2 sierpnia 2020

A MEANS TO AN END (1995)


W ostatnich dniach intensywnie by nie rzec nałogowo słucham składanki z coverami Joy Division. "A Means To An End" (1995) to leciwy album, ale te dwadzieścia pięć lat na karku żadnej krzywdy płycie nie czyni. Aż prosi się by skomentować to powiedzeniem "stara, ale jara". I faktycznie coś jest na rzeczy bowiem dawno już nie ekscytowałem się tak żadną składanką nie mówiąc już o płycie z coverami. Nie ma co się oszukiwać, ale większość tego typu produkcji to straszna nędza, odgrywanie jeden do jednego danego utworu bez cienia własnej inwencji czy choćby chęci poprzestawiania nieco tych klocków. Czasem naprawdę nie trzeba wiele by tchnąć nowego ducha w klasyczne już utwory. Na "A Means To An End" też nikt tu prochu nie wymyśla, ale za to jest tu kilka takich momentów, że aż można zawyć z zachwytu. She Lost Control w wykonaniu Girls Against Boys jest niezłe tak jak i Days Of The Lords, za które odpowiada Honeymoon Stitch, ale prawdziwa jazda zaczyna się wraz z numerem trzy. To właśnie tam zakotwiczyło nagranie New Dawn Fades, w którym to paluchy maczał Moby. Wszyscy kojarzymy go za sprawą tanecznej muzyki elektronicznej podszytej czasem lekką nutą melancholii, ale przecież gitarowe granie to dla niego nie pierwszyzna. Moby jako rockowy wokalista wypada bardzo naturalnie i przede wszystkim autentycznie. Jego wersja New Dawn Fades poraża potężnym, bardzo klarownym brzmieniem, które słuchane odpowiednio głośno wydobywa na światło dzienne wszystkie atuty tej kompozycji. Moby przyznał podczas jednego z koncertów, że jako nastolatek uwielbiał Joy Division, a Ian Curtis wciąż jest jednym z jego największych bohaterów stąd też jego obecność na tej składance nie powinna dziwić. Mało tego to jedna z najlepszych rzeczy jakie się tu znalazły. Na szczęście nie jedyna bowiem zaraz za nią uplasowała się reinterpretacja Transmision pod którą podpisała się grupa Low, czyli najwolniejszy zespół świata. Opinia zobowiązuje stąd też ich wersja jest maksymalnie spowolniona co w zestawieniu z dynamicznym oryginałem stanowi niesamowity kontrast. I choć mogłoby się wydawać, że to droga na manowce, to wbrew pozorom grupa Low doskonale wie co robi, a robią to przecież od lat. To właśnie takie pomysły zasługują na uznanie bo to przecież one są nowym odczytaniem utworów Joy Division. Ukazując je w nieco innym świetle udowadniają, że twórczość Iana Curtisa sprawdza się nie tylko w szarościach, ale także i w innej palecie barw. Idąc za ciosem Codeine w podobnym duchu ogrywają Atmosphere i wciąż trwamy w tym piękny śnie. Interpretacje te choć minimalistyczne i stonowane mogą się podobać. Mało tego, stanowią piękną ozdobę tego albumu. Ciekawie wypada też największy przebój Joy Division czyli Love Will Tear Us Apart, który odarto z ponurości i przerobiono na dość beztroską pioseneczkę. Ma to swój urok, zwłaszcza gdy wyśpiewywuje go głos Mirandy Stanton związanej w latach osiemdziesiątych z Factory Records. Grzechem byłoby także pominąć milczeniem cover Heart And Soul w wykonaniu Kendry Smith. Być może nie zaskakuje on niczym szczególnym, ale naznaczony jest taką kobiecą zmysłowością, która wlewa nieco ciepła w ten mroczny krajobraz. Niby nic, ale nie pierwszy to raz przekonujemy się o tym, że czasem niewielkim nakładem środków i sił przychodzi artystom stworzyć coś niezwykle frapującego. Niestety jest to też jedno z ostatnich interesujących spojrzeń na dorobek Joy Division bowiem następujące po nim utwory niczym szczególnym się nie wyróżniają. Brak więc tu spektakularnego finału, który sprawiłby, że zbieralibyśmy swe zęby w podłogi, ale i tak polecam sięgnąć po tę kompilację choćby tylko po to by wysłuchać tych kilku wyróżnionych przeze mnie artystów.

Jakub Karczyński
 

13 lipca 2020

BEZLUDNA WYSPA

W ostatnich dniach powróciłem do muzyki grupy The Legendary Pink Dots. Gdy tak odsłuchiwałem sobie album "Shadow Weaver" (1992) doznałem nagłego olśnienia, a przede wszystkim uzyskałem odpowiedź w temacie, który miłośników muzyki przyprawia o ból głowy. Jak tu bowiem go uniknąć, gdy pytają nas o to czyją twórczość zabralibyśmy na bezludną wyspę. Przecież dla tak wielu z nas jest to rzecz z gatunku mission impossible. Mnie się udało więc jak widać jest w tym tunelu światełko nadziei. Gdyby więc przyszło mi spędzić resztę życia na bezludnej wyspie, to chciałbym by towarzyszyła mi w tych chwilach muzyka grupy The Legendary Pink Dots. Dlaczego? Na to pytanie jest kilka odpowiedzi. Po pierwsze, ich dyskografia jest tak rozległa, że nie grozi nam zbyt szybkie wyczerpanie tych zasobów. Po drugie, muzyka jaką tworzą jest niezwykle różnorodna i ciekawa. Po trzecie, nie jest to łatwa twórczość więc minie nieco czasu nim dogłębnie ją poznamy. Po czwarte, teksty Edwarda są na tyle zajmujące, że samo ich rozgryzienie stanowi nie lada wyzwanie. Jeśli więc szukacie niebanalnej twórczości, która skupia w sobie szerokie spektrum muzyczne, śmiało sięgnijcie po twórczość The Legendary Pink Dots. Mniemam, że zapewni wam ona mnóstwo wrażeń, a przede wszystkim uświadomi, że muzyka może wykraczać poza schemat zwrotki i refrenu. I nie zrażajcie się jeśli ta znajomość nie zaiskrzy od pierwszych minut. Wszystko zależy od tego po jaki album sięgniecie w pierwszej kolejności. The Legendary Pink Dots nie są żadnym AC/DC i nie nagrywają w kółko wariacji na temat jednego albumu. Ich muzyka jest tak szalenie różnorodna, że każdy powinien znaleźć w niej coś co trafi wprost do serca. Na pierwszą randkę proponowałbym jednak zaprosić "Belladonnę" (1992), bo to nie tylko ich najbardziej znany album, ale też taki, w którym można zakochać się od pierwszego wejrzenia. W kolejnym kroku polecam zapoznać się z płytą "Any Day Now" (1987), która również skrywa mnóstwo piękna, a na dalsze przechadzki rekomenduję już wybierać trasy wedle własnego uznania. Nie śmiem nawet wytyczać kierunków bo możliwości jest tak wiele jak gwiazd w kosmosie. Sam też dopiero stawiam pierwsze kroki w tym uniwersum choć zespół znam już od wielu lat. Czymże bowiem jest kilka płyt na półce w porównaniu z bezmiarem ich dyskografii. Przez długi czas nie zgłębiałem ich twórczości co z dzisiejszej perspektywy uważam za błąd bo płyty The Legendary Pink Dots oferują nam o wiele więcej doznań i artystycznych wrażeń niż nagrania grup z mainstreamowego świecznika. Uczą nas też postrzegać muzykę w szerszej perspektywie jako dorobek wielokulturowy, który wzajemnie się przenika, inspiruje i dopełnia obrazu całości. Muzyka nie lubi ograniczeń choć tak wielu stara się ją zamknąć w gatunkowych szufladkach. The Legendary Pink Dots udowadnia, że nie ma to najmniejszego sensu bowiem dopiero zrzucenie gorsetu ograniczeń pozwala wydobyć z muzyki to co najpiękniejsze.

Jakub Karczyński
 

8 lipca 2020

PRZESŁUCHANIE 13

Niniejszym dotarliśmy do trzynastej odsłony cyklu "Przesłuchanie", który to powraca do korzeni czyli do formuły krótkich opisów, wrażeń i przemyśleń. To nie miejsce na głębokie analizy, rozbieranie utworów na czynniki pierwsze, ani kreślenie historii poszczególnych grup czy wykonawców. Niestety z biegiem czasu nieco popuściłem lejce przez co niektóre teksty rozrosły się do formatu mini recenzji, a przecież nie o to chodziło. Pora zatem wykonać kilka kroków wstecz i bez zbędnych ceregieli odsłonić dzisiejszą kartę.

IGGY POP "FREE" (2019)


Po wysłuchaniu tej płyty nie opuszcza mnie wrażenie, że otrzymaliśmy raczej zupkę z paczki niż zupę z prawdziwego zdarzenia. Utwory przelatują przez uszy i właściwie nie pozostawiają w głowie żadnych fraz, do których chciałoby się powracać. Do tego jeśli odejmiemy utwory, w których Iggy recytuje poezję, to samej strawy pozostaje tyle co kot napłakał. Już sama długość tej płyty, której bliżej do mini albumu niż pełnoprawnej płyty, każe zadać sobie pytanie czy taki był zamysł czy może po prostu zabrakło pomysłu na rozwinięcie tematu. Zbyt mało tu konkretów by móc dyskutować o mocnych stronach tego wydawnictwa. Dziwią mnie więc te wszystkie pochwalne recenzje jakie dane mi było przeczytać. Przecież ta płyta za parę lat przepadnie w pomrokach dziejów. Tu naprawdę nie ma do czego wracać. Jedyną rzeczą jaka zasługuje na najwyższe oceny to partie trąbki. Absolutnie zjawiskowe, takie jakie najbardziej lubię. Żałuję, że nie jest to ciekawsza płyta, bo mając w składzie taki instrument można było się pokusić o stworzenie prawdziwego arcydzieła.

ocena: 4/10

Jakub Karczyński
 

29 czerwca 2020

THE FORM - INFORMAL (1989)

Austria dała światu swój fragment Alp, człowieka ze śmiesznym wąsikiem, którym bynajmniej nie był Charlie Chaplin, a Polsce wraz z Rosją i Prusami zafundowała kilka rozbiorów. Na szczęście dała też zespół The Form, który zupełnym przypadkiem odkryłem niedawno w czeluściach internetu. Niestety w żadnej z moich domowych encyklopedii muzycznych nie natknąłem się na choćby krótką wzmiankę o tej grupie. Co ciekawe, milczy także Wikipedia. Gdzie więc szukać pomocy? Ratunkiem w tym wypadku są muzyczne blogi, tworzone przed pasjonatów dla pasjonatów. To właśnie w takich miejscach można czasem odnaleźć interesujące nas informacje. Tak też było i w tym przypadku. Oszczędzę jednak nudnej wyliczanki nazwisk bo takie rzeczy można odnaleźć w książeczce dołączonej do płyty. Zamiast tego zaoferuję kilka ciekawostek, które miejmy nadzieję zachęcą do zapoznania się z tą jakże interesującą płytą. Dodam od razu, że jest to album, który nie wpisuje się w prostej linii tak w mój gust muzyczny jak i profil tego bloga jednak ma on w sobie coś takiego, że nie mogłem przejść obok niego obojętnie. Nie jest to żaden post punk, ani nawet synth pop, ale najczystszej wody AOR. Szczerze mówiąc nie przepadam za tego typu muzyką, ale jak widać są też chlubne wyjątki.

Zacznijmy od tego, że album "Informal" (1989) powstał z myślą o podbiciu rynku międzynarodowego. Ten blitzkrieg miał w zamyśle rzucić na kolana nie tylko kraje ościenne, ale i resztę świata stąd też dołożono tu wszelkich starań by produkcja płyty była na najwyższym możliwym poziomie. I to słychać. Nikt tu nie szukał rozwiązań na skróty, nikt nie szczędził sił i środków bo jeśli plan miał się udać musiał być zrealizowany z dbałością o najdrobniejsze szczegóły. Pozyskano w tym celu najlepszych muzyków sesyjnych, wynegocjowano kontrakt z Viena CBS Schallplatten Cesmbll, a gotowy album rozesłano do sklepów w czternastu europejskich krajach. Niestety jak to w życiu bywa, nie wszystko da się precyzyjnie zaplanować, a efekty nie zawsze są współmierne do nakładu sił. Choć "Informal" był jednym z najdroższych albumów w historii austriackiej fonografii, to nie odniósł takiego sukcesu na jaki zasługiwał. Trudno mi orzec w czym tkwił problem, że słuchacze nie podążyli za dźwiękami wykreowanymi przez zespół. Już dwie pierwsze kompozycje ustawiały płytę w taki miejscu, że człowiek wstrzymywał oddech z wrażenia i niecierpliwie wypatrywał kolejnych nut. Zarówno Colours Of Ever jak i Save Me to wymarzone single. Zwłaszcza ten drugi miał zadatki na przebój, którym jednakże nigdy się nie stał. Życie jak widać nie zna pojęcia sprawiedliwości, a może po prostu nie lubi działań ukierunkowanych na osiągnięcie określonego efektu. Słuchając po latach tego albumu zupełnie nie zawracamy sobie jednak tym głowy bowiem płyta połyka nas niemal utwór po utworze. Nim się zorientujecie, a będziecie podśpiewywać pod nosem wybrane melodie czy refreny, które co tu dużo mówić są niezwykle zaraźliwe. Niektóre z nich charakteryzują się ciekawą strukturą jak choćby Land Of Mystery, które z każdą kolejną sekundą nabiera tempa zyskując przy tym dźwiękowego bogactwa. Przypomina to trochę efekt kuli śniegowej, która im prędzej się toczy tym szybciej przybiera na objętości. Tym bardziej szkoda, że zamiast efektownego finału zespół zdecydował się na wyciszenie utworu, niwecząc w ten sposób swój własny wysiłek. Nie jest to najszczęśliwsze rozwiązanie bowiem sprawia to wrażenie jakby grupie zabrakło pomysłu na domknięcie utworu. Zazwyczaj jednak wynikało to z bardziej prozaicznego powodu jakim była pojemność płyty winylowej, która mogła pomieścić po trzydzieści minut muzyki na każdej ze stron. Zostawmy jednak kwestie techniczne, a skupmy się na pozostałej zawartości płyty. To co zwraca szczególną uwagę to fakt, że płyta ta dość szybko zapada w pamięć za sprawą ciekawych i wielobarwnych kompozycji. Widać, że autorzy zadali sobie wiele trudu by stworzyć  możliwie jak najbardziej różnorodny zestaw, mający za zadanie trafić do jak największego grona słuchaczy. Gdybym miał typować najciekawsze momenty tej płyty to poza pierwszymi trzema nagraniami, o których wspomniałem powyżej, dorzuciłbym jeszcze do tego zestawu piękną balladę Ocean Of Love oraz następny w kolejności Walking On The Moon z ciekawie wplecionym cytatem z Message In A Bottle z repertuaru Stinga. To takie puszczenie oka do odbiorców, które może być tylko dodatkowym smaczkiem ale też może naprowadzić słuchacza na jakieś ciekawe tropy pomocne w lepszym zrozumieniu utworu. Resztę musicie odkryć sami, a zapewniam, że jest tu jeszcze parę interesujących rzeczy wartych poznania. Nie chcąc psuć Wam zabawy postawię w tym momencie kropkę licząc na to, że nie zabraknie Wam sił jak i chęci by odkryć tę zapomnianą perłę austriackiej fonografii.

Słowem zakończenia dodam, że album "Informal" poza tym, że brzmi jak milion dolarów to swym kunsztem wykonania śmiało może konkurować z największymi mistrzami elegencji i stylu. Szkoda jednak, że nie zdecydowano się na nieco surowsze środki wyrazu, dzięki czemu album zyskałby charakteru jak i drapieżności. Te drobne mankamenty nie zmieniają wszakże mojej dobrej opinii o tym nietuzinkowym dziele, którego ogromne aspiracje nie znalazły szerokiego zrozumienia u odbiorców i chcąc nie chąc rozbiły się o mur obojętności. Nie im pierwszym i nie ostatnim słońce wosk w skrzydłach roztopiło. Upadki bywają bolesne, ale nie znaczy to, że nie należy próbować bowiem jak uczy przysłowie kto nie próbuje, ten szampana nie pije.

Jakub Karczyński
 

19 czerwca 2020

CZASY OSTATECZNE

Dziś znajomy ze smutkiem skonstatował, że oto nadchodzi kres płyt kompaktowych, że oto wszystkie sklepy wyprzedają je na potęgę, a wznowień coraz mniej. Młode pokolenie też nie napawa optymizmem bowiem dla nich muzyka to już tylko nienamacalny strumień, który wytryskuje z ich smartfonów tudzież komputerów. Trudno mi powiedzieć ile lat życia mają jeszcze przed sobą płyty CD, ale przecież o ich upadku słyszę od lat i póki co wciąż trwają na swym posterunku. Pewnie przyjdzie i taki dzień, że artyści zrezygnują z wydawania swej muzyki na srebrzystych krążkach i siłą rzeczy przymuszą ostatnich Mohikaninów kompaktowego królestwa do złożenia broni i przejścia na stronę streamingu. Smutny to będzie dzień bo co by nie mówić, fizyczny nośnik poza swoimi wadami, ma też wiele pięknych zalet. Osobiście uważam, że płyta to taka książka, której nie można czytać na wyrywki i to w byle jakiej kolejności. Skoro artysta ustala pewną kolejność utworów to pewnie towarzyszył temu jakiś zamysł, a nawet jeśli nie, to nie wypada mącić tej wody choćby przez szacunek dla danego dzieła. Niestety nie każdy to rozumie, a już najmniej wydawcy, którzy na wznowieniach upychają wszystko co im w ręce wleci. Strasznie denerwującym zabiegiem było także zmienianie okładek płyt na rynek amerykański bądź majstrowanie przy kolejności utworów, a już nie daj boże usuwanie jednych piosenek na rzecz innych. Okropne, ale jak się pewnie domyślacie było to podyktowane wymogami danego rynku. To co podobało się w UK niekoniecznie zachwycało słuchaczy w USA. Wynikało to nie tylko z odmiennego gustu, ale i dumy narodowej Amerykanów, którzy nie chcieli by brytyjska muzyka wypierała ich rodzimą twórczość. My za to łyknęliśmy ją bez mrugnięcia okiem, przez co do dziś dnia jej echa słychać na płytach polskich artystów. Tym sposobem wyeliminowaliśmy się już na starcie z możliwości stworzenia czegoś co wyróżniałoby nas na tle innych nacji. Po upadku żelaznej kurtyny starczyło nam sił i pomysłów na powołanie do życia nurtu disco polo, ale świat jakoś nie podjął tej biało-czerwonej rękawicy. Mniejsza jednak z tym.

Po co o tym wszystkim piszę? Nie po to by straszyć upadkiem starego porządku rzeczy, ale by dać nadzieję wszystkim tym, którym nie w smak jest adaptacja do nowych standardów odbierania muzyki. Wszak nawet jeśli pozbawieni zostaniemy świeżej muzycznej krwi, to w zapasie mamy tyle różnorodnych płyt, które wytłoczono na przestrzeni blisko czterech dekad, że starczy nam ich do końca życia. Poza tym znawcy twierdzą, że najlepsza muzyka już została zagrana więc chyba nie ma co się smucić bo nic lepszego nam się już nie przytrafi. Skłonny jestem podpisać się pod tym stwierdzeniem bowiem z roku na rok coraz mniej rzeczy mnie ekscytuje. Mam wrażenie, że obecnie artyści zajmują się już tylko przetwarzaniem dorobku wcześniejszych pokoleń, nie zawracając sobie głowy wyznaczaniem nowych kursów. Nic więc dziwnego, że tworzenie corocznych podsumowań stało się sporym wyzwaniem skoro nie za bardzo jest z czego wybierać. Nie wiem, być może to ze mną jest coś nie tak, ale szczerze mówiąc więcej emocji oferują mi ostatnio tak zwane starocie, które wciąż pieczołowicie tropię i zdobywam, niż gorące premiery. Wnioski z tego mogą być dwojakie. Albo dołączyłem właśnie do grona starych, marudzących pierdzeli albo to współczesnej muzyce, ktoś drastycznie odciął dopływ tlenu i dogorywa ona na naszych oczach.   

Jakub Karczyński


PS Obraz wykorzystany do ilustracji tego posta to "Jeźdźcy apokalipsy" Łukasza Dziedzica.

9 czerwca 2020

ESENCJA DOBREGO SMAKU

Niby człowiek siedzi w muzyce niemal całą dobę, ale i tak nie jest w stanie wszystkiego poznać. Dobrze czasem zdać się na podpowiedzi znajomych, którzy wiedząc w jakich klimatach się obracam podszepną słówko o tym czy innym zespole. Zdarza się to niezwykle rzadko, ale na szczęście zdarza się. Ostatnia taka sytuacja miała miejsca w czasach, gdy można było jeszcze spokojnie pójść sobie na koncert bez obawy złapania koronawirusa. W oczekiwaniu na koncert Clan Of Xymox towarzystwo, z którym tego dnia wybrałem się do Wrocławia gawędziło sobie o muzyce. W pewnym momencie Szymon zapytał mnie czy znam grupę The Essence. Zrobiłem wielkie oczy i pokręciłem bezradnie głową. Nic mi ta nazwa nie mówiła, a przecież powinienem gdzieś się na nią natknąć, z racji mojej fascynacji grupą The Cure. Niestety nasze drogi nigdy nawet się nie przecięły, ale cóż się dziwić skoro nawet w rodzimych encyklopediach muzycznych próżno szukać hasła The Essence. Nie mówiąc już o prasie muzycznej w rodzaju "Teraz rocka", który stał się już taką zmurszałą skamieliną, nie wychodzącą poza tematy mainstreamowe jak Led Zepellin, Deep Purple i Pink Floyd. A przecież nie zawsze tak było. Wystarczy przewertować kilka numerów "Tylko rocka" z lat dziewięćdziesiątych by przekonać się, że kiedyś mieli szersze horyzonty. Mieli też dziennikarzy z prawdziwego zdarzenia, o których dziś mogą tylko pomarzyć. Zostawmy jednak kwestię "Teraz rocka" bo to temat na osobną dyskusję.

Wracając do The Essence, zanotowałem sobie w pamięci tę nazwę i postanowiłem czym prędzej sprawdzić cóż się pod nią kryje. Posłuchałem kilku utworów na YouTube i czym prędzej zacząłem szukać płyt CD. Dość szybko udało mi się zlokalizować ich debiutancki album "Purity" (1985) jak i płytę "Nothing Last Forever" (1991). Trzeba było jednak nieco poczekać bo obie płyty zlokalizowane były poza granicami naszego kraju.


 
Ten holenderski zespół miał wszelkie zadatki na to by zrobić światową karierę, ale jak to w życiu bywa nie zawsze jest tak jak być powinno. To, że nie wymieniamy ich jednym tchem wraz z innymi tuzami mrocznego grania w rodzaju The Cure czy Echo & The Bunnymen to jakaś niewytłumaczalna pomyłka. The Essence w czasach swej świetności zaznaczyli swą obecność na kilku rynkach (Holandia, Niemcy, Szwajcaria, Hiszpania, Wielka Brytania). Gościli także na antenie MTV, które regularnie emitowało teledyski do dwóch ich kompozycji (Only For You, Like Christ). The Essence choć za sprawą wokalisty jednoznacznie kojarzą się z grupa Roberta Smitha, mieli zdecydowanie większe ambicje niż zapisanie się na kartach historii jako cover band. Niestety to co stanowiło ich wyróżnik, stało się też ich przekleństwem bowiem nawet najlepsza kopia pozostaje jedynie kopią. Wie o tym coś grupa Camouflage, za którą do dziś dnia ciągnie się cień twórczości Depeche Mode. The Essence nagrali sześć albumów, z czego ostatni powstał po dwudziestoletniej przerwie i od tego czasu panuje wydawnicza susza. Co ciekawe, grupa wciąż jest aktywna koncertowo, a raczej była bo w dobie epidemii zmuszona była odwołać swoje występy. Kto wie, może ten przymusowy przestój zmobilizuje zespół do nagrania kolejnej płyty. Tego sobie życzmy bo dobrej muzyki nigdy nie za wiele.

Jakub Karczyński

1 czerwca 2020

PET SHOP BOYS - HOTSPOT (2020)

Grupy Pet Shop Boys nie ma chyba potrzeby przedstawiać bo zna ją każdy kto choć pobieżnie interesuje się muzyką. Ich przebój Go West pamiętam jeszcze z czasów swej wczesnej młodości, choć musiało upłynąć jeszcze nieco czasu nim ten zespół zaczął odgrywać w mym życiu szczególne znaczenie. Zachwyciłem się tym duetem za sprawą albumu "Fundamental" (2006), ale to o cztery lata młodszy "Release" (2002) dodawał otuchy na szpitalnym łóżku. Jego ciepła  i subtelna melancholia na wiele lat wyznaczyła wzorzec brzmienia Pet Shop Boys, którego to poszukiwałem na kolejnych płytach. Po albumie "Fundamental", który to wzniósł ich do samych gwiazd, kolejne płyty choć również bardzo udane, nie robiły już na mnie, aż tak wielkiego wrażenia. Niemniej nie narzekałem bo i tak oferowały dużo piękna i emocji. Pierwszym poważnym zgrzytem była płyta "Electric" (2013), która raniła uszy swą kanciastą elektroniką do tego stopnia, że do dziś dnia nie odważyłem się jej zakupić. Przypominało to nieco moment, gdy jadąc rowerem, nagle wylatujemy przez kierownicę bo ktoś wetknął nam kij między szprychy. Notowania grupy na mojej prywatnej giełdzie momentalnie poszybowały w dół. Album "Super" (2016) choć dawał nieco więcej nadziei to i tak ubabrany był jeszcze w ekstrementach swego poprzednika. Przyznam, że zacząłem już tracić nadzieję na powrót do brzmień, za które to pokochałem Pet Shop Boys. Konsekwencją tych rozczarowań był wzmożony dystans i czujność w stosunku do ich najnowszego dzieła. Pierwsze single ku memu zdziwieniu brzmiały naprawdę zachęcająco stąd też do mojego zmrożonego serca zaczęły docierać powiewy cieplejszego wiatru.

Pierwszy krok w chmurach stawiamy za sprawą Will-O-The-Wisp, które to jest taką typową dyskoteką z jakiej słyną Pet Shop Boys, ale już tutaj można wyczuć zmianę kierunku, a właściwie powrót do brzmień od jakich grupa próbowała uciec na swych dwóch ostatnich płytach. Dobrze zrobili, że porzucili tę drogę donikąd bowiem gwiazdom lat osiemdziesiątych wyjątkowo nie do twarzy w nazbyt nowoczesnym odzieniu. Wie coś o tym Madonna, która z królowej popu zmieniła się w charta starającego się nadążyć za współczesnymi gwiazdami popu. Pewne rzeczy przemijają i nie ma już powrotu do dni dawnej chwały. Można rzecz jasna podjąć rzuconą rękawicę, ale szanse na wygraną są niezwykle małe. Lepiej robić to w czym jest się najlepszym, niż rozmieniać się na drobne i stopniowo dać się zepchnąć w zapomnienie. Mam nadzieję, że Pet Shop Boys odrobili już tę lekcję i rozsądnie będą prowadzić ścieżkę swojej kariery. "Hotspot" daje nadzieję na nowe, lepsze rozdanie z czego ogromnie się cieszę bowiem nikt tak pięknie nie mówił, że się boi miłości jak Pet Shop Boys. Dyskotekowa nuta podszyta odrobiną melancholii to ich znak rozpoznawczy, o czym możemy przekonać się choćby w nagraniu Happy People. Niby typowy numer przeznaczony na parkiety, ale jednak sposób śpiewania Neila sprawia, że melancholia sama zakrada się w duszę słuchacza. To właśnie ta dwoistość i wielowymiarowość ich muzyki sprawia, że Pet Shop Boys choć obraca się w stylistyce pop, dalekie jest od dostarczania nam prostej by nie rzec prostackiej rozrywki. Wciąż mają dar do tworzenia pięknych i nie bójmy się tego powiedzieć, poruszających kompozycji. Czasem delikatnych i zwiewnych jak You Are The One, a czasem bezczelnie tanecznych i przebojowych jak stworzone z Years & Years nagranie Dreamland. Najbardziej jednak zawsze czekam na te kompozycje, które obezwładniają mnie swym pięknem jak przed laty Love Is A Catastrophy, które do dziś dnia uważam za ich największe osiągnięcie. Na "Hotspot" jest również jedno takie nagranie. Schowane przed słuchaczami niemal na samym końcu albumu. Burning The Heather bo o nim właśnie mowa, spokojnie mogłoby trafić na album "Release" bez obawy, że zostanie przyćmione przez inne nagrania. Żałuje też, że to nie ono finalizuje opisywane tu wydawnictwo bo z całą pewnością wywiązałoby się z tego zadania o wiele lepiej niż Wedding In Berlin, które ma w sobie tyle uroku co wytwór rąk doktora Frankensteina. No nie wyszło to nagranie chłopakom, a pomysł by wpleść do niego Marsz weselny Mendelsona, zakrawa już o jakiś absurd. Na szczęście to ich jedyne potknięcie na tej płycie, stąd też mogę im to wybaczyć, wszak nikt nie jest nieomylny. W kontekście całego albumu najbardziej cieszy mnie fakt, że panowie wciąż mają w sobie tę dawną wrażliwość, której nie stępił współczesny, siermiężny pop. W ostatnich latach niezbyt często z niej czerpali, na szczęście po latach posuchy, ziarna znów wydały sowity plon.

"Hotspot" to ponoć zamknięcie trylogii, na którą składały się albumy "Electric" oraz "Super". Nie za bardzo jednak potrafię odnaleźć nić łączącą wszystkie te płyty. No chyba, że za takową uznamy osobę producenta Stuarta Price'a, który spaja wszystkie te wydawnictwa. Po co jednak było rozdymać to do rozmiaru trylogii, skoro tak na dobrą sprawę otrzymaliśmy jeden świetny album i dwa gnioty, o różnym stopniu zepsucia.

Spoglądając na albumową okładkę, na której to sylwetki muzyków jak mniemam, nikną nam w czymś na kształt mgły, można by wysnuć przypuszczenie, że oto zespół Pet Shop Boys znika nam z pola widzenia. A może jest wprost przeciwnie, być może oni dopiero wyłaniają się z tej mgły, w której błądzili przez kilka lat by odnaleźć w końcu drogę do uszu swych fanów. Zdecydowanie bardziej przemawia do mnie ta druga interpretacja bowiem jeśli wciąż mają siły by wygrzebać się z bagna, do którego zapędzili się na własne życzenie, to może jeszcze nie czas by ze sceny zejść niepokonanym. Wszak wciąż wśród tandenty lśnią jak diament. Miejmy nadzieję, że ten blask oczaruje jeszcze niejedną parę oczu.

Jakub Karczyński