27 września 2020

ŚLEPY TRAF

Jesień przekroczyła już próg naszego domostwa więc to ostatni moment by zajrzeć do domowej spiżarni i upewnić się, że niczego w niej nie brakuje. O owocowe herbatki nie muszę się martwić, a i muzyki nie powinno zabraknąć. Mimo to, wciąż staram się trzymać rękę na pulsie. Może niekoniecznie w temacie aktualnych premier bo w tym przypadku zdaję się raczej na sprawdzone marki, ale żeby była jasność nie wzbraniam się przed nowościami. Po prostu jakoś tak to się w moim życiu układa, że częściej o szybsze bicie serca przyprawiają mnie muzyczne wykopaliska, niż tak zwane świeżynki. Z tej też przyczyny uzupełniam swoją kolekcję głównie o starocie, które skrupulatnie wynajduję na aukcjach internetowych. Głównym obszarem moich poszukiwań jak nietrudno się domyślić są lata osiemdziesiąte, ale nie wzgardzam też albumami nagrywanymi pod koniec lat siedemdziesiątych jak i w pierwszej połowie lat dziewięćdziesiątych. Gdyby pokusić się o ustalenie ram czasowych to byłyby to lata 1977 do 1993. Końcówka lat siedemdziesiątych to rzecz jasna eksplozja nurtu punk, ale paradoksalnie ten nurt interesuje mnie incydentalnie. Dużo ciekawszy i barwniejszy okazał się post punk, który to nurt pokazał, że punk był tylko punktem wyjścia. Pierwszym krokiem na drodze zmian, które miały kompletnie przemodelować tak muzyczny biznes jak i samą muzykę. Idea "zrób to sam" zachęcała amatorów do tworzenia własnej muzyki, nawet jeśli ich umiejętności ograniczały się do zagrania sławetnych trzech akordów. Czy zastanawialiście się jakby wyglądał rynek muzyczny gdyby punk rock nigdy nie zaistniał? Jak wyglądałby lata osiemdziesiąte i kolejne dekady? Kogo byśmy dzisiaj wspominali z nutką nostalgii, a komu nie dane by było w ogóle zaistnieć w naszej świadomości. Bardzo chciałbym poznać odpowiedzi na te pytania. Niestety nie mamy wglądu do alternatywnych wersji naszej rzeczywistości więc pozostaje nam tylko czysta spekulacja.


Wracając jednak do tematu płyt, to w ostatnim czasie natrafiłem na dwa niezwykle interesujące wydawnictwa. Nazwy obu grup na pierwszy rzut oka dość tajemnicze i nieznane, ale jeśli poświęci się chwilę czasu to z gęstych sieci pajęczyn zaczną wyłaniać nam się powiązania i tropy, które doprowadzą nas do bardziej rozpoznawalnych szyldów. Zacznijmy więc od grupy The Badgeman, której nazwa nawiązuje do jednej z teorii spiskowych związanych z zabójstwem Johna F. Kennedy'ego. Badge Man to niewyraźna "postać" ze zdjęcia Mary Moorman. Fotografka amatorka uchwyciła moment zabójstwa prezydenta, a na jednym z kadrów widać rzekomo postać snajpera ubranego w policyjny mundur oddającego strzał w kierunku Kennedy'ego. Postać jest na tyle niewyraźna, że nie ma pewności czy to w ogóle zarys człowieka. Narosło w związku z tym wiele teorii, które po dziś dzień mają tyleż zwolenników co przeciwników. Na szczęście w przypadku grupy The Badgeman nie ma mowy o żadnych teoriach spiskowych jak i niejasnościach. Może poza jedną, która tyczy się miejsca zawiązania się grupy. Zwyczajowo podaje się Salisbury, ale jeden z dziennikarzy muzycznych w swej książce Rockin Around Britain wskazuje na Melksham. Nieistotne. Dużo ważniejsza jest muzyka jaką stworzył ten kwartet na swym drugim i zarazem ostatnim albumie. "Ritual Landscape" (1992) okazał się rynkową porażką, która doprowadziła do rozpadu grupy. Jednak to czego nie docenili tak słuchacze jak i dziennikarze, okazało się być najlepszym dziełem chłopaków. Największym orędownikiem tegoż albumu był Julian Cope, wokalista znany tak ze swej kariery solowej jak i działalności w Teardrops Explodes. To on doprowadził do odkrycia przeze mnie tego albumu. Nie osobiście rzecz jasna, ale poprzez swoje nazwisko, które przylepiło się niejako do tej płyty stąd też szukając jego solowych wydawnictw natknąłem się pewnego wieczora i na ten album. Podobnie jak Julian, ja także jestem niezwykle oczarowany jego zawartością, która wymyka się łatwemu zaszufladkowaniu. Osobiście ulokowałbym ich muzykę gdzieś na przecięciu stylistyki post punk z post rockiem, ale do diabła z szufladkami. Tego po prostu trzeba posłuchać. Wniknąć w ten klimat i poczuć nie tylko ducha tamtych czasów, ale i docenić fakt, że pomimo upływu czasu ten album wciąż doskonale się broni. Wydanie na płycie CD uzupełnione jest o kilka dodatkowych nagrań co niekoniecznie pomaga w zrozumieniu fenomenu tego albumu. Więcej nie zawsze oznacza lepiej dlatego też polecam skupić szczególną uwagę na pierwszych siedmiu kompozycjach. Nagrania Grey Area  czy Liturgy doskonale wprowadzają w klimat, ale też i zawieszają poprzeczkę na wyjątkowo wysokim poziomie. Jeśli byście popatrzyli na czas poszczególnych kompozycji to doszlibyście zapewne do przekonania, że to zespół z kręgu rocka progresywnego. Nie brak tu bowiem długich, a nawet bardzo długich utworów. Sam John Peel słuchając kompozycji Crystals, określił ich muzykę właśnie tym mianem, niemniej debiutancki album, na którym znajduje się ten utwór jest ponoć diametralnie inny, od tego co zespół zaprezentował na "Ritual Landscape". Piszę podobno bo płyta "Kings Of The Desert" jeszcze do mnie nie dotarła. Na dniach powinienem ją otrzymać więc będzie okazja sprawdzić ile w tych słowach prawdy. Tymczasem serdecznie zachęcam do posłuchania choćby fragmentów tej niesamowitej płyty.



Drugim wydawnictwem, o którym chciałem napisać kilka słów, jest pozycja sygnowana nazwą Luxuria. Tu także jak w przypadku The Badgeman zadziałała zasada przypadkowości. Szukałem czegoś zgoła innego, a mianowicie płyt grupy Buzzcocks będąc ciekaw czy wytworzy się między nami jakiś rodzaj chemii. Uwielbiałem albumy Magazine, w których realizował się później Howard Devoto więc pomyślałem sobie, że może i z Buzzcocks będzie podobnie. Wpisałem więc w wyszukiwarkę interesującą mnie frazę i po chwili pojawiła się lista płyt grupy. Gdy tak sobie je przeglądałem moją uwagę zwrócił album, do którego poza nazwą Buzzcocks dokleiła się także nazwa Magazine. Tą płytą była rzecz jasna Luxuria, którą czym prędzej zapragnąłem sprawdzić. Szybki odsłuch utwierdził mnie w przekonaniu, że trzeba ją jak najszybciej zakupić. I tak zamiast zgłębiać dyskografię Buzzcocks stałem się dumnym posiadaczem debiutanckiego albumu Luxurii. Grupę tę poza Howardem Devoto tworzył jeszcze niejaki Noko znany również jako Noko 440. Pod pseudonimem tym ukrywał się Norman Fisher-Jones, który swego czasu wspomagał na basie grupę The Cure, a w późniejszych latach stworzył wraz z kolegami z ławy szkolnej Apollo 440. Luxuria w porównaniu do wcześniejszych grup Howarda była z pewnością bardziej przyswajalna dla mniej wyrobionego słuchacza. Nie chcę przez to powiedzieć, że była to muzyka lekka, łatwa i przyjemna bo przecież w żaden sposób nie schlebiała ona najniższym gustom. Miała ona w sobie jednak jakąś taką popową lekkość, o którą nie sposób było posądzić Magazine, a tym bardziej Buzzcocks. Nie podejmuję się jednak wskazywać przegródki stylistycznej wokół której się obracali bo i ta muzyka nie daje się łatwo zaszufladkować. Najważniejsze, że słuchając jej czuję, że to taki odnaleziony fragment mojego muzycznego DNA. I właśnie takie płyty cieszą najbardziej. Takich płyt szukam i udostępniam im swoją przestrzeń życiową by cieszyły tak oko jak i ucho.

 

Jakub Karczyński

15 września 2020

KILLING JOKE - KILLING JOKE (1980)

Debiutancki album Killing Joke przyozdabia jedna z bardziej chrakterystycznych okładek. O takich obrazach mówi się zwykle, że są ikoniczne, że ich siła oddziaływania jest na tyle duża, że zaczynają żyć własnym życiem stając się integralną częścią popkultury. Autorem zdjęcia na podstawie, którego stworzono grafikę jest Don McCullin, a przedstawia ono grupę młodych buntowników próbujących wydostać się z chmur gazu rozpylonego przez brytyjską armię w irlandzkim mieście Derry. Zdarzenie to miało miejsce 8 lipca 1971 roku, na kilka miesięcy przed Krwawą Niedzielą.

Killing Joke to zespół, który choć szanowany i wskazywany jako źródło inspiracji przez liczne grupy, nigdy nie zrobił zawrotnej kariery. Przynajmniej nie taką na jaką zasługiwali. Należną im śmietankę zawsze spijali inni jak choćby grupa Nirvana, która kompozycję Come As You Are oparła w dużej mierze na utworze Eighties pochodzącym z albumu "Night Time" (1985). Trzeba by naprawdę sporo złej woli by nie dostrzec podobieństw między tymi utworami. Muzycy Killing Joke wytoczyli nawet Nirvanie proces sądowy, ale po śmierci Kurta machnęli na to wszystko ręką i stwierdzili, że nie będą im jeszcze dokładać kolejnych zmartwień. Szlachetnie, ale tym sposobem owoce sukcesu konsumowali inni, a Killing Joke musiał zadowolić się poważaniem i poklepywaniem po plecach. I choć rozbłysnęli na mainstremowym firmamencie dopiero za sprawą wspomnianego albumu "Night Time", to jednak już na debiucie można było odnaleźć elementy, które wyróżniały grupę na tle innych. Być może nie czuć tu jeszcze sukcesu komercyjnego, ale przecież to nie on napędzał zespół do działania i nigdy też nie był celem samym w sobie. On po prostu się przydarzał. Rzadko bo rzadko, ale przecież nikt nie obiecywał sprawiedliwości na tym świecie.
  

Album rozpoczyna się od złowieszczych dźwięków syntezatora, zwiastujących słuchaczom muzyczną apokalipsę według świętego Jaza Colemana. Człowiek to nietuzinkowy więc i muzyka jaką tworzy nie mogła być zwyczajna. Nasiona rzucone na żyzną glebę wydały obfity plon, a świadczy o tym najlepiej fakt, że niemal wszystkie kompozycje są wciąż obecne w koncertowym repertuarze grupy. Requiem, o potędze i sile Godzilli miażdży słuchacza swym majestatem. Jest jak walec, który konsekwentnie i bezlitośnie równa wszystko z ziemią. Po tak doskonałym otwarciu płyty, grupa ani myśli spuszczać parę z gwizdka. Wardance tylko nakręca tę spiralę i sprawia, że mamy ochotę na więcej. Do tego chropowaty głos Jaza Colemana rani nasze uszy nie gorzej niż papier ścierny. Krew tryska, aż miło lecz zespół na tym nie poprzestaje. Z każdym dźwiękiem zaciska coraz bardziej to imadło, z którego nie sposób się uwolnić. Jednym z ciekawszych fragmentów tego albumu jest z pewnością nagranie Tomorrow's World. Transowe, mroczne i jak się wydaje mające wydźwięk pacyfistyczny. To lęk jednostki o utratę życia na jakiejś wojnie rozpętanej przez rządy państw, w imię jakiś pseudo szczytnych racji. Temat stary jak świat, a mimo to wciąż aktualny. Nie mniej interesująco prezentuje się nagranie S.O.36, gdzie perkusja wybija rytm niczym wojskowe werble. I choć na pierwszy rzut oka może się wydawać, że nic wielkiego się tu nie dzieje, to jednak pod powierzchnią czai się strach, który nie daje o sobie zapomnieć. Zdaję sobie jednak sprawę z tego, że to wskazanie nie jest pierwszym wyborem fanów, mających za zadanie wytypować najlepsze fragmenty tego albumu, ale z muzyką jest jak z miłością, nie każde uczucie to miłość od pierwszego wejrzenia. 

Trudno jednoznacznie wskazać czynnik, który zadecydował o tym, że grupa Killing Joke utrzymała się na powierzchni. Myślę, że powodów mogło być kilka. Surowość post punku w połączeniu z transowością okazały się przepisem tyleż prostym co skutecznym. Do tego wszystkiego dochodzi też element szamanizmu i czegoś na kształt wspólnoty plemiennej. Taki właśnie obraz maluje mi się przed oczami, gdy myślę sobie o tym czym jest Killing Joke. Wszystko to byłoby jednak tylko oryginalnym konceptem na zespół, gdyby nie fakt, że poza całą tą otoczką grupa dysponowała świetnymi kompozycjami. Na ich debiucie próżno szukać wypełniaczy bo przecież  czego się tu człowiek nie złapie trafia na autentyczny skarb. Jakież były reakcje ludzi w 1980 roku na zawartość tego albumu mogę sobie jedynie wyobrazić, ale jak mniemam nie przeszedł on bez echa skoro tak wiele grup powołuje się na jego zawartość. Także i na krajowym gruncie to ziarno wydało plon. Co prawda na jego widoczny efekt musieliśmy poczekać do roku 1986 bowiem to wtedy ukazała się płyta "Nowa Aleksandria" Siekiery, na której to zespół jawnie zacytował fragmenty kompozycji The Wait bez wskazania autora. Mieli szczęście, że owa sytuacja nie miała swych konsekwencji prawnych. Zostawmy to jednak i wróćmy do debiutanckiej płyty Killing Joke bo przecież warto jeszcze nadmienić, że piątego października obchodzić będzie ona swoje czterdzieste urodziny. Pomimo upływu czasu album nie trąci naftaliną, a jego pazury są tak samo ostre jak przed laty. Warto nadmienić, że Killing Joke na swym debiucie byli już zespołem w pełni ukształtowanym, świadomym tego co chcą osiągnąć. Nawet realizacji nagrań podjęli się sami, traktując inżyniera dźwięku jako narzędzie, które pozwoli im urzeczywistnić pomysły tkwiące w ich głowach. Z tej też przyczyny materiał brzmi surowo, ale nie amatorsko, prosto, ale nie prostacko. Co ważne, już tutaj grupy Killing Joke nie dało się pomylić z żadnym innym zespołem, a przecież wyrobienie własnego, charakterystycznego stylu nie jest prostą sprawą. Niektórym nigdy nie udaje się ta sztuka, a oni wkroczyli na scenę wywarzając drzwi mocnym kopnięciem. 

Killing Joke zadebiutowali w wielkim stylu, docierając nawet do trzydziestego dzięwiątego miejsca na UK Album Charts. Spore osiągnięcie jak na debiutantów, którzy nie oglądając się na wymogi rynku, nagrali jeden z najbardziej frapujących albumów lat siedemdziesiątych. Gdyby pokusić się o stworzenie listy najlepszych debiutów fonograficznych, ten krążek z pewnością by się tam znalazł. Jeśli już przy listach jesteśmy, to płyta "Killing Joke" znalazła się w zaszczytnym gronie 1001 albumów, które musisz posłuchać zanim umrzesz. W Polsce wydano tę pozycję pod dość banalnym i bezpiecznym tytułem "1001 albumów muzycznych". Nie zmienia to faktu, że aby się tam znaleźć trzeba mieć w sobie to coś, a ta płyta to ma.

Jakub Karczyński