16 stycznia 2018

TOP 10 - 2017

Nie ma już co zwlekać. Czas definitywnie zamknąć rok 2017 i oddać się kontemplacji innych albumów, których nazbierało się na przestrzeni czasu. Jaki był więc ten minony rok? Patrząc po liście płyt jakie wynotowałem ze swego zeszytu to chyba nie był on taki najgorszy.  Powiem więcej był całkiem dobry i obfitował w kilka zaskoczeń tzw. postrzałów w serce. Niestety nie brakowało też rozczarowań wśród, których prym wiedli Roger Waters, Eloy czy Deep Purple. Jak widać stara gwardia nie zawsze staje na wysokości zadania, ale też trudno od kogokolwiek wymagać by za każdym razem tworzył arcydzieło. Dla jasności, nie były to jakieś wybitnie złe czy tragiczne albumy, one po prostu nie wytrzymują konkurencji z poprzednimi dziełami tych twórców i stąd to rozczarowanie. Waters dość przynudnawy, Eloy przegadany a Purple zaledwie dobrzy. W ich przypadku jedna świetna kompozycja nie jest w stanie zamaskować wielu mielizn tego albumu. Skupmy się więc na tych najlepszych płytach, które w mojej opinii warte są tego, aby odnotować je na łamach "Czarnych słońc". Niestety w tym roku bez polskich akcentów. Szkoda, bo szczerze liczyłem na rodzime produkcje, ale niestety nie trafiłem na nic co skradłoby mą uwagę na dłużej. Co zatem przedostało się przez sito selekcyjne? Oto moja dziesiątka najlepszych płyt ubiegłego roku. Ustalenie kolejności nie było prostą sprawą, ale jakoś się udało, choć tak na sto procent to jestem pewien tylko trzech pierwszych pozycji. Pozostałe w zależności od nastroju czy dnia mogłyby pewnie zamienić się miejscami. Nie zmienia to faktu, że te dziesięć poniższych płyt podobało mi się najbardziej. Oto i one:

1. Cigarettes After Sex "Cigarettes After Sex"

To bezsprzecznie moja płyta minionego roku. Mało co tak na mnie podziałało jak album Cigarettes After Sex, który przyjemnie wskrzesił wspomienia najlepszych czasów wytwórni 4AD.Tak mógłby brzmieć ostatni album Lany Del Rey gdyby zamiast zapraszać do współpracy modnych raperów, poprosiła o pomoc członków niemodnej grupy Cocteau Twins. Zjawiskowy album do zatrzymania w sercu na lata, jeśli nie na całe życie.

2. Drab Majesty "Demonstration"

Drab Majesty zauroczyło mnie swą mroczną, tajemniczą i niesamowicie przebojową płytą do tego stopnia, że wciąż nie mogę uwierzyć w to, że nie okazała się ona tylko snem. W ogóle nastawiając ją w odtwarzaczu czuję się jakbym przechodził do innego wymiaru, do krainy tyleż fascynującej co jeżącej włosy na głowie. Doskonałe wymieszanie elementów muzyki elektronicznej z mrokiem gotyku dało tu piorunujący efekt, a przebojowy charakter niektórych kompozycji każe przypuszczać, że o Drab Majesty usłyszymy jeszcze nie raz.     

3. Slowdive "Slowdive"

Czy ich powrót kogokolwiek rozczarował? Nie sądzę bowiem dźwięki zagrane na tymże albumie są tym czego można się było po nich spodziewać. Nikt chyba nie oczekiwał rewolucji, zmian czy wytyczania nowych, muzycznych ścieżek. Te którymi nas prowadzą są wyjątkowo malownicze i piękne. Słucha się tego z zapartym tchem i tylko żal, że ta podróż trwa tylko trzy kwadranse. Dream pop z najwyższej półki.

4. Clan Of Xymox "Days Of Black"

Okładka niezbyt zachęca do zapoznania się z zawartością tegoż albumu, ale warto się przemóc bo oto Clan Of Xymox ponownie złapał wiatr w żagle. Już poprzednim albumem udowodnili, że nie mają ochoty żyć blaskami dawnej sławy lecz chcą kreować nowe muzyczne przestrzenie. I trzeba im przyznać, że wiedzą jak to zrobić, aby nie tylko nie zabrzmieć archaicznie, ale by zapisać kolejne karty swojej historii złotymi zgłoskami. I choć Clan Of Xymox może nie wzbudza już takich emocji jak w latach osiemdziesiątych to wciąż są ważną figurą na tej szachownicy.

5. Kilbey / Kennedy "Glow And Fade"

Lider australijskiej grupy The Church nie tylko znalazł czas dla swej macierzystej formacji, ale i nagrał wespół z Martinem Kennedy'm album iście kosmiczny. I bynajmniej nie chodzi mi tu tylko o okładkę jaka zdobi to wydawnictwo lecz o samą muzykę, która jest jak podkład dźwiękowy do wypraw kosmicznych. Dźwięki pełne subtelności przy których można się nie tylko rozmarzyć, ale i wyciszyć. Nie jest to bynajmniej żaden ambient lecz logiczne rozwinięcie formuły znanej z ostatnich płyt The Church. Kilbey jak zwykle w doskonałej formie wokalnej. Polecam nastawić ucha bo to naprawdę piękna płyta.

6. Gary Numan "Savage. Songs From A Broken World"

Wprowadzeniem w nowy album Gary'ego Numana była negatywna recenzja na jaką natknąłem się w jednym z portali muzycznych. Bynajmniej nie zniechęciło mnie to przed zapoznaniem się z tym albumem. Dobitnie przekonałem się, że to co dane mi było przeczytać nijak ma się do tego co dane mi było wysłuchać. Post apokaliptyczny industrial zaserwowany nam przez Gary'ego Numana pomimo swej chropowatości ma całkiem spory ładunek przebojowości, który może trafić także do serc osób niekoniecznie gustujących w tego typu dźwiękach. Całość okraszona jest świetną, selektywną i majestatyczną produkcją, która brzmi tak jak gdyby skomponowano ją z myślą o kolejnej części Mad Maxa. Duża sztuka.

7. The Jesus And Mary Chain "Damage And Joy"

Ten zespół to legenda a wiadomo jak to z legendami bywa. Niektórych lepiej nie budzić ze stanu uśpienia by czasem od pomnika nie odpadło to czy owo. Na szczęście ich powrót okazał się wart wyczekiwania. "Damage And Joy" zawiera w sobie wszystko to za co kochamy ten zespół, a brzmi tak jakby prawie dwudziestoletnia przerwa wydawnicza nigdy nie nastąpiła. Młodsi słuchacze w końcu będą mogli się przekonać na kim wzorowali się Black Rebel Motorcycle Club na swych dwóch pierwszych albumach.

8. Greta Van Fleet "From The Fires"

Tak brzmiałoby obecnie Led Zeppelin gdyby Robert Plant znalazł eliksir młodości. Najlepsza replika Led Zeppelin jaką dane mi było poznać. I co z tego, że wszystko to już żeśmy słyszeli. Przecież według zasady inżyniera Mamonia najbardziej podobają nam się te piosenki, które już żeśmy raz słyszeli. Kopia nie kopia najważniejsze, że tnie jak żyletka. Ciekawe co pokażą na pełnoprawnym i pełnowymiarowym debiucie.

9. The Night Flight Orchestra "Amber Galactic"

To niebywałe jak niektórzy doskonale potrafią odnaleźć się w retro stylistyce lat 70/80 i przy tym nie brzmieć jak blade kopie swych mistrzów. Metale z Soilwork i Arch Enemy grają muzykę przy której ich ojcowie wprawiali swoje piękne, długie włosy w dziki, diabelski taniec. Włosy już dawno im wyszły, ale dobrej muzyki czas się na szczęście nie ima.

10. Soror Dolorosa "Apollo"

Trzeci album Soror Dolorosa okazuje się być też ich najbardziej ambitnym dziełem nie pozbawionym wszakże pewnych mankamentów. Grupa wciąż udanie omija największe pułapki gotyckiej sceny stroniąc od nadęcia, pretensjonalności czy nachalnego kopiowania muzycznych patentów swych idoli. Szkoda tylko, że nie pokusili się o nieco bardziej przebojowe kompozycje, które mogłyby stać się takim nowym gotyckim kanonem. Na szczęście wszystko jeszcze przed nimi. Podążając swoją drogą mają spore szanse na to by stać się jednym z najważniejszych zespołów tejże sceny.

RZUTEM NA TAŚMĘ czyli lucky looser

W tej kategorii umieszczam płytę, która nie miała szczęścia dostać się do pierwszej dziesiątki, a żal ją pominąć w podsumowaniu.

Flaming Lips "Oczy Mlody"

Pominięcie tego albumu byłoby z mojej strony zbrodnią. Biję się nawet z myślami czy nie powinien on znaleźć się wśród najlepszej dziesiątki. Tylko czyim kosztem? Ostatecznie postanowiłem umieścić go kategorii lucky looser. Muzyka jaką zaproponowali Flaming Lips jest urzekająco piękna (zwłaszcza w początkowej i środkowej fazie albumu), wręcz marzycielska i co ważne z polskimi odnośnikami w tytułach kilku piosenek. Słucha się tego z zapartym tchem, a kres tej podróży smuci niemal tak bardzo jak wypuszczenie z ręki balonika z helem czy upadek lizaka w piach. Muzyka dla dużych chłopców i nie mniejszych dziewczynek, którzy wciąż nie uśmiercili w sobie dziecięcej wrażliwości.


Czas już zamknąć te wrota wszak na horyzoncie majaczą już nowe płyty sygnowane datą 2018. Jak widać w tej branży nie ma czasu na odpoczynek, co chwilę coś powstaje, coś się rodzi, a czasu niestety nie przybywa. Mam nadzieję, że ten nowy rok będzie obfitował nie tylko w piękne płyty, ale też w jak najmniej smutnych informacji. Niestety zaczął się od śmierci Dolores O'Riordan z grupy The Cranberries, a to kiepski prognostyk na pozostałych jedenaście miesięcy. Bądźmy jednak dobrej myśli bo cóż innego nam pozostaje. Śmiało spoglądajmy w przyszłość i liczmy na to, że tym razem los zapisany w gwiazdach będzie pomyślniejszy.

Jakub Karczyński 

30 grudnia 2017

DEPECHE MODE - SPIRIT (2017)

Każda premiera nowego wydawnictwa Depeche Mode wprowadza jakieś takie niezdrowe pobudzenie wśród dziennikarzy czy to odbiorców ich muzyki. Poniekąd jestem w stanie to zrozumieć, w końcu solidnie zapracowali na swój sukces oraz miejsce w jakim się znajdują. Logo Depeche Mode jest dziś rozpoznawalne nie tylko przez fanów grupy, ale i osoby, które z muzyką mają kontakt raczej marginalny. Ktoż nie słyszał Enjoy The Silence niechaj pierwszy rzuci kamień. Ogromny sukces albumu "Violator" (1990) właściwie ustawił im karierę na kolejne lata, choć bez wytężonej pracy mógłby rozmienić się on na drobne. Nawet mniej udane płyty w rodzaju "Exiter" (2001) nie były w stanie zachwiać karierą grupy. Po tylu latach działalności właściwie mogą już robić to co chcą, bez oglądania się na kogokolwiek. I tak też czynią. Od premiery płyty "Spirit" minęło już sporo czasu, każdy zdążył już wyrazić o nim swoją opinię czy to w prasie, w radiu czy też internecie. Mnie się nie spieszyło. Czekałem, aż opadnie cały ten kurz by na spokojnie dorzucić swoje trzy grosze. Oto i one.

Grosz pierwszy. Single. Na początek może słówko wyjaśnienia. Nigdy nie byłem jakimś zagorzałm fanem Depeche Mode, co nie znaczy, że ich nie lubiłem. Śledziłem dość pilnie kolejne wydawnictwa, słuchając ich z większym ("Playing The Angel" [2005]) lub mniejszym ("Delta Machine" [2013]) przejęciem. Kiedy pojawiła się informacja o nowym albumie grupy nie popadłem w jakąś nadmierną ekscytację. Można by powiedzieć, że przyjąłem ją z obojętnością, nie licząc na specjalnie porywający album. Pierwszy singiel wytypowany do promocji był tyleż sympatyczny co przeciętny. Gdzie mu tam do Precious czy do wspomnianego Enjoy The Silence, a jednak z czasem jakoś polubiłem Where's The Revolution. Jednak to nie single tworzą album, ale to co poutykane jest pomiędzy nimi. To już nie te czasy, że album składa się niemal z samych singli (vide "Thriller" (1982) Michaela Jacksona, gdzie wszystkie siedem piosenek trafiło do promocji albumu).  Z albumu "Spirit" wykrojono trzy single (Where's The Revolution, Going Backwards, Cover Me), choć tak na dobrą sprawę potencjał komercyjny miał w sobie wyłącznie ten pierwszy. Nie znaczy to wcale, że były to złe kompozycje, one po prostu średnio nadawały się na radiowe anteny. Zbyt ambitne jak na ucho masowego odbiorcy.

Grosz drugi. Poprzedni album.  Gdy ukazywał się "Delta Machine" jakoś nie potrafiłem zrozumieć tego wszechobecnego entuzjazmu wylewającego się z prasy, internetu jak i ust wielu fanów. Wszystkie te zachwyty budziły we mnie zdumienie i nijak nie zmieniały mojej opinii o tym wydawnictwie. W moich uszach brzmiał on szorstko i niezbyt przekonująco. Potencjał wielu nagrań został zaprzepaszczony przez zbytnie udziwnianie brzmienia. Tak jakby grupa bała się nagrać bardziej konwencjonalne piosenki w obawie przed odrzuceniem przez środowisko krytyków i fanów. A przecież wystarczy przypomnieć o płycie Soulsavers "The Light The Dead See" (2012) z gościnnym udziałem wokalisty Depeche Mode, gdzie bez produkcyjnych i brzmieniowych fajerwerków udało się stworzyć album o jakim Depeche Mode może tylko pomarzyć. Skrycie liczyłem, że doświadczenia zdobyte przy nagrywaniu tego albumu, zaprocentują na kolejnej płycie grupy z Basildon. Niestety nadzieja okazała się płonna. Trzeba było poczekać jeszcze kilka lat, aż do premiery krążka "Spirit", nim pewne refleksy znane z albumu "The Light The Dead See" padły  na twórczość macierzystego zespołu Dave'a Gahana. 

Grosz trzeci. Nowa płyta. To co przede wszystkim zwraca uwagę to pewien spokój jaki bije od tego albumu. Podskórne napięcie wyczuwalne na "Delta Machine" jakby się ulotniło, dzięki czemu zyskały na tym same kompozycje. "Spirit" nie oferuje nośnych, radiowych hitów, o których będziemy pamiętać za pięć, dziesięć czy piętnaście lat. Nie znaczy to jednak, że nie warto poświęcić mu grama uwagi. I niech nie zwiedzie was pierwsze wrażenie bowiem prawdziwy diabeł tkwi tuż pod powierzchnią i ujawnia się z każdym kolejnym odsłuchem. Dzięki temu "Spirit" starcza na o wiele dłużej. Jest co odkrywać, od pięknych nastrojowych nagrań w postaci The Worst Crime, Cover Me czy No More (This Is The Last Time), których z pewnością nie powstydziliby się także Soulsavers, po te nieco dynamiczniejsze fragmenty płyty takie jak Where's The Revolution, Scum czy So Much Love. Potknięć na tym albumie jest naprawdę niewiele. Wszyscy zgodnie oskarżycielski palec kierują w stronę nagrania Eternal (jedno z dwóch nagrań, w którym wokalne stery przejmuje Martin Gore), którego obecność jest tu zupełnie zbyteczna. To taka typowa zapchajdziura zabierająca niepotrzebnie miejsce i czas z życia potencjalnego odbiorcy. Już zdecydowanie lepiej wypada druga kompozycja z udziałem Martina. Fail pięknie finalizuje podstawową część płyty i pozostawia człowieka w poczuciu zawieszenia. Stan melancholijnej kontemplacji nie opuszcza słuchacza wraz z ostatnimi dźwiękami płyty lecz wybrzmiewa jeszcze te kilka chwil w ciszy. To najlepszy dowód na to, że muzyczna podróż jaką odbyliśmy miała nie tylko swoją wartość, ale i sens.

Wydając tak mało komercyjny album jakim jest "Spirit", trzeba być albo niezwykle odważnym albo być już w takim miejscu, w którym to nie oglądasz się na niczyje oczekiwania. Depeche Mode z takim bagażem doświadczeń nie ma już czego się obawiać. Każda ich kolejna płyta jakakolwiek by nie była, nie tylko doskonale się sprzeda, ale i napędzi im nieprzebrane tłumy na kolejne trasy koncertowe. Tym bardziej docenić więc trzeba fakt, że wciąż im się chce tworzyć nową muzykę zamiast odcinać kupony od dawnej sławy. Nikt nie miałby im tego za złe. Oni już przecież swoje zrobili. Mogliby przecież przekazać pałeczkę młodemu pokoleniu. Problem w tym, że nie ma komu. Chcąc nie chcąc, Depeche Mode musi więc trwać na swoim posterunku. Oby jak najdłużej.

Jakub Karczyński

26 grudnia 2017

MUZYCZNY KOROWÓD

Koniec roku za pasem, znak to, że czas zabierać się za podsumowanie roku. Niestety z braku czasu nie zdążyłem jeszcze zapoznać się z wszystkimi tegorocznymi premierami płytowymi jakie zawędrowały pod mój dach, a co tu dopiero mówić o ich zgłębianiu. Trudno więc jest mi powiedzieć kiedy takowe podsumowanie pojawi się na łamach "Czarnych słońc". Zajrzałem przed momentem do ubiegłorocznego wpisu na ten temat i nieco się uspokoiłem bowiem wtedy także miałem podobne zaległości w słuchaniu jak teraz. Zatem chyba nie będzie tak źle z tym podsumowaniem jak sądziłem. Co prawda dopiero przedwczoraj rozfoliowałem najnowszy album Lacrimosy, choć od jego premiery minęło już dobrych kilka miesięcy, ale jak widać wszystko musi mieć swój czas. Pretekstem do tego była kolejna rocznica śmierci Tomka Beksińskiego, który jak wiemy uwielbiał muzykę tej grupy. Niestety bez jego osoby muzyka Lacrimosy jakby straciła cząstkę swojej magii. Być może wpływ na to ma też fakt, że Lacrimosa nie nagrywa już tak obłędnych albumów jak choćby "Elodia" (1999). Dziś są to już raczej pojedyncze utwory wyławiane z kolejnych wydawnictw grupy, niż całe porywające dzieła. No, ale nie samą Lacrimosą człowiek żyje o czym zaświadczy poniższa lista pretendentów do objęcia muzycznego tronu za rok 2017. Oto zatem alfabetyczny spis płyt, które udało mi się upolować w przeciągu minionego roku:

Alison Moyet "Other"
Anathema "Optimist"
Bjorn Riis "Forever Comes To An End"
Cigarettes After Sex "Cigarettes After Sex"
Clan Of Xymox "Days Of Black"
Closterkeller "Viridian"
Deep Purple "Infinite"
Depeche Mode "Spirit"
Drab Majesty "The Demonstration"
Dreamcar "Dreamcar"
Eloy "The Vision, The Sword And The Pyre"
Flaming Lips "Oczy Mlody"
Grandaddy "Last Place"
Greta Van Fleet "From The Fires"
Gary Numan "Savages (Songs From A Broken World)"
Hidden By Ivy "Beyond"
Kilbey / Kennedy "Glow And Fade"
Lacrimosa "Testimonium"
Mew "Visuals"
Mike Oldfield "Return To Ommadawn"
OMD "The Punishment Of Luxury"
OST "Blade Runner 2049"
Rendez Vous "Raz dane"
Roger Waters "Is This The Life We Really Want?"
Slowdive "Slowdive"
Soros Dolorosa "Apollo"
Starsailor "All This Life"
Steve Hackett "The Night Siren"
Steven Wilson "To The Bone"
Strawbs "The Ferryman's Curse"
Styx "The Mission"
The Eden House "Songs From The Broken Ones"
The Jesus And Mary Chain "Damage & Joy"
The Night Flight Orchestra "Amber Galactic"
Traitrs "Rites And Ritual"
U2 "Songs Of Experience"
Ulver "The Assassination Of Julius Caesar"

Te trzydzieści siedem albumów to o dziesięć albumów więcej niż przed rokiem więc jak widać jest co robić. Jeśli dodać do tego jeszcze wszystkie te płyty, których data premiery dyskwalifikuje je, aby wziąć udział w tegorocznym podsumowaniu, to mój odtwarzacz w tym roku z pewnością kurzem nie zachodził. Liczę na to, że w kolejnych latach wciąż będzie dobrze mi służył i emerytura jeszcze mu nie grozi. 

Jakub Karczyński

PS Autorem dzieła przyzdabiającego ninieszy post zatytułowanego "Trzej muzykanci" jest Diego Velázquez, hiszpański malarz doby baroku.


24 grudnia 2017

ŚWIĄTECZNA GORĄCZKA

W tym roku święta mają dla mnie szczególny wymiar. Pierwszy raz bowiem zasiądziemy przy wigilijnym stole w poszerzonym składzie. I nie mam tu na myśli naszych rodzin, a raczej pewną małą istotkę, dla której będą to jej pierwsze święta w życiu. I choć nie ma ona jeszcze swojego krzesełka to i tak w tym dniu zajmie szczególne miejsce. Dokładamy starań, aby ten dzień był wyjątkowy nie tylko za sprawą wystroju, ale też i atmosfery pełnej ciepła i życzliwości. W ferworze świątecznych przygotowań warto pamiętać o tym co najważniejsze, bo to nie prezenty, nie jedzenie tworzą atmosferę tego dnia, a my i nasze relacje z najbliższymi nam ludźmi. Przystańmy więc na chwilę i pomyślmy o tym jak chcielibyśmy, aby wyglądały te święta. Czy ma to być gonitwa na złamanie karku czy raczej czas pełen spokoju i refleksji nad tym co w życiu najważniejsze. Cieszmy się obecnością najbliższych, odłóżmy na bok spory i waśnie, wyciągnijmy rękę do kogoś z kim było nam w minionym roku nie po drodze. Kto wie być może otworzą się przed nami nowe, lepsze perspektywy na szczęśliwe życie.

Moi drodzy czytelnicy, życzę Wam zatem nie tylko zdrowych, spokojnych świąt, ale przede wszystkim serdeczności w relacjach rodzinnych. W końcu tego dnia nie ma nic ważniejszego jak rodzina bo to przecież z nimi dzielimy troski i radości naszego życia. Dbajmy więc o nich jak o skarb największy. Wesołych świąt.

Jakub Karczyński

21 grudnia 2017

SOVIET SOVIET / CABARET GREY - POZNAŃ - 06-12-2017

Tramwaj przyjechał jak zwykle o czasie. Linia numer pięć w tym dniu i o tej porze nie była nadmiernie przeładowana pasażerami. Zająłem miejsce siedzące, na uszy nałożyłem słuchawki i dałem się poprowadzić tak dźwiękom jak i linii numer pięć, wiodącej mnie wprost na spotkanie z nieznanym. Bilet na koncert kupiony jakiś czas temu, schowałem w wewnętrznej kieszeni jesiennej kurtki. Nazwa zespołu wypisana na tym skrawku papieru była mi zupełnie obca. Nie tylko nie znałem żadnego albumu, ale i nie odrobiłem należycie zadania domowego przed wspomnianym koncertem. Posłuchałem może ze trzech utworów, które utwierdziły mnie w przekonaniu, że to coś z kręgu moich zainteresowań muzycznych. Gdy dotarłem do klubu było chwilę przed dwudziestą, na parterze kilka osób bezskutecznie próbowało wypełnić przestrzeń. Zdecydowana większość klientów zgromadziła się na pierwszym piętrze, gdzie tego dnia miały wystąpić rodzime Cabaret Grey oraz włoskie Soviet Soviet. Jako że do koncertu pozostało jeszcze trochę czasu, postanowiłem rozejrzeć się po stanowisku z płytami grupy Soviet Soviet. Nim tam jednak dotarłem zamówiłem zimne piwo, którego cena była niedorzecznie wysoka, ale taka to już powszechna praktyka w tego typu lokalach. Nie popsuło mi to jednak nastroju bowiem czymże jest cena piwa w obliczu muzyki, która potrafi skutecznie zepchąć na drugi plan tego typu sprawy. Ekscytacja mieszająca się z niepewnością również robiła swoje. Gdy na scenie pojawił się Cabaret Grey utwierdziłem się w przekonaniu, że jestem we właściwym miejscu. Muzyka jaka rozbrzmiewała z głośników ewidentnie naznaczona była twórczością wszelkiej maści grup, do których dziennikarze w latach osiemdziesiątych ochoczo doklejali etykietki z napisem post punk oraz goth. Dobrze, że w narodzie są jeszcze ludzie, którzy czują taką muzykę i chcą ją grać. Grupa Cabaret Grey choć młoda wiekiem to sercem zakotwiczona w latach osiemdziesiątych, czego dali dowód sięgając po utwór grupy Bauhaus. Kick In The Eye przyjemnie połechtało moje uszy, choć odniosłem wrażenie, że byłem jedną z nielicznych osób, która rozpoznała ten cover. W ogóle początek koncertu był dość niemrawy jeśli chodzi o reakcje publiczności. Skąpe oklaski nie ułatwiały przełamywania lodów, choć zespół robił co mógł, aby porwać publiczność swą muzyką. Wokalistka wiła się jakby dosięgnął ją taniec świętego Wita, szkoda więc, że nie udało się nim zarazić także publiczności.  Niemniej sam występ grupy oceniam bardzo pozytywnie. Na tyle, że zachęcił mnie on do głębszego zapoznania się z ich twórczością. Żałuję, że nie przywieźli ze sobą płyt bo z pewnością bym się skusił, a tak całe fundusze poszły na albumy Soviet Soviet.


Włosi swój koncert rozpoczęli od komunikatu skierowanego w stronę części publiczności, która zajęła miejsca siedzące w tylnej części sali. To nie jest odpowiednie miejsce do słuchania muzyki Soviet Soviet zagaił wokalista dając im do zrozumienia, aby przemieślili się bliżej sceny. I faktycznie, nie mylił się chłopak. To co miało za chwilę zadziać się w klubie "Pod minogą", trudno byłoby kontemplować z pozycji wygodnej kanapy. Energia jaka biła ze sceny była wprost niesamowita. Dało się to odczuć bowiem publiczność jak za dotknięciem zaczarowanej różdżki, przemieniła się z apatycznych zgredów w tłum, który nagle przypomniał sobie od czego ma ręce i nogi. Trochę tak jak gdyby ktoś wreszcie się zlitował i wymienił im stare, zużyte baterie i zastąpił je nowymi o dużo większej mocy. Post punk zaprezentowany przez zespół nie jest szczególnie wymyślny ani oryginalny, ale generuje takie pokłady energii, które można by porównać tylko z eksplozją bomby atomowej. Już pierwszymi dźwiękami pokazali kto tu rządzi i bez większych ceregieli uwięzili publiczność w świecie swojej muzyki. Jeśli był jakikolwiek dystans to runął niczym domek z kart, o czym świadczyły nie tylko oklaski, ale i poruszenie pod sceną. Zespół widząc taką publiczność ani myślał się oszczędzać, dokładali do pieca, aż miło. Właściwie nie było utworu, który by nie przypadł publiczności do gustu. Niestety z racji mojej kompletnej nieznajomości ich twórczości, nie jestem w stanie powiedzieć co zagrali, czego zabrakło, a na co szczególnie czekała publiczność. Stąd też wartość mojej relacji ma wymiar tylko czysto symboliczny i jest ona wyłącznie zapisem wrażeń i odczuć, nie zaś czymś co mógłbym określić mianem koncertowej relacji. Tak to bywa, gdy idzie się na koncert, nie odrobiwszy zawczasu swoich lekcji. Następnym razem będę już lepiej przygotowany, w końcu nie bez przyczyny zakupiłem prawie całą ich dyskografię. Sam koncert minął mi w mgnieniu oka, a opuszczając tego dnia gościnne mury klubu, wychodziłem w poczuciu głębokiej satysfakcji. Zespół chyba również był zadowolony z przyjęcia jakie zgotowała mu tego wieczora publiczność, w przeciwnym wypadku nie uraczyliby nas dwoma bisami. Grunt to dobre wspomnienia, dzięki nim istnieje cień szansy, że jeszcze kiedyś dane nam będzie obejrzeć z bliska tych trzech młodych dżentelmenów. Kto wie, być może już na dużo większych scenach (czego serdecznie im życzę), choć wtedy za bilety przyjdzie nam już zapłacić dużo większe pieniądze.

Jakub Karczyński

11 grudnia 2017

DWIE STRONY KURTYNY

W kalendarzu mamy już grudzień. I choć formalnie wciąż jest jeszcze jesień, to dla mnie ten miesiąc przynależy już w całości do zimy. Za czasów studenckich jakoś tak się utarło, że w tym okresie powracałem do świata progresywnego rocka. Muzyka ta doskonale współgrała mi z pejzażem jaki malował się wokół. Krótkie, mroźne dni pełne surowości stanowiły przeciwwagę dla muzyki niezwykle pięknej, możne i niekiedy nawet romantycznej. W tym gatunku zawsze bardziej ceniłem sobie dobre melodie przedkładając je nad rytmiczne połamańce będące w moim odczuciu sztuką dla sztuki. Stąd też nie wszystkie dzieła grupy Yes są mi jednakowo bliskie serca, a niektóre płyty King Crimson potrafią przyprawić mnie o ból głowy. Zdecydowanie bardziej przemawia do mnie "Close To The Edge" (1972) niż taki "Relayer" (1974) czy "Tales From The Topographic Oceans" (1973), których chyba jeszcze nigdy nie wysłuchałem od deski do deski. Niemniej nazwa topograficzne oceany do dziś dnia skutecznie pobudza moją wyobraźnię. Można się rozmarzyć nad tym zbitkiem słów, a i okładka dorzuca w tym temacie swoje trzy grosze. Może nie jest tak doskonała jak ta zdobiąca album "Relayer", ale też ma swój urok. Jednak nie o grupie Yes miał być tenże wpis, a o grupie Novalis, zdecydowanie bliższej nam pod względem geograficznym. Ten niemiecki zespół wywodzący się z Hamburga działający na przestrzeni lat 1971-1985 to jeden z bardziej znanych przedstawicieli tamtejszego progresywnego rocka. I choć dziś nazwa ta obrosła sporą warstwą kurzu, a o jej dokonaniach pamięta już coraz mniejsze grono, to warto odkurzyć część jej dorobku. Przekonałem się o tym nabywając w ostatnim czasie album "Sommerabend" (1976), którego walory muzyczne są nie do przecenienia. Ogromnie żałuję, że nasze poletko progresywne z tamtych lat było dość ubogie i ograniczało się właściwie do kilku nazw. No bo cóż nam pozostało z tamtych lat? Pierwsza płyta Budki Suflera, Exodus, albumy Czesława Niemena no i przede wszystkim SBB, którego śmiało można uznać za filar tego typu grania w naszym kraju. Mieliśmy też kilka pomniejszych grup jak Ogród Wyobraźni czy Cytrus, ale to już takie kwiatki, które tylko uzupełniają ten obraz. Niemiecka scena była zdecydowanie bardziej rozbudowana i chyba barwniejsza. Dowodzi tego nie tylko potężny dorobek płytowy grupy Eloy, ale też mnogość tego typu grup na tamtejszym rynku. Warto przekonać się jak brzmiała tamtejsza scena jak i również zajrzeć do krajów wchodzących niegdyś w skład demoludów. Młodszym czytelnikom należy się słówko wyjaśnienia. Demoludy to nic innego jak kraje będące w strefie wpływów ZSSR czyli NRD, Węgry, Czechosłowacja, Rumunia, Jugosławia, Bułgaria, Albania, ale i Polska. Hamburg miał to szczęście przynależeć do zachodniej strefy wpływów, dzięki czemu uniknął izolacji także na gruncie muzycznym. Nie powinno więc dziwić, że twórczość zespołów z RFN nie odstawała w niczym od najwybitniejszych dokonań tuzów artystycznego rocka z Wysp Brytyjskich. Przykładem może być przywołany tu wcześniej zespół Novalis. Jego płyta "Sommerbend" to album z najwyższej półki. Już pierwsze przesłuchanie uświadomiło mi, że nie jest on jak setki innych. To jeden z tych krążków, które trącają w człowieku te najwrażliwsze struny i jeśli ktoś nie jest głuchy na piękno to z pewnością to dostrzeże. "Sommerbend" ma bowiem w sobie wszystko to czego możnaby oczekiwać od rocka progresywnego. Piękne, rozbudowane kompozycje, zagrane od serca w taki sposób, że nie sposób przejść wobec nich obojętnie. O takich albumach zwykło się mawiać, że nie ma co niepotrzebnie strzępić języka, tego trzeba po prostu posłuchać. Zachęcam więc do zapoznania się z zawartością tego albumu. Jak sądzę nie będzie to czas stracony.

Jakub Karczyński

24 listopada 2017

PIERWSZA MIŁOŚĆ, PIERWSZA PŁYTA

Nie pamiętam dokładnie kiedy do mojego domu trafiła pierwsza płyta kompaktowa. Odtwarzacz zawędrował pod strzechę chyba jakoś w ostatnich latach szkoły podstawowej. Nie był to żaden markowy sprzęt, ale na początek wystarczył. Miał jedną szufladę na płytę CD oraz dwie kieszenie na kasety. Było to o tyle istotne, że w tamtym czasie na porządku dziennym było masowe pożyczanie i przegrywanie kaset. W końcówce lat dziewięćdziesiątych kaseta magnetofonowa wciąż jeszcze miała się dobrze i stanowiła podstawowy nośnik dla muzyki w naszym kraju. Płyty CD były drogie, więc pozostawały poza moim zasięgiem finansowym. Stąd też jeszcze na początku liceum inwestowałem w taśmy. Nie znaczy to, że nie miałem żadnych płyt. Wraz z zakupem odtwarzacza ojciec zadbał o to  by było czego na nim posłuchać. Niestety nie przejmował się zbytnio jakością tych płyt więc zainwestował w jakieś podrzędne składanki. Szata graficzna była żadna, ale nie spędzało mi to wtedy snu z powiek, liczyła się przecież muzyka, a ta była wyborna. Nie wiem czym kierował się mój ojciec nabywając te płyty, ale z perspektywy czasu muszę przyznać, że trafił doskonale. Wśród owych składanek był wybór najlepszych nagrań Pink Floyd, Deep Purple i Eltona Johna. Co prawda Eltona jakoś nie udało mi się obdarzyć większym uczuciem, ale za to dwie wcześniejsze grupy wpadły mi nie tylko w ucho, ale i zapadły w serce. Musiało minąć jednak jeszcze sporo czasu, nim na mojej półce z płytami zagościły ich katalogowe albumy. W międzyczasie przyszło mi jeszcze rozstać się ze sprzętem muzycznym. Po tym gdy zorientowałem się, że jego funkcją specjalną było zarysowywanie płyt, podjąłem decyzję uzbierania pieniędzy na coś porządniejszego. Za ogromną jak mi się wówczas wydawało sumę (900 zł dla licealisty to nie byle co), kupiłem wieżę, która służy mi do dziś dnia. Poza pięciopłytową zmieniarką, obsługuje także format mp3 i co istotne, ma jeszcze kieszeń na kasetę. W dobie powrotu tego nośnika do łask mogę powiedzieć, że jestem na niego przygotowany. Nie wiem jednak co musiałoby się stać, abym znów sięgnął po kasety magnetofonowe. Nostalgia nostalgią, ale przecież chyba nikt nie wierzy w to, że ten nośnik jest w stanie ponownie zawojować świat. Niemniej nie o kasetach, a o srebrnych płytach miał być ten wpis. Wróćmy więc do podstawowego wątku. 

Pierwszą prawdziwie oryginalną płytę otrzymałem od mojej ówczesnej dziewczyny, a była to ścieżka dźwiękowa do serialu "Robin z Sherwood" czyli inaczej mówiąc album "Legend" (1984) irlandzkiej grupy Clannad. Przepiękna płyta. Jeden z albumów, dla których warto było przyjść na ten świat. Mam ten egzemplarz po dziś dzień i wracam sobie do tej muzyki od czasu do czasu. Kolejnych płyt już niestety nie pamiętam, a szkoda bo byłoby fajnie przypomnieć sobie jak tworzyła się kolekcja. Zapiski takie zacząłem robić dopiero niespełna trzy lata temu. To co było wcześniej przepadło gdzieś w pomrokach dziejów, w których to pozostanie jak mniemam na wieki. Gdyby jednak ktoś przymusił mnie do wytężenia pamięci, to jako drugą płytę w mojej kolekcji wskazałbym The Cure "Boys Don't Cry" (1979). Amerykański odpowiednik debiutu grupy, wzbogacony między innymi o nagranie tytułowe będące jednym z bardziej rozpoznawalnych nagrań w ich dorobku. Warto więc mieć obie wersje, aby nie być stratnym o kilka utworów. Na pierwszy ogień polecam "Boys Don't Cry", która jest wartościowsza pod względem repertuaru jak i lepiej skompilowana od swojego europejskiego brata bliźniaka. Nawet okładka jest lepsza, choć również nijak ma się ona do zawartości płyty. Mam to szczęście, że pomimo upływu tylu lat nie pozbyłem się tego egzemplarza. Doskonale pamiętam gdzie go kupiłem (sklep płytowy "Neon" w Gostyniu) oraz okoliczności jej nabycia. Zafascynowany utworem Burn ze ścieżki dźwiękowej do filmu "Kruk", zapragnąłem poznać inne nagrania tego dziwnego zespołu. Jedyną płytą jaką oferował "Neon" był właśnie album "Boys Don't Cry". Kupiłem w ciemno. Nie muszę chyba mówić, że nie takiej muzyki się spodziewałem niemniej wraz z upływem czasu, doceniłem tę surowość w brzmieniu grupy The Cure. Ten minimalizm ma również sporo uroku tak jak i młodzieńczy głos Roberta Smitha.

Co było płytą numer trzy nie myślę rozstrzygać. W pamięci nie został nawet ślad więc wszelkie próby rekonstrukcji wspomnień, przypominałyby raczej błądzenie w gęstej mgle. Zresztą wtedy nawet nie podejrzewałem, że po latach zbiór płyt kompaktowych rozrośnie się tak bardzo, że przestanę je liczyć, a co dopiero, że będę chciał wrócić pamięcią do tych pierwszych w kolekcji. Tak więc gdy ktoś pyta mnie ile tych płyt jest to szczerze odpowiadam, że nie wiem. Przypuszczam, że przedział ten zasadza się między 1500 - 1700 sztuk. Nie jest to jeszcze jakaś powalająca ilość, ale wystarczająca na tyle by odechciewało się to człowiekowi liczyć. Od zakupu pierwszej płyty minęło już jakieś szesnaście lat, a miłość do kompaktów u mnie wciąż żywa. Nawet modne analogi nie były w stanie w tym aspekcie nic zmienić. Cóż poradzić, jak widać stara miłość nie rdzewieje. 

Jakub Karczyński