość wysokie ceny. Przykładem niechaj będzie ich debiut w postaci "Midnight Ambulance" (1994), za który trzeba dać grubo powyżej stu złotych. Może kiedyś uśmiechnie się do mnie szczeście i uda mi się go upolować w bardziej przystępnej cenie. Na razie wciągam go na listę białych kruków, które trzeba będzie upolować w najbliższym czasie. 

Jakub Karczyński

14 czerwca 2019

TROPIKALNA APOKALIPSA


Czerwcowe upały nie oszczędzają nikogo i chyba nawet osoby, które lubią ciepło mają już dość tych tropików. Jeśli ktoś jeszcze powątpiewa w zmiany klimatyczne to tutaj ma namacalny dowód. Aż chciałoby się to skwitować powiedzeniem, kto sieje wiatr ten zbiera burze. I coś jest na rzeczy bo po fali upałów nadciągają też i burze. Nim to jednak nastąpi skazani jesteśmy na domowe sposoby radzenia sobie z tymi tropikami. Cóż zatem może lepiej pomóc nam w tych męczarniach niż chłodny powiew zimnej fali. Nie ma znaczenia czy będzie ona produkcji krajowej czy zagranicznej bowiem każda z nich doskonale wywiązauje się z tego zadania. Wytchnienia można też poszukać w post punku jak i wszelkich innych gatunkach muzycznych, które przywołują na myśl miesiące, w których to niepodzielnie rządzi jesień z zimą.

Oto pięć płyt, które pozwolą nam przetrwać tę tropikalną apokalipsę.

THE CURE "FAITH" (1981)



Muzyka zawarta na tym albumie od zawsze kojarzyła mi się z chłodem i to nie takim zwyczajnym, ale takim jaki odczuwamy wchodząc do wnętrza kościoła. Być może wpływ na to miała okładka płyty, na której to widzimy zatopione we mgle mury świątynne. Już sam ten obraz kreuje niesamowitą i chłodną atmosferę. Jeśli dołożymy do tego jeszcze przeszywająco zimne dźwięki stworzone przez grupę The Cure, to z pewnością warto będzie zaopatrzyć się w ciepły sweter, a może i nawet w rękawiczki. Wyobrażam sobie jakie te dźwięki muszą robić wrażenie kiedy słucha się ich w pustej świątyni. Ogromna, zimna, przytłaczająca przestrzeń, a w niej my i grupa The Cure. Coś cudownego, wręcz nie do opisania. Doświadczenie, które wymyka się spod palców naszej percepcji. Aby to pojąć nie wystarczy skorzystać z usług szkiełka i oka. Tutaj wkracza już mistyka, której nie da się przełożyć na słowa. Warto nadmienić, że nigdy później Robert Smith nie nagrał już tak zimnej płyty. Choć od wzniesienia tej monumentalnej budowli minęło już niemal czterdzieści lat, to siła jej oddziaływania nie osłabła ani na moment. Jeśli szukacie odrobiny wytchnienia, to dobrze trafiliście. Śmiało naciśnijcie na klamkę i przekroczcie próg tej świątyni. Gwarantuję, że nie będzie to czas stracony.


SIOUXSIE AND THE BANSHEES "JOIN HANDS" (1979)



Nie jest to może moja ulubiona płyta Siouxsie And The Banshees. Mało tego, wracam do niej bardzo rzadko, a i to zazwyczaj tylko po to by posłuchać genialnego nagrania Icon. Reszta płyty jest co by tu nie mówić dość ponura (Premature Burial) i niezbyt przystępna (The Lords Prayer) dla uszu przeciętnego słuchacza. Dlaczego więc zdecydowałem się ją umieścić w tym rankingu? Powód jest prosty. Przeszywające zimno bijące tak z muzyki jak i z ust Siouxsie. Jej głos skutecznie zmrozi nie tylko wasze uszy, ale i serce. Ostrzegam jednak, że śmiałkowie, którzy zechcą wybrać się na tę wyprawę bez odpowiedniego przygotowania mogą szybko spać w  głęboką przepaść. Mnie oswajanie tej płyty zajęło kilka lat, ale warto było bo album "Join Hands" ma nam do zaoferowania o wiele więcej niż by się to na pierwszy rzut ucha wydawało. Poza tym to pierwsza stricte gotycka płyta w dorobku Siouxsie And The Banshees, która tak odważnie igra z nastrojowością jak i awangardą. Powiedzieć o tym albumie, że jest nawiedzony to jakby nic nie powiedzieć.

CLOSTERKELLER "PURPLE" (1990) 



Pierwsza dama rodzimego gotyku na swej pierwszej płycie zaprezentowała nam wszystko to co mogliśmy podziwiać na płytach zagranicznych twórców w rodzaju X-Mal Deutschalnd czy Siouxsie And The Banshees. Mocny, chłodny wokal nadawał tej muzyce dodatkowy wymiar, którego wcześniej nie mieliśmy okazji słyszeć w polskiej muzyce. Właściwie Anja była pierwszą kobietą, która zdecydowała się wyruszyć w kierunku tradycyjnego rocka gotyckiego przecierając szlak dla swych następców. Jakkolwiek byśmy nie oceniali dorobku Closterkellera to nie można mu odebrać wkładu jaki miał w wykreowanie tejże sceny w naszym kraju. Albumem "Purple" udowodnili, że można z powodzeniem przeszczepić te dźwięki na polski grunt. Co ciekawe, Closterkeller na swym debiucie od razu zdefiniował swój styl, który wraz z rozwojem kariery dostosowywali do preferencji muzycznych danego składu muzyków, którzy akurat w nim grali. "Purple" to niezwykle barwny album oferujący nam mnóstwo ciekawych rozwiązań brzmieniowych no i ten klimat lat dziewięćdziesiątych, którego w żaden sposób nie da się już odtworzyć. Poza tym to jedyna falowa płyta w całej dyskografii tego szacownego zespołu.
 

SIEKIERA "NOWA ALEKSANDRIA" (1986)



Tego albumu właściwie miało tutaj nie być, no bo przecież to zbyt oczywisty wybór, ale jak tu z niego zrezygnować skoro to najważniejszy polski reprezentant zimnej fali. Mało tego, to jedna z najważnieszych płyt w całym naszym krajowym dorobku. Jej znajomość powinna być obowiązkowa i kontrolowana za pomocą organów państwowych. To rzecz jasna  żart, ale mający pokazać jak ważna to pozycja. Siekiera na "Nowej Aleksandrii" odeszła od zgiełkliwości i surowizn punk rocka na rzecz post punku ukierukowanego na zimną falę. Przekaz werbalny ograniczono do minimum, a mimo to robi piorunujące wrażenie. Czasem mniej znaczy więcej jak mawiał Robert Smith i tak w istocie jest. Album jest doskonały w każdy calu. Brak tu ewidentnych potknięć, a że momentami czerpie on pełnymi garściami z dorobku Killing Joke nie czyni go przez to gorszym. Wszak wzorce trzeba czerpać od najlepszych.


HIDDEN BY IVY "ACEDIA" (2015)


Żeby nie było, że tylko starocie dobrze chłodzą w te upały, sięgnijmy do czegoś zdecydowanie mniej leciwego. Melancholijne dźwięki generowane przez projekt Hidden By Ivy zabiorą nas do miejsc gdzie temperatura rzadko kiedy notuje dodatnie wartości. Może nie są one tak lodowate jak nurt cold wave bowiem muzyka ocieplana jest dźwiękami gitary akustycznej jednak upałów się tutaj nie spodziewajcie. Jeśli miałbym opisać tę muzykę za pomocą pór roku to powiedziałbym, że bardziej przypomina wczesną wiosnę niż lato w pełnym rozkwicie. Sporo tu melancholii, która osnuwa cały ten album. Momentami wyczuwalna jest też marzycielska atmosfera tak charakterystyczna dla dream popu, która leniwie oplata słuchacza. Są to jednak tylko pojedyncze nitki, które jednak dość przyjemnie rozjaśniają tą co by nie mówić dość ponurą płytę. Warto jednak się w niej zanurzyć by odkryć nie tylko jej bogactwo dźwiękowe, ale przede wszystkim, aby posłuchać jak intrygujące płyty powstają w naszym rodzimym undergroundzie.


Mam nadzieję, że zaproponowane przeze mnie muzyka pomoże Wam przetrwać ten ciężki czas. W komentarzach możecie zamieszczać swoje propozycję, do czego serdecznie zachęcam.

Jakub Karczyński

1 czerwca 2019

SZALEŃCZA POGOŃ

Ja to mam szczeście. Przynajmniej jeśli chodzi o wynajdywanie interesujących mnie płyt. I nie chodzi mi tu o albumy, które można sobie kupić ot tak w każdym jednym sklepie płytowym, a o tak zwane białe kruki. Całkiem niedawno zachorowałem na punkcie albumu "From The Lion's Mouth" (1981) grupy The Sound. Tak bardzo spodobały mi się te dźwięki, że czyniłem starania zdobycia tej muzyki na krążku kompaktowym. Co prawda można to było sobie zakupić w formie zbiorczego boxu, ale mnie interesował pojedynczy album. Niestety ceny oscylowały w granicach 150 zł plus jeszcze dochodziła do tego wysyłka w granicach 40 zł i już robiła się z tego kwota, której nijak nie dało się zaakceptować. Trudno się mówi. Nie widząc większych szans na zdobycie tej płyty w bardziej znośnej cenie zapomniałem o niej na jakiś czas. Przypomniałem sobie o niej dopiero w dniu wczorajszym. Wpisałem więc jej tytuł w wyszukiwarkę pewnego portalu aukcyjnego i ku mojemu zaskoczeniu odnalazłem ją w tak niskiej cenie, że aż przetarłem oczy ze zdziwienia. Kwota 55 zł w zupełności zgrała się ze stanem mojego portfela, a symboliczna opłata za wysyłkę utwierdziła mnie w przekonaniu, że to właśnie na taką okazję czekałem. Po sprawdzeniu rzetelności sprzedawcy oraz stanu płyty nie było już się nad czym zastanawiać. Taniej już nie będzie. Czym prędzej więc zakupiłem ten skarb i odliczam już dni do momentu jego dostarczenia.

Szczęście nie opuściło mnie także w przypadku konkursu, w którym do wygrania była książka będąca debiutem literackim Macieja Marcisza zatytułowana "Taśmy rodzinne". Wystarczyło napisać z czym kojarzą nam się lata dziewięćdziesiąte, a jako że mam mnóstwo pięknych wspomnień związanych z tamtą dekadą to napisałem parę słów. Chyba nieźle mi poszło bo zostałem wytypowany wraz z czterema innymi osobami do otrzymania nagrody. Powtórze więc jeszcze raz. Ja to mam szczęście.

Jakub Karczyński

PS Autorem tego przepięknego obrazu jest Andy Thomas.

30 maja 2019

BAT NOUVEAU - METAMORPHOSES (2014)

Choć muzyka zimnofalowa święciła swoje największe triumfy w zamierzchłych latach osiemdziesiątych, to także dzisiaj nie brakuje grup, które chętnie sięgają po tę stylistykę. Przykładów można by podać sporo, także na naszym lokalnym gruncie, ale dziś powędrujemy do odległej Australii, która raczej niezbyt kojarzy nam się z tego typu graniem. Tam to w 2008 roku zawiązał się Bat Nouveau, w skład którego weszli Todd (odpowiedzialny za wokal i gitarę basową) oraz Alex (grający na perkusji jak i na gitarze). Na swój debiutancki album zgłębiający tajniki zimnej fali kazali czekać nam sześć długich lat. Czy było warto? Odpowiedź poniżej.

"Metamorphoses" nie jest z pewnością albumem nowatorskim, ani też nie stara się zreinterpretować stylistykę zimnej fali przefiltrowując ją przez współczesność. Brzmi tak jakby stworzono go w epoce lat osiemdziesiątych, jedyne co może naprowadzić nas na właściwy trop to klarowna produkcja. Na "Metamorphoses" próżno szukać jakiś nowych rozwiązań brzmieniowych czy stylistycznych, ale jeśli ktoś ceni sobie zimną falę w jej klasycznej odsłonie to z pewnością znajdzie tu to czego szukał. Chwilami muzyka Bat Nouveau skłania się bardziej w kierunku surowego punk rocka, przez co brak jej specjalnej subtelności. Wszystko jest tu podane w sposób niezwykle prosty, bez silenia się na finezję. Choć jest ponuro i chłodno, to próżno szukać tu klimatu znanego choćby z płyty "Faith" (1981) grupy The Cure. Przeważają utwory o dość szybkich tempach, wymierzające słuchaczowi serię prostych ciosów. Osobiście liczyłem na nieco inne dźwięki, bardziej stawiające na nastrój niż kreowanie muzycznej apokalispy dźwiękowej. I chyba właśnie to jest największym mankementem tej płyty. Dla kogoś kto z niejednego pieca jadł już chleb, dźwięki zaproponowane na tymże albumie nie są w stanie nas niczym zaskoczyć. Wszystko to już przerabialiśmy na wielu innych płytach i to z o wiele lepszym skutkiem. Nie za bardzo jest więc tu się w czym rozsmakować a o zachwycie to już zupełnie nie ma mowy. Jeśli już miałbym wskazać te bardziej udane fragmenty to skierowałbym uwagę czytelnika na takie nagrania jak The Cry, Portent, Lillies II, ze szczególnym wskazaniem na Ghosteps i Funeral Eyes. To w mojej opinii najciekawsze momenty tego dość schematycznego albumu. Oczywiście nie przeceniałbym nadmiernie tych nagrań, ale na tle pozostałych wypadają nad wyraz korzystnie. Muzyka zawarta na "Metamorphoses" przypomina mi pierwsze albumy grupy Soviet Soviet. Tam też było prosto, surowo i niezbyt finezyjnie, ale z czasem grupa poszerzyła swe horyzonty muzyczne i wyrwała się z tych muzycznych kolein. Pozostaje wierzyć, że taki sam los czeka Bat Nouveau, którego ambicje z pewnością nie ograniczają się do tego by pałętać się gdzieś wśród muzycznej przeciętności. Oby wyciągnęli odpowiednie wnioski i na kolejnej płycie zachwycili nas tym czego tym razem zabrakło.    

Bat Nouveau swoim debiutanckim albumem z pewnością świata nie zawojują. Czas takich dźwięków już dawno minął i nic nie zapowiada, aby miał kiedykolwiek powrócić. Skazani są więc na egzystowanie w muzycznej niszy, w której to muszą wywalczyć swoje miejsce. Póki co, giną w zalewie ciekawszych grup, ale miejmy nadzieję, że nie jest to ich ostatnie słowo. Liczę na to, że jeszcze nas czymś zaskoczą. Tym razem się to nie udało, ale nie jest powiedziane, że w kolejnym rozdaniu do ich ręki nie trafi jakiś as.

Jakub Karczyński

22 maja 2019

A WIĘC POST PUNK

A więc post punk. Taka myśl zakiełkowała mi w głowie gdy zastanawiałem się nad tym z jakim gatunkiem muzyki jestem najbardziej związany. Oczywiście doklejam do tego też cały klasyczny gotyk z zaznaczeniem, że chodzi tu o wszelkiej maści Bauhausy, The Cure, a nie żadne Within Temptation, Nightwish czy nie daj boże Evanescence. Tak jak pisałem już kiedyś, etykiety gotyk używam niezwykle rzadko bowiem w dzisiejszych czasach stała się ona kompletnie niezrozumiała. Może inaczej, dla każdego znaczy co innego stąd w obawie przed wypaczeniem mojego przekazu, staram się omijać ten termin szerokim łukiem. Za cały ten bałagan odpowiadają w głównej mierze dziennikarze, którzy stworzyli ten termin, a który to nie został odpowiednio dookreślony przez co dziś trudno jednoznacznie wskazać co gotykiem jest, a co nie. Jakby tego było mało, grupy uznawane za sztandarowych przedstawicieli tego nurtu wcale się nimi nie czują, odcinając się na każdym kroku od tej etykiety. Nawet Bauhaus, który to singlem Bela Lugosi's Dead rzekomo zainicjalizował zjawisko rocka gotyckiego kpił z tej etykiety i nie poczuwał się do odpowiedzialności poczęcia tego dziecięcia. Gdy dodatkowo w latach dziewięćdziesiątych zmieszano tę stylistykę z metalem, zrobił się już taki bałagan, że nawet Herkules miałby problem, aby to wszystko ogarnąć. Zostawmy to jednak, to temat na inną okazję. Wróćmy do pierwszego zdania.

A więc post punk. Myśl ta zrodziła się w chwili gdy przeżywałem kryzys związany z kompletnym brakiem chęci do słuchania grup z kręgu rocka progresywnego. Właściwie to ten kryzys cały czas trwa i coś nie zanosi się na zmiany w tym temacie. Chyba zmęczyła mnie chwilowo formuła takiego grania. Obecnie wolę coś bardziej ożyczego, świeższego i co by tu nie mówić mniej pretensjonalnego. Być może dobijając do czterdziestki człowiek zostawia za sobą pewne upodobania tak jak zostawia się nadbagaż, który w pewnym momencie zaczyna nam ciążyć. A może to po prostu chwilowa słabość, którą trzeba przeczekać? Swego czasu Tomek Beksiński pisał czy też mówił, że coraz mniej słucha muzyki rockowej bowiem współczesne inkarnacje nie wzbudzały w nim większych emocji. Kochał na zabój swoje dawne miłości w rodzaju Marillion, ale nudziły go czy nawet zniesmaczały setne kopie takich dajmy na to Fields Of The Nephilim. Chyba odczuwam podobnie. Wychodzę z założenia, że jeśli coś zostało zrobione dobrze, to po co to na siłę powtarzać skoro szansa przebicia oryginału jest tak nikła jak trafienie szóstki w totolotka. Czy nie lepiej zaproponować coś nowego? Może nie od razu odkrywczego bo o to niezwykle trudno, ale przecież można poprzestawiać klocki w taki sposób by z banalnej budowli stworzyć coś frapującego. 

Wiele z tego typu myślenia odnajduję w post punku, który to zerwał z trzy akordową prostotą punk rocka na rzecz poszukiwań bardziej złożonych i oryginalnych struktur dźwiękowych. Eksplorował tereny muzyki świata łącząc ją z najrozmaitszymi gatunkami, dzięki czemu powstało tak wiele interesujących płyt. Wystarczy spojrzeć w kierunku dokonań takich grup jak Talking Heads, Public Image Limited czy Killing Joke, aby dostrzec tę wielobarwność jaka charakteryzowała ten nurt. Post punk nie odciął się całkowicie od punk rocka zachowując jego surowość brzmienia.

Z pewnością nie brakowało go grupie Rema-Rema, której to słucham sobie w ostatnim czasie. Powód jest prosty. Na rynku pojawiło się dość osobliwe wydawnictwo, które to zawiera w sobie ich jedyną EP-kę wydaną dla 4AD, wzbogaconą o kilka dodatkowych nagrań jak i debiutancki album, którego to nigdy nie wydano. Powodem był fakt, że zespół nawet go profesjonalnie nie zarejestrował bowiem rozpadł się jeszcze przed wydaniem EP-ki. To co obecnie otrzymujemy to odrestaurowany miks nagrań studyjnych oraz koncertowych pochodzących z zapisu szpulowego i kasetowego. Jest to więc raczej wyobrażenie tego jak mógłaby wyglądać ich debiutancka płyta. Nie jest to muzyka lekka, łatwa i przyjemna niemniej czasem warto wyjść poza swoją strefę muzycznego komfortu by sprawdzić co słychać po drugiej stronie płotu. Ciekawość muzyki to podstawa. Kiedyś mówiło się, że tylko głupi nie jest ciekaw świata, myślę, że śmiało można by przeszczepić to powiedzenie na grunt muzyki. 

Jakub Karczyński
 

14 maja 2019

HANDFUL OF SNOWDROPS - NOIR (2018)

Kanadyjski Handful Of Snowdrops poruszający się w kręgach muzyki post wave jest zjawiskiem obok, którego nie da się przejść obojętnie. Z pewnością trafi do serc wielbicieli synthpopu, a być może nawet zakręci się w uchu miłośnikom darkwave. Pod nazwą Handful Of Snowdrops skrywa się Jean-Pierre Mercier, który odpowiada za całokształt muzyczny obecnego wcielenia tego projektu. Nie bez przyczyny użyłem słowa projekt bowiem za sznurki pociąga tu tylko jedna osoba. Przed laty skład uzupełniali jeszcze Michel Mercier (brat artysty) - perkusja, Jean-François Plamondon - wokal, Jacques De Varennes - bas oraz Marlene Sinclair - klawisze. Obecnie na płytach Handful Of Snowdrop w roli gościa pojawia się Pascale Mercier, której głos nadaje tej muzyce jeszcze więcej powabu i uroku. Nie inaczej jest na najnowszym albumie zatytułowanym "Noir", którym to Handful Of Snowdrops powrócili w ubiegłym roku.

Ciekawostką jest fakt, że za powstaniem tego albumu stoją fani, którzy to sfinansowali jego wydanie. Pieniądze zapewniły odpowiedni komfort, dzięki czemu artysta mógł w spokoju ukończyć swoje dzieło choć presja oczekiwań była na pewno spora. Już poprzedni album pokazał, że dobrych pomysłów z pewnością Jean-Pierre'owi nie brakuje, a i świetnymi melodiami potrafi sypać jak z rękawa. Nie powinno więc dziwić, że w 2015 roku nie znalazłem lepszego albumu niż "III", stąd też niecierpliwie wyczekiwałem jego następcy.

Pierwszy kontakt nie należał do najbardziej udanych i właściwie do dziś dnia targają mną wątpliwości. Moje oczekiwania nie za bardzo zgrały się z zawartością albumu, ale nie jest też tak, że zupełnie się rozminęły. W przeciwieństwie do swego poprzednika, "Noir" wydaje się mniej przebojowy, bardziej mroczny i matowy. Muzyka nie wdzięczy się do słuchacza jakby w obawie przed ujawnieniem mu swych sekretów. Mimo to udało mi się podejrzeć kilka jej tajemnic, ale co tu dużo mówić nie padłem przed tym albumem na kolana. Po tak udanym albumie jak "III", poczułem nawet coś na kształt rozczarowania. Szybko jednak przyszło opamiętanie bowiem czasem to co początkowo zawodzi, po bliższym poznaniu zyskuje w oczach i uszach odbiorcy. Przekonałem się o tym już nie raz więc nastawiłem album po raz kolejny.

Zaczyna się od nastrojowego intro, o którym trudno coś więcej napisać niż to, że jest. Ani nie zachwyca, ani też specjalnie nie drażni. Po tym krótkim wprowadzeniu szybko zostajemy porwani w wir muzyki. Na pierwszy ogień idzie Black And Blue, które na tle przebojów z poprzedniej płyty początkowo jawiło mi się nad wyraz przeciętnie. Przebojowo, ale bez większych fajerwerków i porywów serca. Z czasem jednak nabrało w moich uszach rumieńców i ostatecznie zapisuję je po stronie zysków niż strat. Nieco inaczej ma się sprawa z nagraniem One Of Us. Niby wszystkie elementy są na swoim miejscu, ale ewidentnie brakuje tu dobrego, nośnego refrenu przez co nagranie traci na sile wyrazu. W moim odczuciu to najsłabszy element na tym albumie choć daleki jestem od stwierdzenie, że to złe nagranie. Wszystko rozbija się o brak dobrych pomysłów w obrębie refrenu przez co nagranie sprawia wrażenie monotonnego. O ile Black And Blue jestem jeszcze w stanie wziąć w obronę, tak One Of Us nie dostarcza mi żadnych poważniejszych argumentów by nie stawiać na nim krzyżyka. I gdy już zacząłem tracić nadzieję wreszcie do mych uszu dotarło to na co tak długo czekałem. Utwór, który wynagradza potknięcia poprzedników i utwierdza w przekonaniu, że oto wkroczyliśmy wreszcie na właściwy szlak. A Sound Piece Of Advise to majestat i smutek zamknięte w blisko ośmiu wspaniałych minutach. Do tego dochodzi jeszcze cudowny dwugłos w refenie, za który odpowiadają Jean-Pierre oraz Pascale i już wiadomo, że oto doświadczyliśmy czegoś naprawdę niezwykłego. Tutaj już się kolana pode mną ugieły. O to właśnie chodzi. Takich dźwięków szukam i cieszę się, że także tutaj je znalazłem. Idąc za ciosem pochwalić też należy Another Lonely Sunday, które pomimo braku wyrazistości w refrenie, ma o wiele więcej uroku od takiego One Of Us. Czuć tutaj puls dobrych pomysłów, z których umiejętnie upleciono bardzo interesującą kompozycję. Swoje trzy grosze dołożyła także Pascale, której to głos jest ozdobą każdej kompozycji, w której się pojawia. Nic dziwnego, że Jean-Pierre tak chętnie posiłkuje się jej talentem. Co prawda w nagraniu The End sam dzierży stery wokalne, ale on także przecież dysponuje interesującym głosem i już nie raz udowadniał, że wie jak z tej mąki upiec smaczny chleb. Nie inaczej jest w przypadku nagrania The End, które wyrasta nam tu na drugą siłę pociągową tego albumu. To też najbardziej dynamiczne nagranie na tejże płycie, które z pewnością może się podobać. Nie kroczy wydeptanymi ścieżkami banału lecz raz po raz stara się zaskakiwać słuchacza ciekawymi rozwiązaniami. Niegdyś muzykę Handful Of Snowdrops najczęście przyrównywano do twórczości Clan Of Xymox. Dziś echa ich twórczości pojawiają się już zdecydowanie rzadziej. W mojej opinii, grupy te uprawiając to samo dźwiękowe poletko, robiły to w nieco odmienny sposób dzięki czemu Kanadyjczycy uniknęli zarzutów o bycie wyłącznie bladą kopią swych holenderskich przyjaciół. Najsilniej te wpływy wyczuwalne są jeszcze w utworze The Absence Of Colour. To melancholijne zwieńczenie albumu najpiękniej pokazuje w czym tkwi siła muzyki Handful Of Snowdrops. Łącząc muzyczne tropy z lat osiemdziesiątych ze śladami współczesności, otrzymujemy w efekcie muzykę, której trudno zarzucić anachronizm. W The Absence Of Color dochodzi do tego jeszcze szczypta melancholii, która oplata nas swym pięknem niczym babie lato. Wraz z wybrzmieniem ostatnich dźwięków tego dość krótkiego albumu, słuchacz może poczuć pewien niedosyt, ale miejmy nadzieję, że kolejną porcję muzyki otrzymamy szybciej niż byśmy się tego spodziewali.

Album "Noir" choć interesujący, to nie wytrzymuje konfrontacji z wcześniejszym dorobkiem Handful Of Snowdrops. Uczciwie trzeba dodać, że poprzeczka zawieszona była niezwykle wysoko stąd też skok poniżej oczekiwań może początkowo rozczarowywać, ale jeśli tak się dobrze wsłuchać w te dźwięki to i tak są one lepsze od większości albumów tworzonych w tymże nurcie. Niejedna grupa wiele by dała by mieć w swoim dorobku tak "nieudany" album.

Jakub Karczyński
 

26 kwietnia 2019

OPERACJE PLASTYCZNE

Nareszcie jest. Najbardziej wyczekiwany transport angielskich Kameleonów do Polski właśnie stał się faktem. Od wtorku "zwierzaczki" zadomowiły się w moim odtwarzaczu i cieszą tak ucho jak i oko. Album dotarł do mych rąk bowiem w stanie nienaruszonym, a stopień jego zachowania jest wręcz wyśmienity. Brak śladów użytkowania świadczy o tym, że jego poprzedni właściciel bardzo o niego dbał. Nic dziwnego, mając taki skarb w kolekcji głupotą by było działać na jego szkodę, obniżając w ten sposób jego wartość. Teraz to ja zadbam o to by pozostał w takim stanie jak najdłużej.

Gdy zestawiłem obie okładki obok siebie jeszcze wyraźniej dostrzegłem graficzną mizerotę remasterowanej wersji z 2008 roku. No przecież ten kto zaprojektował ten wizualny koszmar powinien dostać jakiś wyrok za sprofanowanie okładki oryginału. Nie dość, że ją pomniejszył, wpasował w jakąś okropną ramkę to jeszcze przy użyciu komputera rozciągnął obraz w taki sposób, że ruiny wieży przypominają wszystko tylko nie ją samą. Kwintesencją dziadowskiego wykonania jest ledwo widoczny tytuł albumu wkomponowany w pejzaż nieba. Wygląda to trochę tak jakby ktoś dopisał go sobie przy użyciu Worda. Koszmar, koszmar i jeszcze raz koszmar. O wydrapanej nazwie w ramie tegoż obrazu już nawet nie będę się rozpisywał bo jest ona tak samo brzydka jak wszystko inne. Jedyną wartością tejże edycji jest duża liczba zdjęć zamieszczona wewnątrz książeczki, dobry papier no i rzecz jasna drugi krążek z dodatkową zawartością.


Porównując obie edycje nie da się nie zauważyć, że zmieniono właściwie wszystko, przez co strona wizualna nijak ma się do pierwowzoru. Można by rzec, że jest to wariacja na temat tamtej grafiki dlatego też nie pozbywajcie się ze swych kolekcji starych edycji. Najgorsze jest jednak to, że nie jest to przypadek odosobniony. Bardzo często zdarza się, że przy wznowieniach okładki płyt są podrasowywane i niestety zazwyczaj źle się to dla nich kończy. Wyjątkiem jest sytuacja gdy pierwowzór był na tyle nieudany, że przy reedycji zdecydowano się poprawić jego mankamenty (vide Ziyo "Tetris" [1993] ). Chociaż tu też biję się z myślami czy może jednak nie trwać na straży tych pierwotnych koncepcji jakiekolwiek by one nie były. Niech zatem każdy sam rozsądzi ten aspekt w swojej głowie.

Jakub Karczyński