30 sierpnia 2013

SHE PAST AWAY - BELIRDI GECE (2013)


Zamglony obraz utrzymany w barwach ciemnej zieleni, skrywa zdjęcie młodej dziewczyny. Ubrana w białą suknię, spogląda w naszym kierunku. Patrząc w jej oczy można nabrać wątpliwości czy owa dama jest realnym bytem, czy może to zjawa, mara senna? Przyglądając się uważniej, dostrzeżemy w jej ręku bukiet kwiatów, co w połączeniu z białą suknią daje nam obraz panny młodej. U stóp jej, rozciągają się korzenie, choć są na tyle niewyraźne, że trudno orzec czy stanowią integralną część drzewa, czy też to panna młoda z nich wyrasta. Być może, że to efekt nałożenia kilku zdjęć na siebie, bowiem uważny obserwator dostrzeże jeszcze kilka parkowych lamp majaczących gdzieś w tle oraz coś na kształt drzwi wtopionych w tenże dziwaczny kolaż. Każdy kto przekroczy ramy tego obrazu niechaj trzyma swe zmysły na baczności. Kto wie co może zdarzyć się w krainie osnutej zieloną mgłą.

Jeśli już wprowadziliśmy się w odpowiedni klimat, możemy nastawić płytę i skupić się na dźwiękach, a te są najwyższej próby. Turecki zespół She Past Away uchyla nam drzwi do lat osiemdziesiątych, w których to muzyka z kręgów rocka gotyckiego miała się najlepiej. Wystarczy przywołać takie nazwy jak The Cure, Fields Of The Nephilim, Sisters Of Mercy czy Clan Of Xymox, aby nakreślić ramy stylistyczne w jakich będziemy się obracać. Ze względu na syntezatorowe brzmienia, najbliżej tym dźwiękom do tego co w latach osiemdziesiątych tworzył holenderski Clan Of Xymox. Sporo tu tanecznego podbicia, które napędza tę muzykę i sprawia, że słuchanie jej to prawdziwa przyjemność. Już pierwsze przesłuchanie jest niczym słodki flirt, którym upajamy swe zmysły, czekając na dalszy rozwój sytuacji. Akcja nabiera tempa, ponieważ zespół ani myśli spuścić z tonu, wciągając nas w ten mroczny, ale i romantyczny taniec. Jakże nie zachwycić się tym albumem, jeżeli niemal każdy utwór rozrywa serce nie gorzej, niż Clint Eastwood swym magnum 44. Jak na mój nos, to przestrzelili tylko raz, w monotonnym nagraniu Kemir Beni, no i może w zamykającym całość Ice Kapanis. Za całą resztę uchylam kapelusza i kłaniam się w pas. Zresztą jakże nie ulec klimatowi tworzonemu przez She Past Away, skoro stworzyli tak przemyślany, przebojowy i dojrzały album. Polecam posłuchać takich nagrań jak Sanri, Rituel, Kasvetli Kutlama czy Insanlar, aby przekonać się, że to nie kolejna bezpłciowa kopia dawnych mistrzów. Wielu próbuje się z nimi mierzyć, ale niewielu się to udaje. She Past Away wyszli z tej próby zwycięsko. To dobry prognostyk na przyszłość, ale nie oznacza to, że teraz będzie już z górki. Jak to ktoś kiedyś mądrze powiedział, na nagranie debiutanckiej płyty ma się całe życie, na nagranie drugiej, dwa, trzy lata. Niemniej pamiętajmy, że najtrudniejszy pierwszy krok, zanim innych zrobisz sto*.

Warto odnotować fakt ukazania się tej płyty, a nazwę zespołu polecam zapisać lub zapamiętać. Kto wie, czy za jakiś czas nie staną w jednym szeregu ze swymi mistrzami. Droga jeszcze daleka, ale pierwszy krok został już wykonany.

Jakub "Negative" Karczyński

* słowa pochodzą z piosenki Anny Jantar "Najtrudniejszy pierwszy krok".
 

23 sierpnia 2013

WYPRAWA TORUŃSKA

Dworzec kolejowy w Toruniu

Przed dwoma tygodniami udałem się w celach turystycznych w podróż do Torunia. Jakoś nigdy nie dane mi było tam dotrzeć, a jak przecież powszechnie wiadomo, miasto to posiada ciekawe zabytki i wielowiekową historię. Od dłuższego czasu, planowaliśmy z żoną wybrać się na taki jednodniowy wypad do Torunia, ale jakoś nigdy nie udało się zrealizować tych zamierzeń. W tym roku wreszcie się zorganizowaliśmy, poszerzyliśmy skład o naszego znajomego i nieświętą trójcą wyruszyliśmy na podbój miasta Mikołaja Kopernika. Nie byłbym sobą, gdybym przed wyjazdem nie zasięgnął w Internecie informacji o lokalizacji sklepów z płytami. Znalazłem tylko jeden. Dobre i to pomyślałem. 

Trzygodzinna podróż pociągiem minęła bezboleśnie. Na dworcu zaopatrzyliśmy się w mapę i ruszyliśmy w kierunku centrum. Spacerkiem pokonaliśmy Wisłę, a wszystko to dzięki marszałkowi Piłsudskiemu, a właściwie mostowi jego imienia. Do najkrótszych on nie należy, ale po jego sforsowaniu, docieramy wprost do serca miasta. Rynek jak i zabudowa wokół, urzeka swym pięknem i wcale mnie nie dziwi, że czytelnicy polskiej edycji National Geographic uznali, że zasłużył on na trzecią lokatę w plebiscycie na najpiękniejsze miejsce na świecie. Palące słońce dość szybko przekonało nas by rozsmakować się w rynkowym piwie, a przy okazji opracować plan zwiedzania. 

Ratusz Staromiejski

W pierwszej kolejności udaliśmy się w kierunku ruin zamku Krzyżackiego. Przy okazji załapaliśmy się na kilka opowieści przewodnika oprowadzającego jakiegoś niemieckiego turystę wraz z kilkoma polskimi przyjaciółmi. W podziemiach obejrzeliśmy makietę zamku, aby mieć lepszy pogląd jak owa forteca wyglądała w czasach swej świetności. Dziś już niestety spora cześć zamku nie istnieje, a ma to związek z powstaniem antykrzyżackim jakie wybuchło tu w 1454 roku. Mieszczanie toruńscy szturmem wzięli zamek, a następnie niemal całkowicie go zburzyli. To co zachowało się do dnia dzisiejszego (resztki murów i komnaty), warte jest zobaczenia, choćby tylko ze względów historycznych.

Ruiny zamku krzyżackiego

Po obejrzeniu zamku postanowiliśmy pochodzić troszkę rynkowymi uliczkami, na których ruch był nie mniejszy niż w Poznaniu. Trasa naszej przechadzki, akurat zbiegła się z miejscem, w którym miał znajdować się sklep z płytami. Niestety, informacje w Internecie okazały się być już nieaktualne, ponieważ pod wskazanym adresem żadnego sklepu nie znaleźliśmy. Cóż, widać znak czasów. Przechadzając się uliczkami wokół rynku, natknęliśmy się za to na zegarmistrza, który zajmował się robieniem zegarów z płyt winylowych. Wyglądały całkiem fajnie, choć wolę wykorzystywać analogi w sposób do jakiego zostały stworzone. Jak się okazało i dla takich osób pan zegarmistrz coś przygotował. Przed wejściem stały dwa kartoniki z analogami. Nie oparłem się pokusie ich przewertowania. Niestety, w większości były to rzeczy mało interesujące. Jeśli już coś się trafiło jak choćby płyta Bryana Ferry, to okazało się, że jej stan jest opłakany. Nie zepsuło mi to jednak nastroju, bowiem starówka oferuje turystom naprawdę sporo atrakcji. Nawet nieudane zakupy schodzą na drugi plan. Zresztą parę dni później udałem się do Warszawy i nadrobiłem z nawiązką to co nie udało mi się w Toruniu.

Krzywa wieża

Wyjazd do Torunia nie mógłby zostać uznany za kompletny, gdybyśmy nie zaopatrzyli się w sławetne pierniki. Po wejściu do sklepu można było dostać zawrotu głowy od ich ilości, rodzajów jak i zapachów. Niestety, nie było zbyt dużo czasu na przebieranie wśród pierników, więc zdaliśmy się na intuicję. Zanim jednak udaliśmy się na dworzec kolejowy, odwiedziliśmy jeszcze w drodze powrotnej krzywą wieżę, aby przekonać się, że rzeczywiście jest ona krzywa. Byli nawet tacy, którzy próbowali mierzyć się z nią, stając plecami przy krzywiźnie, ale z grawitacją jeszcze nikt nie wygrał. My nie podjęliśmy wyzwania, gromadząc siły przed długą drogą do domu.

Jakub "Negative" Karczyński
 

21 sierpnia 2013

JESIENNA OFENSYWA KULTURALNA


Od kilku dni cieszę się zasłużonym urlopem. Wreszcie jest czas by wygodnie ułożyć się na kanapie, wziąć dobrą książkę i zagubić się miedzy gąszczem liter. Pogoda za oknem odpowiednia, a i w powietrzu czuć już zbliżającą się jesień. Czas więc przejrzeć regał z książkami i wytypować kilka pozycji umilających ten czas. Wiem, że nie każdy przepada za jesienią, ale dla mnie jest ona porą niezwykłą, wręcz magiczną. Zwłaszcza jej początek bywa naprawdę piękny. Bogactwo barw to pierwsze co rzuca się w oczy. Do tego swawolny wietrzyk zdmuchujący różnokolorowe listki z koron drzew, rozkłada przed nami dywan, zapraszający do przechadzki po tym urokliwym królestwie. I jak tu nie skorzystać z zaproszenia? Wirujące liście potrafią zauroczyć, a ostatnie promyki słońca grzeją jakoś tak najprzyjemniej. Czyż nie wspaniale jest pospacerować przy takiej pogodzie? Zdaję sobie sprawę, że taki stan rzeczy nie trwa zbyt długo i w zamian otrzymujemy deszcze, szare niebo i chłód, ale i tak rok rocznie cieszę się gdy nadchodzi jesień. Może to dlatego, że w tym czasie konsumpcja kultury jest najsmaczniejsza?

Ubiegłej jesieni zajrzałem na "Wichrowe wzgórza" Emily Bronte oraz nawiedziłem "Tajemniczy ogród" Francis Hodgson Burnett. W tym roku jesień będzie wyjątkowo mroczna za sprawą książek "Obserwatorzy spoza czasu" H.P. Lovecrafta i Augusta Derletha oraz "Koszmary i fantazje - listy i eseje" H.P. Lovecrafta. Przydałoby się też coś nieco bardziej optymistycznego, zanurzonego w klimacie jesieni, co rozjaśniłoby ten mrok. Jeżeli macie jakieś propozycje to chętnie się z nimi zapoznam. Napiszcie co wy zamierzacie przeczytać tej jesieni.

Muzyczne otwarcie jesieni zarezerwowałem dla Kate Bush. Nikt nie ma w swym dorobku tak pięknych i jesiennych płyt jak choćby "The Sensual World" (1989) czy "Never For Ever" (1980). Zresztą jak jej nie kojarzyć z tą porą roku skoro debiutowała utworem "Wuthering Heights" (Wichrowe wzgórza). Zachęcam do zapoznania się z jej twórczością zwłaszcza teraz, bo to najlepsza pora by rozsmakować się w tych dźwiękach.

Oprócz wyżej wymienionych płyt, raczyć będę się również zdobytym niedawno podwójnym albumem grupy Tindersticks "Something Rain/San Sebastian 2012" (2012). Dźwięki na nim zawarte powinny spodobać się miłośnikom talentu Nick'a Cave'a. To takie jesienne snuje, zaśpiewane równie jesiennym głosem. Tak samo dobre jak ciepły kocyk i gorąca herbatka w ponury dzień. Jeżeli lubicie takie nastrojowe klimaty to na pewno rozsmakujecie się w twórczości Tindersticks.

Od kilkunastu dni zagłębiam się także w drugi album The Eden House "Half Life" (2013). Czekałem na niego z wielką niecierpliwością, mając w pamięci ich debiut sprzed czterech lat. Już dziś mogę napisać, że krążek ten zawiera dwa absolutnie wspaniałe nagrania w postaci Butterflies oraz City Of Goodbyes. Aż nie sposób się od nich oderwać. Mógłbym ich słuchać raz za razem, ale trzeba też dać szansę innym utworom z tej płyty. Na jesienne wieczory będzie w sam raz.

Zza chmur właśnie wyjrzało słońce, znak to, że lato jeszcze nie powiedziało ostatniego słowa. Cieszmy się zatem jego promieniami, ale i pomyślmy o zrobieniu zapasów herbat owocowych, które to rozgrzewać nas będą już w najbliższych miesiącach. Zatroszczcie się także o płyty i książki, aby nadchodząca jesień upłynęła wam naprawdę miło. Z jesiennymi pozdrowieniami.

Jakub "Negative" Karczyński    

11 sierpnia 2013

FIELDS OF THE NEPHILIM - SZLAK GŁÓWNY I POBOCZA - część II

Powracamy do przerwanego wątku z dnia 2 czerwca 2013 roku, dotyczącego grup stworzonych przez byłych członków Fields Of The Nephilim oraz The Nephilim. Wkraczamy w nowe millenium, obfitujące w interesujące wydawnictwa i projekty. Szczegóły poniżej.

Last Rites

Wraz z wejściem w nowe stulecie, nastąpiło przebudzenie ze snu byłych muzyków Fields Of The Nephilim. Na przestrzeni dziesięciu lat powołano do życia, aż trzy nowe grupy, a także odkurzono stary szyld. Pierwsi sztandar podnieśli panowie Nod Wright, Paul Wright, Bob Ahern i James Quinn, którzy stworzyli zespół Last Rites. Połączyli oni gotycką stylistykę z muzyką industrialną. Efekt w postaci "Guided By Light" (2001) jest zaskakująco dobry i odświeżający formułę gotyckiego grania. Nie brak tu rytmów wprawiających w swoisty trans, ale i typowych zagrań charakterystycznych dla Fields Of The Nephilim.

Jeśli już o tej legendarnej kapeli mowa, to także ona powróciła z niebytu, choć chyba nie o taki powrót chodziło. Płyta "Fallen" (2002) nad którą prace rozpoczęły się w 1998 roku, miała być powrotem w wielkim stylu. Oprócz McCoy'a w tworzenie materiału zaangażowany był także Tony Pettitt. Niestety, tempo prac było tak powolne, a data premiery co rusz przesuwana w czasie, że wytwórnia Jungle Records ostatecznie straciła cierpliwość. Bez zgody Carla McCoy'a, postanowiła wydać to co zostało już zarejestrowane. Odbiło się to nie tylko na stosunkach z liderem, ale i na jakości materiału. Płytę "Fallen" wypełniły surowe wersje utworów, żeby nie powiedzieć szkice. Z całego albumu dopracowane były tylko dwa singlowe utwory - From The Fire oraz One More Nightmare (Trees Come Down AD). Tylko tyle i aż tyle. Na więcej trzeba było poczekać jeszcze trzy lata. 

Tymczasem w 2004 roku zmaterializował się zespół NFD, który to skrót należy odczytywać jako Noise For Destruction. W szeregach grupy znaleźli się Peter White, Simon Rippin, Tony Pettitt, Chris Milden oraz Stephen Carey. W tym składzie zarejestrowali trzy albumy, które to stanowią ważny wkład w muzykę malowaną barwami mroku. Debiutancki album "No Love Lost" (2004) może nie był jeszcze tym na co stać ten zespół, ale już tutaj pojawiły się przebłyski talentu. Mocne, dynamiczne dźwięki odwołujące się zarówno do grania spod znaku Sensorium jak i The Nephilim. Nie brak tu i spokojniejszych fragmentów jak choćby Hold On To The Life czy Lost Souls (Still I Remain), będący prawdziwą ozdobą tej bardzo solidnej lecz nie wybitnej płyty. Warto również zwrócić uwagę na utwór zamykający, w którym słychać echa macierzystej formacji Tony'ego Pettitta. Czyżby odezwała się tęsknota?


Po czterech latach oczekiwań pojawił się drugi album The Last Rites, zatytułowany "The Many Forms" (2005). Niestety trudno mi się wypowiadać na temat tego wydawnictwa, ponieważ go nie posiadam. Album jest bardzo trudny do zdobycia i chyba wręcz wyparował z rynku. Nie dysponuje nim ani Amazon, ani eBay. Jedyna możliwość zapoznania się z jego zawartością to You Tube. Wysłuchawszy kilku fragmentów mogę napisać, że materiał nieco się różni od debiutanckiego. Zamiast transu i brzmień industrialnych słychać tu elektroniczne wstawki, tworzące klimat i wprowadzające pewien niepokój. Na bardziej szczegółowe oceny przyjdzie czas, gdy uda zdobyć mi się ten album.

Największym zaskoczeniem 2005 roku, okazał się album "Mourning Sun", który to przywrócił do życia szyld Fields Of The Nephilim. Nie bez powodu posłużyłem się tu słowem szyld, bowiem z oryginalnego składu pozostał tylko Carl McCoy. Reszta muzyków określona jest tajemniczo jako The Nephilim. Wyjątek stanowi bezimienny 'Capachino' Carter odpowiedzialny z bębny, gitary i bas. Czyżby ciężar stworzenia tego albumu spoczywał tylko na barkach tego duetu? Jakakolwiek jest odpowiedź, trzeba przyznać, że "Mourning Sun" to dzieło nad wyraz udane. Tak mocnego powrotu chyba nikt się nie spodziewał. Owszem, nie wszystkim przypadły te dźwięki do gustu, ale to już nie mój problem. Tylko głuchy nie padłby na kolana przed takimi utworami jak New Gold Dawn, czy fenomenalnymi wręcz kompozycjami jak She oraz Mourning Sun. Płyta okazała się być niezwykle przemyślana, wypełniona znakomitymi dźwiękami, a do tego brzmiąca naprawdę potężnie i przestrzennie. Melancholia i mrok aż rozrywają człowiekowi serce. Wielki szaman powrócił w pięknym stylu i pokazał kto tu naprawdę rozdaje karty. Na takie albumy można czekać i piętnaście lat, bo tyle dokładnie upłynęło od czasu wydania płyty "Elizium".

Na odpowiedź nie trzeba było długo czekać. Drugi krążek NFD zatytułowany "Dead Pool Rising" (2006), okazał się być niezwykle interesujący i bijący na głowę debiut sprzed pięciu lat. Dopracowany pod względem muzycznym, nie zawierał właściwie ani jednego zbędnego nagrania. Każde czymś przyciąga i intryguje, dlatego też nie podaję tytułów konkretnych utworów, bo cały album trzyma wysoki poziom. Jest to moja ulubiona płyta NFD, do której powracam z największą przyjemnością i którą serdecznie polecam.


Zaledwie dwa lata później na rynku pojawił się kolejny album NFD. Płyta "Deeper Visions" (2008) wygląda bardziej na mini album, niż na pełnoprawny krążek, ale jest traktowana na równi z poprzednimi. Zawiera sześć premierowych utworów oraz dwa remiksy. Poza tym mamy dostęp do kilku klipów, które jeszcze bardziej podnoszą wartość tego wydawnictwa. A jak prezentuje się sama muzyka? Już otwierające nagranie nie pozostawia wątpliwości, że pomysły się panom nie wyczerpały. Dynamiczny i przebojowy When The Sun Dies to wręcz wymarzony początek albumu, ale i swego rodzaju przekleństwo. Trudno bowiem uniknąć rozczarowań, gdy reszta płyty nie trzyma równie wysokiego poziomu. Na szczęście jest tu jeszcze kilka mocnych fragmentów jak choćby The Unforgiven czy Senses Alive, które ratują zespół przed tego typu pułapką. Finał w postaci Never Let This Die rozwiewa wszystkie wątpliwości i zaostrza apetyt na kolejne albumy. Czy się doczekamy? Trudno powiedzieć.

Sytuację pokomplikował fakt powołania do życia kolejnej grupy, a w zasadzie chyba projektu. Trzon zespołu stanowi Tony Pettitt oraz Steven Carey, a składu dopełniają prawdziwe gwiazdy mrocznego grania. Wymienię tylko Julianne Regan (ex All About Eve), Monicę Richards (Faith And The Muse), Petera Yates (ex Fields Of The Nephilim), Paula i Noda Wright (ex Fields Of The Nephilim, Last Rites) a to przecież zaledwie część projektu The Eden House. Nazwiska robią wrażenie, ale nie są gwarancją stworzenia materiału godnego ich pozycji. Jaka jest więc płyta "Smoke & Mirrors" (2009), stworzona przez ten zacny dwór? Nad wyraz udana, emocjonalna i trafiająca w serce. Trudno przejść obojętnie obok takich dźwięków jak All My Love, a już szczególnie wielkie wrażenie robi utwór Fire For You. Klasa sama w sobie, o jakiej wielu może tylko pomarzyć. Kwintesencja piękna zamknięta w dziesięciu zróżnicowanych, ale jakże pięknych nagraniach. Czego więcej chcieć? Fantastyczny album dla każdego, kto posiada serce na właściwym miejscu. Romantycy wszystkich krajów łączcie się. 
W oczekiwaniu na kolejny album, grupa przygotowała dwa mini albumy. Pierwszy z coverami - "The Looking Glass" (2010) oraz drugi - "Timeflows" (2012), na którym znalazło się pięć premierowych nagrań. W 2013 roku pojawił się wreszcie drugi album zatytułowany "Half-Life". O jego zawartości poinformuję, gdy przesyłka trafi w moje ręce. 

Kończymy już opowieść o krętych drogach Nephilimów. Mam nadzieję, że udało mi się rzucić trochę światła na historię grup i projektów powiązanych z grupą Fields Of The Nephilim oraz The Nephilim. Jak widać karty są sukcesywnie zapisywane, więc w przyszłości możemy spodziewać się kolejnych pięknych albumów tworzących następne rozdziały tejże księgi. Polecam nadstawić ucha, aby nic nie umknęło naszej uwadze.


Jakub "Negative" Karczyński