26 czerwca 2013

PROJEKT: MOJA PŁYTA

 Słuchanie muzyki jest nagrodą dla mózgu.


Wszyscy, którzy mnie znają, wiedzą jak ważna jest dla mnie muzyka i płyty. Zbieranie ich to prawdziwa przyjemność i moja pasja. Kontakt z fizycznym nośnikiem jest czymś niesamowitym i dostarcza emocji jakich nie dają formaty cyfrowe. Zamknięcie muzyki w plikach mp3, to najgorsza rzecz jaka mogła się jej przytrafić. Zapewne wiele osób zaraz zakrzyknie, że muzyka w końcu jest wolna i można słuchać czego nam się żywnie podoba. Zgoda, dziś wybór jest nieograniczony, ale mając tyle muzyki nie jesteśmy w stanie jej posłuchać, a co dopiero poznać. Stąd też słuchamy po łebkach, a recenzje albumów pojawiają się w dniu premiery, a czasem nawet i przed. Zdaję sobie sprawę, że dziennikarze otrzymują albumy szybciej, ale przez tydzień nie da się uczciwie ocenić płyty. Dlatego też nie czytam recenzji publikowanych w Internecie, wyrzucanych z prędkością karabinu maszynowego. Wolę zajrzeć na sprawdzone blogi, gdzie autorzy skrupulatnie wsłuchują się w płyty i uważniej dobierają słowa.


Wczoraj wpadł mi do głowy pewien pomysł, który postaram się w najbliższym czasie zrealizować. Będąc kiedyś na wystawie prezentującej zdjęcia ludzi ze swymi ulubionymi książkami, postanowiłem pójść tym tropem i zrobić coś podobnego. Idea jest prosta. Wybierasz swoją ulubioną płytę (wiem, niektórzy będą mieli z tym problem), robisz sobie z nią zdjęcie i piszesz kilka zdań na jej temat. Oczywiście nie ma to być jej recenzja, lecz raczej emocje jakie wywołała, może jakaś ciekawostka z nią związana lub coś co uznacie za interesujący komentarz do tego zdjęcia. Zachęcam zatem do ich nadsyłania na adres: kiur@wp.pl. Z zebranych materiałów postaram się sklecić jakiś album i rozesłać wam w prezencie. Chwalcie się zatem swymi historiami, pstrykajcie fajne fotki i cieszcie się muzyką. Na zachętę zamieszczam przykładowe zdjęcia jako źródło inspiracji i punkt wyjścia dla waszych pomysłów.

Jakub "Negative" Karczyński

18 czerwca 2013

DEAD CAN DANCE ZAPRASZA DO TAŃCA


Dokładnie tydzień temu przechadzałem się po wrocławskim rynku i odliczałem godziny do koncertu Dead Can Dance. Pogoda tego dnia była wyśmienita. Słońce przyjemnie grzało, więc w końcu można było poczuć, że to wiosna. Spacer przy tak pięknej pogodzie to sama przyjemność. W uliczkach doprowadzających do rynku pełno straganów z najróżniejszymi wyrobami, począwszy od nalewek, a skończywszy na biżuterii. Zanim jednak tam dotarłem odwiedziłem Centrum Handlowe Renoma. Nie lubię chodzić po tego typu przybytkach, ale jak już się napatoczyła, no to zajrzałem. Bez zbędnych ceregieli udałem się na najwyższe piętro by zobaczyć czym dysponuje tamtejszy Empik. Byłem ciekaw czy już dotarła najnowsza płyta Black Sabbath, lecz na półkach jej nie uświadczyłem, choć to dzień premiery. Udałem się do działu z muzyką zagraniczną i przewertowałem płytę po płycie, a nuż coś się trafi. Kiedy już traciłem nadzieję, w końcu pojawiło się coś przy czym me serce żywiej zabiło. Pierwszą zdobyczą była koncertówka The Mission "God's Own Medicine - London Shepard's Bush Empire 2008". Była to jedyna rzecz The Mission jaką znalazłem na półce, ale za to w dwóch egzemplarzach. Traf chciał, że akurat tego albumu nie miałem. Jako wielki entuzjasta grupy, musiałem posiąść ów krążek. Gdy już kończyłem wertować płyty, dojrzałem jeszcze "Nosferatu" XIII Stoleti, w oszałamiającej cenie 9,99zł. I jak tu nie kupić? Stojąc przy kasie pomyślałem sobie, że zapewne owe płyty stały tu od zarania dziejów i pies z kulawą nogą się nimi nie zainteresował. Trzeba było przyjazdu takiego szaleńca jak ja, by w końcu zeszły ze sklepowego stanu.


Po zakupach, wędrówkach po rynku i okolicach, czas było pomału wracać do bazy noclegowej. Do koncertu zostały zaledwie dwie godziny. Występ miał zacząć się o 19:30, od supportu perkusjonalisty Davida Kuckhermanna. Czym prędzej wsiadłem w tramwaj i udałem się w podróż do Hali Stulecia. Sam obiekt przedstawia się niezwykle majestatycznie, tak z zewnątrz jak i od środka. Wprost idealne miejsce na koncert Dead Can Dance. Duet pojawił się na scenie o 20:30, przywitany gromkimi oklaskami. Misterium rozpoczął utwór Children Of The Sun, będący jednym z najjaśniejszych punktów płyty "Anastasis" (2012), którą to duet przyjechał promować w naszym kraju. Nie powinna więc dziwić dominacja tego albumu w rozpisce repertuarowej, choć znalazło się i miejsce dla utworów z przeszłości. Już pierwsze dźwięki zwracały uwagę perfekcją wykonania i wprowadziły słuchaczy w ten tajemniczy i jakże piękny świat. Z każdym kolejnym utworem narastała hipnotyzująca moc Dead Can Dance. Gra świateł na scenie potęgowała nastrój, a  muzyka przyciągała ucho, zmuszając do skupienia. Zamykając oczy, można było się przenieść w niezwykłe miejsca, tak dalekie od tego wszystkiego co wokół nas. Każdy kto zetknął się kiedyś z muzyką Dead Can Dance wie, że to najtańsze wycieczki w najprzeróżniejsze zakątki świata. Tak też było i tego wieczoru. 


Repertuar zaprezentowany we Wrocławiu niemal pokrywał się z tym zaprezentowanym na płycie "In Concert" (2013). Brendan jak i Lisa w wyśmienitej formie wokalnej, czarowali zgromadzoną publiczność. Co jakiś czas Brendan dziękował za oklaski, bądź opowiadał o fabule utworu. Lisa w tym względzie wykazywała dalece posuniętą powściągliwość. Zacząłem nawet podejrzewać, że jest w nie najlepszym humorze. Na szczęście jak się później okazało moje przypuszczenia były błędne. Nie da się ukryć, że najbardziej entuzjastycznie, publiczność reagowała na utwory ze starszych płyt Dead Can Dance. Gdy tylko zabrzmiały Black Sun z albumu Aion (1990) czy Cantara z fenomenalnego "Within The Realm Of Dying Sun" (1987) rozległy się oklaski, tak jak i przy The Host Of Seraphim z The Serpent's Egg (1988). Artyści przypomnieli też po jednym nagraniu z płyt "Spiritchaser" (1996) - Nierika, "Into The Labyrinth" (1993) - The Ubiquitous Mr. Lovegrove oraz dwa utwory z płyty koncertowej "Toward The Within" (1994) - Rakim i Sanvean. Niby niewiele, ale w końcu była to trasa promująca najnowsze dzieło "Anastasis", które doskonale sprawdziło się w warunkach koncertowych. Pięknie wypadło zwłaszcza nagranie Opium, pełne majestatu i dostojeństwa. Co tu dużo mówić, kolejny klasyk tego zespołu. Jedyne czego żałowałem to tego, że nie przypomnieli utworu Persephone (The Gathering Of Flowers), który to zamykał album "Within The Realm Of Dying Sun". Rekompensatą okazały się utwory wykonane na bis, wśród których znalazły się kompozycje z projektu This Mortal Coil oraz wieńczący występ Return Of She-King. Schodząc ze sceny artyści podziękowali publiczności oklaskami, a Lisa posłała nawet kilka całusów. Znaczy, podobało jej się.

Wspaniale było zobaczyć ten legendarny duet, który wskrzesza dawną magię i udowadnia, że czas się ich nie ima. Po tylu latach, wciąż w wyśmienitej formie wokalnej jak i instrumentalnej. Ich powrót na scenę to jedna z najlepszych informacji dla świata muzyki. Jeżeli będziecie mieli okazję obejrzeć ich występ, to nie zastanawiajcie się za długo. Takich emocji nie zaoferuje wam ani festiwal w Sopocie, ani tym bardziej rodzima fonografia. Takich zespołów jak Dead Can Dance po prostu u nas nie ma.


Jakub "Negative" Karczyński


LISTA UTWORÓW Z WROCŁAWIA:

Children Of The Sun
Agape
Rakim
Kiko
Amnesia
Sanvean
Black Sun
Nerika
Opium
The Host Of Seraphim
Ime Prezakias
Cantara
All In Good Time

Bisy:
The Ubiquitous Mr. Lovegrove
Dreams Made Flesh (cover This Mortal Coil)
Song To The Siren (cover Tim Buckley)
Return Of The She-King 

8 czerwca 2013

WILCZE ECHA


Już w najbliższy wtorek we Wrocławiu zagra Dead Can Dance. Bilet na ten koncert leży już u mnie od lutego i tylko czeka na swoją chwilę. Czy się cieszę? I to jeszcze jak. Zobaczyć ten duet na żywo to musi być dopiero niezwykłe przeżycie. Mam nadzieję, że emocji nie zabraknie i w przeciwieństwie do płyty "In Concert" (2013), będzie czuć tam prawdziwie koncertową atmosferę. Poza tym zobaczę się z moim dawno nie widzianym znajomym i postaram się zajrzeć do wrocławskich sklepów płytowych by wybadać czym dysponują. Tak już mam, że ilekroć odwiedzam inne miasta, to staram się zwiedzić sklepy z płytami. Myślę, że nie jestem w tym odosobniony. Dokładnie na tą samą przypadłość "cierpi" Marek Niedźwiecki. On gdy tylko gdzieś wyrusza, wraca z całymi walizkami płyt. Tylko pozazdrościć, ale z drugiej strony gdzie to wszystko pomieścić? Czytam sobie właśnie "Listę Przebojów Trójki 1994 - 2006" i nie mogę wyjść z podziwu. Jak można zapamiętać tyle szczegółów z własnego życia? Wyjazdy, koncert, płyty, wywiady i setki innych wydarzeń. Pamięć Marka Niedźwieckiego jest chyba nieograniczona. Jedynym wytłumaczeniem jest regularne prowadzenie pamiętnika, ale nie mam pewności czy Niedźwiedź takowy posiada. Polecam przeczytać. Lektura niezwykle ciekawa, choć lata 90 to nie jest moja ulubiona dekada muzyczna. 

Wróciłem ostatnio do muzyki Roberta Gawlińskiego. Właściwie załapałem kolejna fazę i słucham nie tylko solowych płyt Roberta, ale i tego co stworzył z Wilkami. Żal, że ich ostatnia płyta przeszła bez echa, bo to naprawdę świetny materiał. Wręcz wymarzony dla fanów wielbiących ich debiut z początku lat 90. Właśnie wydają drugiego singla, ale jeśli przepadła taka piosenka jak "Czystego serca" to pewnie i kolejny utwór pójdzie w te ślady. Obym się mylił, bo nie lubię gdy takie albumy nie odnoszą sukcesów. Utwierdza to tylko artystę w przekonaniu, że nie warto się starać. Lepiej nagrać "Baśkę 2", która zostanie zarżnięta w RMF-ach i Zetkach, niż trudniejszy w odbiorze album jakim jest "Światło i mrok" (2012). Szkoda, że nawet słuchacze Trójki, nie poznali się na tej płycie. Pierwszy singiel błąkał się gdzieś w dolnych rejonach listy przebojów. Niemniej, mam nadzieję, że wilcze pazury wciąż pozostaną ostre, a kły niechaj kąsają jak najboleśniej. Najlepiej tych, którym poskąpiono dobrego gustu muzycznego, przez co skazani jesteśmy słuchać w radioodbiornikach twórców pokroju Justina Biebera, Rihanny i One Direction.
  
Jakub "Negative" Karczyński

2 czerwca 2013

FIELDS OF THE NEPHILIM - SZLAK GŁÓWNY I POBOCZA - część I


Stevenage (Anglia). To tutaj rozpoczęła się historia grupy Fields Of The Nephilim, która wyruszyła w podróż do upragnionego raju – Elizium. Pięciu śmiałków, w skórzanych kurtkach i płaszczach, wyposażonych w strzelby rzucili wyzwanie światu. Był rok 1984. To wtedy podczas próby głosu w radiu Ronald Regan powiedział: Rodacy, miło mi oznajmić, iż podpisałem ustawę na zawsze delegalizującą Związek Radziecki. Za pięć minut rozpoczynamy bombardowanie. Niemniej prawdziwa apokalipsa miła dopiero nadejść, wraz z ponurymi dźwiękami Fields Of The Nephilim. 

Swoją wyprawę rozpoczęli od wydania EP-ki „Burning Fields” (1985), ale dopiero debiutanckim albumem „Dawnrazor” (1987) nakreślili pełnowymiarową wizję swej muzyki. Inspiracje czerpali ze spaghetti westernów, mitologii, okultyzmu oraz gnozy tworząc tym samym nową jakość w muzyce. Ich debiut zwrócił uwagę prasy muzycznej, tak jak i ich koncerty pełne tajemniczej atmosfery, kłębów dymu oraz magii. I choć do pełnego rozwinięcia swego stylu potrzebowali jeszcze kilku lat, to już debiutem narobili sporego zamieszania, stając się wzorem dla rzeszy innych kapel chcących podążać ich śladami. Fields Of The Nephilim postanowili jednak pójść krok dalej, poszerzyć granice mrocznego grania. Płytą „The Nephilim” (1988) odeszli już od westernowej konwencji i podążyli w rejony przepełnione mrokiem i melancholią. Posiłkując się fragmentami z filmu „Imię Róży”, stworzyli album nad wyraz spójny i przemyślany w najdrobniejszym elemencie. Nic dziwnego, że wielu sympatyków uważa ten krążek za szczytowe osiągnięcie zespołu. I kiedy wydawało się, że już nic więcej w tym temacie nie da się powiedzieć, Fields Of The Nephilim pokazało nam drogę do „Elizium” (1990). Tak klimatycznego albumu, o posmaku konwencji rocka progresywnego, chyba nikt się po nich nie spodziewał. Tym albumem osiągnęli swe opus magnum. Nie da się ukryć, że tak jak oni, nie grał w tym czasie nikt. Nie dało się pomylić ich, z żadnym innym zespołem. Żal więc, że był to ich łabędzi śpiew. Zespół po nagraniu „Elizium” właściwie przestał istnieć. Tym samym dotarliśmy do istoty tego wpisu. Przemierzywszy główny szlak działalności zespołu, udamy się teraz na pobocza, czyli przyjrzymy się jak rozwijała się kariera muzyków do niedawna skupionych pod szyldem Fields Of The Nephilim.


Po rozpadzie, w wyniku którego zespół podzielił się na dwa obozy – (1) osamotniony wokalista Carl McCoy oraz (2) pozostali muzycy FOTN [Peter Yates, Paul Wright, Tony Pettitt oraz Nod Wright] – najszybciej zreorganizowali się właśnie ci drudzy. Miejsce McCoya zajął Andy Delany i w takim składzie zadebiutował zespół Rubicon. Wydając „What Starts, Ends” (1992) udowodnili, że drzemie w nich jeszcze potencjał, który potrafią odpowiednio przełożyć na język dźwięków. Mimo że muzyka jaka zaproponowali obdarta była z gotyckich naleciałości i bliżej jej było do tradycyjnego rocka, to nadal wyczuwało się w niej ten specyficzny nastrój, niepokój i mrok. Po tak znakomitym albumie, oczekiwania względem następcy były zapewne wyśrubowane. Pojawił się on po trzech latach oczekiwania i przyniósł muzykę na tyle przeciętną, że aż nie ma czego komplementować. Jakby zabrakło pomysłu, a przede wszystkim dobrych melodii. Nie za bardzo wiadomo co stało się przez te trzy lata, ale albumem "Room 101" (1995) przypieczętowali swój los. Rubicon poszedł w rozsypkę. 

Po sześciu latach, zreorganizował się także Carl McCoy, który pod szyldem The Nephilim [Carl McCoy, Paul Miles, Cian Houchin, Simon Rippin] wydał zaskakująco ciężki album "Zoon" (1996). Bliżej było mu do mrocznej muzyki metalowej, niż do gotyckiego rocka, co nie wszystkich ucieszyło. Także dziś można zauważyć skrajne recenzje tego albumu. Jedni wynoszą go pod niebiosa, inni nie pozostawiają na nim suchej nitki. Jakkolwiek by go nie oceniać, warto się w niego zaopatrzyć, choćby tylko dla utworu Shine

Po trzech latach, dwoje z członków The Nephilim [Paul Miles, Simon Rippin] powołało do życia zespół Sensorium, gdzie obowiązki wokalisty pełnił Peter White. Wydali oni jeden album "Jahazralah" (1999), na którym gościnnie pojawił się także Carl McCoy. Muzyka zawarta na albumie to stylistyka gotyckiego rocka, jakiej w przyszłości hołdować będzie NFD.
cdn.

Jakub "Negative" Karczyński