18 sierpnia 2019

PROBLEMY SERCOWE

Przed kilkoma dniami dotarła do mnie dość zatrważająca informacja, w której to informowano, że Peter Murphy (ex Bauhaus) wylądował w szpitalu. We wtorkowy wieczór zgłosił się on do nowojorskiej placówki medycznej, skarżąc się na trudności z oddychaniem. Po przebadaniu lekarze orzekli, że to zawał. W związku z tym, odwołano najbliższe występy atrysty. Muzyk ponoć już dochodzi do zdrowia więc pozostaje wierzyć, że ten incydent to tylko przestroga na przyszłość. Oby tylko Peter wziął sobie .... do serca zalecenia lekarzy bowiem chcielibyśmy nacieszyć się jeszcze nim jak i jego nową muzyką. Czekam z niecierpliwością na kolejny solowy album bo od wydania płyty "Lion" minęło już pięć długich lat. Czały czas mam też w pamięci jego wrocławski występ, na którym to zaprezentował utwory z repertuaru swej macierzystej formacji. Wypadł wtedy kapitalnie i wydawał się być w doskonałej formie. Jak się okazuje sześćdziesiąt dwa lata przebiegu mogą dość wydatnie osłabić nasz wewnętrzny silnik, a rock & rollowy styl życia nie każdemu służy. Murphy jednak nie zwalnia w tym temacie tempa, choć nie wszystkie jego poczynania zasługują na poklask. Przypomnijmy choćby jego ubiegłoroczny incydent w Szwecji, który zakończył się wyrzuceniem muzyka z jego własnego koncertu. To dopiero jest wyczyn. Chluby także nie przynosi mu wypadek samochodowy z marca 2013 roku, w którym to ciężko ranna została jedna osoba. Murphy jako sprawca zamiast udzielić pomocy, uciekł z miejsca zdarzenia lecz po krótkim pościgu ujęli go świadkowie tego wypadku. Spuśćmy więc już litościwie kurtynę milczenia na grzechy przeszłości i życzmy Peterowi szybkiego powrotu do zdrowia i więcej rozwagi tak w życiu jak i na scenie. Artyści wszakże to także ludzie, którzy zmagają się z takimi samymi problemami jak zwykli zjadacze chleba. Nawet zdawałoby się niezniszczalny Mick Jagger musiał w ostatnim czasie wyremontować swoje wiekowe serce by móc swą niezwykłą witalnością wprawiać w osłupienie kolejne pokolenia fanów. Miejmy nadzieję, że i Peter Murphy dotrzyma mu kroku wszak jeszcze nie czas by przechodzić na tamten świat. 

Jakub Karczyński

PS Autorem zdjęcia wykorzystanego w niniejszym wpisie jest Sergione Infuso/Corbis.

14 sierpnia 2019

# a to słabe: RUBICON - ROOM 101 (1995)

Każdy kto interesuje się grupą Fields Of The Nephilim, z pewnością natknął się kiedyś na nazwę Rubicon. I nie chodzi mi o rzekę, którą w 49 roku p.n.e. przekroczyć miał Juliusz Cezar, a o zespół, który zawiązał się po rozpadzie Fields Of The Nephilim. W jego skład weszli byli muzycy tejże grupy, z wyjątkiem Carla McCoy'a, który to działał pod szyldem The Nephilim. Jego dawni koledzy postanowili zaangażować nowego wokalistę i podążyć w nieco innym kierunku muzycznym niż ich macierzysta formacja. Wyzbyli się niemal całkowicie gotyckiej aury, kierując uwagę słuchacza na brzmienia o bardziej rockowym charakterze. Wydali zaledwie dwa albumy, o których dziś chyba mało kto pamięta, a przecież album "What Starts, End" (1992) to rzecz godna nie tylko przypomnienia na łamach tego bloga, ale i falach radiowych. Dziś jednak skupimy się na ich drugim albumie, który co trzeba uczciwie zaznaczyć nijak ma się do ich debiutu. Tyczy się to nie tylko muzyki, która zmieniła swój charakter, ale też i nieco obniżyła lot.

Po co więc poświęcać jej czas, skoro wokół tyle pięknej muzyki? Po pierwsze, choćby z przekory. Po drugie, nie zawsze diabeł taki straszny jakim go malują więc zanim bezmyślnie powielimy kolejny raz czyjąś opinie, warto samemu wyrobić sobie zdanie. Poniżej moje. Być może zachęci ono kogoś do podjęcia próby weryfikacji moich odczuć i obserwacji, do czego serdecznie zachęcam. Po trzecie, mam wrażenie, że album ten jest stosunkowo słabo opisany tak w prasie jak i w internecie. Przyjrzyjmy mu się więc uważnie i odnotujmy wszystkie jego plusy i minusy. 

Znając zawartość muzyczną ich debiutu szybko zorientujemy się, że ktoś świadomie czy też nie, przestawił wajchę zwrotnicy kierując nas tym samym na inny tor. W sferze dźwiękowej zrobiło się jakby bardziej szorstko, tak jakby Rubicon zapragnął być drugim Pearl Jam. Nawet wokal łudząco przypomina manierę Eddie'go Veddera. Jeśli spojrzymy na rok wydania tejże płyty to chyba trop jaki podłapaliśmy nie okaże się błędny. Są to rzecz jasna tylko domysły bo nie znalazłem potwierdzenia w żadnym dostępnym mi źródle, że to właśnie na fali popularności tego stylu, Rubicon zamienił skóry na flanelowe koszule. W pierwszej połowie lat dziewięćdziesiątych to grunge rozdawał karty w muzyce i nie powinno dziwić, że część grup postanowiła ogrzać się w jego blasku. Tak właśnie tłumaczę sobię tę niespodziewaną woltę stylistyczną, której dokonał Rubicon. Przyznam szczerze, że początkowo byłem bardzo rozczarowany tym albumem. Mało tego, pozbyłem się go ze swej kolekcji nie chcąc zaśmiecać sobie nim półki. Lata mijały, a mnie coraz częściej nachodziła chęć ponownej konfrontacji z tą muzyką. Podjąłem więc próby odkupienia tejże płyty, co wcale nie było prostą sprawą bowiem album ten został wycofany już z katalogu Beggars Banquet. Na szczęście są jeszcze portale aukcyjne, gdzie od czasu do czasu pojawia się ten tytuł, dzięki czemu po kilku latach nieobecności znów zagościł on na mej półce. Co ciekawe ponowna konfrontacja nie wywarła na mnie już tak jednoznacznie negatywnego wrażenia.

Po latach muszę przyznać, że to całkiem zgrabny album, którego zalety odkrywa się stopniowo, krok po kroku. Owszem, mniej tu subtelności, którą zastąpił zgiełk, surowość i brud, ale wielbiciele "What Starts, End" także powinni posłuchać tej płyty. Zespół choć zmienił styl, to nie odciął się całkowicie od swych korzeni. Słychać to zwłaszcza tam, gdzie grupa nieco zwalnia swój impet jak choćby w Rest A While czy On Your Side. W obu tych kompozycjach pobrzemiewają jakieś dalekie echa twórczości Fields Of The Nephilim, co przydaje temu albumowi dodatkowego smaku. Widać muzyczne DNA wciąż dawało o sobie znać pomimo prób jego stłumienia. Co ciekawe, brzmienia te wplecione w nowe oblicze grupy prezentują się niezwykle naturalnie, a przy okazji są ukłonem w kierunku dawnych fanów. W mojej ocenie to najlepsze fragmenty tego albumu, choć warto zaznaczyć, że cała płyta trzyma równy poziom. No może z wyjątkiem jedynej ballady jeśli takim mianem można określić nagranie This Drenching Night, które nieco odstaje od reszty tak formą jak i poziomem. Warto też zwrócić uwagę na utwór Ageless inicjujący płytę, który to od razu wrzuca słuchacza na głęboką wodę. Jest mocno, energetycznie, ale i melodyjnie. Myślę, że niejeden wielbiciel flanelowych koszul poczuje przyjemne mrowienie na plecach. Swoją drogą ciekawie byłoby usłyszeć te utwory w wykonaniu Pear Jam bo jak sądzę te dźwięki są najbliższe ich stylistyce. Takie Doubt All wręcz wzorcowo wpasowałoby się w ich repertuar. Rubicon choć próbował podążyć ich śladem, nie odniósł większego sukcesu i po wydaniu albumu "Room 101" ślad po nich zaginął. Jakie byłyby dalsze losy ich kariery, tego możemy się już tylko i wyłącznie domyślać, albowiem nic nie wskazuje na to, aby Rubicon miał wznowić działalność. Pozostawili nam po sobie dwie płyty, po które sięgają wyłącznie wtajemniczone jednostki. Warto więc przypominać, o takich albumach, aby wydobyć je na światło dzienne i być może zainteresowanać nimi kolejne pokolenia słuchaczy.

Zanim opuścimy kurtynę, podsumujmy to wszystko o czym była już mowa. Płyta "Room 101", która z perspektywy czasu jawi się jako nowe otwarcie, okazała się gwoździem do trumny z napisem Rubicon. Zmiana muzycznego kursu powiodła ich wprost do krainy zapomnienia, choć obiektywnie rzecz biorąc album ten miał pewne zadatki, aby odnieść sukces. Co zatem poszło nie tak? Możemy tylko spekulować, ale w moim odczuciu albo nie było już zapotrzebowania na taką muzykę albo nastąpił odpływ starych fanów, którzy nie zaakceptowali nowego oblicza grupy. W grę wchodzą też inne czynniki, jak choćby dojście do głosu nowej sytlistyki w postaci britpopu, która to odsunęła w cień ponury, brudny grunge, zastępując go muzyką, której korzenie tkwiły w twórczości The Beatles. Takiej wolty stylistycznej w przypadku Rubiconu sobie nie wyobrażam, więc może dobrze się stało, że historia ta dobiegła końca wraz za albumem "Room 101".

Jakub Karczyński

PS Polecam wnikliwie przyjrzeć się okładce płyty bo skojarzenia jakie ze sobą niesie są conajmniej interesujące. Z jednej strony wygląda ona tak jakby została stworzona przez Marka Wilkinsona czyli nadwornego niegdyś grafika grupy Marillion dowodzonej przez Fish'a. Myślę, że obwoluta albumu "Fugazi" (1984) najlepiej zilustruje to co mam na myśli. Podobieństwa wręcz same narzucają się do oczu. To jednak nie koniec skojarzeń bo wystarczy wziąć do ręki kopertę albumu "Definitley Mayby" (1994) grupy Oasis, aby stwierdzić, że "Room 101" został stworzony wedle tej samej koncepcji. I żeby nie było niedomówień, za każdą z tych trzech okładek stoi inny autor.

26 lipca 2019

ŚWIĘTA WOJNA

Tegoroczna edycja festiwalu Soundedit zaskoczyła mnie obecnością grupy Blitzkrieg, która zdawałoby się zaległa już w piachu, a jej nagrobek z roku na rok popadał w zapomnienie. Jakież było moje zaskoczenie gdy dowiedziałem się, że zespół nie tylko wrócił do koncertowania, ale i wznowił swój jedyny album wydany w 1992 roku. "Holy War" bo tak zatytułowana była ta płyta, wróciła na rynek w nowej szacie graficznej, dość odległej od pierwotnego projektu. Może nie każdy wie, ale odpowiadał za nią Wojtek Smarzowski. Tak, tak to ten pan od "Wesela" (2004), "Wołynia" (2016) i przede wszystkim "Kleru" (2018). Na pierwszy rzut oka okładka jak okładka, ale gdy przyjrzymy się jej bliżej dostrzeżemy gołe tyłki a także kobiece łono. Widać nieszablonowe  i kontrowersyjne pomysły towarzyszyły Smarzowskiemu od najwcześniejszych lat. I choć projekt okładki "Holy War" nie do końca trafia w mój zmysł estetyczny to reedycja tym bardziej nie wpisuje się w te ramy. Mówiąc bardziej dosadnie, jest po prostu tandetna i bardziej przypomina obwolutę jakiejś muzyki oazowej niż nowofalowej. Dobrze jednak, że zdecydowano o jej wznowieniu bowiem pierwszy nakład jest dość trudno osiągalny, a jeśli już się trafia to ceny niejednokrotnie przyprawiają o zawał. Za swój egzmeplarz przyszło mi swego czasu zapłacić coś koło 130 zł, a przecież nie jest to cena z tych najwyższych. Niemniej jeśli ktoś zajrzy do "Katalogu płyt używanych z 2009 roku" Daniela Wolaka to może wysnuć wniosek, że przepłaciłem i to sporo. Album ten w tamtym czasie można było kupić za 59,90 zł, a przy odrobinie szczęścia za 24,50 zł !!! Dziś aż trudno uwierzyć w takie ceny, ale wtedy jak widać były na porządku dziennym. Sam autor pisze, że w tym czasie tylko prawdziwe rarytasy sprzedawały się za duże pieniądze, a odpowiedzialnością za to obarcza kryzys gospodarczy. Dwa lata wcześniej sprzedawano mniej wartościowe tytuły za o wiele większe pieniądze, ale jak to mówią nic nie trwa wiecznie. Po tłustych latach, przychodzą te chudsze i to co miało olbrzymią wartość za chwilę może być kompletnie bezwartościowe. I na odwrót. Warto więc trzymać rękę na pulsie i wyczekiwać dobrych okazji, ale zbytnia zwłoka nie zawsze popłaca bo możemy przegapić ten ostatni moment, w którym trzeba wyłożyć forsę na stół.

Jakub Karczyński

12 lipca 2019

LAST MINUTE FESTIWAL VOL. 2

Serce człowiekowi rośnie jak się czyta o takich inicjatywach, zwłaszcza jeśli organizuje się je nie w wielkich aglomeracjach, a w małych miejscowościach, gdzie trudniej o dostęp do dóbr kultury. Taki teren to też olbrzymie wyzwanie dla organizatorów bowiem mniejsza społeczność to też potencjalne ryzyko zaliczenia frekwencyjnej klapy. Jeśli do tego organizuje się jeszcze festiwal, na którym mają grać zespoły penetrujące ponure krajobrazy post punku, industrialu czy punk rocka to zakrawa to już na czyste szaleństwo. Tym większe brawa dla załogi Kulturalni62400, którzy na początku września organizują dwudniowy festiwal o nazwie "Last Minute Festiwal". Wśród zaproszonych grup nie znajdziecie wielkich gwiazd, ale jeśli wsłuchacie się w ich muzykę to z pewnością wyłowicie coś interesującego czego nie usłyszycie na co dzień w swoich radioodbiornikach. Sami zresztą zobaczcie:
 

Zrobię wszystko co w mojej mocy by dotrzeć na ten festiwal. Jeśli nie na całe dwa dni, to z pewnością na ten pierwszy by sprawdzić jak zaprezentuje się płocki Schröttersburg oraz poznańskie grupy w rodzaju Martim Monitz, Strange Clouds czy Mnoda. Trzymam kciuki za wszystkich, nie tylko tych z mojego lokalnego podwórka. Jeśli nie wiecie co ze sobą zrobić 6 i 7 września, to koniecznie przybywajcie do Słupcy na drugą edycję alternatywnego festiwalu "Last Minute Festiwal" i sprawdźcie jak głośno bije serce rodzimego undergroundu.

Jakub Karczyński

10 lipca 2019

MADE IN RUSSIA

Oszalałem, normalnie oszalałem na punkcie post punku. Wyszukuję co rusz jakieś nowe zespoły oraz płyty i zagłębiam się w tym świecie. Wciągnęło mnie to po same uszy, płynę więc tym korytem i ani myślę zbaczać z kursu. Doszło nawet do tego, że zacząłem przemodelowywać swą płytotekę pozbywając się albumów, do których straciłem już serce. W moich uszach nie znajdą już bezpiecznej przystani więc po co mają zbierać kurz na półce skoro mogą pokręcić się u kogoś w odtwarzaczu.  Może kiedyś będę tego żałował, ale na chwilę obecną tak właśnie czuję. Człowiek z czasem się zmienia tak jak i zmienia się jego gust muzyczny. U mnie poszło to w kierunku post punku, klasycznego gotyku oraz synth popu z lat osiemdziesiątych. Stąd też w zaciszu czterech ścian wybrzmiewa właśnie album "Intimacy" (1982) zespołu The Oppsition zamiast gorących premier prosto z serca mainstreamu. Co tam nowości skoro skoro w archiwach tyle smakowitych dźwięków. The Opposition odkryłem stosunkowo niedawno więc szlak to jeszcze nie przetarty. Niemniej wchłaniam tę muzykę tak jak gąbka wodę i zachwycam się z każdym kolejnym odsłuchem. Ależ oni grają. Swą muzyką wytwarzają pewien rodzaj niepokoju, który zniewala i oplata słuchacza niczym pajęczyna. Aż trudno oderwać ucho od głośnika. 

Przed kilkoma dniami otrzymałem przesyłkę z Bat-Cave Productions, wewnątrz której znajdowały się albumy "Renovation" (2018) Sierpien oraz "Anestesia" (2016) Schastlyvaya Smert. Nazwy rzecz jasna zapisane oryginalnie są cyrylicą, ale dla osób nieznających tego alfabetu zamieszczam tu ich angielskie odpowiedniki. Zarówno Sierpien jak i Schastlyvaya Smert wyśpiewują swe teksty w języku Puszkina, podkreślając w ten sposób swe korzenie. Obie te grupy zaklasyfikowano do nurtu post punk, choć grupa Sierpien czerpie też z pewnością z dokonań indie rocka, a z kolei Schastlyvaya Smert zapatrzona jest w nurt zimnej fali. Różni je nie tylko muzyka, ale i sama forma wydania swych płyt. Sierpien wydany w standardowym jewel case niczym specjalnie nas nie zaskoczy. Płyta zamknięta w plastikowym pudełku, sprawia wrażenie profesjonalnie skrojonego produktu. Bliższy ogląd ujawnia pewne braki, ale i tak jest całkiem nieźle. Niestety tego samego nie da się powiedzieć o albumie "Anestesia" grupy Schastlyvaya Smert, który to jest jednym z bardziej kuriozalnych tworów z jakimi przyszło mi obcować. Rozumiem, że budżety i nakłady (album wydano w liczbie 50 szt.) w przypadku debiutantów nie są oszałamiające, ale można to było zrobić lepiej. Sierpien Records odpowiedzialny za ten koszmarek, postawił na coś co w zamyśle miało przypominać digipack, ale koniec końców wyszło coś co można by nazwać jego niewydarzonym bratem. Otóż, okładka została wydrukowana w sposób profesjonalny, ale papier jakiego użyto jest zbyt miękki by skutecznie pełnić rolę opakowania. Jakby tego było mało, płytę przytwierdzono do wnętrza za pomocą kółeczka mocującego. Umieszczono je jednak po lewej stronie zamiast po prawej jak nakazywałaby logika. Utrudnia to dość znacznie posługiwanie się tą karykaturalną formą  digipacka. Załamany tą prowizorką, zleciłem profesjonalnej firmie przygotowanie standardowego digipacka z tacką mocującą w oparciu o oryginalne grafiki. Dotarcie do nich nie stanowiło specjalnego problemu bowiem udostępnia je sam zespół. Zamiast więc drukować to domowym sumptem, przesłałem pliki do firmy świadczącej takie usługi i czekam właśnie na efekty ich pracy. Gorzej chyba nie będzie, a przynajmniej nowe opakowanie posłuży mi zdecydowanie dłużej niż oryginał. Poniżej zamiaszczam zdjęcia przedstawiające album "Anestesia". Niemniej z drugiej strony nie ma co się boczyć na zespół, zawsze mogli to wydać w formie mp3 więc już choćby za ten nośnik należy im się uznanie.

Jakub Karczyński




9 lipca 2019

COMING OUT?

Przystępując do pisania tego posta trochę obawiałem się jak też zostanie on odebrany zwłaszcza przez grono płci pięknej. Z góry zastrzegam, że nie było moim celem umniejszać roli i znaczenia pań na scenie, a jedynie chciałem napisać o czymś co mnie uwiera niczym kamień w bucie. Może powinienem temat przemilczeć, ale nie potrafię. Muszę to w końcu napisać. Nie lubię kobiet, wolę panów. Jakkolwiek głupio by to nie zabrzmiało to proszę nie łączyć tej deklaracji z orientacją seksualną, która w tym przypadku nie ma akurat nic do rzeczy. Ta prowokacyjna zbitka słowna ma na celu tylko i wyłącznie zwrócić uwagę na fakt, o którym parę słów poniżej. Zanim jednak o tym, chciałbym tylko zaznaczyć, że owe wynurzenia nie mają charakteru ogólnego, a dotyczą tylko wąskiego fragmentu sceny muzycznej. Nie jest więc tak, że kobiece głosy drażnią me ucho w sposób ciągły. Co to, to nie. Zaświadczy o tym najlepiej kolekcja moich płyt, wśród których bez trudu wyszperacie albumy z genialnymi wokalistakami takimi jak choćby Kate Bush, Bjork czy Lisa Gerrard. W obliczu takich głosów niejeden mężczyzna może poczuć się jak amator. Jednakże w muzyce nie zawsze chodzi o precyzję, skalę głosu czy też jego czystość. W przypadku muzyki o jakiej myślę i jakiej obecnie najczęściej słucham, najbardziej liczy się co innego. Zadziorność, surowość i nieokrzesanie. Te przymioty jakby nie patrzeć bardziej pasują do mężczyzn stąd też ilekroć sięgam po muzykę naznaczoną piętnem post punku czy zimnej fali, wolę gdy miejsce przy mikrofonie zajmuje mężczyzna. Nie oznacza to, że kobiety się do tego nie nadają. Wystarczy spojrzeć na to co wyrabiały swymi głosami Siouxsie czy Anja Huwe by przekonać się, że od każdej reguły zawsze znajdzie się wyjątek. Są jednak i takie niewiasty, które natura obdarzyła delikatniejszym gardłem, niezbyt pasującym do chłodu i surowizn post punku. Powstaje wtedy pewien rozdźwięk między muzyką a wokalem, który niekorzystnie wpływa na całokształt kompozycji. Wokalistki takie zbytnio "zmiękczają" swym głosem muzykę przez co nawet najbardziej szorstkie dźwięki są jakieś takie gładsze. Refleksja takowa naszła mnie już jakiś czas temu, ale dopiero teraz zebrałem się na to by ją wyartykułować. Przyczyniem do tego stał się odsłuch albumu The March Violets "The Botanic Verses" (1993). To kompilacja dokonań dość mało znanego zespołu z kręgu muzyki post punk, gdzie obowiązki wokalne dzielili między sobą Simon Denbigh oraz Cleo Murray zastąpiona później przez Rosie Garland. Gdy tak zgłębiałem tajniki tejże składanki poczułem, że coś mi tam nie gra. Niby wszystko jest jak należy, ale momentami czułem, że męczą mnie niektóre utwory. Po szybkiej analizie okazało się, że żeńskie głosy choć piękne to nie do końca pasują mi do tej muzyki. Ich zaśpiewy mające w zamyśle dodać klimatu, w ogólnym rozrachunku są niczym pilnik, który ściera zbyt szorstkie krawędzie w tej muzyce. Podobne uczucia towarzyszą mi w przypadku projektu The Eden House, gdzie prym wokalny jak wiadomo wiodą panie. Czasami zastanawiam się jakby brzmiał ten projekt, gdyby zaproszono do niego mężczyzn. Czy bardziej by na tym zyskał czy może wręcz przeciwnie. Może kiedyś powstanie i taka odsłona, wtedy będziemy mogli się przekonać kto z tej konfrontacji wyszedłby zwycięsko. Osobiście stawiam na panów, ale wcale nie jest powiedziane, że ten mecz musi zakończyć się czyjąś wygraną, wszak w grach sportowych opartych na rywalizacji istnieje też pojęcie remisu. I może to jest właśnie najsprawiedliwsze rozwiązanie.

Jakub Karczyński


PS Obraz użyty do zilustrowania wpisu to "Tristan i Izolda" autorstwa Edmunda Leightona.
 

27 czerwca 2019

KIERUNEK WSCHÓD

Jest taka kultowa scena w "Seksmisji" (1983), gdy Maks (grany przez Jerzego Stuhra) po wydostaniu się z podziemnego kompleksu rzuca do Alberta tekst (w tej roli Olgierd Łukaszewicz): kierunek wschód, tam musi być jakaś cywilizacja. Ten prześmiewczy tekst wymyślony naprędce przez Machulskiego był solą w oku ówczesnej cenzury, stąd też został usunięty z pierwotnej wersji filmu. Przywołuję go dziś nieprzypadkowo chcąc skierować Wasz wzrok na dawne kraje bloku wschodniego, gdzie nie tylko rozkiwta cywilizacja, ale jest też i niebanalna kultura muzyczna. Przekonałem się o tym na własnej skórze poznając twórczość kilku zespołów takich jak choćby Schastlyvaya Smert, Sierpien czy Molchat Doma. Poza tym dokształcam się z historii tamtejszej sceny alternatywnej czytając książkę Konstantego Usenko "Oczami radzieckiej zabawki. Antologia radzieckiego i rosyjskiego undergroundu". Wystarczy ją tylko pobieżnie przekartkować by się przekonać jak niewiele wiemy o tamtejszej scenie, jak potężne braki mamy do nadrobienia. To niemal dziewiczy teren, na który warto się zapuścić choćby po to by zweryfikować swoje wyobrażenie o tamtejszej muzyce. Ja dopiero jestem na początku tej drogi, ale już odczuwam ekscytację związaną z tą wyprawą. Czuję się trochę jak odkrywca nowych kultur, który wszystkiemu się dziwi i wszystko jest dla niego równie niezwykłe co ciekawe. I pomyśleć, że mieliśmy to pod nosem, ale jakoś mało komu chciało się kierować głowę w tamtym kierunku. Przecież żyjąc przez tyle lat pod sowieckim butem dość już mieliśmy ichniejszej kultury przez co fascynowało nas wszystko to co było po drugiej stronie żelaznej kurtyny. Gdy w końcu upadła, nikt nie zawracał sobie głowy oglądaniem się na to co zostało za naszymi plecami. Wystartowaliśmy z bloków startowych niczym najlepszy sprinter i pognaliśmy odkrywać przebogaty i kolorowy świat anglojęzycznego rock & rolla, a że było co odkrywać to zajęło nam to dość sporo czasu. Dziś gdy już mamy na swych półkach tudzież w komputerze to o czym w PRL-u mogliśmy tylko pomarzyć, warto przyjrzeć się uważniej naszym wschodnim sąsiadom. Oni przecież także nie próżnowali. Zasłuchiwali się w tych samych zespołach ze zgniłego zachodu, w których i my się zasłuchiwaliśmy więc siłą rzeczy wszystkie te inspiracje musiały kiedyś wydać plon. Trzeba go tylko zebrać, ale to tylko od naszej dobrej woli zależy czy będziemy chcieli się po niego schylić. Usuńmy więc w kąt uprzedzenia i zaspokójmy ciekawość, która żyje w każdym z nas. Ja już pierwszy krok wykonałem, teraz czas na Was.

Jakub Karczyński

PS Grafika ilustrująca niniejszy wpis to fragment okładki książki "Oczami radzieckiej zabawki", za którą odpowiadają FAJNE CHŁOPAKI.