14 sierpnia 2017

CZŁOWIEK Z LIŚCIEM NA GŁOWIE

Czasem gdy człowiek naogląda się za dużo programów informacyjnych zaczyna wątpić w piękno tego świata. Wygląda to tak jakby nasz świat składał się z afer korupcyjnych, klęsk żywiołowych, brudnej polityki i tysiąca innych równie paskudnych spraw. Nie od dziś w końcu wiadomo, że bad news to good news. Rzadko kiedy mamy okazję posłuchać o czymś co podniesie człowieka na duchu. I gdy tak sobie zaczynamy płynąć tym ściekiem wraz z wszystkimi tymi informacjami, nagle ktoś robi coś, co znów wlewa człowiekowi do serca nieco optymizmu. Wiary w to, że są jeszcze na świecie ludzie gotowi dać coś z siebie, nie oczekując niczego w zamian. Ot, tak by sprawić drugiej osobie przyjemność. Dlaczego o tym piszę? Ano dlatego, że w ostatnim czasie spotkała mnie bardzo miła niespodzianka. Odwiedzając sklep płytowy mojego znajomego, nawet przez myśl mi nie przeszło, że czeka tam na mnie pewna przesyłka. Przyszedłem jak gdyby nigdy nic rozejrzeć się w płytach oraz uregulować należność za zakupione wcześniej albumy, gdy nagle słyszę: "a wiesz był tu niedawno Andrzej z Irlandii i zostawił coś dla ciebie". Z zaskoczenia zrobiłem wielkie oczy, bo przecież niczego nie oczekiwałem. Raptem w moich dłoniach wylądował winylowy singiel grupy All About Eve, o której to wzmiankowałem na przestrzeni lat na tymże blogu. Widać nazwa grupy na tyle utkwiła Andrzejowi w głowie, że gdy (jak sam mi później wyznał), znalazł tego singla na miejscowej giełdzie płyt, pomyślał o tym by mi go sprezentować. To co szczególnie zwróciło jego uwagę to wspaniała, jesienna okładka. Faktycznie jest wstrząsająco piękna. Zaryzykuję nawet twierdzenie, że jest ona wspanialsza, niż obwoluta oryginalnego albumu, choć tamta ma także wiele uroku. Niemniej my, miłośnicy jesieni, mamy słabość do  takich klimatów. Nic na to nie poradzę, że doskonale się czuję, w takim otoczeniu i zamiast męczących upałów wybieram jesień z całym dobrodziejstwem inwentarza. Oczywiście, wolałbym, aby była słoneczna, bo to przecież wtedy możemy obserwować te jakże urzekające jesienne barwy. Niemniej nie wzgardzam też tymi chłodniejszymi dniami, bo wtedy do ubarwiania krajobrazu wykorzystuję muzykę, literaturę oraz herbaty wieloowocowe. Liczę jednak na to, że choć w początkowej fazie, jesień będzie tak piękna jak ta na okładce wspomnianego singla. Gdy wczoraj uruchomiłem gramofon, a z głośników popłynęła muzyka All About Eve, momentalnie w pamięci odżyły kadry najpiękniejszych jesiennych dni. Taki drobiazg, a uruchamia w człowieku mnóstwo pięknych wspomnień. Jeszcze raz dziękuję Ci Andrzeju za ten jakże piękny prezent. Na pewno powrócę do niego w najbliższych miesiącach jeszcze nie raz, zawłaszcza gdy świat przystroi się w nasze ulubione barwy.

Jakub Karczyński
 

3 sierpnia 2017

LUBIĘ WRACAĆ TAM GDZIE BYŁEM

Odebrałem wczoraj na poczcie paczkę z płytami, które to ubarwią mi tegoroczną jesień. Nie tam żadne nowości, a albumy, które mają już na karku swoje lata. Tak się złożyło, że oba z lat siedemdziesiątych, choć z zupełnie innych kręgów muzycznych. To co je łączy to fakt, że obie te płyty doskonale będzie nastawić w okresie od września aż do końca listopada, kiedy to jesień weźmie nas pod swe wielobarwne skrzydła. Pomału gromadzę muzyczne zapasy niczym wiewiórka, by czasem jesień nie zaskoczyła mnie niczym zima drogowców. Pierwszymi nabytkami są te oto widoczne na zdjęciu albumy. "Aja" (1977) Steely Dan to album, który powrócił do mnie niczym bumerang. Kiedyś wymieniłem go na inną płytę, ale w sercu pojawiła się jakaś taka pustka. Zrozumiałem, że zrobiłem błąd. Na co dzień nie słucham jazz rocka i z tej też przyczyny postanowiłem pozbyć się tej płyty, która nie pasowała do obrazu całej kolekcji zgromadzonych albumów, choć dobrze mi się jej słuchało. Ta obca etykietka i muzyka za nią się kryjąca, dały mi do myślenia. No bo przecież to nie etykietka powinna decydować o losie płyty, a muzyka jaką ze sobą niesie. Gdy tylko nadarzyła się okazja, naprawiłem swój dawny błąd i tak znów mogę cieszyć się tym niezwykłym albumem. Bije z niego taka pozytywna energia oraz ciepło, że rozgrzeje chyba nawet największego zmarzlaka. Polecam nastawić ucha. 

Z drugim albumem też wiążę się pewna historia. Muszę jednak po raz kolejny przywołać postać wielkiego nieobecnego, bo przecież gdyby nie Tomek Beksiński, zapewne nigdy nie poznałbym tej płyty. Pamiętam jedną z audycji, nagraną gdzieś na płycie, w której to pojawił się utwór Bridge Of Sighs. Musiał zrobić na mnie wrażenie, bo dokładnie zanotowałem sobie w pamięci tak nazwę utworu jak i jego autora. Gdy po wielu, wielu latach nadarzyła się okazja zakupu całego albumu, nie zastanawiałem się ani chwili. W końcu te wszystkie Tomkowe albumy, które to na przestrzeni lat wirowały w mojej głowie, utwierdziły mnie w tym, że warto po raz kolejny zawierzyć jego gustowi. Tak jak było to w przypadku Ala Stewarta, Roryego Gallaghera czy choćby grupy Strawbs. Zawsze strzał w środek tarczy. Nie pamiętam bym rozczarował się jakimś albumem, który polecał w swoich audycjach. Owszem, nie zawsze zgadzałem się z oceną danej płyty, czasem miałem wrażenie, że nadmiernie dokłada albumom, które na taką krytykę sobie nie zasłużyły. Wszyscy chyba pamiętamy miażdżącą recenzję albumu Marillion "Seasons End" (1989). Poniekąd jestem w stanie ją zrozumieć, bo odejście tak charyzmatycznego wokalisty jakim był Fish postawiło grupę w trudnej sytuacji. Mogli albo się rozwiązać albo poszukać innego wokalisty. Wybrali drugi wariant, co automatycznie postawiło ich pod ścianą, bo czy można wyobrazić sobie w Marillion kogoś lepszego niż Fish? No nie można, ale trzeba oddać Hogarth'owi sprawiedliwość, że także z nim w składzie grupa pokusiła się o nagranie kilku wspaniałych albumów. Tomkowi jednak ta zmiana wybitnie nie pasowała, czemu wielokrotnie dawał wyraz. Niemniej co by o nim nie mówić, to jednak trzeba przyznać, że miał nosa do starego rocka. Potwierdza to "Bridge Of Sighs" (1974) sygnowany przez Robina Trowera. Przegrzebałem właśnie archiwum z jego audycjami, aby zlokalizować rok, w którym to nadany był ten album i okazało się, że wyemitowano go w jego ostatniej audycji z 11/12 grudnia 1999. Widać miał on dla niego jakieś szczególne znaczenie, skoro postanowił włączyć go do repertuaru swojej pożegnalnej audycji. Wspominał w audycji, że jego marzniem było wziąć ślub w Wenecji właśnie pod mostem westchnień. Most ten przemierzali skazańcy wędrujący z Trybunału Kryminalnego do więzienia, w którym to mieli odbywać swój wyrok. Skąd więc ta nazwa? Nawiązuje ona do westchnień jakie według wyobrażeń XIX-wiecznych pisarzy mieli wydobywać z siebie skazańcy, tęsknie wzdychający do swych ukochanych jak i do wolnego świata, z którym musieli pożegnać się na długie lata, jeśli nie na zawsze. Album może nie epatuje takim dramatyzmem, ale ma w sobie to coś co sprawia, że słucham go raz za razem. Gdy tylko w koronach drzew rozpocznie się festiwal barw jakże pięknie zabrzmią takie nagrania jak About To Begin, In This Place czy wspomniany już Bridge Of Sighs. Póki co, za oknem mamy afrykańskie upały, z którymi musimy się mierzyć tak w dzień jak i w nocy. Niemniej nie ma co narzekać, wszakże za niecały miesiąc rozpocznie się wrzesień, a wtedy upały będą już tylko wspomnieniem.

Jakub Karczyński