13 września 2018

NIE WSZYSTKO ZŁOTO CO SIĘ ŚWIECI

Pisałem już swego czasu o muzycznych białych krukach, które to od lat staram się wytropić. Czasem zajmuje to nieco więcej czasu, ale radość z ich zdobycia za każdym razem jest tak samo wielka. Z piętnastu albumów z mojej prywatnej listy, udało zdobyć mi się już cztery z nich. Nie zawsze unikalność gwarantuje równie wielkie doznania muzyczne, o czym przekonałem się boleśnie już kilka razy. Niemniej sam proces mozolnego zdobywania kolejnych płyt jest równie fascynujący. Czasami gdy trwa to wyjątkowo długo moje wyobrażenia co do zawartości muzycznej albumu potrafiły obrosnąć takimi historiami, że sama płyta urastała do rangi Świętego Gralla. Póżniej następowało zazwyczaj rozczarowanie, które odbierało smak temu zwycięstwu stąd też postanowiłem zbytnio się nie nastawiać, nie oczekiwać więcej niż dany artysta jest mi w stanie zaoferować.

Gdy przed kilku laty odsłuchiwałem starą audycję Tomka Beksińskiego nie przypuszczałem, że natknę się na kogoś tak niezwykłego jak Toyah Willcox. Dźwięki tworzone przez Toyah wymykają się łatwej klasyfikacji bowiem można doszukać się tam i elementów typowego pop rocka, muzyki tanecznej, refleksyjnych ballad jak i nieco bardziej drapieżnej natury kierującej nasze myśli w stronę post punku. W młodości Toyah zresztą żywo interesowała się kulturą punk co wyjaśniałoby te naleciałości muzyczne. Jej twórczość idealnie komponuje mi się z artystką, o której wspominałem już na blogu jakiś czas temu. Mam na myśli Danielle Dax, której twórczość jest równie szalona i nieprzewidywalna. Stąd też albumy tych dwóch pań będą ze sobą sąsiadowały na mojej półce. Już zresztą to robią bo jakiś czas temu zakupiłem jej album "Dreamchild" (1994), z pięknym, monumentalnym nagraniem Tone Poem. Choćby tylko dla tej jednej kompozycji warto mieć na półce to wydawnictwo.

Płyta "Anthem" (1981), którą to pozyskałem przed kilkoma tygodniami dość długo pozostawała poza moim zasięgiem, choć okazji do jej zdobycia nie brakowało. Nawet teraz można ją kupić, ale mnie nie interesowały egzemplarze oscylujące w granicach 120 zł. Wolałem poczekać i przyczaić się na jakąś o wiele lepszą okazję. Cierpliwość i tym razem popłaciła bowiem ktoś postanowił pozbyć się tej płyty za bardzo rozsądne pieniądze. Edycja ogólnie dostępna to wznowienie z 1999 roku wraz z sześcioma dodatkowymi nagraniami. Pierwsza edycja miała tych bonusów tylko cztery, za to wśród nich jest jedno nagranie, którego nie ma na wznowieniu. Warto więc mieć obie wersje choć zdobycie tej pierwotnej jest dość karkołomne. Mnie póki co się to nie udało więc cieszę się tym co mam, ale gdy tylko nadarzy się odpowiednia okazja na pewno uzupełnię zbiory. Sama Toyah jest prywatnie żoną Roberta Frippa znanego jako mózg i najważniejszy element King Crimson. Muzycznie jednak małżeństwo stoi po dwóch stronach barykady. Nie przeszkadzało to im jednak w twórczej koegzystencji, mało tego, nagrali nawet wspólnie płytę "The Lady Or The Tiger?" (1986) nawiązującej wprost tytułem do głośnej powieści Franka R. Stoctona z 1882 roku. Historia to iście niezwykła więc posłuchajcie. Pewien król postanowił karać przestępców w dość niekonwencjonalny sposób. Stawiał delikwenta przed dwojgiem drzwi. Za jednymi czaił się wygłodniały tygrys, a za drugimi piękna kobieta, którą miał pojąć za żonę. Szanse powodzenia pół na pół. Pewnego dnia tenże król przyłapał młodego chłopaka na umizgach do swej córki. Bardzo mu się to nie spodobało więc postanowił poddać go owej próbie z dwojgiem drzwi. Nie wiedział jednak, że córce udało się poznać odpowiedź na pytanie gdzie znajduje się tygrys, a gdzie dziewczyna. Jednak zakończenie tej historii nie jest wcale takie jakiego byście się spodziewali. Otóż owa córka króla ma do wyboru albo stracić ukochanego na zawsze albo wtrącić go w ręce innej kobiety. Żadne z tych rozwiązań nie jest dla niej satysfakcjonujące. W jej wnętrzu ścierają się skrajne emocje, jednak w dniu próby daje dyskretnie znak ukochanemu, które drzwi ma wybrać. Młodzieniec otwiera drzwi i co w nich widzi? Nie wiadomo bo w tym momencie właśnie kończy się ta historia i pozostawia czytelnikowi pole do puszczenia wodzy wyobraźni. Przyznacie, że to ciekawe rozwiązanie może i w czytelniku wzbudzić dwojakie emocje. Współcześni autorowi nagabywali go o to by udzielił im odpowiedzi coż takiego ujrzał młodzieniec za tymi drzwiami, ale za każdym razem byli odsyłani z kwitkiem. I słusznie bo czy owa historia byłaby tak ciekawa, gdyby autor zdecydował się na dopisanie dość konwencjonalnego zakończenia? No właśnie. Cały urok tkwi w tym niedopowiedzeniu. I to jest właśnie klucz do tworzenia niebanalnej sztuki, o czym część artystów zdaje się niestety zapominać.

Jakub Karczyński

3 września 2018

THE CULT - HIDDEN CITY (2016)

Ostatnim albumem The Cult, który zrobił na mnie naprawdę wielkie wrażenie był "Beyond Good And Evil" (2001). Podobał mi się również "Born Into This" (2007), który jednak przez większość dziennikarzy i odbiorców został totalnie zmieszany z błotem. Do dziś zachodzę w głowę co było tego przyczyną bowiem zawierał on o wiele ciekawsze kompozycje niż o wiele cieplej przyjęty "Choice Of Weapon" (2012). Stąd też na nowy album The Cult czekałem z wielkimi nadziejami, ale i ze sporymi obawami. Nie za bardzo wiedziałem czego się spodziewać. W jakim kierunku tym razem pójdą? Czy czymś zaskoczą? Sięgną po jakieś nowe środki wyrazu, a może wręcz przeciwnie, zaproponują nam swoje stare, sprawdzone patenty. Czy będą mieli jeszcze w sobie dostatecznie dużo sił by wznieść się jeszcze raz na szczyt, czy może obniżą swój lot niczym sępy nad padliną i osiądą w krainie zapomnienia? Nie ważne zresztą jaki kierunek obiorą, zabrzmią nowocześnie czy archaicznie, najważniejsze by znaleźli drogę do mojego serca.

"Hidden City" jest rzekomo zamknięciem trylogii zapoczątkowanej na "Born Into This", choć słuchając wszystkich tych albumów trudno dostrzec jakąś nić powiązań. Nie za bardzo wiadomo co miałoby spajać te płyty, bo raczej nie muzyka. Aby się tego dowiedzieć trzeba by spytać samego autora. Słuchając tego albumu, uderzyła mnie jedna myśl, która ma również zastosowanie do poprzedniej płyty. Jest energia, brakuje jednak momentami żaru i ognia. Być może to kwestia produkcji, która jakby nie było jest ważną częścią składową procesu nagrywania i która to potrafi wydatnie wpłynąć na jakość płyty tak na plus jak i na minus. Świetna produkcja potrafi dodać skrzydał muzyce, kiepska może pogrzebać nawet najgenialniejszy materiał. Bob Rock to nazwisko, które znane jest chyba każdemu kto interesuje się muzyką. Człowiek legenda, człowiek instytucja, który maczał palce w niejednej produkcji i niejednokrotnie odmieniał oblicze danego wydawnictwa. Wspomnijmy choćby "Black Album" (1991) Metallicy jako album, na podstawie którego ustawiało się parametry sprzętu muzycznego. W przypadku "Hidden City" nie słychać, aby Bob Rock wspiął się na wyżyny swojego kunsztu. A przecież współpraca z The Cult to dla Boba nie pierwszyzna. Kręcił już przecież pokrętłami na pięciu ich albumach, w tym na chwalonym przeze mnie "Beyond Good And Evil" gdzie zrobił to naprawdę wyśmienicie. Owszem, poniżej pewnego poziomu nie schodzi, niemniej ta płyta nie brzmi tak jak mogłaby brzmieć. Naprawdę potężnie i z wykopem. Odnoszę wrażenie jakby energia zgromadzona na płycie nie mogła się uwolnić, wybuchnąć tak jakby tego człowiek oczekiwał. Aby upewnić się co do słuszności moich przypuszczeń, nastawiłem "Beyond Good And Evil" (2001), który wręcz kipiał energią i buchał ogniem. Mało tego, był na tyle bezbłędny jeśli chodzi o kompozycje, że do dziś robi wrażenie, choć od jego wydania minęło już siedemnaście lat. Nawet Ian Astbury śpiewał tam tak, jakby zależało od tego jego życie. Na "Hidden City" jakoś tego nie słychać. Częściej odnoszę wrażenie, że jego partie są jakieś takie wysilone i wymęczone. Od poprzedniej płyty widać co prawda duże zmiany na lepsze, zwłaszcza jeśli przyjrzymy się samym utworom, niemniej nie jest to jeszcze ten poziom co na "Beyond Good And Evil". Jeśli posłużymy się podziałem na dwie strony jak w przypadku płyt winylowych to zdecydowanie korzystniej wypada strona A. Album zaczyna się energetycznie wraz z pierwszymi dźwiękami Dark Energy, ale już tutaj słychać, że coś nie do końca udaje wyzwolić się ową energię. Czegoś tam ewidentnie brakuje. Przypomina to desperacką próbę krzesania ognia nieco już zawilgotniałymi zapałkami. Zapał do pracy jest, ale efekty niestety żadne. Na szczęście ten niedosyt nie trwa zbyt długo bowiem to czego zabrało Dark Energy z nawiązką otrzymujemy w No Love Lost. Spokojny początek może sugerować, że będziemy mieli do czynienia z jakąś balladą, ale to tylko pozory bowiem The Cult dorzucają tu konkretnie do paleniska, które wreszcie zaczyna porządnie grzać. Podobnie w Dance The Night, które podtrzymuje tę dobrą passę i wlewa w moje serce nadzieję, że na The Cult nie warto jeszcze stawiać krzyżyka. I choć "Hidden City" nie jest ani albumem tak równym jak "Beyond Good And Evil", ani tym bardziej tak wybitnym, to jednak zawiera w sobie kilka naprawdę udanych kompozycji jak wspomniane wcześniej No Love Lost, Dance The Night  czy Avalanche of Light. Są też i takie, którym naprawdę niewiele zabrakło, aby dołączyć do tego grona. Najbliżej było w Birds Of Paradise.  które ma w sobie coś z klasycznego brzmienia The Cult, ale odnoszę wrażenie, że nie do końca udało oszlifować się ten diament. Zabrakło przysłowiowej kropki nad i, odrobiny magii, aby można było orzec, że to kolejny klasyk w repertuarze grupy. Niektóre fragmenty płyty zwyczajnie męczą czy to swoją topornością (G O A T) czy wokalizami Astbury'ego (Deeply Ordered Chaos). Zawodzi zwłaszcza końcówka płyty w postaci utworów Lilies, Heathens i Sound And Fury, które zamiast rozkwitnąć jak okładkowa lilia fundują nam spektakl obumierania i więdnięcia tejże rośliny. Po wybrzmieniu ostatniej nuty czuję raczej zawód i niespełnienie niż poczucie satysfakcji. W tej sytuacji samoistnie nasuwają mi się słowa piosenki Satisfaction The Rolling Stones, gdzie Mick Jagger śpiewa I can't get no satisfaction i to jest chyba najlepsza i najkrótsza recenzja tego albumu.

W ostatnich latach mój entuzjazm do muzyki The Cult nieco osłabł i jakoś nie potrafię rozniecić w sobie tego dawnego ognia. Zespół niby się stara, nagrywając dość regularnie kolejne albumy, ale żaden z nich jakoś nie skradł mego serca na tyle bym znów stał się ich gorliwym wyznawcą. "Hidden City" to krok w dobrym kierunku, ale gdyby co nieco w nim pozmieniać, inaczej wyprodukować mam wrażenie, że dałoby się tam wykrzesać jeszcze niejedną iskrę. Gdzie te czasy gdy człowiek płonął jak pochodnia przy takich utworach Rise, True Believers czy My Bridges Burn. Na "Hidden City" nie znalazłem zbyt wielu ich godnych następców choć obiektywnie patrząc nie jest to zły album. Zapewne znalazł sporo admiratorów zachwyconych czy to jego surowym brzmieniem czy to kompozycjami, ale mnie w tym gronie próżno szukać.

Jakub Karczyński
 

20 sierpnia 2018

JESIEŃ W SIENI

Wkraczamy właśnie w mój ulubiony okres roku jakim jest schyłek lata i początek jesieni. Lubię ten czas, gdy słońce grzeje już nieco mniej intensywnie, a w powietrzu pachnie jesienią. Jest w tym jakaś magia, coś czego nie da się do końca wytłumaczyć. To po prostu trzeba czuć. To tak jak z poszukiwaniem stacji radiowej. Kręcisz gałką raz w lewo, raz w prawo próbując uchwycić najczystszy dźwięk lecz czasem pomimo starań nie udaje się osiągnąć zamierzonego celu. Coś nie pozwala nastroić się na odpowiednią falę. I tak też jest z jesienią, której nie zrozumie nikt kto nie nosi w sobie odrobiny melancholii i autorefleksji nad przemijalnością tego świata. Lato to czas zabawy, beztroski, jesień to chwile gdy mierzysz się ze światem, analizujesz własną pozycję w czasie i przestrzeni. To także spojrzenie wstecz, do czasów dzieciństwa, do wszystkich tych pięknych chwil, które już za nami. To tęsknota do starego świata, którego w żaden sposób nie da się już odzyskać choćbyśmy nie wiem jak bardzo się starali. Tak właśnie widzę jesień. Piękną, mądrą i sędziwą. Wtedy to najchętniej zanurzam się w odpowiednio magicznej literaturze stanowiącej taki pomost między czasami dzieciństwa a współczesnością. Przed laty były to "Wichrowe wzgórza" oraz "Tajemniczy ogród". Sam jestem ciekaw co mnie czeka w tym roku. Może "Noce i dnie", a może serpentyny losu uplotą mi jeszcze inny scenariusz na tegoroczną jesień? Czasu pozostało niewiele więc warto już byłoby rozejrzeć się po domowej biblioteczce. 

Z pewnością nie będę miał takich dylematów w kwestii muzyki bo przecież moja płytoteka melancholią stoi. No może nie tak całkowicie, ale gdybyście zapytali moich znajomych o mój ulubiony typ muzyki to gwarantuję, że usłyszelibyście jedno słowo. Smęty. Słowo to w swojej wymowie mające wydźwięk pejoratywny trochę mnie drażni, bo przecież jak można używać go do opisywania muzyki dajmy na to takiego Dead Can Dance czy Breathless. Toż to trzeba być kompletnym ignorantem ze sporym ubytkiem słuchu, aby nie dostrzec piękna zawartego w tychże dźwiękach. Stąd też przestałem wdawać się w polemiki bowiem nie mam siły tłumaczyć komuś czemu coś jest piękne. Skoro sam tego nie widzi/słyszy to już jego problem. Nie wymagam, aby wszystkim podobało się to samo, ale pragnąłbym pewnej wrażliwości na dźwięki, refleksji nad tym co dociera do naszych uszu, a nie bezmyślnego odrzucanie muzyki tylko dlatego, że pierwsze dwadzieścia sekund nie spełniło naszych oczekiwań. Wiem, że świat wymaga od nas by działać szybko, ale ulegając tej pokusie automatycznie zgadzamy się na bylejakość, powierzchowność i pauperyzację kultury. Długo by tak można jeszcze wyliczać, ale ja nie o tym chciałem napisać lecz o muzyce, którą to listonosz doręczył mi w dniu dzisiejszym. Tak, będą to jesienne smęty, ale takie, że aż krew szybciej mi w żyłach krąży kiedy tego słucham. Albumy, o których mowa to dwa starocie (a jakże by inaczej) wygrzebane z lat osiemdzisiątych. Oba mają tego samego wykonawcę, którym to jest Peter Koppes. Ktoś kojarzy? Nie? To może dodam, że to wieloletni kompan Steve'a Kilbeya z The Church. Zdobyłem właśnie jego dwa solowe albumy, a mianowicie "Manchild & Myth" (1988) oraz "From The Well" (1989). Póki co posłuchałem tego pierwszego i jestem absolutnie urzeczony tym co na nim znalazłem. Jeśli i drugi utrzyma taki poziom to szykuje mi się przepiękna jesień. Kto by pomyślał, że poza regularnymi płytami The Church warto też zainteresować się tym co porabiali na boku pozostali muzycy. Zazwyczaj mało kogo interesują solowe kariery instrumentalistów i to już się chyba nie zmieni. A gdzie jest napisane, że są oni mniej zdolnymi twórcami niż wokaliści? Ano nigdzie, ale jakoś tak się utarło i ciężko z człowieka wyplenić  takie myślenie. Niemniej słucham tej płyty raz za razem i zacieram skrycie ręce na samą myśl jakie jeszcze skarby uda mi się wykopać tej jesieni.

Jakub Karczyński

PS Autorką tego przecudnego obrazu jest Beata Wilczewska, a zatytułowany jest on "Jesień w mieście". To tylko jeden z wielu obrazów, które warte są Waszych oczu. Zainteresowanych odsyłam pod adres https://www.pinterest.es/vilmagomezsavin/beata-wilczewska-polonia/, gdzie będziecie mogli nasycić się tymi obrazami pełnymi uroku i jesiennego ciepła. Sam chętnie przyozdobiłbym swój salon tymi dziełami, ale raczej nie mam co liczyć na spełnienie tego marzenia. 

19 sierpnia 2018

PRZESŁUCHANIE 11

Stojąc naprzeciw regałów z płytami, długo zastanawiałem się jakie albumy wytypować do kolejnej odsłony cyklu przesłuchanie. Niecierpliwie przebierałem palcami jak rewolwerowiec na kilka chwil przed oddaniem strzału. Uważnie lustrowałem potencjalnych przeciwników próbując wytypować tych najgroźniejszych i zarazem takich, którzy swoimi wyczynami zapisali się już w mej pamięci.  Trafienie musiało być celne, śmiertelnie celne bowiem z tego pojedynku żywo wychodzi tylko jeden. Po długich namysłach ustrzeliłem w końcu dwa albumy o odpowiednio chłodnym klimacie, aby ochłodziły nas w to upalne lato. Na pierwszy ogień idzie składanka...

LONELY IS AN EYESORE (1987)


Jeśli ktoś jeszcze jakimś cudem nie kojarzy wytwórnii 4AD i związanych z nią artystów to jest to najlepsza okazja, aby te braki nadrobić. Co prawda nie ma tu wszystkich artystów, którzy przewinęli się przez drzwi tej szacownej wytwórnii, ale i tak warto przyjrzeć się tej składance. Oprócz rzeczy oczywistych takich jak Dead Can Dance, Cocteau Twins czy This Mortal Coil spotkać można tu takie wynalazki jak Dif Juz, Wolfgang Press czy Throwing Muses i to chyba one najbardziej uatrakcyjniają to wydawnictwo. Nie mam tu bynajmniej na myśli, że to co oczywiste jest słabe, ale chyba każdy z nas lubi od czasu do czasu zanurzyć się w czymś nowym i nieznanym. Mnie najbardziej przypadło do gustu nagranie Cut The Tree wspomnianej grupy Wolfgang Press, mające w sobie coś z ducha Joy Division. Throwing Muses z kolei jakoś tak kieruje moje myśli w stronę Siouxsie & The Banshess choć obie grupy obracały się w nieco innej sferze dźwięków. Jeśli zaś chodzi o Dif Juz to spotkałem się z tym zespołem po raz pierwszy właśnie za sprawą owej składanki i do dziś dnia grupa ta stanowi dla mnie nie lada zagadkę. Jej instrumentalny, dość tajemniczy utwór każe przypuszczać, że nie znaleźli się tu przez przypadek. Chyba więc warto zainteresować się ich dorobkiem jak i odkryć uroki pozostałych grup. Jeśli pragniecie zanurzyć się w tym co było niegdyś kwintesencją wytwórnii 4AD to jest to odpowiednia płyta zarówno dla nowicjuszy jak i tych, którzy zasmakowali już w przetworach z tej piwnicy.

9/10
 

 SOVIET SOVIET "NICE" (2011)


Żeby nie było, że grzebiemy tu tylko w mega starociach sięgnijmy więc po coś bardziej współczesnego. Sama płyta ma co prawda już na karku siedem bitych lat, ale w żadnym wypadku nie brzmi archaicznie. Włosi z Soviet Soviet pomimo że czerpią pełnymi garściami z post punka to osadzają swoją muzykę bliżej alternatywnego rocka. Brrr. Alternatywny rock to etekietka tak pojemna, że można do niej wrzucić niemal wszystko. To niedookreślenie sprawia, że używanie jej jest kompletnie bez senu, bo przecież każdy będzie miał zupełnie inne skojarzenia. Niemniej skoro nikt nie wymyślił bardziej odpowiedniego określenia jesteśmy skazani na tę etykietę. W tym przypadku poprzez alternatywę rozumieć będziemy dźwięki generowane przez takie zespoły jak Interpol, Editors i tym podobne grupy. Soviet Soviet z pewnością nie można odmówić energii czy to w odsłonie koncertowej jak i studyjnej. Niemniej sama energia to nie wszystko. Jeśli brakuje dobrych melodii to choćby nie wiadomo co się na płycie działo, szanse, że mi się spodoba są naprawdę małe. "Nice" to podwójna EP-ka stanowiąca uzupełnienie dyskografii grupy, która może nie powala jakimiś niesamowitymi kompozycjami niemniej jest takim dobrym prognostykiem na przyszłość. Utwory oscylujące w granicach dwóch do trzech minut z pewnością nie są w stanie zanudzić słuchacza, jednak jak na moje ucho przydałoby im się nieco więcej urozmaicenia w postaci jakiś nieoczywistych dźwięków. Warto też byłoby rozszerzyć instrumentarium, aby muzyka nabrała nieco mniej surowych barw. Brak mi tu też dłuższych chwili oddechu dla słuchacza przez co możecie poczuć się nieco wymęczeni po wysłuchaniu tego materiału. Wrażenie może być takie jakby ktoś wrzucił was do pracującej betoniarki, gdzie zewsząd zalewa was szara, jednolita masa. Z tej też przyczyny materiał z EP-ki "Nice" proponuję potraktować jako ciekawostę, aby nie poczuć nadmiernego rozczarowania. Zdecydowanie ciekawsze rzeczy grupa prezentowała na swych późniejszych albumach i to od nich polecam zacząć przygodę z tym zespołem.

5/10

Jakub Karczyński

7 sierpnia 2018

DOM W OGNIU

W książce "Wierność w stereo" bohaterowie co i rusz wypytują się wzajemnie o pięć najlepszych płyt na różną okoliczność. A to spierają się o pięć najlepszych utworów z pierwszych stron winylowych albumów, a to o to jakie zespoły lub wykonawców należałoby rozstrzelać gdy wybuchnie muzyczna rewolucja i na tym też upływa im większa część dnia. Po ich prezentacji wykłócają się o swoje wybory tak, że wióry lecą. Chyba każdy z nas tworzył na swój użytek różnego rodzaju listy najlepszych płyt. Tworzenie ich to sprawa niezwykle mozolna i wręcz niemożliwa do wykonania. No bo jak tu wybrać dziesięć ulubionych płyt, gdy przesłuchało się ich kilka tysięcy. Przyznaję, że i ja kilkakrotnie mierzyłem się z tym tematem i do dziś dnia nie udało mi się stworzyć w pełni satysfakcjonującej listy. Niemniej gdyby ktoś zadał mi pytanie jaką płytę wyniósłbym z płonącego mieszkania to w tym wypadku nie miałbym najmniejszych wątpliwości. Aż sam się sobie dziwię, że mam tak jasno sprecyzowany cel bowiem wybrać z takiego ogromu płyt tę jedną jedyną to chyba nie lada sztuka. Choć jak teraz tak sobie o tym myślę to chciałbym ocalić jeszcze kilka innych albumów, niemniej gdybym miał szansę na wyniesienie jednej tylko płyty, w pierwszym odruchu wyciągnąłbym z półki "Twist Of Shadows" (1989) Xymoxów. Recenzowałem go jakiś czas temu i co ciekawe już wtedy wspomniałem o tym, że to album, który warto uratować z pożaru. Zupełnie tego nie pamiętałem i dopiero gdy odświeżyłem sobie owy tekst, z zaskoczeniem odkryłem ten fakt. Przynajmniej w tej materii jestem konsekwentny. Jak widać są jeszcze takie płyty, które wnikają człowiekowi głęboko w duszę i pozostają tam na zawsze pomimo zmieniających się mód i trendów. I to właśnie takie płyty warto kupować, choćby były stare i leciwe. Metryka nie jest przecież wyznacznikiem jakości. Szczerze mówiąc to zdecydowanie łatwiej jest mi wybrać kilka albumów z lat osiemdziesiątych, za którymi warto byłoby wskoczyć w ogień, niż zestawić taką listę w oparciu o płyty z minionej dekady. Wiem, że brzmi to jak narzekania starego ramola, ale co ja poradzę, że jakoś tak serce żywiej bije mi przy dźwiękach "Twist Of Shadows" Xymox, "Elizium" (1990) Fields Of The Nephilim czy "Legend" (1984) Clannad niż przy albumach z ostatnich lat. Oczywiście są chlubne wyjątki, ale i tak jakoś ich mało w porównaniu z tym co można wykopać z przepastnej dekady lat osiemdziesiątych. Jak to mówią co kto lubi. Mnie najbardziej smakuje muzyka z tamtych lat, ale bynajmniej nie zamykam się na to co nowe. Mało tego, ja wręcz łaknę podobnych doznań muzycznych, które zadadzą kłam stwierdzeniu, że to co najlepsze zostało już stworzone przed laty. Mam nadzieję, że jeszcze natknę się na albumy, za którymi warto będzie pójść w ogień.

Jakub Karczyński

28 lipca 2018

POŁAWIACZ PEREŁ

Co jakiś czas na łamach "Czarnych słońc" powraca temat nieodżałowanego periodyku muzycznego jakim był Zine. Ukazywał się on dość krótko bowiem zaledwie przez trzy końcowe miesiące roku 2004, ale po dziś dzień szukam w nim nowych inspiracji muzycznych. Świetnym pomysłem było publikowanie w każdym numerze około 50 płyt związanych z określoną myślą przewodnią. Towarzyszył im zawsze krótki opis, raz bardziej, raz mniej rozbudowany. Poza kilkoma znanymi albumami, przeważały rzeczy mniej oczywiste. Gdyby nie ten cykl, zapewne do dziś dnia nie poznałbym grupy Eyeless In Gaza i ich wspaniałego albumu "Back From The Rains" (1989), o którym to wspominałem we wpisie "Stara gazeta i perła lat 80'". Tam też zamieściłem więcej informacji o samej gazecie Zine. Żeby nie dublować tych samych treści odsyłam zainteresowanych czytelników do owego wpisu sprzed ponad czterech lat. Skoro wszystko zostało już napisane to dlaczego znów wracam do tego tematu? Otóż powód jest następujący. Udało mi się odkryć kolejną perełkę polacaną w cyklu "55 płyt na jesień". Wśród rekomendowanych albumów poza wspomnianą grupą Eyeless In Gaza czy opisywanymi niedawno Red House Painters znalazło się też miejsce dla formacji Mojave 3 i ich płyty "Ask Me Tomorrow" (1995). Nazwa dość tajemnicza, ale gdy wczytamy się w skład personalny, szybko okaże się, że to jednak nie aż tak tajemnicza grupa jak by się mogło wydawać. Otóż część jej członków tworzyło wcześniej formację Slowdive więc już chyba nie trzeba wyjaśniać jakiej muzyki możecie się tutaj spodziewać. Melancholijne ballady snujące się niczym poranna mgła nad doliną to perspektywa, która zapewne nie wszystkim będzie w smak. Dla części słuchaczy dźwięki tu zawarte mogą być zbyt smętne, ale nie mam zamiaru przekonywać nikogo na siłę do walorów owej płyty. Każdy kto ceni sobie piękno melancholii w muzyce, z pewnością doceni te dźwięki, a pozostali może kiedyś odkryją je dla siebie. Pieczątka z logiem 4AD powinna uwiarygodnić moje słowa, lecz owo logo nie elektryzuje już tak słuchaczy jak miało to miejsce w latach osiemdziesiątych. Muzyka wydawana przez tą wytwórnię na przestrzeni lat miała dość różnorodne odcienie i nie zawsze trafiała w mój gust. Na szczęscie są jeszcze takie płyty obok, których nie mogę przejść obojętnie. Jedną z nich jest właśnie "Ask Me Tomorrow", która wprowadza mnie w taki przyjemny stan lekkiego odrętwienia, gdzie człowiek przygląda się światu bez większych emocji, tak jakby znajdował się gdzieś poza nim. Nabiera się wtedy odpowiedniego dystansu do otaczającego świata i to co wydawało się szczytem nie do zdobycia, okazuje się zaledwie większą górką. Mojave 3 kreują dość senną atmosferę, ale ileż w tym piękna. Aż strach się poruszyć by nie zburzyć tego nastroju. Muzyka ta z pewnością idealnie sprawdzi się jesienią, w czasie gdy natura pokaże nam swą brzydszą twarz. Gdy deszcz będzie smutno bębnił o szyby, gdy wiatr porwie do tańca zwiędłe liście, wtedy zaparzmy sobie dobrej herbaty, włącz "Ask Me Tomorrow" i przyklej nos do szyby. Gwarantuję, że wrażenia będą niesamowite.

Jakub Karczyński

18 lipca 2018

DOMY W KOLORZE KRWI

Pewnie już kiedyś o tym wspominałem, ale są takie płyty, przy których liście natychmiastowo więdną i opadają z drzew. I nie ważne, że jeszcze przed chwilą były zielone. Muzyka skutecznie wysysa z nich cały chlorofil i wysyła je na przymusową emeryturę. Czasami zdarza mi się natrafić na takie albumy, które obezwładniają słuchacza, hipnotyzują i zarazem odbierają całą energię życiową. Człowiek nie ma nawet sił, aby się przed tym bronić więc jedyne co można z tym zrobić to trwać w tym stanie zawieszenia, aż po kres tejże muzyki. Jako że w ostatnim czasie pogoda nieco nam się popsuła racząc nas niebem w kolorze stali, z którego to co i rusz sypią się ulewne deszcze, nie mam większych oporów by skonfrontować się z twórczością Red House Painters. Ich jedyny album jaki posiadam nie posiada tytułu, a jako, że w roku jego wydania zespół spłodził jeszcze jedno beztytułowe dzieło to dla ich odróżnienia nadano im nieoficjalne nazwy odwołując się do ich okładkowych zdjęć. I tak pierwszy z nich został nazwany "Rollercoaster" (1993), drugi zaś ochrzczono "Bridge" (1993). Mnie udało zdobyć się ten wcześniejszy, którym to zasłuchuję się od kilku dni. Płyta co prawda przeleżała w domu dobre pół roku nim na poważnie zająłem się jej zawartością. Nie jest to muzyka lekka, łatwa i przyjemna. Nie można jej słuchać nie poświęcając jej sto procent uwagi gdyż utonie ona w zalewie miejskiego zgiełku. Najlepiej słuchać jej nocami, kiedy domownicy w swoich łóżkach tulą głowy do poduszek. Wtedy to otwiera się przestrzeń dla takiej muzyki, gdzie każdy najdrobniejszy dźwięk ma szansę wybrzmieć w całej okazałości. Dopiero wówczas pojmiecie piękno tej muzyki, a w waszych głowach rozkwitną obrazy tworząc teledyski pełne subtelności i jesiennej zadumy. Mnie zwizualizował się następujący scenariusz.

Mężczyzna w średnim wieku opuszcza mieszkanie kierując swe kroki do samochodu. Kamera pokazuje zbliżenie ręki, która z kieszeni wyciąga kluczyki. Jako że akurat pada deszcz, mężczyzna podnosi kołnierz kurtki i przyspiesza kroku. Nim odjedzie rzuca ostatni raz tęskne spojrzenie w kierunku okien budynku lecz próżno szukać w nich czyjejś obecności. Ręka przekręca kluczyk w stacyjce, wycieraczki rozpoczynają swą pracę rozganiając coraz bardziej intensywnie padający deszcz. Samochód rusza i opuszcza miasto. Mknie przez peryferia po czym zanurza się w leśnych krajobrazach. Po chwili dociera do drewnianej chaty, która z uwagi na jesienną aurę sprawia wrażenie opuszczonej. Nasz bohater przekracza próg, zdejmuje kurtkę, zaparza herbatę i siada przy stole wpatrując się w zaokienną dal. Siedzi tak dłużą chwilę, aż orientuje się, że herbata już całkiem wystygła. Odstawia ją na bok po czym wstaje i rozpala ogień w kominku. Przechadza się po chacie przypatrując się różnym przedmiotom mającym związek z kimś niezwykle mu bliskim. Ogląda je przez dłuższą chwilę po czym zaczyna wrzucać je do kominka, jeden po drugim, aż przestrzeń staje się zupełnie anonimowa. Następnie idzie do samochodu, otwiera bagażnik i wyjmuje z jego wnętrza małe zawiniątko. Wraca z nim do chaty i pozostawia je na stole. Długo krąży wokół niego, aż wreszcie decyduje się je rozpakować. Naszym oczom ukazuje się pistolet oraz paczka naboi. Kamera opuszcza pomieszczenie, zostawiając tam naszego bohatera i wraca tą samą trasą do mieszkania, z którego wyszedł mężczyzna. Przenikamy przez drzwi i zagłębiamy się w jego wnętrzu. To co zwraca uwagę to puste ramki w korytarzu, z których ktoś powyjmował zdjęcia, kominek w salonie pełen ponadpalanych listów i zaproszeń ślubnych oraz wazony zwiędłych kwiatów przepasanych żałobnymi wstęgami. W centralnym punkcie salonu na stoliku pozostawiono obrączki, dwie świeżo ścięte róże i wysłużonego winylowego singla Joy Division z nagraniem "Love Will Tear Us Apart". Kamera robi zbliżenie jego ponurej okładki po czym obraz ulega zniekształceniu i gaśnie. Po chwili jednak wraca lecz zamiast wnętrza salonu oglądamy amatorski film z wakacji, na którym to widzimy naszego bohatera wraz z przyszłą żoną cieszących się pełnią życia. W pewnym momencie obraz zacina się, a na ekranie pozostają już tylko ich twarze zatrzymane w rozedrganym kadrze.

I tu kończy się ta historia zostawiając nas z kilkoma pytaniami i niedopowiedzeniami. Historia miłości, której nie dane było zaznać spełnienia. Niestety życie często pisze podobne scenariusze, nie pytając nas o zdanie jak i o to czy mamy ochotę w nich uczestniczyć. Na szczęście fortuna kołem się toczy, a życie to nie tylko smutek, ale i radość, której mam nadzieję nie zabraknie nam w najbliższej przyszłości. Póki co cieszmy się małymi rzeczami, na te duże z pewnością też wkrótce przyjdzie czas. Tymczasem wracam do nadrabiania muzycznych zaległości, które mniemam zniwelować nim nastanie jesień bo wtedy przysypią mnie nie tylko liście, ale i nowości płytowe, z których to znów przyjdzie mi się wygrzebywać miesiącami.

Jakub Karczyński