19 stycznia 2019

PODSUMOWANIE ROKU 2018

Jeśli miałbym oceniać rok 2018 po premierowych albumach jakie przyszło mi wysłuchać to z przykrością stwierdzam, że był to niezwykle słaby rok. Pocieszam się jednak tym, że z pewnością ukazały się świetne płyty, tylko nie dane mi było do nich dotrzeć. Mam nadzieję, że przyjdzie taki czas, że znajdę kilka naprawdę wybitnych rzeczy i zmienię nieco opinię o tym roczniku. Dochodzą mnie jednak słuchy, że nie jestem osamotniony w mych ocenach, a to już daje nieco do myślenia. Co zatem zawiodło? Chyba wszystko po trochu. Zaczynając od pomysłów, a skończywszy na melodiach. W ostatnich latach miałem swoich faworytów już kilka miesięcy przed zakończeniem roku więc sprawa obsadzenia pierwszych trzech miejsc była stosunkowo prosta. Tym razem było inaczej. Nie pojawił się bowiem żaden album przed którym padłbym na kolana. Owszem, zdarzały się bardzo dobre płyty, ale zabrakło rzeczy wybitnych. W tym roku przyszło mi więc wybierać najlepsze albumu z zestawu płyt bardzo dobrych, dobrych, przeciętnych i słabych. Nie zabrakło muzycznych rozczarowań, zabrakło niestety zachwytów i aby to zaznaczyć postanowiłem wytypować zamiast standardowego TOP10 wyłącznie TOP5 by pozostać uczciwym tak względem siebie jak i Was. Jeśli będę po latach do czegoś wracał to z pewnością do tych kilku poniższych płyt, które to rozjaśniały mi ten ponury, muzyczny obraz roku 2018.


1. Editors "Violence"

W mojej ocenie, szczytowym osiągnięciem grupy Editors był album "The Weight Of Your Love" z  2013 roku choć i następnemu z kolei ("In Dream") niczego nie brakowało. W przeciwieństwie do grupy Interpol, która od kilku lat brzmi tak jakby wciąż nagrywali jedną i tą samą płytę, Editors starają się nadać każdemu wydawnictwu nieco inny rys i kolorystykę dzięki czemu to oni kolejny raz wygrywają to starcie "mrocznych gigantów", a "Violence" to ich drugi najlepszy album. Tak czuję i tak to słyszę.
  
2. The Damned "Evil Spirits"

Nowa płyta The Damned to z kolei największe zaskoczenie. Nie sądziłem, że panowie jeszcze coś nagrają bo od dziesięciu lat milczeli jak zaklęci. Pojawili się jak królik z kapelusza i do tego nagrali najbardziej witalny album, choć przecież bliżej im do emerytury niż do matury. Zdarza się, że brzmią jak The Stranglers, ale bynajmniej nie jest to z mojej strony zarzut. W nagranich czuć radość ze wspólnego grania, a jeśli jeszcze dołożymy do tego nośne kompozycje to otrzymujemy przepis na bardzo udany album.
  
3. Handful Of Snowdrops "Noir"

Po wspaniałej poprzedniczce zatytułowanej "III", album "Noir" okazał się dla mnie początkowo dość sporym rozczarowaniem. Próżno tu było szukać konkurencji dla takich utworów jak choćby Dead City czy The Man I Show The World , a mimo to udało mu się wedrzeć do tego podsumowania bowiem nawet najsłabsza płyta Handful Of Snowdrops jest i tak o niebo lepsza od tego co proponuje nam lwia cześć gotyckiej sceny. To co dla jednych jest sufitem, dla drugich jest zaledwie podłogą. Wystarczyło dać temu albumowi trochę czasu by zaczął nabierać rumieńców i stopniowo zniwelował początkowe poczucie goryczy i rozczarowania.

4. Made In Poland "Kult"

Made In Poland powróciło w nowym składzie, ale ze starym repertuarem. Można kręcić nosem, na to, że zabrakło premierowych kompozycji, na to, że gdy pominiemy wersje obcojęzyczne to trudno nasycić się tą zawartością, ale czasem mniej znaczy więcej. I tak jest w tym przypadku. Album zachwyca muzyką, ale i przeraża niezwykle aktualnymi tekstami choć przecież od ich powstania sporo wody w Wiśle już upłynęło. Made In Poland powróciło w nowym składzie, ale z dawnym duchem i emocjami, które czekały na odpowiedni moment by wybuchnąć z całą mocą. Cieszmy się tą chwilą póki trwa bo kto wie kiedy znów przyjdzie nam włożyć do odtwarzacza nowy album Made In Poland.

5. Pornografia "1989-1990"

Requiem Records zapełnia kolejne białe plamy w historii rodzimej muzyki i trzeba przyznać, że aż żal, że materiał ten nie ukazał się w epoce. Z pewnością dziś mógłby się poszczycić takim statusem jak "Nowa Aleksandria" Siekiery czy "Nowe sytuacje" Republiki. Zimne, ponure dźwięki przesycone atmosferą i brzmieniem tamtych czasów to jest coś czego nie da się już odtworzyć i tym bardziej należy pochylić się nad tego typu wydawnictwami. Posłuchajcie jak kształtowało się w Polsce mroczne granie, które po upływie tylu lat wciąż świetnie się broni. Miłośnicy cold wave koniecznie powinni zabrać się z tą falą.  

 

RZUTEM NA TAŚMĘ czyli lucky looser

W tej kategorii umieszczam płytę, która nie miała szczęścia dostać się do pierwszej dziesiątki (w tym wypadku piątki), a żal ją pominąć w podsumowaniu.
 

Manic Street Preachers "Resistance Is Futile"

Nigdy nie byłem fanem Manic Street Preachers bo też niespecjalnie miałem rozeznanie w ich twórczości. Wiedziałem, że istnieją, tworzą, ale ich muzyka była jakby obok mnie. Zmieniło się to dopiero w minionym roku, gdy do mych rąk trafił album "Resistance Is Futile". Pierwsze cztery nagrania zrobiły na mnie na tyle duże wrażenie, że nawet nieznaczne obniżenie pułapu lotu w dalszej części albumu nie zepsuło mi radości płynącej z jego słuchania. Trzeba będzie ponadrabiać zaległości. Koniecznie.

Jakub Karczyński
 


31 grudnia 2018

OSTATNI AKORD

Rok 2018 już dogorywa, a ja sam nie wiem co o nim sądzić w kontekście muzyki jaka trafiła do mych rąk. Nie był on przecież zły, ale też nie dostarczył mi zbyt wielu powodów do zachwytu. Można by rzec, że był po prostu dobry. Oczywiście jest to tylko i wyłącznie moja subiektywna perspektywa i z pewnością nie będzie ona zbieżna z opiniami i odczuciami wielu z Was. Być może nie trafiłem na odpowiednie płyty, a z pewnością stworzono albumy, przy których możaby przystawić pieczątkę z napisem "genialne". Po prostu nie miałem wystarczająco dużo szczęścia, aby na nie natrafić. Tak czy owak trzeba będzie wkrótce wytypować  swoją ulubioną dziesiątkę płyt. Nim to jednak nastąpi przedstawię listę albumów, które to w mijającym roku trafiły do mojego odtwarzacza. W porównaniu z rokiem ubiegłym jest tego niestety o połowę mniej. Aż sam nie mogę się nadziwić, że tak mało nowości zakupiłem, ale cóż zrobić. Widać to nie one w tym roku nadawały muzyczny ton. Zaskakujący jest też fakt, że przez kilka dobrych miesięcy nie sięgałem po muzykę z kręgów rocka progresywnego i wciąż jakoś nie odzyskałem na nią apetytu. Nawet okres bożonarodzeniowy nic w tym względzie nie zmienił choć rok rocznie lubiłem pod jego koniec posłuchać sobie tego typu muzyki. Dość już tego biadolenia, poniżej zamieszczam listę albumów, które zawalczą o laur zwycięzcy w TOP10 za rok 2018:

Beach House "7"
Black Rebel Motorcycle Club "Wrong Creatures"
Dead Can Dance "Dionysus"
Dear Strange "Lonely Heroes"
Editors "Violence"
God's Own Medicine "Afar"
IAMX "Alive In New Light"
Made In Poland "Kult"
Manic Street Preachers "Resistance Is Futile"
Metrum "Zielony dach"
Nightrun 87 "The Destroyers Are Coming"
Pieter Nooten "Stem"
Pornografia "1989-1990"
Steve Kilbey "Sydney Rococo"
Suede "The Blue Hour"
The Damned "Evil Spirits" 
The Handful Of Snowdrops "Noir"

To chyba pierwsza taka sytuacja, abym nie miał jasno sprecywowanego faworyta więc moje TOP10 wciąż nie nabrało jeszcze kształtu. W najbliższych tygodniach będę jednak musiał ogarnąć tak uchem jak i umysłem cały ten muzyczny rozgardiasz. Czas zatem zakasać rękawy i wziąć się do roboty bo przecież nikt tego za mnie nie zrobi. Sam jestem ciekaw co z tego wyjdzie i jak w tym roku poukłada się ten ranking.

Jakub Karczyński

24 grudnia 2018

ŚWIĄTECZNE REFLEKSJE

Co roku tyle człowiek czeka na te Święta, a one przelatują tak szybko, że nawet nie sposób dobrze się w nie wczuć. Żałuję wieć, że nie trwają dłużej, aby nasycić się ich atmosferą, zastanowić się nad tym co było w minionym roku dobre, a co złe. Komu nieopatrznie nadepnąłem na odcisk, a komu podałem pomocną dłoń. Dla kogo nie znalazłem odpowiednio dużo czasu, a z kim przyszło mi przeprowadzić naprawdę istotne i mądre rozmowy. Sporo tych pytań tłucze mi się po głowie, ale nie bardzo mam czas by znaleźć na nie odpowiedzi. Przydałby się więc taki dzień, gdzie już nie skupiamy się nad tym, aby wszystko zapiąć na przysłowiowy ostatni guzik, nie gonimy za zakupami świątecznymi tylko siadamy sobie wygodnie w fotelu i skupiamy nasze myśli na tym by ogarnąć nasze miejsce we wszechświecie, pracy, domu jak i wsród rodziny. Życzę Wam więc takiej pogłębionej refleksji, spokoju i przede wszystkim pięknych chwil wśród grona najbliższych. Nacieszmy się sobą i wsłuchajmy się w siebie nawzajem bo w ciągu roku nie zawsze jest na to czas. Zatroszczmy się o to, aby były to naprawdę wyjątkowe Święta, tak pod względem atmosfery jak i rodzinnych relacji. Wesołych Świąt !!!

Jakub Karczyński

18 grudnia 2018

FARMACEUTA BOB

Cóż za wspaniała wiadomość. Po jedenastu latach dobijania się do drzwi apteki, jej podwoje znów mają zostać otwarte dla potrzebujących, chcących zakupić nowe medykamenty. Mówiąc wprost. Miłośnicy talentu grupy The Cure, w końcu będą mieli co włożyć do swych odtwarzaczy. Zespół poinformował, że właśnie kończy pracę nad swym czternastym, studyjnym albumem. Od wydania poprzedniego, upłynęło stanowczo zbyt dużo wody w Tamizie. Z każdym rokiem wiara w nową płytę malała, ale cieszę się, że grupa w końcu zmobilizował się do pracy i postanowiła dopisać kolejny rozdział do swojej historii. Czas pokaże czy było warto czekać tyle lat. Cierpliwość fanów została wystawiona na naprawdę wielką próbę. Tak długiej przerwy w nagrywaniu jeszcze nam zespół nie zaserwował. W początkach kariery potrafili wydawać albumy rok po roku, a do 1992, nie pozwolili sobie na przerwę dłuższą niż dwa lata. Pierwszym wyłomem okazał się album "Wild Mood Swings" (1996), który pojawił się po czterech latach oczekiwania i nie zebrał on zbyt entuzjastycznych recenzji. Osobiście żywię do niego pewien sentyment i nie uważam go za najsłabszy punkt w dyskografii brytyjczyków, choć nie jest to dzieło tej miary co "Wish" (1992) czy "Disintegration" (1989). Album ten posiada kilka bardzo zgrabnych kompozycji lecz nie wpisał się on w oczekiwania fanów. Nikt chyba nie przypuszczał, że wiodącą rolę będą tu spełniać instrumenty dęte, które nijak mają się do dźwięków jakich spodziewalibyśmy się po grupie Roberta Smith'a. Po latach album ten raczej zyskuje niż traci, pod warunkiem, że potrafimy dostrzec także to pogodniejsze oblicze zespołu. Jak już wspominałem, to właśnie album "Wild Mood Swings" zapoczątkował czteroletnie okresy rozdzielające kolejne płyty. Machina ta funkcjonował idealnie aż do roku 2008, po czym zacięła się na długie jedenaście lat. Oby tylko złapała dawny rytm bo nie wyobrażam sobie czekać kolejnej dekady na nowe medykamenty z tejże apteki. 

Zespół póki co nie zdradził żadnych szczegółów odnośnie tego jak album ma być zatytułowany, kto go wyprodukuje, ani też jak będzie wyglądać jego okładka. Jedyne co wiemy, to to, że jego premiera przewidziana jest na rok 2019. Przed laty Robert odgrażał się, że następca "4:13 Dream" (2008) będzie mroczniejszy i ukaże się w niedalekiej przyszłości. Jak wiemy nic z tych planów nie wyszło. Podano nawet tytuł albumu - "4:14 Scream", ale gdy na przestrzeni kolejnych lat skład zespołu uległ modyfikacji, Robert stwierdził, że nie chce wydawać płyty, która została zarejestrowana w składzie, który już nie istnieje i nijak ma się ona do punktu, w którym się obecnie znajdują. Ciekawi mnie czy wciąż podtrzymuje to stanowisko. Miejmy nadzieję, że w niedalekiej przyszłości dane nam będzie się o tym przekonać. Osobiście wolałbym, aby stworzyli premierowy, dobrze brzmiący materiał, niż bawili się w odgrzewanie starych dań. Niech znów staną się zespołem dla wrażliwców zamiast bawić się w herosów rocka. Liczę, że tym razem Robert odkryje przed nami swą wrażliwszą stronę osobowości, bo nie ukrywam, że wolę go gdy pięknie nam się smuci niż gdy eksploatuje swoje gardło do granic możliwości. Robert Smith nic już nie musi nikomu udowadniać, ma ten komfort, że może nagrać płytę bez oglądania się na kogokolwiek. Z nikim też nie musi się ścigać bo wszystko co najważniejsze już w swej karierze osiągnął. The Cure na przestrzeni lat wyrobiło sobie markę na tyle silną, że nawet dzisięcioletnie okresy absencji nie są w stanie zagrozić ich pozycji. Trzymam mocno kciuki za ten nowy album bo jak to mówią, stara miłość nie rdzewieje.

Jakub Karczyński
 

16 grudnia 2018

UPADEK IDOLA

Pisałem niedawno o koncercie Petera Murphy, który wraz z Davidem J. objeżdża różne kraje by świętować czterdziestolecie formacji Bauhaus. Przed kilkoma dniami dotarli do Szwecji i nie byłoby w tym nic szczególnie interesującego gdyby nie fakt, że działy się tam iście dantejskie sceny. Gdy to czytałem, przecierałem oczy ze zdumienia bowiem w najśmielszych snach nie przypuszczałbym, że coś takiego może mieć miejsce na koncercie tego bądź co bądź dość wiekowego człowieka. Peter Murphy liczy sobie sześćdziesiąt jeden lat, ale krew w nim jeszcze nie zastyga, o czym zaświadczą zapewne wszyscy ci, którzy pojawili się na jego koncercie 12 grudnia w Sztokholmie. Początkowo nic nie zapowiadało tego dramatu, który miał się rozegrać tak na scenicznych deskach jak i poza nimi. Murphy zirytowany szwankującym odsłuchem jak i zachowaniem pewnej grupki widzów ignorujących jego występ, dał upust swojej frustracji, rzucając w kierunku publiki i reżyserki dźwiękowców butelkami oraz szkalnkami. Pech chciał, że amunicja ta uszkodziła tak widzów jak i konsoletę mikserską przez co występ zakończył się przed czasem. Historia ta miała swój dalszy ciąg gdyż krewki Murphy, wdał się w przepychanki z ochroniarzami. Ponoć uderzył jednego z nich w twarz co musiało poskutkować sprowadzeniem do parteru, obezwładnieniem i wyrzuceniem go z własnego koncertu. Ilustruje to anonimowe zdjęcie zamieszczone powyżej. Chyba nikt z nas nie przypuszczał, że Peter Murphy jest zdolny do czegoś tak haniebnego. Nic nie usprawiedliwia takiego zachowania i przyznam, że za sprawą tego incydentu bardzo stracił w moich oczach. Ciekawe co dziś sądzi o swoich wybrykach. Zwykła ludzka przyzwoitość nakazywałaby przeproszenie tak publiczności jak i organizatorów, za wszystkie te głupie rzeczy jakich się dopuścił. Choć sami organizatorzy nie zdecydowali się wezwać wtedy policji, to przynajmniej jedna z poszkodowanych osób postanowiła złożyć takie zawiadomienie, dzięki czemu sprawa ta może mieć swój finał na sali sądowej. Nie wiem jaką linię obrony szykuje Peter Murphy, ale na jego miejscu przyjąłbym to wszystko na przysłowiową klatę zamiast ośmieszać się jakimiś mętnymi tłumaczeniami.

Jakub Karczyński
 

13 grudnia 2018

KOŚCIELNE TAJEMNICE

Gdyby nie pewna audycja radiowa do dziś dnia nie wiedziałbym o tym, że właśnie ukazała się nowa płyta Steve'a Kilbey'a (The Church). Choć na bieżąco śledzę karierę jego macierzystej grupy na Facebooku to i tak jak widać nie daje to gwarancji pozyskania wszystkich istotnych informacji. Naprawiłem szybko swój błąd lajkując profil artysty. W końcu po to założyłem konto w tym serwisie, aby śledzić kariery moich ulubionych artystów, a nie po to by zasypywać go masą prywatnych wynurzeń. Album "Sydney Rococo" (2018) powinien w dniu jutrzejszym trafić już do mojego odtwarzacza, nim to jednak nastąpi, oddam się we władanie płyty "From The Well" (1989) za którą odpowiedzialny jest inny członek The Church - Peter Koppes. Krążek ten jest w mych zbiorach od kilku ładnych miesięcy [tak jak i album "Manchild & Myth" (1988)], ale dopiero teraz znalazłem chwilę, aby go uważniej posłuchać. Z każdym kolejnym odsłuchem zachodzę w głowę jak też ktoś mógł się pozbyć tak fantastycznego albumu? Z drugiej strony, gdyby nie ta chwila słabości owego sprzedającego, to do dziś dnia żyłbym w nieświadomości jak piękne rzeczy tworzyli na swych solowych albumach muzycy The Church. Cieszę się więc, że uzupełniłem kolekcję o tak wartościowe płyty i nie myślę na tym poprzestać. Zdobycie kolejnych nie jest prostą sprawą, ale nie raz przekonałem się już o tym, że nie takie płyty udawało mi się pozyskać. Potrzeba do tego nieco cierpliwości i szczęścia, którego miejmy nadzieję los mi nie poskąpi. I choć obiecałem sobie okiełznać mój apetyt kolekcjonerski (czyt. nie kupować zbyt dużej ilości płyt) to dla takich pozycji muszę zrobić wyjątek. Czego jak czego, ale tak smakowitym kąskom trudno odmówić miejsca tak w sercu jak i na półce.

Jakub Karczyński

PS Gdyby ktoś jakimś cudem nie poznał, to informuję, że autorem obrazu ilustrującym ten wpis jest Zdzisław Beksiński.
  

2 grudnia 2018

BAUHAUS CZYLI 40 LAT MINĘŁO

Wrocław przywitał nas chłodnym wiatrem i stalowym niebem, tak charakterystycznym dla tej pory roku. Aura nie zachęcała ani do spacerów, ani tym bardziej do zwiedzania miasta. Nie odstraszyło nas to jednak przed małym rekonesansem po sklepach płytowych, wszak prawdziwy kolekcjoner nie przepuści żadnej okazji. Przeszywające zimno nie mogło się jednak równać z chłodem jaki miał powiać wieczorem ze sceny klubu A2. Zimne dźwięki wyjęte z czterdziestoletniej historii Bauhausu miały skuteczne schłodzić nasze rozgrzane od emocji serca. Długa kolejka do wejścia uspokoiła mnie tak względem dobrej frekwencji jak i tego, że nie jestem jedynym dziwakiem, który lubi takie dźwięki. Przekrój wiekowy był naprawdę dość znaczny, a sam klub szczelnie wypełnił się widzami na długo przed pojawieniem się gwiazdy wieczoru. Jako przystawka do dania głównego zaserwowano widzom grupę Desert Mountain Tribe, która to robiła co mogła, aby wywiązać się jak najlepiej ze swej roli. Jak na moje ucho radzili sobie całkiem nieźle prezentując interesującą syntezę post rocka z prog rockiem, choć w tamtym dniu serca mi jeszcze nie skradli. Zaciekawili jednak na tyle, żebym po powrocie skonfrontował swoje wrażenia koncertowe z tym co zarejestrowali w warunkach studyjnych. Muszę przyznać, że coraz bardziej wsiąkam w tę muzykę i z każdym kolejnym odsłuchem doceniam jej walory. Aby jednak uczciwie ocenić ich poniedziałkowy występ, musiałbym porządnie zagłębić się w ich twórczość więc na ten moment ograniczę się do sformułowania, że dobrze spożytkowali czas im podarowany. Supporty mają tę niewdzięczną rolę, że zazwyczaj traktowane są po macoszemu. Osobiście nigdy ich nie lekceważę bo niejednokrotnie odkrywałem w ten sposób interesującą muzykę (vide Promenade Cinema).  Desert Mountain Tribe z pewnością również dołączy do tej listy.

Występ Petera Murphy zaplanowany pierwotnie na godzinę 21 rozpoczął się z półgodzinnym opóźnieniem. Czas oczekiwania "umilała" nam muzyka Marlene Dietrich, która to podziałała na mnie w sposób wysoce usypiający. Składam to na karb zmęczenia podróżą bo przecież i takie dźwięki znajdują w mym sercu swoją przystań. Muzyka ta nie była jednak dziełem przypadku choć podejrzewam, że wykorzystywana była częściej podczas solowych występów Petera, który przecież w swym dorobku ma nagranie wprost odnoszące się do tej wybitnej niemieckiej artystki - Marlene Dietrich's Favourite Poem. Publiczność kilkukrotnie próbowała wywołać zespół na scenę i w końcu za którymś razem się udało. Światła przygasły, a na scenie pojawiła się wreszcie gwiazda wieczoru. Poza Peterem Murphy, Davidem J. skład uzupełniali Mark Gemini Thwaite (gitara) oraz perkusita z Nowego Jorku, którego personaliów jednak nie zdołałem zapamiętać. Z kolei Mark Gemini Thwaite to postać dość znana w środowisku. Wystarczy wspomnieć, że współpracował z takimi wykonawcami jak Spear Of Destiny, Tricky, Gary Numan czy The Mission. Z tymi ostatnimi zarejestrował w latach dziewięćdziesiątych dwa albumy, które jednak okazały się dalekie od tego czym zachwycał nas przed laty The Mission. Wspomógł on też grupę przy reaktywacji i nagrywaniu płyty "Aura" (2001), a ostatnimi czasy najął się u Petera Murphy. Gra on nie tylko koncerty, ale i występuje na jego płytach. W poniedziałkowy wieczór godnie zastąpił Daniela Asha odtwarzając jego partie gitarowe.

Koncert rozpoczął się od prezentacji nagrań z debiutanckiego albumu grupy. Na pierwszy ogień poszło Double Dare, In The Flat Field, które wyrwały mnie z marazmu i dały nadzieję na naprawdę fantastyczne widowisko. Peter Murphy władczo przechadzał się po scenie skupiając na sobie całą uwagę odbiorcy. Choć włosów na głowie mniej, głos wciąż ma mocny i hipnotyzujący. Niestety moja radość nie trwała zbyt długo bowiem zespół postanowił odegrać niemal w całości swój debiutancki album. Podobnie jak Tomek Beksiński ja również nie należę do specjalnych admiratorów tejże płyty. Owszem, początek albumu robi wrażenie, ale im dalej w las tym robi się dziwniej i niestety nudniej. Na "In The Flat Field" (1980) zespół nie bierze jeńców i tak też było na poniedziałkowym koncercie. Szaleńczy głos Murphy'ego doprawiony jazgotliwą muzyką mógł zmęczyć co niektórych słuchaczy. I kiedy już zacząłem spisywać koncert na straty, ze sceny zaczęły w końcu napływać bardziej przyjazne dźwięki. Gdy surowość i szaleństwo debiutu pozostały już za nami, można się było w końcu rozsmakować w tym bardziej klimatycznym obliczu Bauhausu znanym z płyt "The Sky's Gone Out" (1982) czy "Burning From The Inside" (1983). Tą nieprzyjazną aurę przełamało nagranie Kingdom's Coming i od tego momentu repertuar wskoczył już na właściwe tory i upewnił mnie w przekonaniu, że nie przyjechałem tego dnia do Wrocławia na darmo. Nie miałem specjalnych oczekiwań, chciałem tylko zobaczyć ten legendarny zespół i poczuć emocje towarzyszące temu występowi. Tę wyjątkową mieszankę szaleństwa i grozy, która przenika człowieka do głębi. Wyobrażałem sobie, że będzie tak jak w filmie "The Hunger" znanym u nas pod tytułem "Zagadka nieśmiertelności". Każdy kto widział ten obraz doskonale zapewne pamięta sekwencje z początku filmu, gdzie David Bowie wraz z Catherine Deneuve rozglądają się po klubie w poszukiwaniu świeżego pożywienia. Nie szukają jednak zapiekanek czy hot dogów lecz ludzkiej krwi, w której to będą mogli zatopić swa wampirze kły. Owa sekwencja przerywana jest obrazem Petera Murphy'ego wyśpiewującego zza krat hymn wszystkich wampirów jakim jest nagranie Bela Lugosi's Dead. I choć we Wrocławiu krat nie było to i tak do końca życia zapamiętam chwilę gdy Peter Murphy wśród kłębów dymu wciela się w rolę wampira. Nie, nie. On się nie wciela, on jest wapirem. Każdy kto widział jak unosi kołnierz swej niezwykle finezyjnej marynarki i zanurza się w scenicznym dymie, musiał uwierzyć, że oto przed nami zmaterializował się prawdziwy wampir. W dniu urodzin Tomka Beksińskiego miało to również swój inny wymiar dodający temu wydarzeniu pikanterii. Tak sugestywny występ podziałał nie tylko na moją wyobraźnię, ale i utwierdził mnie w przekonaniu, że warto było się tu zjawić choćby tylko po to, aby wysłuchać i zobaczyć ten jeden utwór. Jednak skłamałbym gdybym powiedział, że resztę występu można było sobie odpuścić. Co to, to nie. Stracilibyśmy w ten sposób prawdziwe perełki z repertuaru grupy jak choćby Burning From The Inside, Silent Hedges, Kick In The Eye no i przede wszystkim She's In Parties, The Passion Of Lovers. Jeśli pamiętacie, to w lipcu sporządziłem listę pięciu utworów bez, których nie wyobrażałem sobie tego koncertu. Z owych pięciu nagrań wybrzmiały cztery z nich. Zabrakło tylko Who Killed Mr. Moonlight no, ale widać nie można mieć wszystkiego. Miłym akcentem było za to sięgnięcie do albumu "Go Away White" (2008) i kompozycji Adrenalin, na którą szczerze mówiąc w ogóle nie liczyłem. Jak dla mnie najmocniejszy punkt tamtej płyty, a przy okazji swoista rekompensata za nieobecność tego jednego nagrania. Istny koncert życzeń, a jeśli komuś było jeszcze mało to na bis otrzymał Telegram Sam z repertuaru T.Rex oraz Ziggy Stardust wykonywanego w oryginale przez Davida Bowie. Na tym też zakończył się ten spektakl szalenstwa i grozy. Widzowie poczeli przemieszczać się w kierunku wyjścia uprzednio zabierając z szatni swoją garderobę i zagłębiali się w listopadową, zimną noc. Księżyc odprowadzał ich wzrokiem, a my idąc za ich przykładem także opuściliśmy gościnne progi klubu A2. I choć nie dowiedziałem się Kto zabił Pana Księżyca to i tak wychodziłem w poczuciu satysfakcji i spełnienia. Może jeszcze będzie okazja uzyskać odpowiedź na to pytanie, a tymczasem jak przystało na porządnego wampira zamknę już to wieko trumny i udam się na zasłużony odpoczynek. Dobranoc.

Jakub Karczyński

PS Doszły mnie słuchy, że nagłośnienie, a może raczej realizacja dźwięku pozostawiała sporo do życzenia. Osobiście ani ja, ani mój kolega Paweł nie odnieśliśmy takiego wrażenia. Może po prostu zajęliśmy dobre miejsca dzięki czemu słyszeliśmy wszystko czysto i klarownie. Może wokal mógł być odrobinę głośniej, ale to tylko taka moja sugestia. Żadnych większych przeto uwag nie wnoszę.

PS2 Wyczytałem przed kilkoma dniami na profilu Petera Murphy'ego, że odwołał on kilka ostatnich koncertów w Niemczech ze względu na zatrucie pokarmowe jakiego tam doznał. Walczył ze swoim organizmem dzielnie jednak lekarz nalegał by zaniechał koncertowania na pewien czas. Mieliśmy więc ogromne szczęście bo naprawdę niewiele brakowało byśmy to my obeszli się smakiem.