26 czerwca 2016

POBOŻNE ŻYCZENIA

W 1992 roku nazwę The Cure odmieniano przez wszystkie przypadki. Albumem "Wish" roztrzaskali firmament i dokonali wydawałoby się rzeczy niemożliwej. Umiejętnie połączyli dwa wymiary - artystyczny i komercyjny, nie tracąc przy tym wiarygodności. Jednak od tego czasu minęło już prawie dwadzieścia pięć lat. Szmat czasu. Trzydziestolatkowie jakimi wtedy byli, dziś dobijają powoli do sześćdziesiątki. Przez ten czas zdążyli nacieszyć się zarówno sławą jak i życiem rodzinnym. W zreorganizowanym składzie, nagrali jeszcze cztery albumy (w tym bardzo udany "Bloodflowers (2000) ), ale żaden nie zdołał już zdyskredytować sukcesu "Wish". Pomimo swej nieprzerwanej koncertowej aktywności, zespół popadł nieco w zapomnienie. Nie ma się czemu dziwić, skoro nie wydaje się płyty od ośmiu lat, to siłą rzeczy wypada się z obiegu. Czyżby zatem tytuł ostatniej piosenki, z ostatniego jak dotąd albumu, miał się okazać być proroczy? Mam nadzieję, że nie, bo to nie czas by mówić fanom It's Over. Kurtyna jeszcze nie opadła, więc kto wie, być może niebawem powrócą do nas albumem, wypełnionym perłami pokroju From The Edge Of The Deep Green Sea.

I wish.

Jakub Karrczyński

23 czerwca 2016

REFLEKSJE NAD KONAJĄCYM ŚWIATEM

Gdy kończy się człowiekowi cierpliwość, której dotąd miał aż nadto, jest to niechybny znak, że czas na urlop. Pora oderwać się od spraw przyziemnych i zająć się tym, co człowieka naprawdę interesuje. Czas zapomnieć o wszystkich tych sytuacjach i ludziach, którzy napsuli człowiekowi krwi i wypłynąć na suchego w przestwór oceanu. Co prawda do rozpoczęcia mojego urlopu pozostało jeszcze kilka dni, ale już nie mogę się wprost doczekać, niczym sześćdziesięciolatek emerytury. Znów będzie czas by słuchać muzyki w wymiarze wprost nieograniczonym, odwiedzać miejsca, które dobrze nastrajają i uwalniają człowieka od całorocznego napięcia i stresu. Wraz z początkiem lipca czeka mnie dwutygodniowy urlop, z którego mam nadzieję wycisnąć wszystko to co najlepsze. Będzie znów czas by zniwelować zaległości w czytaniu, słuchaniu i oglądaniu. Kultura to w końcu najlepszy sposób na odpoczynek. Mam też nadzieję popracować nad projektem o sklepach płytowych. Zobaczymy co z tego wyjdzie. Niemniej nie ma ciśnienia, bo to i tak hobbistyczna robota, bardziej dla mnie, niż dla szerokiego ogółu. Pamiątka po czasach, które pomału odchodzą do lamusa. I pomyśleć, że kolejne pokolenia nie doświadczą już radości płynącej z chodzenia po sklepach z płytami. Kultura przyjmie formę cyfrową, a fizyczne nośniki będą do podziwiania wyłącznie w muzeach. O nic nie będą musieli się starać, bo przecież wszystko będzie na wyciągnięcie ręki. Już zresztą jest. Przypomina mi to trochę naszą demokrację. Walczyć o nią umiemy, ale gdy już ją wywalczymy, to nie za bardzo wiemy co z nią robić. Podobnie jest z muzyką, gdy dostęp do niej był bardzo ograniczony, to każde odtworzenie (zachodniego) utworu w radiu było czymś tak ważnym, że człowiek angażował się w to na dwieście procent. Nie chcę powiedzieć przez to, że powinno się reglamentować muzykę, ale jak coś przychodzi zbyt łatwo, to niestety się tego nie docenia. Nie ma tych połączeń emocjonalnych, które powodują, że zżywamy się z daną płytą, książką czy filmem. Ktoś powie, że to nie nośnik powinien decydować o emocjach, a wartości artystyczne danego dzieła. Owszem, pełna zgoda, ale forma fizyczna jest dodatkowym napędem, który potęguje emocje, angażuje zmysły, a także generuje masę fantastycznych doznań. Czy ktoś po latach wspomni z łezką w oku jak to świetnie słuchało się jakiejś mp3-ki lub jak wspaniale czytało się książkę na e-czytniku? Śmiem wątpić. Niby wiem, że "postępowi nie ma co dawać kontry", ale wcale mi się ten postęp nie podoba. Dlatego też zostanę w tym miejscu, w którym jestem teraz, razem z moimi książkami, płytami i filmami. Spojrzę smutnym okiem na horyzont i pozwolę pogalopować temu szalonemu światu prosto przed siebie. Gnaj na zatracenie, ale mnie daj spokój.

Jakub Karczyński

PS Autorem obrazu "Apokalipsa" wykorzystanego w niniejszym wpisie jest Mariusz Lewandowski. Inspiracje nad wyraz czytelne, ale w żadnym wypadku nie umniejsza to wartości samego dzieła. Polecam przejrzeć inne prace Pana Mariusza.
 

13 czerwca 2016

WYBUDZANIE WAMPIRÓW

Na dzień dzisiejszy zapowiadano przelotne opady deszczu i rzeczywiście szamani meteorologii się nie pomylili. Z nieba w godzinach popołudniowych lunęło niczym z cebra, ale jakoś wcale mnie to nie zmartwiło. Wręcz przeciwnie, ta nieco jesienna aura, o tyle jest mi na rękę, że wreszcie nabrałem ochoty by zejść do krypty i zbudzić kilku nieboszczyków do tańca. Dni słoneczne jakoś im nie służą, choć to wtedy ponoć najlepiej wygrzewa się stare kości. Wśród licznie zgromadzonych w krypcie gości, najlepszymi kompanami okazały się wampiry z grupy Bauhaus. Dawno ich nie słuchałem, stąd też ten kurz i pajęczyny, które skrzętnie otoczyły ich ciała. Zdecydowanie częściej wracałem do twórczości Petera Murphyego, niż do jego macierzystej grupy. Nie było jakiegoś szczególnego powodu. Być może nie trafił się odpowiednio ponury dzień, a może po prostu w zalewie tylu nowych płyt, nie znalazłem czasu na zabawy z wampirami z Northampton. Dziś jednak zbudziłem księcia wampirów wraz ze swą świtą, aplikując im albumy "Go Away White" (2008), "Burning From The Inside" (1983) oraz "The Sky's Gone Out" (1982). Efekt był porażający. Pod trupio bladą skórą, dało się zaobserwować coraz żwawiej pulsującą krew. Z każdą kolejną chwilą, ciała nabierały barw, a skostniałe ręce, złożone na ramionach, poczęły rozluźniać swój  uścisk. Powieki uniosły się do góry, a złaknione krwi usta, odsłoniły ostre kły. Tak proszę Państwa, wampiry powróciły, a wraz z nimi powróciły pieśni, od których cierpnie skóra, a włos jeży się na głowie. Pozamykajcie więc swe dzieci w domach, zabezpieczcie okiennice i nie opuszczajcie swych domostw po zmroku. Co odważniejsi mogą wybrać się na cmentarz, by szaleńczym tańcem, celebrować przybycie księcia ciemności i jego świty. Cieszmy się i korzystajmy z tego, bo gdy na nieboskłonie znów pojawi się słońce, wampiry powrócą do swych trumien. Kto wie, kiedy ponownie z nich wyjdą. Może dopiero na jesień, a może postanowią uciąć sobie nieco dłuższą drzemkę. Śpiewajmy więc pieśni o duchach, nawiedzonych wzgórzach i miejscach, do których nawet światło boi się zaglądać. Karmmy je naszymi pieśniami jak krwią, która utrzyma ich przy życiu i zapewni im nieśmiertelność. I choć wieko trumny z napisem Bauhaus, zatrzasnęło się z hukiem w 2008 roku, a szanse na reaktywację wydają się mało realne, to i tak nie brak oddanych wyznawców, którzy czekają na ich powrót. Czy mają jakieś racjonalne argumenty? Jeden, ale za to solidny. Bauhausu nie da się przecież uśmiercić. On jest nieśmiertelny!
 
 
Jakub Karczyński

8 czerwca 2016

TAŚMY PEŁNE WSPOMNIEŃ

Dobrze mieć nieco starszą siostrę lub brata. Nie tylko po to by mieć się z kim bawić w dzieciństwie, ale także po to czerpać dobre wzorce oraz podpatrywać jak wygląda "dorosłe" życie. Oczywiście nie każdy brat i nie każda siostra nadają się na takiego życiowego przewodnika, ale to już osobna historia. Ja miałem to szczęście, że moja starsza siostra akurat się nadawała. Obserwowanie jej życia z perspektywy o siedem lat młodszego brata, było interesującym zajęciem. W końcu życie jakie wtedy prowadziła, ludzie z jakimi się spotykała, to był zupełnie inny świat. Prawdziwa dorosłość. Tak przynajmniej mi się wtedy wydawało. Ja mogłem tylko podpatrywać, bo przecież ich świat, nie był moim światem. Byłem zbyt młody, by móc do niego wejść, więc pozostało mi jedynie się temu przypatrywać. Nie inaczej było z muzyką. Każde z nas miało swoje zespoły. Żadnego punktu stycznego, ale nie znaczy to, że nie lubiłem muzyki, której słuchała moja siostra. Pamiętam nawet okładki jej kaset. To z nich poznałem utwory Marka Grechuty, które od razu przypadły mi do gustu, to ona uświadomiła mi, że istnieje taki zespół jak De Mono (album "Stop" (1992) robił wrażenie) i to jej zawdzięczam fascynację debiutem "Gemini" (1994) Kasi Kowalskiej. Gdy wracam pamięcią do tamtych czasów, to przypominają mi się jeszcze takie grupy jak Shout, Ira, Wilki (album "Przedmieścia" (1993) ), Big Cyc (Lenin z irokezem), Piersi, Universe, Róże Europy, Chłopcy Z Placu Broni, Varius Manx (album "Emu" (1990) ), Lady Pank czy pożyczone od kogoś "Ritual De Lo Habitual" (1990) Jane's Addiction. Zapewne moja siostra mogłaby jeszcze uzupełnić tę listę o kilka innych zespołów, którymi się wtedy fascynowała, a które mnie już zatarły się w pamięci. Faktem jest, że w tamtym czasie udało jej się skutecznie zarazić mnie twórczością De Mono. Lubiłem słuchać utworów nie tylko ze wspomnianej już płyty "Stop", ale i z "Oh Yeah" (1990). Zresztą w tamtych czasach, muzyka była bardzo ważną częścią jej życia. Pamiętam radość jaka towarzyszyła otrzymaniu "wieży". Nie bez przyczyny ująłem ten wyraz w cudzysłów, bowiem nie był to żaden Technics, tylko jakaś taka prowizorka. Świadczyła o tym dykta, która zamontowana była z tyłu tego sprzętu. Największym jego atutem poza dwoma kieszeniami na kasety, był gramofon umiejscowiony na górze. To właśnie dzięki niemu, mogłem odkurzyć płyty winylowe jakie mieliśmy w domu. Głównie katowałem na nim pocztówki dźwiękowe oraz słuchowiska w postaci bajek. Patrząc z perspektywy czasu, doceniam absolutny kunszt lektorów oraz osób zajmujących się udźwiękowieniem nagrań. To dopiero rozwijało wyobraźnie. Do dziś uważam, że zestaw czterech bajek - "Szewczyk Dratewka", "Dobra to chatka gdzie mieszka matka", "Stoliczku nakryj się" oraz "Baśń o ziemnych ludkach", to absolutny top w kategorii słuchowisk. Jeśli ktoś tego nie doświadczył, ma czego żałować. Wracając jednak do muzyki, to zanim odkryłem dźwięki o jakich tu piszę, musiało upłynąć jeszcze sporo wody w Warcie. Niemniej ziarno zasiane we wczesnym dzieciństwie wydało po latach obfity plon. W dużej mierze zawdzięczam to właśnie mojej siostrze. Na odkrywanie uroków autorskich audycji radiowych takich jak "MiniMax" czy "Nawiedzone Studio" miał dopiero nadejść czas. 

Jakub Karczyński