31 sierpnia 2021

STROFY O PÓŹNYM LECIE

Foto: Jakub Karczyński

Ostatni dzień wakacji, a co za tym idzie ostatnie dni mojego urlopu, który postanowiłem spędzić z rodziną nad polskim morzem. Choć prognozy zwiastowały niemal ciągły deszcz, szczęśliwie dla nas, okazały się one dalekie od prawdy. Także temperatura w Bałtyku była na tyle przyjemna, że bez obaw można było zanurzyć stopy w wodzie, a piasek na plaży utrzymał jeszcze dla nas tę odrobinę ciepła. Gdy żegnaliśmy się z morzem w minioną niedzielę niebo przybrało już kolor stali, z którego co i rusz padał deszcz. Można by pomyśleć, że oto zaczęła się jesień bo przecież obecna aura nijak ma się do tego co nazywamy latem. Niestety sierpień w tym roku niezbyt był dla nas łaskawy, a i wrzesień chyba nie myśli rozpieszczać nas słońcem. Złotą polską jesień chyba znów szybciej znajdziemy na kartach literatury niż w zaokiennym krajobrazie. Wielkie lato umiera i wielka jesień wita jak pisał Julian Tuwim w "Strofach o późnym lecie". I choć w tym roku lato nie umierało tak barwnie jak we wspomnianym wierszu to pozostaje nam liczyć, że natura nie poskąpi nam kilku pięknych dni tej jesieni. Jak co roku tak i w tym wybrałem już odpowiednią literaturę, która nastroi mnie na tę porę roku. Pierwszy ton nadała już książka "Miniaturzystka" Jessie Burton, która to długo dopraszała się mej uwagi. Zbyt długo bowiem po zatopieniu w niej zębów wprost nie mogę się od niej oderwać. Słowem, doskonały wybór. Idąc za ciosem postanowiłem od razu zamówić kolejną książkę tej autorki, która również zapowiada się niezwykle interesująco. Na brak literatury w tym roku z pewnością nie będę narzekać bowiem półki wręcz uginają się od książek, które, aż proszą się by je przeczytać. 

Muzycznie też nie powinno być źle choć w ostatnim czasie w związku z wieloma innymi wydatkami musiałem dość mocno przykręcić kurek, z którego czerpałem środki na zakup płyt. Nie znaczy to jednak, że strumień zupełnie wysechł, ale w dużej mierze ograniczyłem się do zakupu tylko najważniejszych rzeczy. Prym wiodą jak zwykle starocie, które staram się wygrzebywać gdzie tylko mogę. Po powrocie znad morza ze swej skrzynki na listy wydobyłem ostatni element wakacyjnej układanki jakim był album "Privilege" (1989) grupy Television Personalities. Posiadam co prawda reedycję tej płyty, ale jak to zwykle bywa diabeł tkwi w szczegółach. Wznowienie nie dość, że prezentuje się gorzej wizualnie to jeszcze jest uboższe o trzy kompozycje. Nie znaczy to jednak, że postanowiono coś usunąć bowiem wspomniana reedycja jest idealnym odwzorowaniem programu płyty winylowej. Krótko mówiąc wydana jest tak jak Pan Bóg przykazał. Skąd więc te dodatkowe trzy nagrania na starej edycji CD? Pewności nie mam, ale domyślam się, że chodzi tu o dość powszechną praktykę w tamtych czasach, która nakazywała wzbogacać zawartość płyt CD by to właśnie ona a nie płyta winylowa była pierwszym wyborem kupującego. Pamiętajmy, że kompakt dopiero zdobywał sobie uznanie tak w oczach jak i uszach słuchaczy. Warto więc uważnie sprawdzać zawartość płyt bo jak widzicie potrafią one niejednokrotnie nas zaskoczyć tak in plus jak i in minus.


Jakub Karczyński

12 sierpnia 2021

LETNIE SAFARI



Wakacje to czas odpoczynku, ale i czas kiedy można pojechać sobie na safari. Ja co prawda się nie wybieram co nie znaczy, że niczego w tym czasie nie ustrzelę. Zamiast jednak zdjęć fauny w moich zbiorach wylądują kolejne płyty CD, które ucieszą tak oko jak i ucho. Mało tego, zniwelują luki w dyskografiach grup, które są mi niezwykle bliskie. I tak, w ostatnim czasie udało mi się zdobyć za naprawdę niewielkie pieniądze trzeci album w dorobku brytyjskiej grupy Cassandra Complex. Płyta "Satan, Bugs Bunny And Me ..." (1989) zazwyczaj trzymała dość wysoką cenę stąd też wielokrotnie przyszło mi obchodzić się smakiem. Przypominało to widok dziecka przed sklepem ze słodyczami, które to mogło podziwiać je tylko przez okno wystawowe. Czas płynął, a ja wciąż uporczywie wpatrywałem się w te słodycze, aż przed paroma tygodniami, ktoś wreszcie uchylił mi drzwi. Mało tego, dał nawet szansę zakupu kilku wyjątkowych okazów i to w bardzo przystępnej cenie. Z całego przepastnego asortymentu wybrałem wspomniany już album Cassandra Complex oraz starą edycję płyty "Privilege" (1989) Television Personalities. Co uważniejsi czytelnicy zwrócili zapewne uwagę, że płyty te ukazały się w tym samym roku. Mam sentyment do tego rocznika bowiem w tym czasie miały miejsce premiery tak ważnych dla mnie płyt jak "Disintegration" The Cure  czy "Thunder And Consolation" New Model Army. Te albumy mam jednak od dawna tak w sercu jak i na półce. Sporo jednak zostało jeszcze do zebrania jak choćby "Viva" X Mal Deutschland, "Immigrant" Gene Loves Jezebel, "Gift" Sisterhood, "The Burden Of Mules" The Wolfgang Press czy dwa pierwsze albumy The Cassandra Complex "Grenade" i "Theomania". Zwłaszcza ten ostatni to nie lada wyzwanie dla portfela bowiem, aby wejść w jego posiadanie trzeba dysponować gotówką w przedziale między 170 zł a 400 zł albo liczyć na okazję. Z płytą "Satan, Bugs Bunny And Me ..." się udało więc może i kiedyś trafi się "Theomania" w dobrej cenie. Pozostaje mieć nadzieję, ta przecież ponoć umiera ostatnia.

 

Jakub Karczyński


01 sierpnia 2021

PODRÓŻ W NIEZNANE


W ostatnim wpisie informowałem, że po wielu latach omijania twórczości Christian Death w końcu postanowiłem zmierzyć się z jej dorobkiem. Co prawda póki co zgłębiłem dopiero jedną płytę, ale dobre i to. Podobnie rzecz ma się z grupą Alien Sex Fiend, która to przez długi czas jakoś nie mogła wedrzeć się na orbitę moich zainteresowań. Wcześniej bliższa była mi muzyka gotycka, stawiająca bardziej na melodie i nastrój, dziś natomiast zdecydowanie częściej wybieram dźwięki nieco bardziej drapieżne i surowe. Na wszystko w życiu widać musi być odpowiedni czas. Nie mając większego rozeznania w twórczości Alien Sex Fiend, sięgnąłem po składankę "All Our Yesterdeys" (1985) dokumentującą ich wczesny dorobek pomiędzy latami 1983 a 1987. Udało mi się ją wylicytować za naprawdę niewielkie pieniądze więc radość tym większa. Sama muzyka powinna spodobać się miłośnikom brzmień spod szyldu batcave. Alien Sex Fiend choć przypisywani są do nurtu rocka gotyckiego w mojej opinii bliżsi są jednak death rockowi, który w przeciwieństwie do gotyku nie zapomniał o swych punkowych korzeniach. Dziś rock gotycki jest w przewżającej większości dość pretensjonalnym stylem obleczonym w czarne woalki i koronki, gdzie zza mikrofonu słychać kobiece zawodzenia. Jeśli do tego wszystkiego dodamy jeszcze aspekt wizualny teledysków to tworzy nam się zbiór klisz i wyobrażeń jakie każdy z nas ma na temat tej subkultury. Mówiąc w skrócie, aby stworzyć gotycki teledysk będziesz potrzebował dużo czarnych ubrań, ponurej scenografii (cmentarz choć kościół też obleci), czarnej szminki i kredki pod oczy, no i koniecznie zaopatrz się w dużą liczbę świec. Przyznam szczerze, że odrzuca mnie taki obraz muzyki gotyckiej, która stała się swoistą parodią stylu. Stąd też bliższe są mi płyty odwołujące się w swym brzmieniu do prostoty i surowości muzyki punk niż do egzaltacji rodem z opery. Jak zgrabnie połączyć te dwa nurty pokazała swego czasu grupa The Damned wydając album "Phantasmagoria" (1985). Jeśli ktoś przegapił tę płytę proszę jak najszybciej nadrobić zaległości. Wróćmy jednak do grupy Alien Sex Fiend, która to biorąc sobie za artystycznego patrona Alice Coopera, postanowiła wykroić niewielki kawałek z tego muzycznego tortu dla siebie. I choć ich muzyka nie należy do lekkich, łatwych i przyjemnych to w czasach raczkującego kapitalizmu firma Polton wydała składankę "All Our Yesterdays" na naszym rynku. Dziś coś takiego jest wprost nie do pomyślenia. Teraz zanim firma płytowa zdecyduje się coś wypuścić musi wcześniej wszystko dokładnie oszacować, przeliczyć tak by czasem nie straciła na tym interesie ani funta czy dolara. Po wyzwoleniu się spod radzieckiej strefy wpływów, wszystko w Polsce działało na tak zwanych wariackich papierach, stąd też nikt takimi kalkulacjami sobie głowy nie zawracał. Wszystko co pochodziło z Zachodu stanowiło niesamowicie smakowity kąsek dla rodzimych koneserów muzycznych więc, gdy nadarzała się okazja zakupu jakiejś płyty czy kasety, nikt zbyt długo nie zwlekał z podjęciem decyzji. Chwila zawahania mogła skończyć się tym, że niedoszły meloman mógł już drugiej takiej szansy nie mieć. Brało się więc wszystko jak leci, a w razie rozczarowania zawsze można było wymienić się z kimś na coś innego. Przyznam, że trochę mi dziś tego brakuje. Tego głodu i tego podekscytowania bo czasy mamy zdecydowanie inne. Dziś jesteśmy takimi tłustymi kotami co to klepią się po pełnych brzuchach i nawet przebiegająca przed nosem mysz nie jest w stanie sprawić, że poderwiemy się by ją dopaść. Wiem, że trudno w czasach nadmiaru namawiać kogoś na mniejsze porcje, ale może warto spróbować wszak pamiętajmy, że czasem mniej znaczy więcej.


Jakub Karczyński