14 marca 2017

NA TROPIE CAMOUFLAGE

Niemiecka grupa Camouflage powołana do życia w 1984 roku nieobca jest z pewnością wielbicielom talentu Depeche Mode. Nic dziwnego, w końcu sam Tomasz Beksiński w jednej ze swych audycji nadając ich debiutancki album świadomie wywiódł słuchaczy na manowce, twierdząc, że to najnowsze nagrania Depeche Mode. Wielu dało się nabrać, bowiem album "Voices & Images" (1988) był sporządzony wedle podobnej receptury co nagrania ich sławniejszych kolegów. Nawet głos mógł sugerować słuchaczom, że oto Dave Gahan wyśpiewuje kolejne linijki tekstu. Jakież musiało być zaskoczenie słuchaczy gdy okazało się, że za wspomnianą muzykę odpowiada nie Depeche Mode, a grupa Camouflage. Pewnie sam bym się nabrał gdybym w tamtym czasie słuchał tej audycji. Niestety nie dane mi było, bo i czas nie ten i zainteresowania zupełnie inne. Wtedy chyba bardziej od muzyki, moją głowę zaprzątały klocki Lego. Musiało upłynąć jeszcze sporo wody w Wiśle, nim nazwa Camouflage zajaśniała na firmamencie mojego nieba. Nie jestem do końca pewien w jakich okolicznościach się to stało, ale najbardziej prawdopodobnym sprawcą jej odkrycia jest pewien pan Darek. Podobny pasjonat i kolekcjoner, który poza muzyką zbiera też książki, filmy i kto wie co jeszcze. Kupował tego na potęgę, choć jak sam przyznawał nie miał czasu, aby to wszystko przetrawić. Gdy tylko pojawiał się na horyzoncie była to zapowiedź długich, ale i niezwykle interesujących rozmów. To właśnie podczas jednej z nich dotyczącej albo świeżo co wydanego albumu Depeche Mode lub też może przy okazji opowieści na temat jakiegoś ich koncertu padła właśnie nazwa Camouflage. Jeśli pamięć mnie nie myli to pojawiła się też nazwa nagrania The Great Commandment, ponoć największego przeboju grupy. Niestety niewiele mi to mówiło, więc postanowiłem czym prędzej nadrobić swe zaległości względem grupy. Swą podróż rozpocząłem od wspomnianego już wcześniej albumu "Relocated" (2006), jedynego jaki udało mi się kupić w sklepie. Piękna okładka dobrze nastrajała do zawartości. Początkowo spodobało mi się zaledwie kilka utworów i w pierwszym odruchu chciałem pozbyć się tej płyty, ale na szczęście w porę przyszło otrzeźwienie. Musiało minąć nieco czasu, abym w pełni docenił ten album. Cóż, jak to mówią, nie od razu Rzym zbudowano. W dalszej kolejności nabyłem album "Sensor" (2003) i na pewien czas zapomniałem o zespole. Minęło nieco lat nim sobie o nim na powrót przypomniałem, a wszystko to za sprawą płyty "Voices & Images". Tej samej którą to redaktor Beksiński przed laty wywołał wspomniane poruszenie w szeregach fanów Depeche Mode. I trudno się temu dziwić, bo to naprawdę udany debiut, czerpiący ze studni dokonań swych mentorów z Basildon. Co prawda zespół Camouflage nie odniósł tak spektakularnego sukcesu, bo przecież epigoni rzadko kiedy przerastają mistrzów, ale i tak warto poświęcić im swój czas i uwagę. Zwłaszcza, że grupa wciąż nie składa broni i podtrzymuje ten płomień kolejnymi płytami. Mało tego, może być doskonałą odtrutką na ostatnie poczynania Depeche Mode, który jak dla mnie przestał być grupą, na albumy której czekam z drżącym sercem. Raczej odhaczam je jak listę zakupów, bez większej ekscytacji i emocji.  Jeśli więc komuś nie w smak ostatnie wypieki z piekarnii Depeche Mode, niech zajrzy do konkurencji. Może mniej tam pieczywa, ale za to jest smaczniejsze i bez zakalca. Za dowód niech posłuży ostatni album "Greyscale"  (2015), który jak dla mnie deklasuje tak "Delta Machine" (2013) jak i "Sounds Of The Universe" (2009). Czyżby uczeń przerósł w końcu mistrza? Wiele na to wskazuje, przynajmniej jeśli chodzi o zawartość cukru w cukrze. Muzyka Camouflage jakoś bardziej mnie krzepi i sprawia, że znów nabrałem chęci na pozaklejanie dziur w dyskografii grupy. Tak też w moje ręce trafił ich drugi album "Methods Of Silence" (1989)  będący udaną, choć nieco odmienną kontynuacją wcześniejszej podróży. Odmienność ta polegała na jakiejś takiej lekkości wyczuwalnej w nagraniach. Może to za sprawą gitary akustycznej pojawiającej się tu i ówdzie, a może sekret tkwi jeszcze w czymś innym. Nie ważne, najważniejsze, że album broni się po latach i ujmy grupie nie przynosi. Kiedy posłuchałem go dziś, odkryłem tam jeszcze kilka innych utworów, które jakoś wcześniej umknęły mej uwadze, a nie powinny. Jak widać z muzyką Camouflage można spędzić wiele pięknych chwil, a i tak nie sposób poznać jej wszystkich aspektów. Zawsze znajdzie się coś co zauroczy (Your Skin Is The Dream), choć wydawało się, że lekcje z "Methods Of Silence" zostały dawno już odrobione. W ostatnim czasie jakoś tak się szczęśliwie złożyło, że udało mi się pozyskać dwie stare edycje ich płyt z lat dziewięćdziesiątych. Mowa tu o "Meanwhile" (1991) oraz "Spice Crackers" (1995) . Ta ostatnia jeszcze z hologramem z tak zwanej epoki. Dziś już zjawisko zupełnie nie spotykanie, kiedyś było niemal na porządku dziennym. Brak owego hologramu poddawał w sporą wątpliwość oryginalność produktu. Jeśli ktoś dorastał w latach dziewięćdziesiątych to pewnie doskonale pamięta ten dziki zachód jaki mieliśmy przez pewien czas na rynku fonograficznym. Zostawmy to jednak i nie zbaczajmy z obranego kursu. Wspomniane albumy nie tylko wzbogaciły moje zbiory, ale i niemal domknęły dyskografię grupy. Brak mi już tylko "Bodega Bohemia" (1993), z okładki której straszyły ... frytki. Była to zdecydowanie jedna z mniej udanych obwolut zespołu, ale liczę, że tą kulinarną maszkarą kryje się przynajmniej dobra muzyka. Mam nadzieję przekonać się o tym w najbliższym czasie i nie za pośrednictwem YouTube'a, ale zwyczajnej, plastikowej płyty. Ot takie to już moje upodobania. Jak to mówią, czym skorupka za młodu nasiąknie tym na starość trąci.

Jakub Karczyński
 

23 lutego 2017

MUZYCZNA PRZYSTAŃ

Pomimo stosunkowo niewielkiej jeszcze liczby muzycznych premier, nie śmiem narzekać na brak płyt do słuchania. Jak to zwykle bywa, początek roku służy mi za najlepszy czas do uzupełniania zbiorów. Gdy spoglądam na stos płyt czekających na odsłuch, aż sam się sobie dziwię, ileż skarbów udało mi się wyłowić w przeciągu tych dwóch miesięcy. Niektóre w bardzo okazyjnych cenach (Prefab Sprout "The Gunman And The Other Stories" [2001], John Foxx "In Mysterious Ways" [1985]), inne z kolei nieco droższe niemal wyszarpane z gardeł innych kolekcjonerów (Icehouse "Man Of Colours" [1987]). Mam też płyty z tak zwaną historią. Takim albumem jest niewątpliwie Crime + City Solution "The Bride Ship" [1989], którego front zdobi pieczątka Deutsche Archiv oraz numer katalogowy 4189. I choć nie lubię popisanych okładek, dla takich płyt robię wyjątek bowiem poza muzyką, opowiadają mi też swoje nie zawsze łatwe życie. Pomyślcie tylko w ilu niemieckich domach gościł ten album, co widział i komu umilał czas. A może wręcz przeciwnie, był takim brzydkim kaczątkiem, którego nikt nie chciał przygarnąć. Spoczywał sobie na bibliotecznej półce nie niepokojony przez nikogo, choć tak bardzo pragnął odmienić komuś dzień. Jak faktycznie było? Tego niestety możemy się tylko domyślać, ale to też ma swój urok. Innym kaczątkiem, któremu zaoferowałem swój dom był album The Grand Opening "Beyond The Brightness" [2008]. Zespół kompletnie mi nieznany, ale nie miało to najmniejszego znaczenia. Tym co w pierwszej chwili zachęciło mnie do jego zakupu była niewątpliwie okładka. Jeśli jest ona odpowiednio dobrana do muzyki, to potrafi kusić lepiej niż zapewnienia na albumowych naklejkach, że to najoryginalniejszy/najcięższy/najmroczniejszy album w historii muzyki. Ileż to razy śmiałem się z tych zapewnień, które w większości są tylko pustym, marketingowym bełkotem. A co z muzyką? Czy spełniła pokładane w niej nadzieje? Jak najbardziej. Intuicja i tym razem nie zawiodła mnie na manowce, dzięki czemu za trzynaście złotych i pięćdziesiąt groszy otrzymałem muzykę, której zapewnie nigdy bym nie poznał. Poza tym uwolniłem ją z zatęchłych piwnic antykwariatu, gdzie zapewne dokonałaby swego żywota. Czasami zdaje mi się, że to taka moja życiowa powinność.  Mój dom jako przystań dla niechcianych płyt. Miejsce, w którym znajdą nie tylko ciepły kąt, ale i odpowiednią opiekę. W ramach rewanżu otrzymuję od nich wspaniałą muzykę, która umila mi nie tylko kolejne dni, ale bywa i tak, że zostaje czasem ze mną na długie lata.  Czegóż chcieć więcej?

Jakub Karczyński

13 lutego 2017

SEXY SUICIDE / PROMENADE CINEMA - LIVE IN POZNAŃ


Przedwczoraj miałem przyjemność obejrzeć koncert duetu Sexy Suicide w poznańskiej Minodze. Impreza odbyła się w ramach trzeciej edycji The Blitz Kids Party. Wyczekiwałem jej z wielkimi nadziejami już od dobrych kilku tygodni. Za sprawą debiutanckiej płyty Sexy Suicide, lata osiemdziesiąte powróciły w naprawdę wielkim stylu. Muzyka new romantic znów stała się modna i inspiruje kolejnych twórców nie tylko w Polsce, ale i za granicą. Przykładem tego jest angielska grupa Promenade Cinéma, która to poprzedzała występ naszych wschodzących gwiazd. Oba zespoły są dopiero na dorobku, z tym że Sexy Suicide jest kilka kroków przed Promenade Cinéma, którzy jak do tej pory dorobili się zaledwie trzech wirtualnych singli. Wielka szkoda, że nie nagrali jeszcze debiutanckiej płyty, bo zdecydowanie na to zasługują. Przed koncertem rozglądałem się za jakimś stanowiskiem z płytami i koszulkami, ale niestety niczego takiego nie znalazłem. Szkoda, bo pewnie wiele osób po występie, chętnie kupiłoby jeśli nie samą płytę, to przynajmniej jakiś gadżet, będący fajną pamiątką. W końcu gdzie jak nie na koncercie sprzedawać swoje płyty i koszulki? Jako że Sexy Suicide mają już czym się pochwalić i czym handlować, to wartoby zagospodarować ten sektor. Ja zdecydowanie obstawiam płyty i bardzo żałuję, że jedyną formą posłuchania muzyki Promenade Cinéma są pliki mp3. No nic, może kiedyś się doczekam pełnoprawnego albumu, którym będę mógł się zasłuchiwać tak intensywnie jak płytami Sexy Suicide czy Neon Romance (wcześniejsza inkarnacja Sexy Suicide).

Wracając do samego koncertu, to zaczął się on od występu Promenade Cinéma. Ten sympatyczny duet z Sheffield zaprezentował nam godzinny występ, który zrobił na mnie bardzo duże wrażenie. Zaznaczę, że do chwili koncertu, nie znałem twórczości zespołu. Przed występem posłuchałem kilku utworów na YouTube, ale było to dość pobieżne rozpoznanie terenu. Co ciekawe, okazało się, że pomimo braku znajomości jakiegokolwiek utworu, nie miało to większego znaczenia, bowiem nagrania okazały się na tyle przebojowe, że od razu wpadały w ucho. Świadczy to tylko o dużym talencie zespołu, przed którym drzwi do kariery stoją otworem. Trzeba tylko poprzeć to płytą by pamięć o zespole nie ulotniła się z twardego dysku/mózgu słuchaczy niczym mp3 po formatowaniu komputera. Ze wszystkich nagrań zaprezentowanych poznańskiej publiczności, mnie najbardziej do gustu przypadły The Worlds Of A Stranger, As The World Stops Revolving i cover Somebodys Watching Me (oryg. Rockwell). Nie znaczy to, że pozostałe były gorsze. Nie, nic z tych rzeczy. Cały występ stał na bardzo wysokim poziomie i tylko żal, że do klubu nie przyszło więcej osób. Na koncercie Promenade Cinéma było około trzydziestu osób, ale za to dobrze reagujących na to co działo się na scenie.

Gwiazdą wieczoru jak już wspomniałem było Sexy Suicide, które wcześniej działało w poszerzonym składzie jako Neon Romance. Popularność ich zatacza coraz szersze kręci, bowiem przyjęcie jakie zgotowała im publiczność było naprawdę imponujące. Nawet Marika wydawała się być tym zaskoczona. Tak jak podczas występu Promenade Cinéma publiczność stała dość luźno rozproszona po całej sali, tak na występie Sexy Suicde wszyscy zgromadzili się tłumnie pod sceną. Trudno mi orzec ile osób pojawiło się na ich koncercie, ale szacując tak z grubsza wyszło mi jakieś sześćdziesiąt osób. Sądzę, że z czasem ta liczba zacznie zdecydowanie się powiększać. Przekonamy się o tym podczas następnej wizyty, a tymczasem skupmy się na samym występie. Sexy Suicide dobrze czuło się w roli gwiazdy. Nie wydawali się nadmiernie speszeni, szczególnie że publiczność jeszcze przed występem dawała wyrazy swego uwielbienia. Skoro publiczność była już "kupiona", to nie pozostało im nic innego jak dać z siebie wszystko. I tak też zrobili. Nie notowałem poszczególnych numerów, ale wydaje mi się, że zagrali cały album od deski do deski. Zresztą nie mieli specjalnie wyboru, bowiem trudno coś pominąć jeśli ma się na koncie tylko jedną płytę. Niemniej trzeba zabezpieczyć się na takie sytuacje jaka miała miejsce w Poznaniu, gdzie po zagraniu wszystkich utworów, publiczność nie chciała by sen ten już się skończył. Żywo domagała się kolejnych utworów, a zespół nie mając nic więcej w zanadrzu, musiał ponowenie wykonać jeszcze dwa utwory. Publiczności jednak to nie przeszkadzało i bawiła się wyśmienicie. Można by jednak pomyśleć o włączeniu do repertuaru jakieś dwa cudze utwory. Oczywiście najlepiej jakiejś hity z lat osiemdziesiątych. Już widzę oczami wyobraźni jak Marika z Bartkiem odpalają nam jakiegoś Kapitan Nemo, albo stare Kombi. Publiczność chyba oszalałaby z zachwytu. Pomimo wąskiego jeszcze repertuaru wizytę Sexy Suicide należy zaliczyć do bardzo udanych, o czym zaświadczy nie tylko publiczność, ale i sam zespoł, który schodził ze sceny w glorii chwały.

Jakub Karczyński
      

9 lutego 2017

XYMOX - TWIST OF SHADOWS (1989)

Twórczość grupy Clan Of Xymox dzieli się z grubsza na trzy etapy. Pierwszym był okres współpracy z legendarną wytwórnią 4AD, dla której nagrali dwa albumy uchodzące za wzorzec i papierek lakmusowy względem późniejszych dokonań. Drugim etapem były płyty stworzone w uszczuplonym składzie i pod skróconym szyldem ograniczającym się do słowa Xymox. Wiązało się to  również ze zmianą stylistyki na nieco bardziej taneczną, uznaną przez część fanów za zdradę i dowód na komercjalizowanie się muzyki grupy. Trzecim i jak na razie ostatnim etapem, była reaktywacja Clan Of Xymox, mająca miejsce w 1997 roku. Nie wiązało się to jednak z odnowieniem współpracy z dawnymi członkami (Pieter Nooten, Anke Wolbert) lecz z utworzeniem zupełnie nowego składu i zapisywaniu nowych kart w historii grupy. 

Jako osobnik nieco przekorny, lubię czasami sięgnąć po płyty uchodzące w powszechnej opinii za nieudane. Zagłębiam się w nie by sprawdzić czym sobie na takie miano zasłużyły. Efekty tego bywają różne, ale jak niejednokrotnie się przekonałem, czasem warto dać szansę tym mniej kochanym dzieciom. Niektóre z nich potrafią się odwdzięczyć za poświęcony czas i energię. Jeśli jestem jeszcze w stanie zrozumieć to, że ktoś przekreśla albumy "Metamorphosis" (1992) czy "Headclouds" (1993), to nijak nie mogę pojąć tego, że płyta "Twist Of Shadows" (1989), nie jest wymieniany jednym tchem wśród najlepszych dokonań (Clan Of) Xymox. Toż to przecież arcydzieło synthpopu, które mimo upływu lat, wciąż mieni się najpiękniejszymi kolorami. Fakt, nie jest tak melancholijne jak "Clan Of Xymox" (1985) czy mroczne jak "Medusa" (1986), ale czy umniejsza to w jakimkolwiek stopniu jego znakomitości? Nie sądzę. Poza tym to dzieło kompletne, bez jakiejkolwiek skazy, bez chybionych dźwięków czy wypełniaczy czasu. Nie ukrywam, że jest to jedna z moich płyt życia. Nie poznałbym jej gdybym kierował się powszechnymi opiniami i sądami wygłaszanymi czy to w internecie czy wśród znajomych. Zapewne żyłbym w przekonaniu, że Clan Of Xymox, to tylko dwa pierwsze albumy, a reszta zupełnie się nie liczy. Na szczęście są jeszcze radiowcy, którzy kierują się wyłącznie własnym gustem i nie płyną z nurtem obiegowych opinii. Dzięki temu, dane było mi przed laty, usłyszeć ten album na łamach programu "Nawiedzone Studio" w poznańskim Radiu Afera. Było to co prawda tylko kilka utworów, ale wrażenia jakie na mnie wywarły, nie zapomnę do końca życia. Nie pamiętam już co prawda, które to były nagrania, ale nie ma to najmniejszego znaczenia, bo cały album jest fantastyczny. Słucha się go od deski do deski, jeśli można tak powiedzieć o płycie. Mało tego, po jej wybrzmieniu ma się ochotę na jak najszybszą powtórkę by jeszcze raz usłyszeć takie Blind Hearts, A Million Things czy Imagination. Chyba nie ma drugiego tak pięknego albumu, na którym muzyka taneczna podaje subtelnie rękę melancholii. Doskonałym tego przykładem są dwa ostatnie nagrania zamykające ten album. In The City i Clementina dotykają sfer tak pięknych i ulotnych, że aż trudno uwierzyć, że można odmalować je dźwiękiem. Tylko ktoś kompletnie nieczuły i głuchy może zignorować te piękne dźwięki, które działają w takim samym stopniu na nogi jak i serce. Połączenie tych dwóch żywiołów dało naprawdę piorunujący efekt i tylko szkoda, że tak nieliczni mają świadomość istnienia tej genialnej płyty. Co prawda album "Twist Of Shadows" jest do dziś dnia największym komercyjnym sukcesem grupy, ale kto o nim pamięta, zważywszy na fakt, że nigdy nie doczekał się wznowienia. Nie gra go radio, nie przypomina prasa, więc siłą rzeczy skazany jest na zapomnienie. Od wielu lat próżno także szukać go na sklepowych półkach, więc wszyscy chcący wejść w jego posiadanie, zdani są na łaskę portali aukcyjnych. Górnolotnie powiem jednak, że ten album wart jest każdych pieniędzy, bo przecież pieniądze przychodzą i odchodzą, a muzyka zostaje z nami na zawsze. Jeśli nie fizycznie to przynajmniej w naszych sercach.

"Twist Of Shadows" to album z kategorii tych, które nie tylko warto ocalić z pożaru, ale także od zapomnienia. Gdybym miał taką możliwość, grałbym go codziennie na radiowej antenie, aż wryłby się w pamięć odbiorców niczym mantra. Dawkowałbym go jak narkotyk, aby uzależnić od niego słuchaczy i z satysfakcją wysłuchiwał próśb o kolejną emisję. Choć z drugiej strony, taka masowa indoktrynacja chyba nie ma większego sensu. W końcu wszystko może człowiekowi zbrzydnąć, niech więc dźwiękowa rozkosz płynąca z słuchania "Twist Of Shadows" pozostanie rozrywką dla wybranych. Dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze.

Jakub Karczyński
  

23 stycznia 2017

POSTRZAŁ W SERCE

Uwielbiam takie muzyczne odkrycia, które przychodzą po cichu niczym kot. Czające się w mroku by znienacka wyskoczyć i zaatakować człowieka w najmniej spodziewanym momencie. Wtedy nie ma już czasu na reakcję, można tylko wywiesić białą flagę i skapitulować. Poddać się temu co przyniesie los, a bywa on niekiedy wyjątkowo łaskawy. Nie zawsze ciska piaskiem prosto w oczy, czasem podsuwa pod nos wyjątkowo udane prezenty, które zapadają w pamięć na długie lata. Tak było chociażby z grupą The Psychedelic Furs czy z Eyeless In Gaza. Po pierwszym szoku, następuje okres fascynacji i maniakalnego wyszukiwania informacji o danym wykonawcy i jego albumach. Następnie przechodzi to w fazę "kupujmy wszystko co się da", bo skoro znaleźliśmy już jedną perłę, nie jest powiedziane, że nie ma ich więcej. Tym sposobem wszedłem w posiadanie niemal całej dyskografii The Psychedelic Furs. Niezbyt wygórowane ceny skutecznie zachęcały do zakupu, w przeciwieństwie do albumów Eyless In Gaza, na które to trzeba wysupłać już większą gotówkę. Z tej też przyczyny postanowiłem poczekać na tak zwane lepsze czasy. Niestety, czekam do dziś dnia. Gdy już zdążyłem nieco zapomnieć o Eyeless In Gaza i emocjach jakie towarzyszyły mi przy słuchaniu "Back From The Rain" (1986), zdarzyło się coś czego zupełnie się nie spodziewałem. Przeglądając internet, natknąłem się na zdjęcia pewnej akcji, zorganizowanej w ramach ubiegłorocznej edycji festiwalu Spring Break. Pomysł był prosty. Poproszono ludzi z szeroko rozumianego show biznesu muzycznego, aby sfotografowali się ze swoją ulubioną płytą. Przewijały się tam najrozmaitsze okładki, jedne bardziej, inne mniej znane. Mnie szczególnie zaintrygowała propozycja Artura Rojka, którego cenię nie tylko za jego działalność artystyczną, ale i przez wzgląd na jego gust muzyczny. Przykładem dość szerokiego oglądu muzyki, jest coroczna rozpiska artystów na Off Festivalu. Próżno tam szukać jakiś wielkich gwiazd. To nie to miejsce i nie ten czas. Tutaj stawia się na odkrywanie tego co nieodkryte. I nie ma znaczenia metryka wykonawcy, ani długość stażu. Liczy się po prostu dobra muzyka. I taką też Artur Rojek promuje nie tylko na swoim festiwalu, ale i na owym zdjęciu ze Spring Breaka. Na tle szarej ściany, dumnie dzierży w swej ręce dość niepozorny kompakt. Na jego okładce, grupka młodych ludzi pozuje w towarzystwie starego motocykla. Wszystko to, odbywa się w dość mglistej scenerii, nadającej temu zdjęciu nieco melancholijny klimat. U góry napis - Prefab Sprout "Steve McQueen". W głowie pustka. Żadnych skojarzeń, poza rzecz jasna nazwiskiem znanego aktora. Nie przybliżyło mnie ono jednak do rozwiązania tej łamigłówki. Wyjściem z tej patowej sytuacji był szybki rekonesans na YouTube. Okazało się, że Prefab Sprout to wykopalisko z 1985 roku, po wysłuchaniu, którego nie tylko oniemiałem z zachwytu, ale zapragnąłem także jak najszybciej zdobyć to cudo. Na sklepy internetowe raczej nie liczyłem, więc pierwsze kroki skierowałem ku portalom aukcyjnym. Trop okazał się słuszny, bo już po kilku chwilach, stałem się dumnym posiadaczem tejże płyty. Radość niesłychana, zwłaszcza, że zakupiłem ją za jedyne 15 zł. Aż dziw bierze, że w cenie paczki papierosów można dostać album, który nie tylko radykalnie przestawia klocki w głowie, ale i żąda, aby włączyć go w poczet najważniejszych płyt swojego życia. Nie pozostało mi nic innego jak przystać na te warunki, w końcu jak często zdarza się, że trafia w nas muzyczny piorun, po uderzeniu którego nic już nie jest takim jakim było. Jeśli kiedykolwiek spotkam na swej drodze Artura Rojka, na pewno nie zapomnę podziękować mu za Prefab Sprout.  Jest za co.

Jakub Karczyński

20 stycznia 2017

PRZEPŁYWY INSPIRACJI

Zaczęło się dość zwyczajnie, od wręczania sobie płyt na kolejne urodziny oraz imieniny. Ot, taki miły zwyczaj. Cieszył tym bardziej, zważywszy na fakt, że nikt inny takowych muzycznych prezentów już mi nie robi. Zapewne wynika to z mojego dość odmiennego gustu muzycznego, który nijak się ma do tego, czego słuchają ludzie wokół mnie. A przecież nie ma lepszego prezentu dla kolekcjonera płyt, jak kolejny egzemplarz do kolekcji. Trzeba jednak wykazać się pewną wiedzą, bo wybór odpowiedniej muzyki, to swoisty test na znajomość muzycznego gustu i to bynajmniej nie własnego. Jeśli nie czujemy się na siłach podołać temu wyzwaniu, to lepiej powiedzieć pas, niż błądzić jak dziecko we mgle. Po pierwsze, damy tym dowód swojej niewiedzy, po drugie doprowadzimy do tego, że obdarowany będzie musiał robić dobrą minę do złej gry. Nikt nie lubi takich sytuacji więc chyba nie warto wkraczać na ten grząski grunt bez właściwego przygotowania. Jeśli jednak mamy w głowie pewne stylistyczne ramy i znamy nieco preferencje muzyczne naszego melomana, to warto spróbować. Osoba obdarowana z pewnością doceni wasz wysiłek, nawet jeśli nie zawsze traficie idealnie. Istnieje też szansa, że poszerzycie nieco muzyczne horyzonty tejże osoby, a może zdarzy wam się nawet odkryć dla kogoś płytę życia. Idealną sytuacją jest, gdy obie strony pasjonują się muzyką i obracają się w podobnych kręgach stylistycznych. Wtedy zabawa nabiera dopiero rumieńców. Czasem nawet wkracza na zupełnie nowy poziom. Sam jestem tego najlepszym przykładem wraz z kolegą Pawłem. Jak już wspomniałem, zaczęło się dość zwyczajnie. A to płyta na urodziny, innym razem, aby zaznaczyć dzień imienin czy świąt. Tak nam się to spodobało, że postanowiliśmy nieco rozszerzyć reguły tej zabawy. Celem ma być wzajemna inspiracja, odkrywanie przed sobą grup, które przegapiliśmy gdzieś w tym muzycznym zalewie płyt. Czas ich wręczania determinuje kalendarz, a dokładniej pory roku. I tak, tegoroczną zimę zainaugurowaliśmy wymianą albumów grup Blossoms i White Door. Każdy tytuł z innej parafii, ale o to właśnie chodzi, aby zgłębiać obszary jeszcze nie poznane. I faktycznie, oboje wkroczyliśmy na dziewiczy teren bowiem otrzymane płyty stanowiły dla nas nie lada zagadkę. Nie mieliśmy pojęcia o ich istnieniu, a tym bardziej o zespołach, które je nagrały. Ot, taka wyprawa w nieznane. Okazuje się, że obie strony zadowolone, słuchają płyt z przyjemnością i nie mogą doczekać się już wiosny. Kto wie co ona przyniesie? W sensie muzycznej wymiany, bo w przyrodzie to z grubsza wiadomo.

Jakub Karczyński
 

13 stycznia 2017

PŁYTY GRZECHU WARTE - TOP 2016

Przed kilkoma dniami zamknęliśmy definitywnie rok 2016. Jak był? Na to pytanie niech każdy sam sobie odpowie, bowiem trudno tak jednoznacznie zawyrokować. Dla mnie osobiście był on jednym z najcudowniejszych i zarazem najgorszych. Najcudowniejszy bo powstało mnóstwo naprawdę pięknej muzyki, spośród której wybrać tylko dziesięć ulubionych płyt to nie lada sztuka. Najgorszy z kolei ze względu na ilość muzycznych pożegnań. Jednak w przypadku niektórych artystów, także śmierć została podniesiona do rangi sztuki. Jedni potrafili doskonale ją przewidzieć, inni z kolei potrafili doskonale się na nią przygotować, a dla jeszcze innych była kompletnym zaskoczeniem. Nie da się zaprzeczyć, że w minionym roku to śmierć rozdawała karty w muzycznym biznesie. Bezsprzecznie był to rok śmierci, której nazwę odmieniano przez wszystkie przypadki i przeżywano zarówno w skali mikro jak i makro. Pierwszy raz też zdarzyło mi się wytypować płyty w kategorii "najważniejsze", bo dotychczas typowałem je opierając się na kategorii "najpiękniejsze". Nie zawsze jedno pokrywa się z drugim, tak więc zdecydowałem się na rozróżnienie tych dwóch spraw. Wśród płyt "najważniejszych" wskazałem trzy albumy, których narodziny stanowiły na tyle istotny punkt, że będzie on widoczny jeszcze za pięć, dziesięć, a może i za pięćdziesiąt lat. To muzyczne pulsary, migoczące na firmamencie nieba, których nie sposób przegapić, a które to pozwalają nam sobie uświadomić ileż banalnych dźwięków musimy wysłuchiwać co dnia. A są to:



KATEGORIA: NAJWAŻNIEJSZE


  1. David Bowie "Black Star"

Koniec rozdziału. Przewracasz ostatnią stronę i już wiesz, że byłeś świadkiem czegoś wyjątkowo ważnego, czegoś co dobiegło kresu i nigdy już nie wróci. Świat zapisuje jednak kolejne strony, lecz zagięta kartka nie pozwoli zapomnieć o tym rozdziale.
 
  2. Radiohead "A Moon Shaped Pool"

Muzyczny świat rozpękł się na kilka kawałków, a jedynym zespołem, który podjął się jego sklejenia jest grupa Radiohead. Zaczęli z wysokiego C, łącząc muzykę poważną z niepoważną i trzeba im przyznać, że robią to z wyjątkową klasą oraz wyczuciem.

  3. Nick Cave "Skeleton Tree"   

Nick Cave nigdy nie należał do muzycznych wesołków. Niespodziewana śmierć syna tylko pogłębiła ten mrok, przez co otrzymaliśmy muzykę nie tyle smutną, co wręcz żałobną, której terapeutyczna moc, pozwala przetrwać ten trudny czas. To jakby dosięgnąć najczarniejszego smutku i dostrzec w nim promyk światła.


KATEGORIA: NAJPIĘKNIEJSZE


Przejdźmy teraz do płyt z kategorii "najpiękniejsze", które to skradły mi serce w minionym roku. Tutaj liczą się już tylko emocje, prywatne preferencje i subiektywna wykładnia piękna.

  1. Radiohead "A Moon Shaped Pool"

Słuchając tej płyty uświadomiłem sobie, że to co dla jednych stanowi za sufit, dla innych jest zaledwie podłogą. I tak też jest z Radiohead. Oni sięgają już nieba, gdy inni dopiero kierują tam wzrok. Płytą "A Moon Shaped Pool" przywrócili mi wiarę, którą sądziłem, że pogrzebałem wraz z "Kid A" (2000). Album nie tylko ważny, ale i wybitny.

  2. Sophie Ellis-Bextor "Familia"

Niby nic dwa razy się nie zdarza, ale jak się okazuje w muzyce ta zasada nie obowiązuje. Po wspaniałym albumie "Wanderlust" (2014) nadszedł czas na jeszcze piękniejszą "Familię". Proste, ale jakże eleganckie kompozycje, które skradną niejedną wrażliwą duszę. Sophie odnalazła w końcu swoja muzyczną drogę, którą podąża od kilku lat, a która to wiedzie ją ku wspaniałej przyszłości. Aż żal, że żadne muzyczne podsumowania czynione przez renomowane portale czy gazety, nie zająknęły się o tej płycie. Cóż, ich strata. Niech w dalszym ciągu słuchają sobie Beyonce na zmianę z Rihanną. To przecież taka piękna i ambitna muzyka.

  3. Suede "Night Thoughts"

Czas płynie, a oni jakby nic sobie z tego nie robili. Kolejny raz nagrywają świetną płytę i udowadniają, że ich czas jeszcze nie minął. Mało tego, on wciąż trwa i kto wie czy najlepsze lata nie są jeszcze przed nimi. Jeśli ktoś przegapił ten album, niech jak najszybciej nadrabia zaległości, bo Suede posiedli umiejętność wykradania nie tylko serc, ale i dusz. Tak jak w przypadku Sophie Ellis-Bextor, Suede z każdą kolejną płytą podnoszą poprzeczkę wyżej i wyżej. Ambitnie, ale i pięknie.

  4. The Mission "Another Fall From Grace"

Misjonarze powrócili by kolejny raz nawrócić niewiernych słuchaczy, wydając zbiór swych żarliwych kazań. Co prawda już poprzedni tom zatytułowany "Najjaśniejsze światło", spotkał się z aprobatą lecz brakowało w nim pewnej spójności i dawnego ducha. Tym razem Misjonarze sięgnęli do starych metod, aby jeszcze skuteczniej krzewić wiarę wśród ciemnego ludu i muszę przyznać, że wielebny Wayne Hussey stanął na wysokości zadania.   

  5. Sexy Suicide "Intruder"

To bezsprzecznie moje najważniejsze i najlepsze ubiegłoroczne odkrycie. Synthpop najczystszej wody, zanurzony w latach osiemdziesiątych nie tylko za sprawą klimatycznych syntezatorów, ale i urzekających wokali Mariki Tomczyk. Gdyby nie rok na okładce, można by pomyśleć, że to jakiś zaginiony klejnot z tamtej epoki. Tak przekonującego odkurzenia tej stylistyki dawno już nie słyszałem więc niecierpliwie czekam na kontynuację tej pięknej, sentymentalnej podróży.
 
  5. Vökuró "Creatures"

Zjawiskowy debiut z krainy dream popu, bijący się w tym zestawieniu o palmę pierwszeństwa z Sexy Suicide. Niestety nie mogłem zdecydować, który lepszy, bo każdy czymś innym zachwyca więc mamy miejsca ex-equo. Wraz z "Creatures" zanurzamy się w dość tajemniczym i nierzeczywistym świecie, płynąc pośród jego bogactw niczym kapitan Nemo w Nautilusie. Spora w tym zasługa syntezatorów kreujących wspaniałe pejzaże, jak i odrealnionego głosu Pauliny Ołdakowskiej. Wystarczy zamknąć oczy i poddać się temu nastrojowi, aby dotrzeć tam, gdzie nie sięga wzrok.    

  6. Daniel Spaleniak "Back Home"

Niezwykle nastrojowa i jakże subtelna muzyka. Taka w minimalistycznym, skandynawskim stylu. Zaśpiewana jakby od niechcenia, zmęczonym, głębokim głosem o jednoznacznie melancholijnej wymowie. Mimo tej ascetyczności i pozornej szorstkości, dźwięki zawarte na albumie "Back Home" otulają człowieka niczym ciepły koc. Muzyka klimatem przywodzi mi nieco na myśl filmy David Lyncha. Pełna nierzeczywistej aury, zabiera nas w podróż do miejsc osnutych pajęczyną tajemnic i melancholii. Skąpana we mgle i połączona duchową bliskością z twórczością współczesnych songwriterów w rodzaju Finka, jest na pewno najbardziej przekonującą próbą w tej stylistyce nie tylko na rynku polskim, ale i światowym.     

  7. Bear's Den "Red Earth & Pouring Rain"

Gdy jedni wypuszczają w świat swoje plastikowe dźwięki (vide Coldplay), inni nagrywają płyty stworzone z potrzeby serca. Już sam początek albumu "Red Earth & Pouring Rain" wgniata w ziemię tak mocno, że twarz przybiera jednocześnie wyraz podziwu i zaskoczenia. Gdyby takie zespoły emitowało nasze radio, żal byłoby wyłączać odbiornik, a tak wciąż trzeba wdrażać w życie słowa Juliana Tuwima, który swego czasu lubił powtarzać, że: "Radio to cudowny wynalazek! Jeden ruch ręki - i nic nie słychać". 

  8. Marillion "F.E.A.R."

Marillion już prochu nie wymyśli, ale też chyba nikt tego od nich nie oczekuje. No chyba, że ktoś w dalszym ciągu rozpatruje twórczość zespołu poprzez przynależność gatunkową. Etykieta progresywnego rocka jaka przylgnęła do zespołu tylko zaciemnia obraz sytuacji. Progresywny rock jest progresywny już tylko z nazwy, więc odłóżmy na bok te akademickie spory i posłuchajmy "F.E.A.R." bez zbędnego balastu. Kto wie czy nie okaże się, że to najlepszy album od czasu "Marbles" (2004). Wiele na to wskazuje, choć trzeba przysiedzieć z tym krążkiem kilka wieczorów.

  9. Mesh "Looking Skyward"

Znów synthpop, tym razem jednak nie z krajowego podwórka. Brytyjczycy z Mesh ponownie nie zawiedli, ofiarując nam niezwykle smakowity album, pełen przebojowych kompozycji. Każdy kto wychował się na tego typu muzyce nie powinien czuć rozczarowania, bo mamy tu wszystko to, za co kochamy ten muzyczny styl. Tylko tyle i aż tyle.
  
  10. MGT "Volumes"

Nie przepadam za bardzo za płytami, gdzie jakiś znany gitarzysta zaprasza śpiewających gości, aby zapełnić miejsce przy mikrofonie. Zazwyczaj wychodzą z tego kompletnie niespójne albumy, więc omijam je szeroki łukiem. Pod szyldem MGT ukrywa się Mark Gemini Thwaite, który współpracował z takimi artystami jak choćby Peter Murphy czy grupami pokroju The Mission. Co prawda z Misjonarzami nagrał dwa najsłabsze albumy ("Neverland" (1995), "Blue" (1996) ), ale przecież nie on był wyłącznym twórcą kompozycji. Na swoją płytę zaprosił artystów kojarzonych ze sceną o dość mrocznym, gotyckim zabarwieniu. I tak mamy tu Wayne'a Husseya, Julianne Regan (All About Eve), ale i Ville Valo, który niesamowicie błysnął w przeróbce ... Abby! Pozostali artyści też nie pozostali mu dłużni, dzięki czemu powstał naprawdę spójny i udany album, do którego wracam z największą przyjemnością.


I to by było na tyle. Kolejny rok za nami, najlepsze płyty wybrane, ale ja chciałbym jeszcze wspomnieć kilka słów o albumach, które nie załapały się do czołowej dziesiątki, a o których warto pamiętać. Przede wszystkim Metallica, która nagrała naprawdę solidny album. Gdyby wybrali najlepsze utwory z obu krążków i wydali je w formie jednopłytowego wydawnictwa, z pewnością znaleźliby się w moim podsumowaniu. A tak, niestety zabrakło dla nich miejsca. Druga płyta dość znacznie obniżyła moją ocenę tego albumu, choć i tak uważam, że w ogólnym rozrachunku, grupa wyszła z tego pojedynku in plus. Innym zespołem, który był bardzo bliski wdarcia się do tego tegorocznego podsumowania to Heroes Get Remembered, którzy diametralnie zmienili swój muzyczny styl i było to najlepsze co mogli zrobić. To kolejny polski zespół, który przywrócił mi wiarę w to, że nie mamy się czego wstydzić. W poprzednich latach miałem wielki problem z tym, aby wybrać coś z etykietką PL, a teraz w czołowej dziesiątce, aż trzy polskie płyty. Już samo to jest dla mnie wielki zaskoczeniem i potwierdzeniem tego, że był to niezwykle udany rok. Mam nadzieję, że i ten obecny stanie na wysokości zadania, zasypując nas samymi pięknymi albumami. Pożyjemy, zobaczymy.

Jakub Karczyński