24 czerwca 2014

CRANES - CRANES (2008)


Są takie dni, nawet latem, gdy niebo ma kolor stali, a chmury smagane silnym wiatrem, pośpiesznie przesuwają się po nieboskłonie. Gdy w powietrzu pachnie deszczem, a jaskółki obniżają swój lot, znak to, że czas zapalić świeczki i wypełnić przestrzeń  nastrojową muzyką. 

W swoich zbiorach znalazłbym zapewne kilkanaście takich płyt, które doskonale komponowałyby się z taką pogodą, ale w pierwszej kolejności sięgnąłbym po ostatni, niezwykle subtelny album grupy Cranes. Ten beztytułowy krążek, wydany w 2008 roku, czaruje słuchacza niezwykłym nastrojem, wykreowanym przy niezwykle skromnym instrumentarium. Po raz kolejny okazuje się, że mniej znaczy więcej. Słuchając tej muzyki można zapatrzeć się w dal i obserwować festiwal odbywający się na niebie. Głos Alison Shaw będący oryginalnym wyróżnikiem zespołu, utuli wasze skołatane myśli i zabierze was w niezapomnianą podróż. Ten dziecięcy głos, poprowadzi was dawno zapomnianymi ścieżkami do świata pełnego barw i tajemnic. Gdybym miał się posłużyć porównaniem literackim, przyrównałbym ten album do świata wykreowanego na kartach książek "Tajemniczy ogród" i "Alicji w krainie czarów". Aura niesamowitości spowija cały ten album, a subtelny głos Alison, brzmiący jak głos zagubionego dziecka, dopełnia charakteru całości. Wśród jedenastu utworów zawartych na tymże albumie, próżno szukać tu jakiś mocniejszych akcentów. Wszystkie nagrania mają jednolity nastrój, który otacza słuchacza niczym pajęczyna muchę. Ciężko się od nich uwolnić, ale jeśli pająki potrafią tak śpiewać jak Alison, to ja jestem skłonny dać im się pożreć. Jednolitość nastroju paradoksalnie nie sprowadza ze sobą poczucia znużenia, co świadczy o dobrym poziomie kompozycji. Każda czymś urzeka, więc nawet trudno mi tu wskazać jakieś ewidentne potknięcia. Bez problemu za to potrafię wyróżnić trzy prawdziwe perły tego albumu. Bezapelacyjnie jest to nagranie Invisible, poprzedzające je Collecting Stones oraz wieńczący całość utwór High And Low. Tutaj już po prostu mamy do czynienia z samą magią, której nie sposób się nie poddać. Takich kompozycji może pozazdrościć im niejedna gwiazda dream popu z Mercury Rev na czele. Uchylam więc kapelusza i kłaniam im się w pas, czekając na kolejny przelot Żurawi.

Jeżeli nie mieliście przyjemności zetknąć się jeszcze z tym zespołem, to zachęcam do sięgnięcia po ich płyty. Subtelność ich muzyki zapewne skradnie niejedno serce, a czar zawarty w głosie Alison, urzecze wszystkich tych, dla których emocje i piękno, są najważniejszymi składnikami w muzyce. Otwórzcie więc drzwi waszych serc i wpuście tam dźwięki, których piękno wzbogaci nie tylko serce, ale i duszę.

Jakub Karczyński

13 czerwca 2014

ŚLEPA WIARA


W oczekiwaniu na zrealizowanie zamówienia na nowe krążki Anathemy oraz Petera Murphy'ego, zaznajomiłem się z opiniami na temat tych albumów. Recenzenci w większości chwalą nową Anathemę lecz próżno szukać tam jakiś ekstatycznych zachwytów. Ponoć w stosunku do poprzednich dwóch płyt, nastąpiło obniżenie lotów. Osobiście uważam, że już na "Weather Systems" (2012) zauważalny był spadek formy, choć wszyscy próbowali mnie przekonać, że to płyta jeszcze lepsza, niż "We're Here Because We're Here" (2010). Widać każdy za co innego kocha ten zespół. 

Jeżeli chodzi o Petera Murphy'ego to znajomy słysząc że chcę kupić ten album, przestrzegł mnie przed tym krokiem. Ponoć płyta poza dwoma utworami, nie jest zdatna do słuchania. Takie opinie tylko zaostrzają mój apetyt, bo Peter Murphy jak i Anathema to artyści, na których albumy czekam z ogromną niecierpliwością. To już taki etap, że kupuje się każdy album, choćby nie wiem jaki miał być. Taki status ma u mnie jeszcze tylko The Cure, The Mission, Clan Of Xymox, Fields Of The Nephilim, Tiamat, The Cult i New Model Army. Zapewne w przyszłym tygodniu, listonosz dostarczy mi owe płyty, a wtedy będę mógł zweryfikować owe opinie. Pomimo chłodnych recenzji, trzymam mocno kciuki za oba wydawnictwa, bo jak śpiewał Robert Smith, nie pozostało nam nic, prócz wiary. Póki co, zagłębię się w świat dźwięku, wykreowany na nowych płytach Archive i Embrace. Do smaku dorzucę odrobinę wybornego synth popu spod znaku Mesh oraz The Mirrors. Na jakiś czas powinno wystarczyć.

Przed nami sezon wakacyjny, więc pewnie premiery płytowe nieco wyhamują, z czego nie ukrywam, trochę się cieszę. Powodów jest kilka. Po pierwsze, będzie czas by uważniej posłuchać płyt, na które nie starczyło czasu dotychczas. Po drugie, zaoszczędzi się nieco grosza. Po trzecie i najważniejsze, będzie mniej płyt do przeniesienia w związku z szykującą się przeprowadzką. 

Jakub Karczyński 

7 czerwca 2014

PRIDE AND FALL - OF LUST AND DESIRE (2013)


Nie planowałem zakupu nowej płyty Pride And Fall. Posłuchałem fragmentów w Internecie i jakoś nie urzekła mnie ta muzyka. Co zatem sprawiało, że trzymam ją teraz w dłoniach? Doprawdy trudno mi odpowiedzieć na to pytanie. Być może wciąż liczę na to, że grupa wzniesie się na wyżyny i zasłuży na etykietę godnych następców Clan Of Xymox, którą to przypina się grupie od początku ich działalności. Podejrzewam też, że Norwegowie rzucili na mnie swoisty czar, który skłania mnie do nabywania kolejnych płyt. O swoich zmaganiach z dorobkiem tej grupy pisałem już w poście "Duma i uprzedzenie". Choć od jego publikacji minęło kilka lat, to zawarte tam słowa wciąż nie straciły na aktualności. Jaki zatem jest najnowszy album Pride And Fall?

Jeżeli ktoś oczekiwał jakiejś nagłej wolty, to może poczuć spory zawód. Ci, którzy trzymali kciuki za utrzymaniem status quo, też pewnie nie do końca będą ukontentowani, bowiem nastąpiło tu przesunięcie akcentów na rzecz muzyki bardziej nastrojowej. Nie brak tu oczywiście dźwięków zarezerwowanych dla stylu dark wave, niemniej nie są one już elementem tak dominującym. Album "Of Lust And Desire" (2013) jest na pewno krokiem na przód oraz próbą rozwinięcia pomysłów znanych z poprzednich krążków. Pride And Fall nie wyrzekają się tu swojego brzmienia, choć zdają sobie zapewne sprawę, że bez odkrywania nowych dróg długo nie zagrzeją miejsca w sercach fanów. Póki co stąpają ostrożnie i bardzo zachowawczo. Nie to jednak jest największym problemem Pride And Fall. Główną bolączką po raz kolejny okazuje się brak nośnych i zapamiętywalnych melodii. Co z tego, że panowie starają się budować klimat, skoro ulatuje on niczym poranna mgła. Z jedenastu zawartych tu utworów moje ucho zawiesiło się jedynie na dwóch. Najmocniejszym akcentem tej płyty jest bezapelacyjnie Passionate Pain. Gdyby w pozostałych utworach udało się wykreować taki nastrój, zapewne mógłbym wręczyć im przepustkę do pierwszej ligi klimatycznego grania. Niestety tak się nie stanie, bowiem takich błyskotliwych fragmentów można tutaj ze świecą szukać. Oprócz utworu Passionate Pain, interesująco prezentuje się również Turn The Lights On, choć początkowe sekundy raczej tego nie zapowiadają. Niestety, pozostałe utwory to już tylko zmaganie się z mroczną materią, która to jakoś nie daje się okiełznać grupie Pride And Fall. Po wysłuchaniu tej płyty, aż chciałoby się zakrzyknąć: "WIĘCEJ MELODII DO CHOLERY!!!".  Bez tego jakże istotnego elementu nigdy nie uda im się w pełni rozwinąć skrzydeł.

Miałem nadzieję, że nowy album Pride And Fall odczaruje dla mnie muzykę tej grupy. Sprawi, że zachwycę się kunsztem kompozycji, melodiami, a zespół w końcu zbierze się na odwagę i przekroczy ten Rubikon. Niestety stal dopiero się hartuje, męstwa braknie, a kości wciąż nie zostały rzucone.

Jakub Karczyński