18 marca 2015

PO CO KOMU COVERY?

Po co nagrywa się covery? Nigdy się na tym jakoś głębiej nie zastanawiałem, ale przed kilkoma dniami, takie pytanie zakiełkowało w mojej głowie. Pierwszą i najprostszą odpowiedzią jest chęć złożenia hołdu wykonawcy, którego dorobek jest nam niezwykle bliski. Drugim powodem może być chęć zmierzenia się ze swym idolem i udowodnienie swej wartości jako artysta. Stworzenie pewnej wariacji na temat danego utworu, która bazując na starym dziele, tworzy nową jakość. Niestety są i zespoły czy wykonawcy, którzy pod pojęciem cover, rozumieją odegranie utworu w stosunku 1 do 1. Czemu to ma służyć, zupełnie nie wiem. Chyba tylko temu, żeby pokazać szerokiej publiczności, że potrafimy zagrać to i owo. Niestety bez wniesienia do utwory cząstki siebie, nie mamy co liczyć na to, że nasza interpretacja będzie cokolwiek znaczyć. Trzecim aspektem nagrywania coverów, może być chęć zwrócenia uwagi potencjalnego słuchacza na danego artystę i odkrycie jego twórczości przed niewtajemniczonymi. To zdecydowanie jedna z ciekawszych motywacji, bowiem niejednokrotnie służy ona propagowaniu wiedzy o artystach mniej znanych, którzy nie mieli tyle szczęścia, aby wbić się w świadomość masowego słuchacza. Czemu o tym piszę? Otóż w jednym z poprzednich wpisów dotyczącym debiutanckiej płyty Peter'a Murphy'ego, wspomniałem, że poza materiałem autorskim, zawierała ona także dwa covery. Jednym z nich było nagranie The Light Pours Out Of Me brytyjskiej, nowofalowej grupy Magazine. Jako że jestem dość ciekawskim i dociekliwym człowiekiem, postanowiłem zapoznać się z twórczością tej grupy, która do tej pory znana była mi wyłącznie z nazwy. Sięgnąłem w związku z tym po płytę "Real Life" (1978), aby przekonać się jak w oryginale brzmiało nagranie The Light Pours Out Of Me. I choć wykonanie Murphy'ego niewiele różni się od pierwotnej wersji utworu, to stanowiło doskonałe wprowadzenie do twórczości grupy Magazine. Gdyby nie ono, pewnie nigdy nie sięgnąłbym po ten album albo zrobiłbym to w o wiele późniejszym czasie. Na szczęście stało się inaczej, dzięki czemu od kilkunastu dni wracam do tych nagrań regularnie. Nie sądziłem, że także reszta płyty pochłonie mnie bez reszty. Słucham jej od deski do deski, tak dobry to album. I choć mam tu swoich faworytów, to nie ośmielam się używać przycisku SKIP w pilocie, bowiem takie płyty trzeba słuchać w całości. Wczuć się w ich klimat i zagłębić się w nie, niczym pułkownik Kurtz z "Czasu Apokalipsy" w samo jądro ciemności. Polecam samemu odbyć tę podróż. Kto wie gdzie Was ona doprowadzi i jak wpłynie ona na Wasze życie. Może przejdziecie obok niej obojętnie, a może wypali Wam w sercach swój znać, którego nie pozbędziecie się już do końca życia. Sprawdźcie.

Jakub Karczyński

4 marca 2015

ARTYSTYCZNA NIEZALEŻNOŚĆ

 
Co my, kolekcjonerzy płyt, zrobilibyśmy dziś bez Internetu? Gdzie byśmy zdobywali wszystkie te płyty wypuszczane przez małe wytwórnie, w niewielkich nakładach, z muzyką jakiej nie uświadczy się w popularnych stacjach radiowych? Pomimo wielkiej krzywdy jaką wyrządził Internet muzyce (mp3 - muzyczny fast food dla mas), ma on też swoje niewątpliwe zasługi. Gdyby nie on, zapewne nie wszedłbym w posiadanie najnowszego albumu grupy Handful Of Snowdrops, który to zespół sprzedaje poprzez swój profil na Facebooku. Jak się domyślacie nakład nie jest jakiś oszałamiający, więc tym bardziej warto się pospieszyć ze składaniem zamówień. Koszt zakupu płyty to jedyne 40 zł !!! (cena polskiego albumu) plus 20 zł za przesyłkę. Razem mamy 60 zł, ale to i tak przyzwoita kwota jeśli spojrzymy na ceny premier zagranicznych, które potrafią znokautować potencjalnego nabywcę ceną rzędu 70, a niekiedy i 80 złotych. Owszem, w czasach spadającej sprzedaży płyt, takie kwoty są po prostu niedorzecznością, ale chyba panowie z wielkich wytwórni płytowych jeszcze tego nie dostrzegli. Płyta wciąż stanowi towar luksusowy, a przecież powinna być dostępna dla każdego małolata, który żyje tą muzyką. Nie mają oni wielkich pieniędzy, bowiem jedyne czym dysponują to kieszonkowe otrzymywane od rodziców. Jak w takim wypadku mają oni kupić album ulubionego wykonawcy, gdy z półek straszą ceny 69.99 i tym podobne? Skoro nie może zrobić tego legalnie, zrobi to nielegalnie i nie zyska na tym ani wytwórnia, ani artysta. Nie wykształci się przez to kolejne pokolenie kolekcjonerów i zbieraczy, którzy będą utrzymywać rynek płytowy przy życiu. Wytwórnie płytowe strzelają sobie tym samym w kolano jeśli nie w krocze. Nie dziwię się, że artyści wolą nagrywać albumy i rozprowadzać je wśród swoich fanów bezpośrednio na koncertach czy też poprzez swoje strony internetowe. Po pierwsze, mają pełną wolność artystyczną, bliższy kontakt ze swymi fanami, no i sami mogą kształtować ceny. Oczywiście największą bolączką jest dystrybucja, która bez wsparcia wielkich wytworni,  wyklucza dotarcie towaru do stacjonarnych sklepów płytowych. Stąd też nakłady płyt rozprowadzane własnym sumptem, są raczej niewielkie, obliczone na wąskie grono najbardziej zagorzałych fanów. Nie ma co ukrywać, że zespół nie zarabia na tym wielkich pieniędzy, jeśli rzeczywiście jakieś zarabia. Kiepską kondycję na rynku płytowym, artyści starają się ratować licznymi koncertami, które jako jedyne są w stanie dać im godziwe pieniądze. Dlatego też nie ma się co dziwić, że bilety często kosztują po 200 zł i więcej, w zależności od rangi danego artysty i jego popularności. Jakoś trzeba zarobić na swoje utrzymanie. Artysta to przecież nie twórca charytatywny, który gra za beczkę piwa i miskę ryżu. Pamiętajcie o tym ilekroć będziecie narzekać na zbyt wysokie ceny biletów.

Jakub Karczyński