16 września 2017

ROZTRZASKANY POMIDOR

Ludzie często się dziwią, gdy mówię im, że wolę stare edycje płyt pozbawione dodatków doklejanych trochę sztucznie i na siłę przez kolejnych wydawców. Trzeba przecież czymś przyciągnąć uwagę starych fanów, którzy przecież nie kupią drugi raz tej samej płyty, jeśli zawartość muzyczna nie jest wzbogacona o nagrania z domu, z szafy czy też toalety danego artysty. Wygrzebuje się też koncertowe wersje z czasów gdy dinozaury wymyślały rock & rolla lub też dorzuca się czternaście wariantów jednej piosenki. Po co to komu? Nie wiem. I tak przecież nie będziemy do tego wracać. Posłuchamy raz i zapomnimy o tym, bo rzadko kiedy znajdziemy tam coś czemu wartoby poświęcić więcej uwagi. Pół biedy jeśli wydawca upchnął to gdzieś na drugim krążku, gorzej gdy dograł to zaraz za podstawową wersją albumu. Wtedy to płyta, która trwała powiedzmy czterdzieści pięć minut, rozrasta nam się do rozmiarów niemal osiemdziesięciu. Nie dość, że trudno przez tak długi czas skupić ludzką uwagę (nie bez przyczyny lekcje trwają czterdzieści pięć minut) to jeszcze wspomniane dogrywki psują całą atmosferę albumu. Dlatego też lubię gdy albumy kończą się w miejscu, w którym zaplanowali to artyści, a nie wydawcy płyty. Z tej też przyczyny wymieniam swoje remastery Yes i The Alan Parsons Project na wysłużone stare edycje bez zbędnych dodatków. Dopiero wtedy można poczuć i docenić zamysł artystyczny twórców. Jaką katorgą było dla mnie przebrnięcie przez album "Tormato" (1978) grupy Yes w jej wzbogaconej odsłonie to wiem tylko ja. Po wysłuchaniu tych siedemdziesięciu dziewięciu minut muzyki, w mojej głowie jedyne co pozostało to chaos, którego w żaden sposób nie dało się uporządkować. Obiecałem sobie kiedyś, że jak tylko nadarzy się odpowiednia okazja, to zakupię ten album w starej edycji, pozbawionej towarzystwa mniej znanych braci i sióstr. Trochę czasu upłynęło nim dane mi było wywiązać się z tej obietnicy. W miniony piątek wybrałem się odwiedzić zaprzyjaźniony sklep płytowy. Jako że dawno mnie tam nie było postanowiłem zajrzeć i sprawdzić cóż przez ten czas nagromadziło się na półkach. Niespieszna lustracja ujawniła kilka interesujących tytułów, w tym starą edycję albumu "Tormato" (1978). Płyta co prawda w stanie wskazującym na intensywne użytkowanie, ale nie na tyle by zniechęcić mnie do zakupu. Mało tego, tuż obok na regale zalotne oczko puszczał mi inny album tejże grupy  - "Fragile" (1971), ale pozostałem nieczuły na te zaloty. Wszak wspomniany album od kilku lat wpisany jest już na listę moich domowników. Wysupłałem więc z portfela kilka złotówek, by w zamian otrzymać przepustkę do szalonego świata grupy Yes. "Tormato" nie jest może najwybitniejszym albumem tej grupy, ale warto go mieć w swojej kolekcji choćby dla nagrania Onward, no i rzecz jasna dla tej wspaniałej okładki. Absolutny kanon, nie tylko w dyskografii grupy Yes, ale w ogóle wśród okładek płytowych. Nic w tym dziwnego, skoro jej wykonanie powierzono ludziom ze studia Hipgnosis, kojarzonego głównie za sprawą okładek dla grupy Pink Floyd. I tym razem studio stanęło na wysokości zadania. Kto by pomyślał, że jeden roztrzaskany pomidor nada tyle wielowymiarowości temu dziełu. Czasem najprostsze środki są tymi najskuteczniejszymi. Szkoda tylko, że muzyka nie do końca nadąża za jakością okładki. Zaryzykuję stwierdzenie, że to jedna z dziwniejszych płyt w dorobku grupy. Niby wychodząca do słuchacza z "łatwiejszą" muzyką (krótsze kompozycje), ale wciąż zbyt skomplikowaną dla zwykłego śmiertelnika. To tak jakby jedną nogą zrobili krok naprzód by drugą skierować w przeciwnym kierunku. Ten rozkrok wygląda może widowiskowo, ale trudno z takiej pozycji zgrabnie wykonać kolejny ruch. Nic dziwnego, że następny album powstał już w mocno zmienionym składzie. Z grupy wypisali się Jon Anderson oraz Rick Wakeman nie widzący chyba przyszłości przed grupą Yes w czasach punk rocka. Takim papierkiem lakmusowym okazał się być chłodniejszy odbiór przez publiczność muzyki zawartej na "Tormato". Jak się okazało przynęta nie okazała się na tyle smaczna by fani dali się na nią złapać. Dlaczego więc kupiłem tę dziwną płytę? Trochę z przekory, trochę z ciekawości, a po części by zmierzyć się z tym albumem kolejny raz. Zakupionej płycie daleko do ideału. Widać, że była intensywnie używana, albo też ktoś nieostrożnie się z nią obchodził. Dostrzec można to zwłaszcza po plastikowym pudełku pełnym zarysowań jak i po płycie, która również nie wolna jest od tego typu skaz. Na szczęście pudełko można wymienić, a w dobie maszyn czyszczących, przywrócenie dawnego blasku płycie to już tylko kwestia czasu i pieniędzy. Być może po tym liftingu i muzyka jakoś lepiej zagra mi w uszach. Pożyjemy, zobaczymy.

Jakub Karczyński
 

2 września 2017

NFD - WAKING THE DEAD (2014)

Gdy już wydawało się, że nowy album Fields Of The Nephilim jest już tylko kwestią najbliższych miesięcy (singiel Prophecy), niespodziewanie zapanowała tak długa i grobowa cisza, że zdążyłem już niemal zapomnieć o tym utworze. Szybkie tempo pracy nigdy nie było mocną stroną Carla McCoya, w przeciwieństwie do formacji NFD, która wciąż stara się podtrzymywać ogień tego typu grania. W 2014 roku wydali swój trzeci album zatytułowany "Waking The Dead". I choć od poprzednika dzieli go także niemały dystans (osiem lat), to w międzyczasie zdążyli wydać dwa mini albumy, które w jakimś stopniu zrekompensowały to oczekiwanie. Zwłaszcza "Deeper Visions" (2008) mógł się podobać, bo na "Reformations" (2013) wiało już nieco przeciętniactwem i nudą. Sytuacji nie ratował nawet cover Pink Floyd [One Slip z albumu "A Momentary Lapse Of Reason" (1987) ], któremu daleko było do uroku oryginału. Niemniej mini albumy rządzą się innymi prawami i to co nie przeszłoby na pełnoprawnym wydawnictwie, tam uchodzi płazem. 

Sięgając po "Waking The Dead", gdzieś z tyłu głowy pojawiła się obawa o poziom artystyczny tego wydawnictwa. Tak jak wspomniałem, wydane rok wcześniej "Reformation" nie napawało zbytnim optymizmem, ale wierzyłem, że na pełnoprawnym albumie zespół na tyle się zmobilizuje, że zatrze to niekorzystne wrażenie. Po pierwszym odsłuchu minę miałem jednak nietęgą bowiem absolutnie żaden utwór nie miał w sobie takiej siły by przykuć moją uwagę. Wszystkie nagrania przeleciały jak przez sito. Nie ostało się absolutnie nic. Czasem tak jednak bywa, więc nie ma co od razu się zniechęcać. Gorzej gdy nastawiamy płytę piąty raz, a efektów wciąż brak. Wtedy już pomału dociera do człowieka, że chyba już z tej tubki nic więcej nie da się wycisnąć. Jaka więc jest ta płyta? Do bólu przeciętna. Pozbawiona ciekawych i zapamiętywalnych melodii. Do tego jeszcze tak poprawna, że aż nudna. Postawiony przed plutonem egzekucyjnym może i byłbym w stanie wskazać kilka jaśniejszych elementów (utwory: Waking The Dead, Got Left Behind, Let You Fall), ale jaki jest sens rzucania koła ratunkowego nieboszczykom. Pożytek z tego żaden. To co tu daje minimalne oznaki życia, na "Dead Pool Rising" (2006) poszłoby na dno szybciej niż Titanic. Album rozpoczyna się dość odważnie bo od kompozycji tytułowej, trwającej niemal jedenaście minut. To raczej nietypowy zabieg. Takie utwory umieszcza się zazwyczaj na końcu płyty jako tak zwany cios ostateczny, który jest taką kropką nad i. Niestety siła tego ciosu nie jest w stanie zwalić nikogo z nóg, no chyba, że bierzemy przeciwnika na przetrzymanie i liczymy na to, że powali go sam czas trwania utworu. Trudno pisać mi o atutach tego albumu, bo właściwie trudno tu o takowe. Wszystko jest tak potwornie nudne, że aż sam się sobie dziwię, że dałem radę tyle razy posłuchać tego albumu. Brak tu nawet jednej kompozycji, za którą warto byłoby pójść w ogień.  Ba, sam chętnie dolałbym oliwy do ognia, byleby nie musieć dłużej katować swych uszu tą muzyką. Przykro mi to pisać, zwłaszcza w stosunku do zespołu, który darzy się pewnym poważaniem. Niestety statek z napisem NFD wpłynął na sporą mieliznę, z której chyba nie za bardzo wie jak się wydostać. Mam nadzieję, że szybko znajdą jakiś sposób, bo w przeciwnym razie jedynym miejscem gdzie dopłyną, będzie kraina wiecznego zapomnienia. Gdyby choć rzucili słuchaczowi kilka kół ratunkowych w postaci dobrych kompozycji, ten nie musiałby chwytać się przysłowiowej brzytwy by jakoś dobrnąć do końca tego albumu. A tak skazany jest albo na długą, nużącą walkę albo na szybkie utonięcie w odmętach morskiej toni.

Opity nadmiarem wody, wciąż nie mogę złapać powietrza i uwierzyć w to, że NFD obrało tak nieciekawy kurs. O takich płytach niespecjalnie chce się pisać, jeszcze mniej chce się czytać, a najlepiej w ogóle wymazałoby się je z pamięci. Zakończę już więc niniejszą recenzję, opuszczając litościwie na ten materiał kurtynę milczenia. Czasem milczenie bywa złotem, o czym przekonuje nas jak widać nie tylko to wyświechtane powiedzenie.

Jakub Karczyński

29 sierpnia 2017

TWARDY ORZECH I ZATRUTE JABŁKA

Wkroczyliśmy właśnie w mój ulubiony okres kalendarzowy. Schyłek lata i początek jesieni to najbardziej niezwykły czas, w którym to łapiemy ostatnie promienie słońca oraz przestrajamy duszę na bardziej melancholijne tony. W tak pięknych okolicznościach przyrody oddajemy się rozmyślaniom o tym co tu i teraz, ale i o tym co przed i za nami. Sycimy oczy pięknymi kolorami drzew, rozmyślając nad przemijaniem życia, nad jego sensem i nad naszą rolą w tym kosmicznym spektaklu. Aby wprowadzić się w odpowiedni nastrój, polecam wyjąć dziś z pudełka dość osobliwą płytę. Album, na którym to niejeden połamał już swe zęby. Muzyka bowiem naznaczona jest posępnym mrokiem wymieszanym z diabelską psychodelią, przy której zmysły tracą swe właściwości. Miejsca, które przyjdzie nam odwiedzić są tyleż fascynujące co przerażające, a wszystko to bez konieczności sięgania po substancje psychoaktywne. Dziś zatem historia o dwóch takich co ukradli mi ... dzisiejszy wieczór. Jednen z nich to Mikael Akerfeldt, drugi z kolei to Steven Wilson. Ten pierwszy wyrósł z korzenia o nazwie Opeth, ten drugi zaś wzrastał w Porcupine Tree. Każdy z nich działał na własną rękę, aż któregoś razu ich szlaki przecięły się, co zaowocowało dość ciekawymi wykwitami w dyskografiach obu zespołów. Stricte metalowy Opeth otworzył się na progresywny rock, a progresywne Porcupine Tree zmetalizowało swoją twórczość. Ta wolta stylistyczna nie wszystkim przypadła do gustu, choć z początku wielu ją chwaliło jak choćby w przypadku albumu "Blackwater Park" (2001) grupy Opeth. Później grupa coraz bardziej łagodziła swe oblicze, aż nastał czas, gdy na rynku pojawił się album "Heritage" (2011), zrywający z ciężarem przeszłości i wytyczjący przed grupą nowe szlaki. Dla wielu fanów było to już jednak zbyt wielkie odejście od wypracowanego stylu. Jęki zawodu słychać było zewsząd, a sam zespół ani myślał zawracać z nowej drogi naznaczonej folkiem i psychodelicznym rockiem. "Heritage" ozdobiony przepiękną okładką był albumem, który absolutnie nie był nastawiony na kokietowanie słuchacza. Raczej rzekłbym, że rzucał mu dość śmiałe wyzwanie, któremu niewielu sprostało. Żeby być tak zupełnie szczerym powiem, że i ja jeszcze nie wpisałem się na listę miłośników tegoż albumu. Póki co w mojej głowie zakotwiczył się wyłącznie The Devil's Orchard , ale nie daję jeszcze za wygraną. Dlaczego więc dziś piszę o tym albumie i nakłaniam do jego posłuchania? Otóż ta płyta ma jedną istotną zaletę, jest intrygująca. I to właśnie ten czynnik skłania mnie, aby od czasu do czasu nastawić ten album. Wciąż liczę na to, że znajdę klucz do jej serca i zgarnę przy okazji jakąś nagrodę. Nie, w zasadzie na nic nie liczę, może poza odrobiną satysfakcji, że czas poświęcony temu albumowi nie był czasem straconym. Jeśli więc jesteś typem słuchacza, który nie tylko lubi wyzwania, ale i nie zrażasz się przeciwnościami, daj zaprosić się na tę wyprawę. Podążymy do krain oplecionych dzikim winem, gdzie diabelskie języki liżą stopy grzeszników, a na rajskich jabłoniach zakwitają zatrute jabłka. Tam gdzie kłamstwo jawi się prawdą, a prawda pachnie grzechem. Wyostrz więc swe zmysły by nie ulec podszeptom fałszywego proroka i krocz w kierunku najjaśniejszej z gwiazd.   

Jakub Karczyński

22 sierpnia 2017

WROTA DO EL DORADO

Od jakiegoś tygodnia stałem się samowystarczalny w zakresie zakupów na ebay'u i czuję się tak jakby ktoś uchylił mi drzwi do nowego świata. Mnóstwo fantastycznych płyt, nie widzianych na oczy w naszym pięknym kraju. To co na rodzimych portalach aukcyjnych jest nie do zdobycia, tam czasami wyprzedawane jest za grosze. Przykład? Proszę bardzo. Album "Missionary Girl" (2007) Katherine Crowe zakupiłem za 12 zł, a i przesyłka nie była droższa od tej krajowej. Wiele lat poszukiwałem tej płyty, ale ani razu nie udało mi się na nią natknąć. W Anglii zaś ktoś pozbywał się jej bez większych oczekiwań finansowych. A przecież tytułowe nagranie z tejże płyty jest tak cudowne, że warte jest każdych pieniędzy. Wielka szkoda, że od trzech lat musimy pisać o Katherine Crowe jak i jej karierze w czasie przeszłym. Historia jej życia dobiegła bowiem końca 7 maja 2014 roku, kiedy to ta niespełna czterdziestoletnia wokalistka przegrała walkę z rakiem. Ten długi i wyniszczający pojedynek, przybliżała swoim fanom za pośrednictwem swojego bloga. Nim jednak otoczyła ją smuga cienia, spełniła swoje marzenie, którym była możliwość pracy w słynnym studiu Abbey Road. Zarejestrowała tam utwory zagrane wraz z London Metropolitan Orchestra, których można posłuchać za pośrednictwem YouTube, do czego serdecznie zachęcam. Katherine pozostawiła po sobie trzy albumy - "Missionary Girl", "Just Me" (2007) oraz "Unbreakable" (2009). Więcej nie będzie, to musi nam wystarczyć. Czekam zatem niecierpliwie na dostarczenie mi jej debiutanckiego albumu, a potem będę rozglądał się na kolejnymi.

Poza albumem "Missionary Girl" upolowałem nareszcie ostatni album NFD (Noise For Destruction). Pisałem o tym zespole przy okazji omawiania dróg kariery muzyków związanych niegdyś z Fields Of The Nephilim. Nie ma zatem sensu powielać biogramu grupy. Zainteresowanych odsyłam pod poniższy adres: http://czarne-slonca.blogspot.com/2013/08/fields-of-nephilim-szlak-gowny-i.html "Waking The Dead" majaczyło mi na horyzoncie od pewnego czasu, ale cena jaką życzyli sobie sprzedawcy na naszym najpopularniejszym portalu aukcyjnym, skutecznie ochłodziła mój zapał. Wydatek rzędu stu złotych to ból nie tylko dla serca, ale i portfela. Czasem jednak warto poczekać lub poszukać w innym miejscu. Okazuje się bowiem, że to co u nas kosztuje fortunę, u wydawcy można zakupić za ułamek tej kwoty (trzydzieści sześć złotych). Różnica kolosalna, a jak głoszą słowa popularnej reklamy "skoro nie widać różnicy, to po co przepłacać ?". Nie śpimy w końcu na pieniądzach by było nas stać na zakup tak horrendalnie drogich płyt. Niemniej żeby nie było tak kolorowo i na ebay'u można spotkać takie ceny, że aż świat potrafi człowiekowi zawirować przed oczami. Warto jednak zachować chłodną głowę, bo nie sztuką jest przepłacić lecz wyczekać dobrej okazji. Bądźmy więc rozważni, aby porywy serca nie wyczyściły nam tak kont jak i portfeli. Płyty płytami, ale jeść też coś trzeba.

Jakub Karczyński
 

14 sierpnia 2017

CZŁOWIEK Z LIŚCIEM NA GŁOWIE

Czasem gdy człowiek naogląda się za dużo programów informacyjnych zaczyna wątpić w piękno tego świata. Wygląda to tak jakby nasz świat składał się z afer korupcyjnych, klęsk żywiołowych, brudnej polityki i tysiąca innych równie paskudnych spraw. Nie od dziś w końcu wiadomo, że bad news to good news. Rzadko kiedy mamy okazję posłuchać o czymś co podniesie człowieka na duchu. I gdy tak sobie zaczynamy płynąć tym ściekiem wraz z wszystkimi tymi informacjami, nagle ktoś robi coś, co znów wlewa człowiekowi do serca nieco optymizmu. Wiary w to, że są jeszcze na świecie ludzie gotowi dać coś z siebie, nie oczekując niczego w zamian. Ot, tak by sprawić drugiej osobie przyjemność. Dlaczego o tym piszę? Ano dlatego, że w ostatnim czasie spotkała mnie bardzo miła niespodzianka. Odwiedzając sklep płytowy mojego znajomego, nawet przez myśl mi nie przeszło, że czeka tam na mnie pewna przesyłka. Przyszedłem jak gdyby nigdy nic rozejrzeć się w płytach oraz uregulować należność za zakupione wcześniej albumy, gdy nagle słyszę: "a wiesz był tu niedawno Andrzej z Irlandii i zostawił coś dla ciebie". Z zaskoczenia zrobiłem wielkie oczy, bo przecież niczego nie oczekiwałem. Raptem w moich dłoniach wylądował winylowy singiel grupy All About Eve, o której to wzmiankowałem na przestrzeni lat na tymże blogu. Widać nazwa grupy na tyle utkwiła Andrzejowi w głowie, że gdy (jak sam mi później wyznał), znalazł tego singla na miejscowej giełdzie płyt, pomyślał o tym by mi go sprezentować. To co szczególnie zwróciło jego uwagę to wspaniała, jesienna okładka. Faktycznie jest wstrząsająco piękna. Zaryzykuję nawet twierdzenie, że jest ona wspanialsza, niż obwoluta oryginalnego albumu, choć tamta ma także wiele uroku. Niemniej my, miłośnicy jesieni, mamy słabość do  takich klimatów. Nic na to nie poradzę, że doskonale się czuję, w takim otoczeniu i zamiast męczących upałów wybieram jesień z całym dobrodziejstwem inwentarza. Oczywiście, wolałbym, aby była słoneczna, bo to przecież wtedy możemy obserwować te jakże urzekające jesienne barwy. Niemniej nie wzgardzam też tymi chłodniejszymi dniami, bo wtedy do ubarwiania krajobrazu wykorzystuję muzykę, literaturę oraz herbaty wieloowocowe. Liczę jednak na to, że choć w początkowej fazie, jesień będzie tak piękna jak ta na okładce wspomnianego singla. Gdy wczoraj uruchomiłem gramofon, a z głośników popłynęła muzyka All About Eve, momentalnie w pamięci odżyły kadry najpiękniejszych jesiennych dni. Taki drobiazg, a uruchamia w człowieku mnóstwo pięknych wspomnień. Jeszcze raz dziękuję Ci Andrzeju za ten jakże piękny prezent. Na pewno powrócę do niego w najbliższych miesiącach jeszcze nie raz, zawłaszcza gdy świat przystroi się w nasze ulubione barwy.

Jakub Karczyński
 

3 sierpnia 2017

LUBIĘ WRACAĆ TAM GDZIE BYŁEM

Odebrałem wczoraj na poczcie paczkę z płytami, które to ubarwią mi tegoroczną jesień. Nie tam żadne nowości, a albumy, które mają już na karku swoje lata. Tak się złożyło, że oba z lat siedemdziesiątych, choć z zupełnie innych kręgów muzycznych. To co je łączy to fakt, że obie te płyty doskonale będzie nastawić w okresie od września aż do końca listopada, kiedy to jesień weźmie nas pod swe wielobarwne skrzydła. Pomału gromadzę muzyczne zapasy niczym wiewiórka, by czasem jesień nie zaskoczyła mnie niczym zima drogowców. Pierwszymi nabytkami są te oto widoczne na zdjęciu albumy. "Aja" (1977) Steely Dan to album, który powrócił do mnie niczym bumerang. Kiedyś wymieniłem go na inną płytę, ale w sercu pojawiła się jakaś taka pustka. Zrozumiałem, że zrobiłem błąd. Na co dzień nie słucham jazz rocka i z tej też przyczyny postanowiłem pozbyć się tej płyty, która nie pasowała do obrazu całej kolekcji zgromadzonych albumów, choć dobrze mi się jej słuchało. Ta obca etykietka i muzyka za nią się kryjąca, dały mi do myślenia. No bo przecież to nie etykietka powinna decydować o losie płyty, a muzyka jaką ze sobą niesie. Gdy tylko nadarzyła się okazja, naprawiłem swój dawny błąd i tak znów mogę cieszyć się tym niezwykłym albumem. Bije z niego taka pozytywna energia oraz ciepło, że rozgrzeje chyba nawet największego zmarzlaka. Polecam nastawić ucha. 

Z drugim albumem też wiążę się pewna historia. Muszę jednak po raz kolejny przywołać postać wielkiego nieobecnego, bo przecież gdyby nie Tomek Beksiński, zapewne nigdy nie poznałbym tej płyty. Pamiętam jedną z audycji, nagraną gdzieś na płycie, w której to pojawił się utwór Bridge Of Sighs. Musiał zrobić na mnie wrażenie, bo dokładnie zanotowałem sobie w pamięci tak nazwę utworu jak i jego autora. Gdy po wielu, wielu latach nadarzyła się okazja zakupu całego albumu, nie zastanawiałem się ani chwili. W końcu te wszystkie Tomkowe albumy, które to na przestrzeni lat wirowały w mojej głowie, utwierdziły mnie w tym, że warto po raz kolejny zawierzyć jego gustowi. Tak jak było to w przypadku Ala Stewarta, Roryego Gallaghera czy choćby grupy Strawbs. Zawsze strzał w środek tarczy. Nie pamiętam bym rozczarował się jakimś albumem, który polecał w swoich audycjach. Owszem, nie zawsze zgadzałem się z oceną danej płyty, czasem miałem wrażenie, że nadmiernie dokłada albumom, które na taką krytykę sobie nie zasłużyły. Wszyscy chyba pamiętamy miażdżącą recenzję albumu Marillion "Seasons End" (1989). Poniekąd jestem w stanie ją zrozumieć, bo odejście tak charyzmatycznego wokalisty jakim był Fish postawiło grupę w trudnej sytuacji. Mogli albo się rozwiązać albo poszukać innego wokalisty. Wybrali drugi wariant, co automatycznie postawiło ich pod ścianą, bo czy można wyobrazić sobie w Marillion kogoś lepszego niż Fish? No nie można, ale trzeba oddać Hogarth'owi sprawiedliwość, że także z nim w składzie grupa pokusiła się o nagranie kilku wspaniałych albumów. Tomkowi jednak ta zmiana wybitnie nie pasowała, czemu wielokrotnie dawał wyraz. Niemniej co by o nim nie mówić, to jednak trzeba przyznać, że miał nosa do starego rocka. Potwierdza to "Bridge Of Sighs" (1974) sygnowany przez Robina Trowera. Przegrzebałem właśnie archiwum z jego audycjami, aby zlokalizować rok, w którym to nadany był ten album i okazało się, że wyemitowano go w jego ostatniej audycji z 11/12 grudnia 1999. Widać miał on dla niego jakieś szczególne znaczenie, skoro postanowił włączyć go do repertuaru swojej pożegnalnej audycji. Wspominał w audycji, że jego marzniem było wziąć ślub w Wenecji właśnie pod mostem westchnień. Most ten przemierzali skazańcy wędrujący z Trybunału Kryminalnego do więzienia, w którym to mieli odbywać swój wyrok. Skąd więc ta nazwa? Nawiązuje ona do westchnień jakie według wyobrażeń XIX-wiecznych pisarzy mieli wydobywać z siebie skazańcy, tęsknie wzdychający do swych ukochanych jak i do wolnego świata, z którym musieli pożegnać się na długie lata, jeśli nie na zawsze. Album może nie epatuje takim dramatyzmem, ale ma w sobie to coś co sprawia, że słucham go raz za razem. Gdy tylko w koronach drzew rozpocznie się festiwal barw jakże pięknie zabrzmią takie nagrania jak About To Begin, In This Place czy wspomniany już Bridge Of Sighs. Póki co, za oknem mamy afrykańskie upały, z którymi musimy się mierzyć tak w dzień jak i w nocy. Niemniej nie ma co narzekać, wszakże za niecały miesiąc rozpocznie się wrzesień, a wtedy upały będą już tylko wspomnieniem.

Jakub Karczyński

26 lipca 2017

JESIENNA MSZA


Wyczytałem gdzieś, że grupa The Church sposobi się do wydania kolejnego, dwudziestego szóstego już albumu. Następca połowicznie udanego "Further/Deeper" z 2014 roku, zatytułowany będzie "Man Woman Life Death Infinity". Premierę zaplanowano na jesień, a promować go będzie singiel Another Century, do którego nakręcono już stosowny teledysk:



Jak na moje ucho, to raczej słabo sprawuje się w roli singla. Nieszczególnie przykuwa uwagę, a po jego wysłuchaniu, mało co zostaje w pamięci. Nie, nie jest to zły utwór, ale na singla bym go nie wytypował. Nie wiem kto podjął taką decyzję, ale strzelił jak kulą w płot. No chyba, że pozostałe nagrania również nie posiadają zadatków na dobrego singla. W takim wypadku bierze się już cokolwiek co może mieć choćby minimalny potencjał komercyjny. Choć nowy utwór nieszczególnie zachęcił mnie do zapoznania się z resztą albumu, to i tak trzymam kciuki, za to by nowa płyta spełniła pokładane w niej nadzieje. Jeśli nadarzy się okazja, na pewno ją zakupię, ale coś czuję, że nie ma co liczyć na jej bezproblemową dostępność na sklepowych półkach. W rodzimych sklepach internetowych też bym raczej nie szukał. Zapewne jak zwykle trzeba będzie ją ściągnąć z Anglii, no ale skoro nie można inaczej to cóż zrobić. Wiem, że grupa The Church nie cieszy się w naszym kraju jakąś dużą popularnością, ale pewnie z pięćdziesiąt sztuk dałoby radę u nas sprzedać. Wiem, nie jest to oszałamiająca ilość i zapewne mało komu chce się podejmować trud wprowadzania na taki rynek jak nasz, nowych płyty zespołu. Lepiej wrzucić je na większe i lepiej rozwinięte rynki (Niemcy, Anglia, USA), bo w Polsce nie ma co liczyć, że zyski ze sprzedaży zrekompensują poniesione nakłady finansowe. W takiej sytuacji nie pozostaje nam nic innego jak zaakceptować taki stan rzeczy i uważnie śledzić ofertę zagranicznych sklepów internetowych.

Jakub Karczyński