24 października 2021

KIERUNEK BENELUX


Zachorowałem. Zachorowałem na punkcie wydawnictw Factory Benelux, sublabelu Les Disques du Crépuscule powiązanego z Factory Records jak i płyt z katalogu LTM, która to jest w dużej mierze spadkobiercą dorobku wszystkich wymienionych wytwórni. Odkrywam w ten sposób nieznane mi wcześniej zespoły w rodzaju Crispy Ambulance, Surprize czy Minny Pops. A to zaledwie wierzchołek góry bo przecież w katalogach tych wytwórni znajdziecie takie cuda jak choćby Durutti Column, The Names, Section 25, Tuxedomoon, A Certain Ratio czy The Wake. Jeżeli żadna z tych nazw nic Wam nie mówi, to czym prędzej nadrabiajcie zaległości. Szczególnie polecam The Names, które to zasługuje na lepsze miejsce w historii muzyki, niż to które im przypadło. Pisałem już o nich we wpisie "Skarby Beneluxu" więc dziś tylko przypominam tę nazwę. Polecam zagłębić się w ich w muzykę. Ja już tę lekcję mam za sobą. Jeśli chodzi o Durutti Column to już chyba zawsze będzie kojarzyć mi się ze szczęściem w nieszczęściu. Otóż kiedyś zamówiłem sobie płytę "Obey The Time" (1990) wraz z kilkoma książeczkami dla córki. Odbiór miał być w paczkomacie. Wyczekiwałem niecierpliwie tej przesyłki więc gdy tylko dostałem powiadomienie czym prędzej udałem się we wskazane miejsce. Po otwarciu skrzynki okazało się, że przesyłka jest otwarta i brakuje w niej kilku książek. Co ciekawe złodziej zostawił w niej zamówioną płytę. Czyżby nie lubił Durutti Column? No cóż, jego strata. Album okazał się być fantastyczny i jak mniemam nie jest to mój ostatni kontakt z dorobkiem grupy. Póki co jednak z głośników dobywają się dźwięki z płyty "In Movimento" grupy Surprize. Ten album to właściwie zbiór, na który składają się mini album "In Movimento"1984), EP-ka "The Secret Lies In Rythm" (1982) jak i 12 calowy singiel. Album powinien spodobać się wszystkim tym, którzy w muzyce cenią sobie nieszablonowość. Moje pierwsze skojarzenia biegną w kierunku tego co w swej muzyce robili Talking Heads i nie jest to bynajmniej fałszywy trop. Zagłębiając się w zawartość książeczki dołączonej do płyty dowiemy się, że grupa w początkach swej działalności łączyła muzykę punk z reggae dodając z czasem elementy ska. Wśród swych ówczesnych inspiracji wymieniają funk z lat siedemdziesiątych jak i muzykę afrykańską. Prawdziwym punktem zwrotnym okazały się jednak płyty Eno/Byrne "My Life In The Bush Of Ghost" (1981) jak i "Remain In Light" (1980) Talking Heads. To one poprzestawiały chłopakom parę klocków w głowie. Zresztą nie tylko im, ale to już temat na zupełnie inną opowieść.

 Jakub Karczyński

10 października 2021

PRZESŁUCHANIE 14

Powracamy do cyklu przesłuchanie, w którym to w krótkich, żołnierskich słowach recenzuję albumy, które godne są Waszych uszu jak i te, które takich zaszczytów niegodne są dostąpić. Dziś płyta z nieco innej muzycznej beczki.
 
FLIGHT BRIGADE - OUR FRIENDS OUR ENEMIES (2016)
 

Otrzymałem ten album od mojego bardzo dobrego kolegi jako prezent, a właściwie pamiątkę po jego wakacjach nad morzem. Jako muzyczni degeneraci, wymieniamy się co jakiś czas płytami, starając się jak najbardziej zaskoczyć drugą stronę swoim wyborem. Gust muzyczny mamy dość zbliżony więc wiemy co nam w duszach gra i na jaką ekstrawagancję stylistyczną możemy sobie pozwolić. Dodam tylko, że nikt z nas wcześniej nie słyszał o grupie Flight Brigade. Zakup tej płyty podyktowany był w dużej mierze jak mniemam przecudnej urody okładką, która obiecywała nuty osnute jesienną melancholią. Trop ten jednak nie do końca się sprawdził bo Flight Brigade momentami grają tak energetyczny indie rock, że aż trudno w miejscu wysiedzieć. Nagranie 39 Steps inicjujące ten album to wymarzony singiel przed którym fale eteru powinny pochylić swój grzbiet. Także Hurricane Season ma w sobie spory potencjał komercyjny. I gdy wydaje nam się, że z każdym kolejnym krokiem będziemy wchodzić wyżej i wyżej, płyta w połowie drogi traci nieco swój rezon. Szkoda, że sił wystarczyło tylko na połowę albumu, ale i tak warto nastawić uszu. Muzycznie bywa tu energicznie, czasem bardziej nastrojowo, a niekiedy nawet nieco progresywnie. W takim U Kill Me  brzmią jak Pure Reason Revolution z czasów swego debiutu, gdy próbowali odświeżyć skostniałą formułę rocka progresywanego. Jak widzicie, ten wielobarwny album może być dobrym pomysłem na jesienną szarzyznę. Momentami pobudza lepiej niż dobra kawa.
 
ocena: 6/10
 
Jakub Karczyński 

02 października 2021

MINIMAL COMPACT - THE FIGURE ONE CUTS (1987)

Lubię sklepy z używanymi płytami przede wszystkim za to, że mają w swojej ofercie sporo niebanalnych tytułów, których nie uświadczysz na półkach Empiku czy Media Markt. Tym właśnie zaskarbiły sobie moją sympatię. Podczas jednej z wizyt udało mi się wyszperać album "The Figure One Cuts" (1987) grupy Minimal Compact. Ten izraelski zespół będący zarazem najlepszą wizytówką swojego kraju odniósł sukces o jakim inni artyści z tamtego regionu świata mogą tylko pomarzyć. Mało tego, jego muzyka była popularna także w Polsce choć dziś rzucając w przestrzeń nazwę Minimal Compact raczej nie znajdziemy zrozumienia w oczach rozmówcy. Nie ma co się dziwić bo ostatni pełnoprawny album zespół wydał w 1987, a od tego czasu wiele się w muzycznym świecie pozmieniało. 


Płytę "The Figure One Cuts" zakupiłem niemal w ciemno mając w pamięci dobre opinie o ich twórczości z jakimi zetknąłem się kilka miesięcy wcześniej. Poprosiłem tylko o krótki odsłuch paru fragmentów, ale tak na dobrą sprawę już przy pierwszym utworze wiedziełem, że to muzyka z kręgu moich zainteresowań. Nie przypuszczałem jednak, że album ten dostarczy mi tyle niesamowitych doznań i odkryje przede mną nieznaną twarz muzyki post punk. To co wyróżnia dźwięki skrywające się pod szyldem Minimal Compact to przede wszystkim ten nieuchwytny pierwiastek sprawiający, że ich muzyki nie da się pomylić z żadną inną. Być może chodzi tu o umiejętne i zarazem subtelne wplecenie muzyki Bliskiego Wschodu w struktury mające swe korzenie na Wyspach Brytyjskich. Niby nic nowego, bo przecież w latach sześćdziesiątych kulturę Wschodu odkryli na swój użytek choćby The Beatles, ale w latach osiemdziesiątych taki mariaż nadawał grupie charakterystyczny rys, wyróżniający ich na tle innych zespołów. Nie bez znaczenia jest tu także niebanalny zmysł kompozytorski jak i fenomenalne wyczucie melodii. To, że płyty Minimal Compact nie są wymieniane jednym tchem wraz z innymi klasykami muzyki post punk, to jakieś wielkie nieporozumienie. Album "The Figure One Cuts" można śmiało ustawić obok najlepszych dzieł tego gatunku. Nie ma w tym ani krzty przesady bowiem jego zawartość jest po prostu doskonała. Nie za bardzo jest tu się do czego przyczepić więc zamiast wyszukiwać mankamenty lepiej dać się uwieść tej niezwykłej płycie. Osobiście najczęście powracam do takich nagrań jak  Inner Station, This Scent Of Love, Is It So? oraz New Clear Twist, którego tytuł jest dość sprytnym zapisem słowa nuclear. Zwłaszcza ta druga kompozycja wyrasta w moich oczach na niekwestionowaną perłę tego albumu. Ma w sobie ona to nieokreślone coś, co wyróżnia ją spośród reszty. Być może to ten niesamowity nastrój emanujący z refrenu, a może genialna motoryka sprawia, że This Scent Of Love zapadło mi tak głęboko w pamięć. W New Clear Twist urzekła mnie przede wszystkim partia trąbki, która niby gdzieś tam schowana w tle, a robi doskonałą robotę. Z kolei Is It So? wprowadza nastrój zadumy i melancholii. Idealna propozycja na ponurą jesień, która zapewne wkrótce zagości za naszymi oknami. Jeżeli szukacie jakiegoś odpowiedniego albumu na tę porę roku to polecam wziąć album "The Figure One Cuts" pod rozwagę. Nie jest to może stricte jesienna płyta, bo ma w sobie też nieco energii, ale kto powiedział, że jesień to tylko smutek i deszcz. Polecam więc odkryć dla siebie ten album niezależnie od pory roku.
 
Jeżeli nie mieliście jeszcze okazji zaznajomić się z dorobkiem Minimal Compact to tenże album może stanowić za doskonałe wprowadzenie. Nie przypuszczam by ktoś mógłby poczuć się rozczarowany jego zawartością. Mnie oczarował do tego stopnia, że już zaczynam rozglądać się za kolejnymi płytami. Jak widać u mnie sezon polowań trwa cały rok. Życzcie mi zatem kolejnych tak celnych strzałów.
 

Jakub Karczyński

 
PS Niesamowite jakie skarby skrywają w swoich wnętrzach niewielkie sklepy płytowe. Szkoda, że z każdym rokiem jest ich coraz mniej. Takie parszywe czasy. Cieszmy się więc tymi, które nam jeszcze pozostały. Gdyby nie takie miejsca, to mój portfel byłby uboższy conajmniej o kilkadziesiąt złotych. A tak, w cenie dwóch biletów do kina mam płytę, której wartość muzyczna jest niewspółmierna do ceny jaką przyszło mi za niego zapłacić. Jak widać nie zawsze trzeba zastawiać w lombardzie srebra rodowe by zakupić wymarzoną płytę. Czasem wystarczy mieć trochę szczęścia no i oczy szeroko otwarte.