19 kwietnia 2015

RECORD STORE DAY - 2015

Sobotni poranek przywitał nas w Poznaniu słońcem. Chyba zbyt wiele sobie po nim obiecywaliśmy, bowiem zamiast ubrać się na cebulkę, wyruszyliśmy z żoną w miasto w nieco nonszalanckim odzieniu. Nasz zbytni optymizm miał wkrótce zostać wystawiony na ciężką próbę przez lodowaty wiatr, stąd też tegoroczny Record Store Day odbyliśmy w nieco ekspresowym tempie. Głównym celem była ulica Garncarska, wokół której koncentrowały się uroczystości związane z tym dniem. W zaułku, na skwerze przylegającym do ulicy, rozstawili się więc panowie z winylami jak i płytami CD. Jak się można domyślić tych pierwszych było zdecydowanie więcej i cieszyły się większym zainteresowaniem niż kompakty. Nie miałem więc żadnego problemu by je sobie spokojnie przewertować. Gdy ja skupiałem się na srebrnych krążkach, moja żona wertowała winyle, próbując wyszukać coś w moim guście. Jako że nasze gusta wykluwały się w nieco innych rejonach galaktyki, zadanie miała naprawdę trudne. Na szczęście, pewne nazwy grup i wykonawców pojawiały się na tyle często w naszym domu, że coś niecoś zapamiętała. Efektem było wyłowienie ze sterty płyt winylowego singla "Blue Water" grupy Fields Of The Nephilim, czym wprawiła mnie w dość spore osłupienie. Jak widać muzyczny terror i indoktrynacja przyniosły w końcu skutek. 


Moje wertowanie kompaktów również nie poszło na marne. Wygrzebałem wśród nich dwupłytowy koncert The Cure "Bestival" (2011), który jeśli chodzi o jakość nagrania, nie jest może powalający i na pewno nie umywa się do wcześniejszych albumów koncertowych pokroju "Show" (1993), a już z pewnością do "Paris" (1993), niemniej gdy usłyszałem, że gość chce za nią tylko 25 zł, to wszelkie moje wątpliwości rozwiały się niczym dym. Świetna cena jak za zupełnie nową płytę. 

Pewnie powertowalibyśmy jeszcze nieco dłużej w płytach, ale wiatr był tego dnia szczególnie dokuczliwy. Ewakuując się wstąpiliśmy jeszcze w drodze powrotnej do znajomego, który prowadzi swój sklep płytowy, aby zobaczyć czy coś ciekawego nie trafiło może do komisu. Szybki rzut oka pozwolił dostrzec płytę "Stardom Road" (2007) Marc'a Almond'a, której stan jak i cena były równie rewelacyjne. Jako że lubię zarówno Soft Cell jak i solową twórczość Almond'a, postanowiłem kupić ten album w ciemno, w myśl zasady: "Nie ma ryzyka, nie ma zabawy". 

Można więc uznać, że tegoroczny Record Store Day był dla mnie nad wyraz udany. Nie dość, że udało kupić się ciekawe płyty, to jeszcze przy okazji nie ucierpiał na tym zbytnio portfel. Myślę, że i sprzedający byli zadowoleni, w końcu dzięki tej inicjatywie mieli dużo klientów i jak mniemam przyzwoity obrót. Pozostaje więc liczyć na to, że ludzie zaczną kupować płyty na co dzień, a nie tylko od święta. 

Jakub Karczyński

PS Jeśli i Wy upolowaliście coś ciekawego w tym dniu, pochwalcie się tym w komentarzach.
 

15 kwietnia 2015

NICE WORK !!!

Muszę podzielić się z kimś tą radością. Nie myślcie sobie jednak, że to jakieś samochwalstwo czy coś z tych rzeczy. To raczej chęć wyrażenia szczęścia, gdy odnajdzie się coś o czym się marzyło. Po raz kolejny okazało się, że determinacja, nieustępliwość i cierpliwość zostają w końcu nagrodzone. Kiedy sporządzałem przed paroma miesiącami listę moich upragnionych, białych kruków nie sądziłem, że jednego z nich uda mi się upolować w tak krótkim czasie. Zazwyczaj takie przedsięwzięcia ciągną się latami i przypominają bezcelowe uganianie się za zjawami, które zamajaczyły nam na horyzoncie. Mimo to, zdarza się nam podejmować to wyzwanie licząc, że może tym razem się uda. Ta naiwność pomimo całej swej bezsensowności ma jedną pozytywną rzecz. Pozwala podtrzymywać w nas ten ogień pożądania, który motywuje i napędza nas do działania. Nawet jeśli w większości przypadków kończy się to fiaskiem, to i tak ten nikły procent powodzenia jest w stanie osłodzić mi całą tę gorycz. Dlaczego o tym piszę. Otóż, przed kilkoma dniami zakupiłem poprzez wiadomy portal aukcyjny, czwartą płytę grupy The Cassandra Complex, zatytułowaną "Cyberpunx" (1990). Owszem, mam ją na winylu, ale w przeciwieństwie do dzisiejszych hipsterów, nie odwróciłem się plecami do srebrnego krążka. Pisałem o tym już wcześniej, więc nie zamierzam rozwijać tego tematu. Czemu je zbieram? Nie wiem, ale wciąż odczuwam dziką rozkosz przy zakupie kompaktu i raczej nic już tego nie zmieni. Wracając jednak do The Cassandra Complex, to jak do tej pory, udało mi się zgromadzić trzy z ich siedmiu albumów. Poza wymienioną wyżej płytą "Cyberpunx", wszedłem wcześniej w posiadanie jego wspaniałego następcy, w postaci "The War Against Sleep" (1992) oraz ostatniej nagranej przez zespół płyty "Wetware" (2000). Nie odpuszczam też pozostałej części ich dyskografii. Za punkt honoru przyjąłem sobie, tak jak uprzednio w przypadku grupy Clan Of Xymox i The Mission, zebrać wszystkie jej studyjne krążki. Z winylami nie ma problemu, ale znaleźć kompakt, to dopiero wyzwanie. Nie mam wątpliwości, że kiedyś mi się to uda. Kiedy? Może za dwadzieścia lat, a może szczęście uśmiechnie się do mnie już w kolejnym tygodniu. 

Trzymajcie kciuki, kolekcjonerzy.

Jakub Karczyński

PS Przypominam, że w najbliższą sobotę odbywa się Record Store Day, więc nie zapomnijcie odwiedzić małych, niezależnych sklepów płytowych i podreperujcie im budżety. Dla Was wydatek rzędu 20 zł może być niewielkim kosztem, a dla takich miejsc to często być albo nie być. Nie dajcie się prosić i weźcie udział w tej jakże szlachetnej inicjatywie.
 

10 kwietnia 2015

HANDFUL OF SNOWDROPS - III (2015)


Choć istnieją od 1984 roku, ich dorobek płytowy jest niezwykle skromny. Do dnia dzisiejszego zdołali nagrać zaledwie trzy studyjne płyty, z czego ostatnia ukazała się na początku tego roku, po 24 latach przerwy. I choć od dnia premiery minęło zaledwie kilka miesięcy, to jak donosi strona artystów, jej nakład został już wyczerpany, podobnie jak miało to miejsce w przypadku ich poprzednich albumów. Tym bardziej cieszy mnie fakt, że zdołałem załapać się na najnowsze dzieło kanadyjskiej grupy Handful Of Snowdrops.

Pomimo tylu lat działalności świadomość ich istnienia wydaje się być znana nielicznej grupce zagorzałych fanów. Jak mniemam, nawet fani mrocznej elektroniki czy gotyckiego rocka, mieliby problem z rozpoznawalnością szyldu grupy. Szczerze mówiąc, to sam dowiedziałem się o ich istnieniu zaledwie przed paroma laty i to jeszcze przez zupełny przypadek. Traf chciał, że znajomy otrzymał do przesłuchania pierwszy album grupy, który zrobił na nim piorunujące wrażenie. Znając moje preferencje muzyczne, polecił mi zapoznać się z twórczością tej grupy, bowiem jak to określił, Handful Of Snowdrops grają niczym Clan Of Xymox za swych najlepszych lat. Po takich słowach wyczuliłem swe receptory na płyty sygnowane tą nazwą. Niestety, zdobycie ich graniczy dziś z cudem, dlatego też pogodziłem się z tą świadomością i dopisałem albumy tej formacji do listy białych kruków. Gdy tylko dotarła do mnie informacja, że zespół nagrał nową płytę i sprzedaje ją poprzez swoją stronę, poruszyłem niebo i ziemię, aby ją zdobyć. Czy było warto? Pozwólcie, że odłożę nieco w czasie odpowiedź na to pytanie, aby nie wykładać od razu wszystkich kart na stół.

Na zawartość albumu składa się dziesięć utworów, których łączny czas to jakieś 54 minuty. Osoby, które wsparły zespół poprzez akcję crowdfunding'ową otrzymały dodatkowo czteroutworową EP-kę, na której zarejestrowano cover Colin'a Newman'a Better Later Than Never, remix tegoż nagrania wykonanego przez byłego członka Handful Of Snowdrops oraz dwa premierowe nagrania. Niestety, trudno mi się odnieść do zawartości tej EP-ki, bo zwyczajnie nie załapałem się na nią. Wróćmy zatem do podstawowego krążka, który rozpoczyna się utworem instrumentalnym. Jego spokojny i stonowany charakter dobrze wprowadza w nastrój, ale trudno mówić tu o jakiejś rewelacji. Ot zwyczajny instrumental, dobrze nastrajający, ale i też będący swoistą zmyłką, bowiem tak spokojnego grania jest tu tyle co kot napłakał. Gdy nasza czujność zostanie już uśpiona, zespół detonuje pierwszą bombę w postaci nagrania Deadcity, które jak na moje ucho jest jednym z najlepszych utworów, jakie dane mi było usłyszeć w tym roku. Nie zliczę ileż to razy słuchałem już tego nagrania, a ono wciąż nie straciło nic ze swej świeżości, podobnie jak następujące po nim The Man I Show The World, które oczarowało mnie równie mocno. Jeśli ktoś zapytałby mnie jaką muzykę kocham najbardziej, puściłbym mu właśnie te dwa nagrania, bo to kwintesencja tego czego poszukuję w muzyce. Są tu świetne, niebanalne melodie, piękna elektronika i do tego ten nastrój starego romantyzmu, jakiemu hołdował nieodżałowany Tomasz Beksiński. Po takich petardach, aż trudno złapać oddech, a to przecież dopiero samo początek płyty. Jeśli myślicie, że zespół wystrzelał się już na wstępie, to grubo się mylicie. Dalej jest równie pięknie jak choćby w utworze Wreckage, gdzie zespół uderza w nieco bardziej nastrojowe tony. Ledwie zdążymy złapać oddech, a tu już atakuje nas kolejna rzecz warta odnotowania. Nagranie Breaking Bones, posiada wyrazisty, mocny bit, ale charakter kompozycji wyznacza raczej nutka marzycielskiego romantyzmu. Jakże tu nie kochać tej grupy, skoro potrafi ona wyczarować tak zniewalające i powalające dźwięki. Chyba nie ma specjalnie sensu rozpisywać się o każdym z nagrań z osobna, bo zwyczajnie brak tu jakichkolwiek chybionych kompozycji. Wszystko tu niemal zachwyca, a jeśli nie zachwyca to przynajmniej trzyma wysoki poziom. Jeśli na takie płyty trzeba czekać po dwadzieścia lat, to jestem skłonny zagryźć zęby i trwać w oczekiwaniu na tak genialne dźwięki. Jeśli mi nie wierzycie to posłuchajcie choćby utworu Forever It Goes, którego zaraźliwa przebojowość jest w stanie zainfekować niemal chyba każdego. To jakby wrzucić do miksera kilka płyt OMD, doprawić albumami Pet Shop Boys i zalać wywarem z Clan Of Xymox. Sprawdźcie sami, a może dorzucicie jeszcze do tego kilka swoich składników. Pomimo że w kalendarzu mamy dopiero kwiecień, to będę bardzo zdziwiony, jeśli znajdzie się w tym roku płyta, która przebije chłopaków z Handful Of Snowdrops. Śmiem wątpić, ale niemniej zachęcam do podjęcia wyzwania i podniesienia tej kanadyjskiej rękawicy.

Na zakończenie dodam, że nowy album Handful Of Snowdrops to nie tylko tegoroczne największe zaskoczenie in plus, ale i nadzieja wlana w serce na kolejne piękne płyty. Oby tylko nie kazali czekać nam kolejnych dwudziestu lat, piętnaście w zupełności wystarczy. Poza tym kto wie czego będę słuchał dobijając do pięćdziesiątki. Mam nadzieję, że równie pięknej i poruszającej muzyki, czego sobie i Wam życzę.

Jakub Karczyński

3 kwietnia 2015

PAST, POST & PRESENT


Przez te dwa tygodnie nazbierało się tyle spraw, że właściwie nie wiadomo od czego tu zacząć. W kolekcji przybyło kilka płyt, regały z książkami także się zapełniły, ale gdy otrzymasz postrzał od życia to wypadasz z toru i skupiasz się na sprawach najważniejszych. Powrót do normalności wymaga wyregulowania samoświadomości jak i stanu emocjonalnego. Na szczęście, po nocy dzień nastaje i roztacza przed nami nowe perspektywy. Muzyka znów zaczyna smakować, a litery z kart książek ponownie składają się w piękne zdania. Jeśli już przy książkach jesteśmy to polecam szczególnie zainteresować się pozycją "Podrzyj, wyrzuć, zacznij jeszcze raz. Postpunk 1978-1984" autorem, której jest Simon Reynolds. Ten opasły tom, to prawdziwa kopalnia wiedzy na temat postpunku, której próżno szukać nie tylko w Internecie, ale i na naszym księgarskim rynku. Cieszy więc fakt, że Krytyka Polityczna zdecydowała się wydać tak ważną i znaczącą książkę. Wstępem opatrzył ją Rafał Księżyk, co dodatkowo dodaje jej smaku i tylko żal, że brak tu polskiej perspektywy, ale widocznie nie można mieć wszystkiego. Kto wie, może kiedyś doczekamy się merytorycznego opracowania historii rodzimego postpunku i gatunków mu pokrewnych. Nie ukrywam, że czekam na taką pozycję z ogromną niecierpliwością. Oby tylko dorównywała ona poziomem i stylem pisarskim książce Simon'a Reynolds'a. Aby skrócić sobie czas oczekiwania, ruszajcie do księgarń po "Podrzyj, wyrzuć, zacznij jeszcze raz. Postpunk 1978-1984" i dawkujcie ją sobie niczym najlepszy przysmak. Pozycja obowiązkowa na półce każdego szanującego się fana muzyki alternatywnej. Bez dwóch zdań.

Jakub Karczyński