29 lipca 2016

INDEKS PŁYT ZAKAZANYCH

Są takie płyty, po które strach wyciągać rękę, w obawie przed ich zawartością. Są takie albumy, które zagorzali fani woleliby wymazać z pamięci lub też przy pierwszej dogodnej sytuacji spaliliby je na stosie.  Czasem do tych radykalnych działań dołączyliby i ich twórcy, ale nie zawsze mają oni w sobie odpowiednio dużo samokrytycyzmu, aby dostrzec miałkość swych wytworów. Artyści wychodzą zazwyczaj z założenia, że ich albumy są dla nich jak dzieci, a o dzieciach źle się nie mówi. Może i tak, ale decydującym czynnikiem o wartości i popularności danego dzieła i tak pozostaje opinia słuchacza. W przypadku jego negatywnej weryfikacji, na nic zdadzą się zapewnienia autorów, że to ich najlepsze i najbardziej ambitne dzieło. Słuchacz swoje wie. Im większe rozczarowanie, tym większe prawdopodobieństwo naznaczenia takiego albumu  stempelkiem z czarną owcą, którego niezwykle trudno się pozbyć. Mało komu chce się sięgać po takie płyty, bowiem skoro tylu ludziom nie przypadły do gustu, to pewnie nie warto tracić na nie czasu. Z tej też przyczyny, te obiegowe opinie powtarzane są przez kolejnych "słuchaczy", którzy nawet nie zadali sobie trudu by wyrobić sobie o nich swoje zdanie. Ja także czasami łapię się na tym, że ulegam tym opiniom i nie sięgam po jakąś płytę, bo przecież wylano na nią już tyle pomyj, że chyba nie warto tracić czasu na jej zgłębianie. Bywają jednak i takie sytuacje, że owe stempelki, mobilizują mnie do posłuchania pewnych rzeczy. Tak było z albumami "Blue" (1996) i "Neverland" (1995) The Mission jak również w przypadku "Phoenix" (1991), "Metamorphosis" (1992) czy "Headclouds" (1993) holenderskiego Clan Of Xymox. Pisałem już o tym przed laty w poście "Jak feniks z popiołów" oraz "The Mission vs Clan Of Xymox", więc ograniczę się tylko do ich wskazania. Sytuacja jest o tyle zrozumiała, że dotyczy to moich dwóch ulubionych zespołów, więc siłą rzeczy chciałem poznać absolutnie wszystko co wyszło spod ich palców. Niemniej warto czasem wznieść się ponad te wszystkie stempelki i sprawdzić ile prawdy tak naprawdę w nich drzemie. Przecież każdy z nas inaczej odbiera muzykę, co innego mu się podoba i ma swoje oczekiwania względem danego wykonawcy czy zespołu. Ileż to razy słyszałem zachwyty nad jedną bądź drugą płytą, a po jej wysłuchaniu okazywało się, że w ogóle mnie to nie rusza. Bywały też sytuacje odwrotne, gdzie moja fascynacja danym albumem była kompletnie niezrozumiała. Następowała wtedy gonitwa myśli, próby tłumaczenia i przeciągania przeciwnika na swoją stronę, ale przecież wiadomo, że takie działania w większości przypadków skazane są na porażkę. Każdy przecież ma swoje racje i obstaje przy swoim. Przypomina mi to sytuacje mojego bardzo dobrego znajomego, który nie lubi truskawek. Jak tylko o tym komuś napomknie, to od razu pojawia się pytanie: - Jak można nie lubić truskawek?. Na co mój znajomy zwykł odpowiadać: - A ty czego nie lubisz? I tu padały różne odpowiedzi. Na użytek tej opowieści załóżmy, że chodziło o zupę mleczną. Riposta była zawsze błyskawiczna. Jak można nie lubić zupy mlecznej? :) Tak to już w tym życiu bywa, że każdy z nas co innego lubi, ale to chyba dobrze, bo inaczej byłoby strasznie nudno. Dzięki temu mamy otwartą drogę do dyskusji i długich godzin przeciągania się raz w jedną, raz w drugą stronę. Im bardziej merytoryczna wymiana poglądów tym ciekawiej, bo umieć pięknie się różnić to też wielka sztuka.  

Jakub Karczyński 

PS Do zilustrowania tego wpisu wykorzystałem obraz Pedra Berruguete'a, przedstawiający próbę ognia, w której spłonęły księgi katarów, a przetrwały pisma chrześcijańskie. 

PS1 Ciekawostką jest fakt, że ostatni indeks ksiąg zakazanych zawierający około 4,1 tysiąca tytułów, ukazał się w 1948 roku! W 1966 roku Kongregacja Nauki Wiary odstąpiła od niego na rzecz informacji, że dany tytuł jest niezgodny z doktryną nauki wiary katolickiej.
 

19 lipca 2016

OBŁOKI MELENCHOLII

W kalendarzu niby lato, ale jakoś nie zgadza mi się to z zaokiennym widokiem. Dziś krajobraz w Poznaniu malowany jest takim nieco jesienny pędzlem. Słońce skryte gdzieś za gęstymi chmurami, nawet nie próbuje zawalczyć o swą przestrzeń. Do tego wiatr delikatnie szumi wśród koron drzew, niosąc informację o zbliżającym się deszczu. Tymczasem na szarym niebie, czarne sylwetki ptaków żeglują gdzieś w nieznane. Wszystko to niechybnie kieruje moje myśli do najbardziej melancholijnej pory roku. Warto by było pomału przygotować się do niej. Wiem, że jeszcze lato da nam w sierpniu popalić i wybuchnie z całą siłą, ale w takim dniu jak dziś, wręcz nie mogę się doczekać tej złotej polskiej jesieni. Dlatego też postanowiłem już dziś, potrącić te bardziej melancholijne struny. 

Wyjąłem więc z półki kilka albumów, które podkreślą jeszcze bardziej melancholijną naturę tego dnia. Na pierwszy ogień poszedł "A Different Kind Of Weather" (1990) The Dream Academy, którego wręcz nie mogę się nasłuchać. Nie wychodzi on z mojego odtwarzacza od wczesnych godzin południowych, a przecież w kolejce czekają jeszcze takie albumy jak choćby Marianne Faithfull "Broken English" (1979), David Sylvian "Secret Of The Beehive" (1987) czy najnowszy Daniel Spaleniak "Back Home" (2016). Niestety nie wiem czy dane mi będzie tego wszystkiego dziś posłuchać, bo przed momentem, niebo przekornie się rozjaśniło, pokryło błękitem i rozświetliło słońcem. I jak tu nastawiać te smutki, gdy za oknem aura każe raczej sięgnąć po te bardziej dyskotekowe numery Pet Shop Boys, niż po minorowe tony Davida Sylviana. Poczekam jeszcze nieco i zobaczę jak się sytuacja rozwinie. Na horyzoncie wciąż sporo chmur, więc trudno o jakąś klarowność w dzisiejszej pogodzie. Póki co, w odtwarzaczu siedzi pani Faithfull, wyśpiewując swym charakterystyczny głosem kolejne piosenki. Żałuję, że swego czasu nie nabyłem jej biografii, bo burzliwe życie jakie prowadziła, zdecydowanie na nią zasługuje. Ten jakże barwny ptak swoich czasów, w dalszym ciągu pisze swoją historię, choć dziś bardziej już swoimi płytami, niż ekstrawaganckim życiem. Z tego co pamiętam, to jej ostatnia płyta, zebrała wiele ciepłych słów, między innymi w "Tygodniku kulturalnym" (TVP Kultura). W Polsce znana jest chyba nielicznym i to pewnie bardziej przez wzgląd na jej dawniejszą twórczość, niż to co robi obecnie. Zresztą nie ma co się dziwić, bo nie przypominam sobie, abym jej nagrania słyszał w jakimkolwiek radiu. Wyjątkiem jest program "Nawiedzone studio" w radiu Afera, które dość skrupulatnie odnotowuje jej kolejne płyty. Może jeszcze w Trójce gdzieś mignie, w programach Piotra Kaczkowskiego, ale to wciąż za mało.

Przed momentem wybrzmiały ostatnie dźwięki płyty "Broken English", a pogoda znów zmieniła się jak w kalejdoskopie. Czyżby to za sprawą muzyki Marianne? Chyba nie, bo przecież ma ona w swym dorobku bardziej ponure płyty. Najważniejsze jednak, że można kontynuować tę melancholijną podroż po różnych odcieniach szarości. Zatem. Cała naprzód kapitanie!

Jakub Karczyński
     

14 lipca 2016

PRZESŁUCHANIE 10

Dziś znów powracam do nieco przykurzonego cyklu zatytułowanego "Przesłuchanie". Dziesiąta odsłona, przynosi ze sobą dwie, dość nieoczywiste płyty. Każda z nieco innej parafii. Albumy te nie olśniewają swym blaskiem, ale mają w sobie to coś, co nie pozwala ich tak do końca zignorować. Co jakiś czas daję takim płytom kolejne szanse, bo jak wiadomo patrzeć, a widzieć to dwie różne sprawy. Myślę, że podobnie jest ze słuchaniem. Na pierwszy ogień idzie więc ...

NEW MODEL ARMY "EIGHT" (2000)


Poza "No Rest For The Wicked" (1985) to chyba najrzadziej słuchana przeze mnie płyta New Model Army. Swego czasu wydawała mi się przegadana i mało atrakcyjna pod względem muzycznym. Po kilkukrotnym przesłuchaniu, trafiła na półkę i więcej do niej nie wracałem. Bardziej cieszyła oko, niż ucho. Aż nastał taki dzień jak dziś, gdy poczułem chęć, aby ponownie jej posłuchać. Wyjąłem ją z półki by przekonać się czy w dalszym ciągu odbieram ją tak jak przed laty. Pierwszym i niestety jedynym pozytywnym aspektem był fakt, że nie czułem tego zmęczenia i przytłoczenia materiałem jak niegdyś. W ten ponury, deszczowy dzień, to akustyczne granie wpasowało się wręcz idealnie. I choć same kompozycje jakoś nie nabrały w moich uszach nowego znaczenia, to kilkukrotne wysłuchanie całej płyty i tak uważam za spory postęp. Niestety, utwory zawarte na tym albumie, nie mają w sobie tej dawnej siły i magii. Nadal nie potrafię odnaleźć tu czegoś, przy czym serce żywiej by zabiło. Wyjątkiem jest Orange Tree Roads, które na tle pozostałych kompozycji, jawi się niczym diament. Niemniej nie czarujmy się, to bardzo przyjemny utwór, ale nieco mu do wybitności brakuje. To raczej coś na zasadzie, że wśród ślepców jednooki jest królem. Niemniej i tak należą się im za niego niskie ukłony. Reszta utworów niestety wlatuje jednym uchem i wylatuje drugim. Chyba nawet sam zespół niespecjalnie lubi wracać do tego albumu, bo na koncertach nagrania te pojawiają się raczej incydentalnie. Nic dziwnego, przecież na przestrzeni lat dorobili się wielu lepszych płyt i utworów. 

5/10  


THE CASSANDRA COMPLEX "SEX & DEATH" (1993)



Płyta "Sex & Death" to mój najświeższy nabytek. Niezwykle się cieszę, bo to kolejny element zapełniający moją lukę w dyskografii tej grupy. Była to ostatnia płyta, przed siedmioletnią ciszą wydawniczą. Dobrze się stało, że zespół postanowił nagrać jeszcze "Wetware" (2000), bowiem gdyby "Sex & Death" miało zamykać dyskografię grupy, miałbym pewne poczucie zawodu. Nie tak przecież powinna brzmieć ostatnia płyta zespołu. W stosunku do poprzedzającego go albumu "The War Against The Sleep" (1992), więcej tu industrialnych brzmień, które to nadały ton całej płycie. To co od razu zwraca uwagę, to brzmienie, które jest zbyt wycofane, przez co mamy wrażenie, jakbyśmy słuchali płyty przez ścianę lub przynajmniej z sąsiedniego pomieszczenia. W jednych utworach słychać to bardziej, w innych mniej. Szkoda, że tak się stało, bowiem w przypadku muzyki industrialnej, odpowiednia moc i selektywność dźwięków jest nad wyraz wskazana. Same kompozycje może i nie dorównują tym z "The War Against The Sleep", ale nie znaczy to, że nie ma tu na czym ucha zawiesić. Mnie najbardziej do gustu przypadł utwór, zatytułowany tak jak wspomniany przed chwilą album. Dlaczego więc nie znalazł się on na tamtej płycie? O to już trzeba pytać artystów. Zresztą nie pierwszy to taki przypadek. Historia muzyki, zna ich przynajmniej kilka. Wracając jednak do zawartości albumu, to po raz kolejny przekonałem się o tym, że panowie mają swój styl i swoje brzmienie. Nawet gdy zapuszczają się w nieco odmienne rejony, to i tak nie tracą z pola widzenia swego macierzystego portu. Jest to swoiste koło ratunkowe, dla wszystkich tych słuchaczy, którzy nie za bardzo potrafią odnaleźć się w tej industrialnej stylistyce. Na płycie mamy też sporą liczbę wtrętów słownych, zapożyczonych jak mniemam z jakiś starych filmów, programów rozrywkowych czy słuchowisk. Są to jednakże tylko ozdobniki. To co stanowi za prawdziwą perłę tego "hałaśliwego" i motorycznego albumu, to chwila wytchnienia jaką otrzymujemy wraz z nagraniem Realm Of The Senseless. To właśnie za takie dźwięki kocham ten zespół. Choćby tylko dla tego nagrania, warto nabyć ten album. Podsumowując. Płyta "Sex & Death" to wyprawa w krainę industrialnych dźwięków, nie wyzbytych jednak charakterystycznego brzmienia grupy. Warto zanurzyć się w tych kompozycjach, nawet jeśli stwierdzimy, że to nie do końca to, czego byśmy oczekiwali od zespołu. Jak to mówią, do odważnych świat należy.

6,5/10

Jakub Karczyński

8 lipca 2016

BLASK CZARNYCH SŁOŃC

Jakże ten czas szybko płynie, a my wraz z nim. Aż trudno mi uwierzyć, że "Czarne słońca" mają już pięć lat. Dokładnie w dniu 23 czerwca 2011 roku, pojawił się tu pierwszy wpis, a właściwie od razu dwa. Pierwszy był krótkim zarysem tego, czemu miał być poświęcony ten blog, drugi dotyczył nowej EP-ki grupy Made In Poland. Patrząc z perspektywy czasu, widzę jak owa koncepcja ewoluowała. Początkowo zakładałem, że będę tu pisać wyłącznie o tej mroczniejszej stronie muzyki, ale w pewnym momencie zaczęło doskwierać mi to ograniczenie, stąd też rozszerzyłem spektrum swoich zainteresowań, o takie gatunki jak synth pop oraz progresywny rock. Myślę, że dzięki temu, blog ten zyskał dodatkowy koloryt. Zresztą nie zawsze mam ochotę na słuchanie i pisanie o tych ponurych dźwiękach. W okresie wakacyjnym jakoś tak rzadziej sięgam po te nagrania, bo nie ma co ukrywać, że najlepiej słucha mi się tego w okresie jesienno-zimowym. Dlatego też częściej wybieram teraz starego, progresywnego rocka, aniżeli grupy pokroju Nosferatu, XIII.Stoleti czy Inkubus Sukkubus. Wampiryczny rock musi nieco poleżeć w trumnie i poczekać na mniej słoneczne dni. 

Wracając jednak do samego bloga, to postanowiłem rzucić nieco światła na blogowe statystyki. I tak jeśli chodzi o liczbę odwiedzin uwzględniających kraj zamieszkania, to bezapelacyjnie prowadzi Polska (38280), następnie są Stany Zjednoczone (5271), Niemcy (3328), Rosja (2003), Irlandia (1894), Francja (1108), Ukraina (997), Hiszpania (774), Indie (460) i Wielka Brytania (400). Oczywiście zakładam, że owe wejścia w większości należy zapisać na konto Polaków, którzy z różnych przyczyn wyjechali z kraju. Najbardziej zastanawiające są te Indie, bo to jednak rejon chyba mniej popularny do emigracji, niż taka Irlandia, Niemcy czy Wielka Brytania. Zdarzają się też wejścia z takich rejonów jak Kenia, Chiny, Brazylia, ale są to bardzo sporadyczne przypadki. Jeśli zaś chodzi o najpopularniejsze posty to przez długi czas bezkonkurencyjnym wpisem była "Trzeci strona księżyca" (1115), która miała na tyle bezpieczny dystans do kolejnego wpisu, że nie musiała obawiać się konkurencji. Zmieniło się to po opublikowaniu postu "Killing Joke - Pylon [2015]", który do dnia dzisiejszego miał 1045 odsłony. Kolejny wpis poświęcony recenzji płyty "The Mission - The Brightest Light [2013] uzyskał wynik już sporo gorszy bo 612 odsłon. Po piętach depcze mu już "Belgijska Bazooka" (596) oraz recenzja albumu "She Past Away - Belirdi Gece [2013]" (549). To taka żelazna piątka wpisów, które cieszyły się największą popularnością. Oczywiście owe wyniki nie są oszałamiające, a w porównaniu ze statystykami blogerek piszących o modzie, to wręcz wypadają żałośnie, ale nigdy nie ukrywałem, że prowadzenie tego bloga jest dla mnie tylko i wyłącznie formą hobby. Z tej też przyczyny nie umieszczam tu żadnych reklam, na których można niby coś zarobić, bowiem wartość estetyczna tego bloga jest dla mnie ważniejsza, niż pieniądze. Cieszę się, że przez te pięć lat, udało mi się zebrać względnie stałe grono czytelników oraz poznać innych blogerów i nawiązać jakąś tam nić porozumienia. Dobrze wiedzieć, że są jeszcze w Polsce ludzie, którzy interesują się muzyką i potrafią fajnie o niej pisać. Mam nadzieję, że wystarczy mi energii i pomysłów by kontynuować tę działalność przez kolejne lata. Oby.

Jakub Karczyński