30 grudnia 2012

W STARYM ROKU STARY ROCK


Święta, święta i po świętach jak to mówią. Czas obżarstwa i słodkiego lenistwa już definitywnie za nami. Co najwyżej, możemy jedynie tęsknie spojrzeć na prezenty, jakie otrzymaliśmy od bliskich/Św. Mikołaja (opcja do wyboru). Ja w tym roku, postanowiłem się zabezpieczyć, na wypadek gdyby okazało się, że pod choinką nie znajdzie się miejsca dla żadnej płyty. Wysłany list ze spisem pożądanych albumów, nie dawał przecież gwarancji spełnienia. Nie pozostało zatem nic innego, jak zatroszczyć się o siebie samego i umilić sobie ten świąteczny czas. Na czas świąt odstawiłem na chwilę muzykę mroku i powróciłem do starego rocka progresywnego. Będąc w odpowiednim klimacie, wybrałem się na zakupy. Postanowienie było jedno. Odpuszczam sieciówki, na rzecz małych sklepów płytowych. W jednym z nich, po blisko dwudziestu minutach oglądania, wytypowałem trzy potencjalne ofiary - Eloy "Silent Cries And Mighty Echoes", Barclay James Harvest "Everyone Is Everybody Else" oraz Renaissance "Turn Of The Cards". Jako że przed świętami trzeba zważać na budżet, to postanowiłem dysponować nim w granicach rozsądku. Po negocjacjach cenowych ostatecznie nabyłem Renaissance oraz gazetę branżową. W domu czekała jeszcze świeżutka płyta Strawbs "From The Witchwood", więc póki co powinno wystarczyć.

Na szczęście Święty Mikołaj w tym roku okazał się wyjątkowo łaskawy i wśród mnóstwa wspaniałych prezentów wręczył mi aż dwie płyty - Depeche Mode "Songs Of Faith And Devotion" oraz Kings Of Leon "Because Of The Times". Widać musiałem być wyjątkowo grzeczny. Mam nadzieję, że i wy jesteście zadowoleni nie tylko z prezentów, ale i z czasu spędzonego w gronie rodziny. Takie święta mamy raz do roku, więc trzeba z nich korzystać ile wlezie. Następne wszakże dopiero za dwanaście miesięcy.

Jakub "Negative" Karczyński

PS Dziś polecam zajrzeć na stronę Tomasza Sętowskiego. Ten uzdolniony artysta tworzy naprawdę piękne rzeczy, jak choćby obraz zamieszczony powyżej. Po więcej wrażeń odsyłam pod następujący adres:


Cieszcie oko i duszę.

PS2 Przyjemności w Nowym Roku!

23 grudnia 2012

ŻYCZENIA, PREZENTY I ŚNIEG


Z okazji zbliżających się świąt, pragnę złożyć najlepsze życzenia wszystkim czytelnikom tego bloga. Niechaj ten czas upłynie nam w miłej, rodzinnej atmosferze, wypełnionej nie tylko pięknymi prezentami, ale i wzajemną życzliwością. Taki czas zdarza się raz w roku, więc cieszmy się tym co piękne. 

PS W ramach prezentu ofiarowuję Wam świąteczny utwór "White Christmas" w wykonaniu Wayne'a Hussey'a z The Mission. 

Do posłuchania:
https://soundcloud.com/waynehussey/white-christmas

Do pobrania:
http://www.mediafire.com/?dff5fdpo0wuu8oc

Pozdrawiam świątecznie

Jakub "Negative" Karczyński

22 grudnia 2012

ZAGŁADA, KTÓREJ NIE BYŁO

 „W dzień końca świata
Pszczoła krąży nad kwiatem nasturcji,
Rybak naprawia błyszczącą sieć.
Skaczą w morzu wesołe delfiny,
Młode wróble czepiają się rynny
I wąż ma złotą skórę, jak powinien mieć.
W dzień końca świata
Kobiety idą polem pod parasolkami,
Pijak zasypia na brzegu trawnika,
Nawołują na ulicy sprzedawcy warzywa
I łódka z żółtym żaglem do wyspy podpływa,
Dźwięk skrzypiec w powietrzu trwa
I noc gwiaździstą odmyka.

A którzy czekali błyskawic i gromów,
Są zawiedzeni.
A którzy czekali znaków i archanielskich trąb,
Nie wierzą, że staje się już.
Dopóki słońce i księżyc są w górze,
Dopóki trzmiel nawiedza różę,
Dopóki dzieci różowe się rodzą,
Nikt nie wierzy, że staje się już.

Tylko siwy staruszek, który byłby prorokiem,
Ale nie jest prorokiem, bo ma inne zajęcie,
Powiada przewiązując pomidory:
Innego końca świata nie będzie,
Innego końca świata nie będzie.”


Czesław Miłosz


Kalendarz w moim komputerze pokazuje datę 22 grudnia 2012 roku. Przeżyliśmy zatem koniec świata wieszczony przez Majów i jest dokładnie tak jak pisał Czesław Miłosz w powyższym wierszu. Nawet jeśli nie nastąpił koniec świata w skali makro, to zapewne nie brakowało takich końców w skali mikro. Tragedie zdarzają się przecież codziennie. 

Gdy spoglądam na ową datę, wracam myślami do dnia 22 grudnia 2001 roku, gdy odchodził od nas Grzegorz Ciechowski. Cofam się w czasie do 24 grudnia 1999 roku, gdy Tomasz Beksiński przechodził do lepszego świata. I choć o Beksińskim usłyszałem dopiero kilka lat po jego śmierci, to audycje, felietony i muzyka jakie dane mi było poznać w trybie zaocznym, sprawiły, że mój świat zmienił się raz na zawsze. Jak wielki wpływ miał Tomasz Beksiński na wielu z nas, niech świadczy fakt, że zapewne nie jestem jedynym, który trzynaście lat po jego śmierci, wciąż wraca do jego audycji oraz muzyki. Na dwa dni przed kolejną, smutną rocznicą, wyciągam ze swojej płytoteki albumy grup Yes, Wishbone Ash, Renaissance, Eloy, Earth And Fire czy choćby Black Sabbath, którego płytę "Sabbath Bloody Sabbath", katowałem wczoraj niemiłosiernie. Pięknie się tego wszystkiego słucha, lecz najbardziej doskwiera brak głosu przewodnika Beksińskiego, który o muzyce opowiadał jak nikt inny. 

Jakub "Negative" Karczyński 

PS Do zilustrowania tego wpisu posłużył mi obraz "Zagłada Sodomy", autorem, którego jest francuski malarz Jean-Baptiste Camille Corot. 

13 grudnia 2012

ROK 2012 NA FINISZU

 
Rok 2012 nieubłaganie zbliża się do końca. Czas zatem przejrzeć półki z płytami i wytypować albumy, które zrobiły na mnie największe wrażenie. Nie brakowało naprawdę pięknych płyt, ale i pojawiło się kilka rozczarowań, które zaserwowały nam znane i uznane marki. Jest jeszcze chwila czasu by dać szansę kilku albumom, które nie zaskarbiły sobie mych względów, jak i tych potraktowanych nieco po macoszemu. Póki co zamieszczam listę albumów, które w przeciągu roku udało mi się przesłuchać. Oczywiście wybrałem tylko te płyty, które tematycznie pasują do koncepcji tego bloga.

ALBUMY Z 2012 ROKU:

Arcana "Bright As A Thousand Suns"
The 69 Eyes "X"
Lacrimosa "Revolution"
Clan Of Xymox "Kindred Spirits" (cover album)
Wilki "Światło i mrok"
The Cuts "Zimne słońce"
The Gathering "Disclosure"
Soulsavers "The Light The Dead See"
Killing Joke "MMXII"
The Cult "Choice Of Weapon"
The Stranglers "Giants"
The Eden House "Timeflows" (mini album)
Anathema "Weather Systems"
Ultravox "Brilliant"
Dead Can Dance "Anastasis"
Tiamat "The Scarred People"
Variete "Bydgoszcz" (reedycja)
Siekiera "Nowa Aleksandria" (reedycja)
Klaus Mit Foch "Mordoplan" (reedycja)

Jakub "Negative" Karczyński

5 grudnia 2012

LITERATURA OD KUCHNI


Przed paroma dniami postanowiłem wybrać się do Księgarni Powszechnej, która zmuszona była zmienić swą lokalizację. Nie szedłem po nic konkretnego, chciałem zobaczyć jak też się urządzili w nowym miejscu. Dawna siedziba imponowała swym metrażem, na który składał się ogromny parter oraz nie mniejsze piętro. Parter jednak wydawał mi się zawsze bardziej klimatyczny i lepiej urządzony. Lubiłem tam przychodzić, choć z braku czasu zaglądałem do niej raczej sporadycznie. Gdy usłyszałem, że szykują się do przeprowadzki, trochę mnie to zasmuciło. Mimo to, postanowiłem się wybrać i wybadać nowe miejsce. Okazuje się, że jest chyba jeszcze lepsze niż stare. Jak widać, nie wszystkie zmiany muszą oznaczać zmianę na gorsze. Nowa siedziba na ulicy Szkolnej 5, na razie nie imponuje metrażem, ale jest naprawdę urządzona stylowo. Przebywając tam przez parę minut udało mi się zasłyszeć, że trwają przymiarki do zagospodarowania piwnicy, w której to także będą stały regały z książkami. Brzmi interesująco. Zobaczymy jednak jak będzie z realizacją tego planu.

Przeglądając regały z książkami natrafiłem na dział z wyprzedażami. Rzuciłem pobieżnie okiem, nie spodziewając się znaleźć niczego ciekawego. Tymczasem okazało się, że praktycznie za bezcen można było nabyć takie pozycje jak "Tajemniczy kamień" Bogdana Świecimskiego oraz "Wyznania grabarza" Zbigniewa Włodzimierza Fronczeka. Pierwsza z nich to zbór opowiadań, wypełniony historiami z nieoczywistymi i zaskakującymi puentami. Czyżby coś na kształt Rolanda Topora? Zaintrygowany tym skojarzeniem przeczytałem na miejscu jedno z opowiadań by przekonać się o jego słuszności. Jak sądzę niewiele się pomyliłem, ale wyrok wydam dopiero po jej przeczytaniu. 

Druga z książek to z kolei pozycja dla lubujących się w opowieściach, w których metafizyka miesza się z historią, a czasem ze zwykłym bajaniem. Dowiedzieć można się z niej kim był Henry Wokulski, który zainspirował Bolesława Prusa do osadzenia go na łamach "Lalki", kto stanowił pierwowzór bohaterki "Siłaczki" z opowiadania Stefana Żeromskiego, a także zagłębić się wiele innych interesujących opowieści o podłożu historyczno-literackim. Znajdziemy tu także historie o widmowych pociągach i zjawach, o których to pisał Stefan Grabiński. Nic tylko czytać i upajać się tymi niesamowitymi opowieściami. 


Jeżeli już przy metafizyce jesteśmy, to wypada mi nadmienić, że dzień wcześniej nabyłem piękne wydanie Edgara Allana Poe. Jedna z księgarń postanowiła przecenić ten tytuł o 50%, więc nie było się specjalnie nad czym zastanawiać. Radość ogromna, bo tak okazałego zbioru prozy Poego, jeszcze w swej kolekcji nie miałem. Co prawda, jakiś czas temu, ukazało się wydanie uzupełnione pięknymi rycinami, ale grubość tej pozycji nie wpływa zbyt korzystnie na komfort czytania. 

Ostatnią z zakupionych w tym miesiącu pozycji, była książka "Gugara" Andrzeja Dybczaka. Zaintrygowała mnie tematyka tego reportażu, który to skupia się na osadnikach zamieszkujących obszary Syberii. Ich życie z pozoru tak zwyczajne i nieciekawe, dla osób zmęczonych wielkomiejskim hałasem, wydaje się czymś pięknym i nieosiągalnym. Czym zajmują się ci osadnicy, jak wygląda ich życie i czy brezentowy namiot jest w stanie ochronić przed syberyjskimi mrozami? Jeżeli jesteście ciekawi odpowiedzi, sięgniecie po ten reportaż by skonfrontować własne wyobrażenia z faktami. 

Jakub "Negative" Karczyński

PS Jeżeli chodzi o zdobycze płytowe, to aktualnie skupiam się na przerabianiu płyt The Church "Remote Luxury" (1984), Tiamat "The Scarred People" (2012), Peter Murphy "Should The World Fail To Fall Apart" (1986) oraz Love Like Blood "Flags Of Revolution" (1990). Po zapoznaniu się z ich zawartością podzielę się wrażeniami na blogu.
 

3 grudnia 2012

NOWY CAVE JUŻ W LUTYM

Nick Cave And The Bad Seeds po pięciu latach (jakie minęły od wydania płyty "Dig, Lazarus, Dig!!!) powracają z nowym albumem. "Push The Sky Away" ukaże się 18 lutego 2013 roku i jest promowany singlem We No Who U R (w wersji cyfrowej dostępny od 3 grudnia). Płyta nagrywana była w La Fabrique, w Saint-Rémy-de-Provence, we Francji. Produkcją zajął się Nick Launay (współpracował z Cave'em przy płytach "Nocturama", "Abattoir Blues/The Lyre of Orpheus", "Dig, Lazarus, Dig!!!" i dwóch albumach Grindermana). Spis utworów poniżej. Płyta ukaże się na CD, na winylu, w wersji cyfrowej, jako CD/DVD i w wersji super deluxe.

1. We No Who U R  
2. Wide Lovely Eyes
3. Water's Edge  
4. Jubilee Street  
5. Mermaids
6. We Real Cool
7. Finishing Jubilee Street  
8. Higgs Boson Blues  
9. Push the Sky Away

źródło: terazrock.pl

28 listopada 2012

THE 69 EYES "X" (2012)


Sięgając po najnowszy album grupy The 69 Eyes, nie miałem specjalnych oczekiwań, ani tym bardziej wymagań. Nie ukrywam, że znajomość z tą fińską grupą zakończyłem na płycie "Paris Kills" z 2002 roku. Późniejsza zmiana stylistyki oraz słabe recenzje prasowe, jakoś ostudziły mój zapał. Gdy pojawiły się pierwsze wzmianki o nowym krążku grupy, przyjąłem je bez specjalnego entuzjazmu. Mimo to, postanowiłem posłuchać i przekonać się, czy The 69 Eyes są w stanie jeszcze mnie oczarować.

Kilka pierwszych odsłuchów nie nastroiło mnie zbyt przychylnie, choć dwa utwory zapadły mi w pamięć. Pierwszym z nich był przebojowy "Black", który pięknie nawiązywał do najlepszych płyt tej grupy takich jak "Blessed Be" czy wspomniana już "Paris Kills". Wracałem do tego utwory tak często, że nawet moja żona zaczęła go podśpiewywać, choć nie gustuje ona w tego typu muzyce. Niemniej to, co przyciągało mnie najmocniej na tym albumie, to utwór numer 7, zatytułowany "Borderlands". To prawdziwa perła tej płyty. Ballada tak piękna, że ręce same składają się do oklasków. No i ten specyficzny klimat jak z westernów, który czaruje i uwodzi słuchacza. Nic dziwnego, że słuchając tych dwóch utworów naprzemiennie, zapomniałem o reszcie płyty. Na szczęście w porę przyszło opamiętanie. Nastawiłem album od początku, by po kilkukrotnym przesłuchaniu dojść do wniosku, że nie ma tu słabych utworów. Owszem, jedne podobają mi się bardziej, inne mniej, ale to wciąż bardzo wysoki poziom. Nie spodziewałem się, że The 69 Eyes nagrają tak przebojowy, tak spójny i tak uzależniający album. Gdybym dziś miał typować moje ulubione utwory z płyty "X", wybrałbym aż siedem z dziesięciu nagrań. Trudno bowiem pominąć tak kapitalne rzeczy jak "Love Runs Away", "Tonight", "If You Love Me The Morning After", "I Love The Darkness In You" czy "I'm Ready". Te rock & roll'owo - gotyckie utwory, powinny okupować stacje radiowe, a nie jakieś małe, zadymione kluby. Czasy jednak mamy takie, a nie inne, więc chyba musimy się z tym pogodzić. Niemniej w domowym zaciszu warto podkręcić regulator i pośpiewać z Jyrkim I love the darkness in you/ So dirty / So blue. 

Jeżeli jeszcze nie mieliście okazji posłuchać tej płyty, zróbcie to jak najszybciej. Kto wie, być może i na was rzuci ona swój urok. Czego jak czego, ale atutów tej płycie nie brak. Sprawdźcie, a przekonacie się, że tutaj nie ma miejsca na chłodne kalkulacje, tutaj rządzi autentyczny, gotycki rock & roll. Po takiej dawce wrażeń jaką zapewnił mi album "X", miejsce wśród najlepszych płyt roku 2012 ma zapewnione. 

Jakub "Negative" Karczyński

24 listopada 2012

JAK FENIKS Z POPIOŁÓW

Przed paroma dniami przegrzebałem półkę z kompaktami, aby wyłowić z niej tytuły, które nie zaskarbiły sobie serc fanów mrocznego grania. Powody bywały różne - a to zmiana stylistyki, bądź dopiero co kształtujący się styl, nie wpłynęły korzystnie na odbiór tych płyt. Poza tym chciałem odświeżyć sobie te albumy, do których wracam raczej sporadycznie. Kto wie, może teraz jakoś inaczej zagrają.

W odtwarzaczu wylądowały The Sisters Of Mercy "First And Last And Always", Fields Of The Nephilim "Dawnrazor", Xymox "Headclouds", "Metamorphosis" i "Phoenix" tychże ostatnich. Jeśli jeszcze "jedynka" Siostrzyczek i debiut Fieldsów mają jakieś poważanie, to wspomniane albumy Xymoxów mieszane są powszechnie z błotem. Czy słusznie? Jeśli przyłożymy do nich miarę zdjętą z pierwszych dwóch krążków Clan Of Xymox to zapewne tak. Jeżeli jednak posłuchamy tego bez zbędnego napinania się, to być może odkryjemy kilka perełek. 


Słuchając albumu "Headclouds" (1993), najbardziej do gustu przypadł mi przecudny Wild Is The Wind, który spokojnie mógłby być firmowany nazwą Clan Of Xymox. Choćby dla tego jednego utworu ociekającego melancholią i przemijaniem, warto mieć ten album. Zwracam także uwagę na nagrania Spiritual High, Headclouds, upiorne January - mające w sobie coś z utworu Pornography grupy The Cure oraz wspaniały finał w postaci Soul Free. Muszę przyznać, że słucha mi się tego albumu nad wyraz dobrze i nawet nie przeszkadza mi specjalnie jego bardziej dyskotekowa orientacja.

Niestety, trudno mi równie ciepło pisać o rok wcześniejszym "Metamorphosis", choć i tu znajdziemy ciekawe nagrania. Wyróżnia się na pewno Dream On, Tightrope Walker i ... nic więcej. Niestety, im głębiej w las, tym więcej spróchniałych drzew. Ta płyta to punkt kulminacyjny dyskotekowych ciągot Ronny'ego Mooringsa. Zapewne spodobałaby się ona miłośnikom drum & bass, niemniej nie za to cenimy sobie Clan Of Xymox. "Metamorphosis" to rzecz dla fanów, którzy muszą mieć wszystko co stworzyła ta holenderska formacja. Reszta może go sobie spokojnie odpuścić.

Najlepiej z całej  trójki prezentuje się album "Phoenix", wydany w 1991 roku. Następca genialnego "Twist Of Shadows" (1989), nie zyskał należnego mu uznania, choć w pełni na to zasługuje. Pomimo tego, album wart jest uwagi, gdyż zawiera kilka kapitalnych rzeczy. Już otwierający płytę utwór Phoenix Of My Heart kończący się przeróbką Wild Thing Rolling Stonesów to rzecz nad wyraz udana. Jakby tego było mało zaraz za tym dostajemy przecudnej urody At The End Of The Day oraz równie urocze The Shore Down Under i Mark The Days. Myślicie, że na tym można już zakończyć słuchanie? Absolutnie nie! Płytę trzeba przesłuchać od "deski do deski", bo tu nie ma słabych nagrań. Przegapić takie nagranie jak Crossing The Water to prawdziwa zbrodnia. Śmiem twierdzić, że album "Phoenix" tylko nieznacznie ustępuje swemu wielkiemu poprzednikowi.


W przypadku grupy The Sisters Of Mercy sprawa wygląda nieco inaczej. "First And Last And Always" to debiut, który dopiero wytyczał szlaki dla Sióstr. Pomimo że uważa się go za najgorszą płytę w dyskografii, to miejmy na względzie, że ów dorobek zamyka się w trzech długogrających albumach. Słowo najgorsza, również nie jest najszczęśliwsze, ponieważ niejedna grupa chciałaby mieć w swym dorobku takie utwory jak choćby Black Planet, First And Last And Always, Marian czy Some Kind Of Stranger. Te cztery lokomotywy ciągną właściwie resztę płyty, która niczym szczególnym już się nie wyróżnia. Wypada dość blado, zwłaszcza gdy zestawimy ją z płytami pokroju "Floodland" czy "Vision Thing". Lepsze czasy miały dopiero nadejść.

Na koniec zostawiłem sobie debiutancki album mistrzów mrocznego grania. "Dawnrazor" grupy Fields Of The Nephilim, bo o nim mowa, to niemal odwzorowanie drogi The Sisters Of Mercy. Tutaj także dopiero mamy zalążek stylu, który na kolejnych płytach osiągnie swą kulminację. "Dawnrazor" jest niczym ścieżka dźwiękowa do westernu, który nigdy nie powstał, a także swoisty hołd dla tego filmowego gatunku. To jedyny taki album w dorobku zespołu, więc tym bardziej warto docenić oryginalną koncepcję grupy. Trzeba go choćby posłuchać dla utworu Vet For The Insane, a najlepiej przerobić całość, bo to niezwykle równa i ciekawa płyta.

To tyle na dziś. Mam nadzieję, że zachęciłem kilku czytelników do ponownego wysłuchania tych albumów. Kto wie, może i wy spojrzycie inaczej na płyty, które wcześniej niespecjalnie lubiliście. Czasem wystarczą odpowiednie okoliczności, by muzyka nabrała odpowiedniego blasku. I to jest właśnie w niej najpiękniejsze.

Jakub "Negative" Karczyński
 

13 listopada 2012

BLOGOWE ZAPISKI


Od pierwszego wpisu na blogu upłynęło już prawie półtora roku. Niniejszy, jest już setnym opublikowanym postem. Przez ten czas, starałem się dość sukcesywnie i sumiennie zamieszczać wpisy. Blog w końcu nie może być miejsce martwym, on musi żyć. Bez regularności i pewnego poczucia obowiązku nie ma sensu zabierać się za jego prowadzenie. 

Wczorajszego wieczora, postanowiłem poszukać w sieci, jakiegoś ciekawego muzycznego bloga. Zadanie to niełatwe, bowiem jak się okazuje, bloga zakładają także ci, którzy nie mają nam nic do przekazania. Ich "wpisy" ograniczają się do zamieszczania zdjęć, linków i tym podobnych rzeczy. Nie dziwi mnie krótki żywot takich stron, bo ani to interesujące ani inspirujące. Prawie półgodzinne poszukiwania nie przyniosły spodziewanych efektów. Większość stron na które trafiłem, albo już nie funkcjonuje, albo nie potrafi przyciągnąć mnie do siebie swą zawartością. Mam nadzieję, że pewnego dnia trafię na bloga, który oczaruje mnie nie tylko merytorycznie, ale i wizualnie. Jeśli znacie jakieś ciekawe blogowe zakątki, to podzielcie się tym, gdzie spędzacie swój wolny czas. Moje propozycje pojawiać się będą w zakładce "moja lista blogów", w której to umieszczam te najlepsze.

Jeżeli chodzi o sprawy płytowe, to w końcu dotarły do mnie albumy Clan Of Xymox "Kindred Of Spirits" oraz Propaganda "A Secret Wish". W drodze jest też The Church "Remote Luxury", który udało mi się wylicytować za dość przyzwoite pieniądze. Do odsłuchania za to kolejka, że aż strach. Nowe Wilki, w końcu na miarę swych możliwości. Starym fanom powinny się spodobać nowe nagrania. Ciekawie przedstawia się także The Cuts z albumem "Zimne słońce". Muzycznie kapitalnie, tekstowo dobrze, choć co nieco bym zmienił. Mało w tym roku dobrych, polskich płyt więc cieszmy się tym co jest. Kto wie, może jeszcze coś ciekawego pojawi się przed końcem roku. Na to liczę, jako miłośnik dobrej, krajowej muzyki.

Jakub "Negative" Karczyński

7 listopada 2012

JESIEŃ W TAJEMNICZYM OGRODZIE


  "Wichrowe wzgórza" Emili Bronte już za mną, a klimat tej książki wciąż do mnie powraca. Ta jesienna aura, te deszczowe dni, no i ten wiatr tak przecież wszechobecny w tej powieści. Aby podtrzymać nastrój, postanowiłem zagłębić się w coś równie tajemniczego. Przypomniałem sobie, że w biblioteczce mego rodzinnego domu, spoczywa stary egzemplarz "Tajemniczego ogrodu" Frances Hodgson Burnett. Ozdobiony pięknymi grafikami, przykuwał mój wzrok od wielu lat, ale jakoś nie było okazji, aby zabrać się do jego przeczytania. Piękna ekranizacja Agnieszki Holland to niedościgniony wzór, do którego wracam z wielką przyjemnością. Szkoda, że tak rzadko pojawia się w telewizji. Czas więc zagłębić się w świat tajemniczego ogrodu i wyczytać rzeczy, które być może nie pomieściły się w filmie.

  Muzycznym dopełnieniem tego świata, uczyniłem najnowszą płytę grupy Arcana, która kontynuuje tradycje zapoczątkowane przez Dead Can Dance. "As Bright As A Thousand Suns", bo tak nazywa się ten album, swym tajemniczym klimatem doskonale wpisze się w nastrój książki. Przy okazji będę mógł w końcu bliżej zapoznać się z tą płytą, która czekała na swoją kolej bodaj od wakacji. Poza tym, to realny kandydat do podjęcia rękawicy rzuconej w tym roku przez Dead Can Dance. Nie wierzycie? Posłuchajcie.

Jakub "Negative" Karczyński

26 października 2012

MY NAME IS ... "SKYFALL"


Dziś światowa premiera nowych przygód agenta 007. Kto by przypuszczał, że najnowsze odsłony będą budziły takie emocje. Śmiem twierdzić, że to jedne z najlepszych części, a Daniel Craig spokojnie może mierzyć się z takimi legendami jak Sean Connery czy Roger Moore. Uczłowieczenie Bonda to strzał w dziesiątkę, bo ileż można oglądać filmy o człowieku, któremu wszystko się udaje i to bez specjalnego trudu. James Bond kreowany przez Craiga, to agent, który krwawi, ma zadyszkę a także rozterki wewnętrzne. Dla ortodoksyjnych fanów serii, to rzecz nie do pomyślenia. Ciekawi mnie, jak do tych zmian, odniósłby się największy fan agenta 007 - Tomek Beksiński. Niestety zdani jesteśmy już tylko na spekulacje. Miejmy jednak nadzieję, że i po tej drugiej stronie, bacznie śledzi się kolejne filmy z Jamesem Bondem. W przeciwnym wypadku, strach umierać.

Jakub "Negative" Karczyński


PS: Wieczorne plany? Smoking, Aston Martin i do kina na "Skyfall". 

PPS: Nowa piosenka w wykonaniu Adele ma w sobie elegancję i udanie nawiązuje do klasyków w rodzaju "Diamonds Are Forever". Brawo, brawo, brawo.

22 października 2012

ZŁE NASIONA WYDAJĄ PLON

Chociaż Nick Cave ostatnio był zajęty innymi projektami, znalazł w końcu czas dla The Bad Seeds. Australijczyk nie chciał zdradzić szczegółów, zapewnia jednak, że powstała kolejna płyta zespołu.


- Nagraliśmy nowy album Bad Seeds - przyznał wokalista w rozmowie z BC6. - Jestem bardzo podekscytowany, bo od dawna niczego nie robiliśmy. Wspólne nagrania były wielką przyjemnością.

Sesja odbyła się w Los Angeles, a efekty mamy poznać w przyszłym roku.

- Brzmi to inaczej niż wszystko, co do tej pory zrobiliśmy z Bad Seeds - dodał. - To naprawdę dobra rzecz i bardzo, bardzo piękna, choć nie jest to płyta z balladami. Daleka jednak od Grindermana i tym podobnych.

Ostatnio Nick Cave z Warren Ellisem pracowali przy soundtracku do filmu Johna Hillcoata "Gangster" ("Lawless"). Dorobek muzyków zamyka album "Grinderman 2" współtworzonego przez nich zespołu Grinderman z września 2010 roku.

źródło: Wirtualna Polska

13 października 2012

MAŁE DZIEŁA SZTUKI


Obudziłem się dziś wcześnie rano z pierwszymi objawami przeziębienia. Pomyślałem: "Nie jest dobrze". Nie zwlekając ani chwili, zaparzyłem sobie herbatę, co by jakoś rozruszać organizm. Do odtwarzacza wrzuciłem świeżo co otrzymaną płytę "Heaven Up Here" Echo And The Bunnymen i tak sobie trwam w tym stanie. Rzut oka na okładkę i już wiadomo, że płyta nie pochodzi z dzisiejszych czasów. Piękne zdjęcie czterech mężczyzn, stojących w ponury dzień nad brzegiem morza. Takie fotografie nie trafiają już na koperty albumów. W przeważającej większości są to jakieś bazgroły lub też komputerowe grafiki, które wołają o pomstę do nieba. Oczywiście są także chlubne wyjątki jak choćby ostatni album Anathemy, Dead Can Dance czy okładki Lacrimosy. Niemniej jeśli spojrzymy na płyty z kategorii popu, alternatywy nie mówiąc już o hip hopie, to naprawdę ciężko jest mi się czymś zachwycić. Brak tam jakiegokolwiek zamysłu, a przede wszystkim pomysłu na ciekawą oprawę graficzną. Wygląda to tak jakby wszystkie najlepsze pomysły zostały już wykorzystane. A może po prostu w dzisiejszych czasach nie warto się starać, bo i tak mało kto to doceni. Szkoda, bo dobra okładka nie tylko przyciąga wzrok, ale także wpływa na sam albumu. Dobrze dobrana grafika współgrająca z muzyką, tworzy pewną całość, dzięki czemu łatwiej wczuć się w klimat płyty. Aby nie być gołosłownym, postanowiłem wytypować piętnaście moich ulubionych okładek wśród płyt z muzyką o jakiej piszę na łamach "Czarnych słońc". Kolejność oczywiście nie ma tu żadnego znaczenia.

OKŁADKI - MÓJ TOP 15

- Joy Division "Closer" (1980)
- Bauhaus "The Sky's Gone Out" (1988)
- Peter Murphy "Ninth" (2011)
- The Mission "Carved In Sand" (1990)
- All About Eve "Scarlet And Other Stories" (1989)
- All About Eve "Touched By Jesus" (1991)
- In The Nursery "Blind Sound" (2011)
- Echo & The Bunnymen "Ocean Rain" (1984)
- Nightwish "Imaginaerum" (2011)
- Vangelis "The City" (1990)
- The Damned "Phantasmagoria" (1985)
- Clannad "Crann Ull" (1980)
- Kate Bush "Never For Ever" (1980)
- Dead Can Dance "Anastasis" (2012)
- Dead Can Dance "Within The Realm Of A Dying Sun" (1987)

Czekam także na wasze typy. Nie musi to być od razu piętnaście okładek, w zupełności wystarczą pięć lub trzy. Przejrzyjcie półki z płytami i wybierzcie swoje ukochane grafiki lub zdjęcia.

Jakub "Negative" Karczyński

6 października 2012

WHITE LIES "TO LOSE MY LIFE" (2009)


Nie, nie, nie! Obiecałem sobie, że w tej recenzji nie padnie nazwa Joy Division, że nie będę eksploatował wyświechtanych porównań, które przywołuje się za każdym razem, gdy tylko pojawia się grupa obierająca podobną stylistykę. Tak więc poniżej już nic o … No wiadomo o kim.

Grupę White Lies poznałem tuż przed wydaniem ich debiutanckiej płyty. Wszystko to za sprawą znajomego, który znając moje upodobania muzyczne nastawił mi ten krążek. Oczywiście była to wtedy jeszcze wersja wypalona na płycie CD-R. Niemniej pierwszy odsłuch podziałał na mnie na tyle, aby zapamiętać sobie tę nazwę i niecierpliwie czekać premiery.

Czy warto było więc czekać? Czy rozbudzone nadzieje nie okazały się nad wyrost? Odpowiedź nie budzi żadnych wątpliwości. Zdecydowanie TAK. „To Lose My Life” to rzecz na tyle równa i przebojowa, że wwierca się w mózg i pozostawia tam trwałe ślady. Pierwsze trzy utwory powalają niczym magnum 44 w rękach Brudnego Harry’ego. Po takiej serii możecie się już nie podnieść, a przecież to dopiero początek płyty. Czy później robi się mniej interesująco? A skądże. Ta płyta nie ma słabych momentów. Tu nie stosuje się wypełniaczy, nie mydli się słuchaczom oczu, ani nie wciska tandety. Oczywiście, nie twierdzę, że White Lies wytycza jakiś nowy kierunek, bo przecież wszystkie te elementy już wcześniej słyszeliśmy. Oni tylko pozestawiali klocki, ale za to z jakim wyczuciem. Mrok, taneczne podbicie, pulsujący bas, tnące gitary, no i wokal sprawiający, że mrówki przechodzą po plecach. To jednak nie wszystko. Wymienione elementy nie miały by racji bytu, gdyby nie bardzo dobre utwory – moimi faworytami są oczywiście Death, To Lose My Life oraz A Place To Hide. Jakiegokolwiek by numeru nie wytypować z tej płyty, to i tak doskonale poradziłby on sobie w roli singla. Mają chłopaki wyczucie i zmysł do komponowania. Mam nadzieję, że starczy im go jeszcze na kolejne płyty.         

Czy ktoś jeszcze ma wątpliwości czy, aby nabyć ten krążek? Osobiście polecam tę płytę na każdym kroku i nie zdarzyło się, aby na kimś nie zrobiła wrażenia. To właśnie jej wyrazistość, przebojowość i emocjonalność nie pozwala mi zapomnieć o White Lies.
Jakub „Negative” Karczyński

28 września 2012

THE CHURCH - KOŚCIELNA MELANCHOLIA


Od kilku dni przemierzam Internet wzdłuż i wszerz, celem upolowania kilku tytułów grupy The Church. Ta australijska formacja, zrobiła na mnie spore wrażenie kilka lat temu i po dziś dzień, chętnie wracam do jej nagrań. Płyta "Starfish" (1988), zasłyszana w pewnej audycji radiowej, okazała się na tyle dobrym wprowadzeniem, że kontynuacja tej podróży była więcej niż pewna. Musiało jednak upłynąć trochę czasu, nim zebrałem się w sobie i zacząłem szukać informacji o zespole oraz jego dyskografii. Do najmniejszych ona nie należy, bowiem to równo dwadzieścia albumów. Oczywiście nie nastawiam się na zdobycie wszystkich, bo to już zakrawa na szaleństwo. Skupiam się tylko na wybranych tytułach, szczególnie polecanych przez znawców i fanów. I tak na pierwszy ogień poszedł album "Priest=Aura" (1992), który już trafił w moje ręce. Wystarczyło posłuchać kilka razy, aby stwierdzić, że o takie granie chodziło. Płyta w doskonałym stanie cieszy nie tylko ucho, ale i oko. Kolejne przesyłki już w drodze, a w nich debiutancki "Of Skins And Heart" (1981) oraz "Gold Afternoon Fix" (1990). Szykuje się porcja niezwykłej muzyki, która tej jesieni zabrzmi wyjątkowo pięknie. 

I znów potwierdza się moja opinia, że najlepsze zespoły grające muzykę z lekką nutką melancholii to te, które zaczynały w latach 80. Grupy pokroju Gene Loves Jezebel, Echo & The Bunnymen czy wspomniany The Church, nawet w dzisiejszych czasach nie maja sobie równych. Jest coś magicznego w brzmieniu muzyki lat 80, czego nie da się dziś powtórzyć czy podrobić. Dlatego też nie pozbywajcie się starych edycji płyt, bowiem płyta płycie nie równa. Dowód? Wystarczy posłuchać pierwszej płyty Siouxsie & The Banshees, aby wyłapać różnicę między dwiema edycjami. Remaster brzmi surowo natomiast edycja pierwotna ma o wiele cieplejsze brzmienie. Niby niewiele, prawie tak samo, ale jak to mówią - prawie robi wielką różnicę.

Jakub "Negative" Karczyński

24 września 2012

CLANNAD - NIESPODZIEWANY POWRÓT


Clannad powraca! Legendarna irlandzka grupa powstała na początku lat 70-tych jako rodzinny zespół muzykujący w pubie należącym do Leo - ojca rodziny Brennan. W skład zespołu weszły dzieci Leo - Maire (Moya), Pol i Ciaran oraz ich wujowie Noel i Padraig Duggan. Na przełomie lat 70 i 80-tych zespół uzupełniała młodsza siostra Eithne (Enya) Brennan, ale słynna Enya po kilku latach wybrała karierę solową. Clannad to jedna z najsłynniejszych irlandzkich grup w historii, a ich brzmienie należy do najbardziej rozpoznawalnych. Światową popularność przyniosły zespołowi płyty "Magical Ring" (1983), "Legend" 1984 (muzyka do filmu/serialu "Robin z Sherwood", który był wielkim przebojem lat 80-tych również w Polsce) oraz "Macalla", na której Moya śpiewa m.in. duet z wokalistą U2 - Bono. Clannad i U2 przyjaźnią się od początku lat 80-tych, a Bono powiedział, że Moya Brennan ma jeden z najwspanialszych głosów jakie kiedykolwiek słyszało ludzkie ucho. Grupa sprzedała kilkanaście milionów płyt, a ostatnią pozycją w dyskografii jest "Landmarks" z 1998. Niebawem spodziewana jest nowa płyta zespołu, a zespół już wyruszył w kilkumiesięczna trasę koncertową po całym świecie - na pierwszy ogień poszła Ameryka Północna - 27 koncertów w Kanadzie i USA, a potem Australia, Nowa Zelandia i Japonia...

Clannad powraca w oryginalnym składzie:

Moya Brennan - śpiew i harfa
Ciarán Brennan - gitary, bas, instr. klawiszowe
Pádraig Duggan - gitary, śpiew
Noel Duggan - gitary, śpiew
Pól Brennan - gitary, flet, śpiew

Europejska trasa jest zapowiadana na styczeń i luty 2013. Możliwe terminy koncertów w Polsce to 8, 9 i 10 lutego 2013!

źródło: ArtRock.pl

18 września 2012

PRZESŁUCHANIE 07

Powracam dziś do kącika "Przesłuchanie", który to zaniedbałem ostatnimi czasy. Przypominam, że trafiają tu płyty, które aktualnie kręcą się w mym odtwarzaczu. Na pierwszy ogień idzie grupa ...

INTERPOL "INTERPOL" (2010)


Kiedy ukazywał się ten album, byłem zdruzgotany jego zawartością, tak jak większość recenzentów. Nikt bowiem nie spodziewał się po tej utalentowanej grupie, tak słabych nagrań. Obiecałem sobie, że jeśli ta płyta trafi na przecenę, to zakupię ją tylko po to, by uzupełnić kolekcję. Minęło trochę czasu, świat zdążył zapomnieć o czwartej płycie Interpolu i chyba również trochę o samym zespole. Brak zainteresowania albumem, wpłynął za to korzystnie na jego cenę. Zagraniczna edycja została bowiem przeceniona prawie o połowę. Długo się nie namyślając, nabyłem ową płytę, aby zmierzyć się z nią jeszcze raz. Po latach okazało się, że cierpliwość jednak została nagrodzona. Jakby za dotknięciem magicznej różdżki, cała otoczka nieprzystępności i znudzenia, rozpłynęła się niczym poranna mgła. W końcu do mych uszu zaczęły docierać intrygujące dźwięki, które ułożyły się w całkiem zgrabną płytę. Polecam wsłuchać się zwłaszcza w takie utwory jak "Success", "Summer Well", "Lights", "Try In On" czy zamykający całość "The Undoing". Nie da się ukryć, że to najtrudniejszy w odbiorze album w całej dyskografii Interpolu. Dla wielu zapewne nie do przejścia, jednak jeśli poświęcicie mu trochę uwagi, być może dotrzecie do serca tej płyty. Wystarczy odrobina wolnego czasu i dobrej woli.

ocena: 6,5/10

Jakub "Negative" Karczyński

11 września 2012

TIAMAT ODKRYWA KARTY


Karty w końcu zostały odkryte. Nowy krążek grupy Timat trafi do sprzedaży 2 listopada tego roku. Ujawniono już jego okładkę (zdjęcie powyżej). Album zatytułowany będzie tak jak wcześniej zapowiadano - "The Scarred People" i ukaże się w wersji CD, czarnego i złotego winyla oraz jako limitowany box set. Podstawową edycję wypełni jedenaście premierowych kompozycji, natomiast limitowany box rozszerzono o cztery dodatkowe nagrania.

EDYCJA PODSTAWOWA:

1.  The Scarred People 
2.  Winter Dawn  
3.  384 EKteis
4.  Radian tStar  
5.  The Sun Also Rises  
6.  Before Another Wilbury Die
7.  Love Terrorists  
8.  Messinian Letter  
9.  Thunder & Lightning  
10. Tiznit  
11. The Red Of The Morning Sun
EDYCJA LIMITOWANA:
01. The Scarred People
02. Winter Dawn
03. 384 - Kteis
04. Radiant Star
05. The Sun Also Rises
06. Before Another Wilbury Dies
07. Love Terrorists
08. Messinian Letter
09. Thunder & Lightning
10. Tiznit
11. Born To Die [bonus]
12. The Red Of The Morning Sun
13. Paradise [bonus]
14. Divided (Live) [bonus]
15. Cain (Live) [bonus]
Jakub "Negative" Karczyński
 

6 września 2012

MOST POŚRÓD ZŁOTEJ JESIENI


W powietrzu czuć już jesień. Letnie słońce grzeje mniej intensywnie, a wiatr hula między gałęziami drzew. Nie ukrywam, że nastaje jedna z moich ulubionych pór roku. Lubię zwłaszcza początek jesieni, gdy liście na drzewach przybierają fantastyczne kolory, a promienie słoneczne delikatnie ogrzewają ciało. W takim krajobrazie przyjemnie jest pospacerować, a także posłuchać muzyki. Trzeba już pomału zaopatrzyć się w herbaty wieloowocowe, które uprzyjemniać będą te zimniejsze, deszczowe dni. 

Warto także zastanowić się nad wyborem płyt, które będą dopełnieniem tego klimatu. W tym roku preludium do jesieni stanowić będzie płyta Alexandra Veljanova "The Sweet Life" (2001) oraz winyl Siouxsie And The Banshees "Once Upon A Time/ The Singles" (1981). Jak mniemam, zapewnią one mi mnóstwo wrażeń, a także będą dobrą wróżbą dla nadchodzących premier płytowych. Na dniach pojawi się nowa Lacrimosa, a za nią całe zastępy pięknej muzyki. Czekam już na nią z ogromną niecierpliwością i wypatruję jak dobrego przyjaciela niewidzianego od wielu lat.

Jakub "Negative" Karczyński

P.S. Obraz wykorzystany w tym wpisie to "Most pośród złotej jesieni", którego autorem jest Ryszard Tyszkiewicz. 
 

2 września 2012

MARTWI POTRAFIĄ BIEGAĆ

Od wydarzenia o którym zamierzam napisać, minęły już ponad dwa tygodnie, a ja wciąż nie mogę uwierzyć w swoje szczęście. Zazwyczaj nie biorę udziału w konkursach, choć nie powiem by był to mój pierwszy raz. Kilka razy zdarzyło mi się wygrać jakąś płytę, lecz zazwyczaj muzyka na niej zawarta nie satysfakcjonowała mnie w pełni. Tym razem impulsem pobudzającym do działania był album, który dopiero co miał swoją premierę. Informacja o jego ukazaniu zelektryzowała muzyczny świat, a bilety na koncert tej grupy w Polsce rozeszły się na pniu. 

 
Zacznijmy jednak od początku. Jako miłośnik radia, chętnie nastawiam uszu i wyławiam muzykę płynącą z radiowego eteru. Zazwyczaj nasłuchuję Programu Trzeciego Polskiego Radia, czyli popularnej Trójki. Tam to przez siedem dni w tygodniu rozdawana jest tzw. "płyta tygodnia". Postanowiłem spróbować swoich sił i zawalczyć o jej zdobycie. Nagroda była zresztą nie byle jaka, bowiem chodziło na nowy album grupy Dead Can Dance. Warunkiem wzięcia udziału w konkursie, było wysłanie wiadomości sms, na sygnał dany przez prezentera. Przygotowawszy sobie uprzednio treść tej wiadomości, czekałem na znak, niczym sprinter na wystrzał pistoletu. Zdawałem sobie sprawę, że w blokach startowych znajduje się zapewne setka takich jak ja, ale mimo to postanowiłem spróbować. Nagle głos prezentera dał komendę do startu, więc wyrwałem się z bloków startowych i posłałem lotem błyskawicy mego smsa. Zasiadłem przed odbiornikiem i słuchając jednego z utworów z tejże płyty, niecierpliwie oczekiwałem wyników. Szczęśliwców mogło być dwóch. Ni więcej ni mniej. Po wybrzmieniu utworu, prowadzący informuje, że nadeszło tyle esemesów, że musi wyłowić te dwa pierwsze zgłoszenia. Po tej informacji trochę mi entuzjazm przygasł, ale nadziei nie traciłem. Mija kolejny utwór, a głos spikera zaczyna wymieniać zwycięzców tego biegu. Pierwsza na metę wpada jakaś dziewczyna, a w chwilę po niej melduje się na niej Jakub z Poznania. Szok, niedowierzanie i radość. Euforia niemal tak wielka jakbym właśnie zdobył srebrny medal. Mazurka Dąbrowskiego co prawda mi nie zagrali, ale dźwięki zawarte na nowym albumie Dead Can Dance, wynagrodzą mi to w zupełności. 

Czy muszę pisać jak niecierpliwie wyglądałem przesyłki z Myśliwieckiej? Chyba nie. Codzienne wycieczki do skrzynki pocztowej trwały niemal dwa tygodnie, ale trud się w końcu opłacił. Zapewne wkrótce podzielę się muzycznymi wrażeniami z czytelnikami Czarnych słońc, tymczasem pozwólcie, że zatopię się w tych dźwiękach po same uszy.

Jakub "Negative" Karczyński