27 maja 2017

CITIZEN CAIN - SERPENTS IN CAMOUFLAGE (1992)

Abstrakcyjność okładki w pełni dorównuje tytułowi płyty. Czegóż my tu nie mamy? Anioł z obciętym korpusem, humanoidalny minotaur z tasakiem zamiast ręki, szkarady z najgorszych koszmarów sennych oraz motyle zjadane przez tytułowe węże. A wszystko to na tle jakże bajkowego pejzażu. Patrząc na całość chciałoby się posłużyć modnym powiedzeniem - grafik płakał jak projektował. No bo nic tu do siebie nie pasuje, a mimo to tworzy jakąś całość. Niekoniecznie spójną. Słowne wiązanki lub komplementy trzeba słać w kierunku wokalisty Scotta Cyrusa, bo to on jest autorem wszystkich okładek sygnowanych zarówno logiem Citizen Cain jak i albumów pod zmienioną nazwą - Xitizen Cain. Nawet jeśli uznamy, że walory estetyczne są łagodnie mówiąc dyskusyjne to zawartość muzyczna powinna zrekompensować te niedostatki zwłaszcza tym, którzy mienią się być fanami takich grup jak Genesis czy Marillion. Zwłaszcza tych wczesnych okresów, gdy w Genesis rządził Peter Gabriel, a w Marillion karty rozdawał Fish.

Ten szkocki zespół, powstały na początku lat osiemdziesiątych (1982), dość długo kazał czekać fanom na swój płytowy debiut. W międzyczasie zdążył się rozpaść i zreorganizować na nowo, ale wszystko to trwało długich dziesięć lat. Pozostawili co prawda po sobie zbiór piosenek ze wcześniejszego okresu - "Ghost Dance" (1984-1987), ale trudno to nazwać pełnoprawnym albumem. Debiutowali dopiero w 1992 roku, właśnie za sprawą "Serpents In Camouflage". Pomimo doskonałych recenzji, zespół nie był zadowolony ze swego dzieła, co po latach dość trudno zrozumieć. Wszakże "Serpents In Camouflage" jest dziełem na tyle pięknym, że bez wstydu można je postawić na półce tuż obok albumów czy to Genesis czy to Marillion. Może nie ma takiego potencjału komercyjnego jak choćby "Misplaced Childhood" (1985) Marillion, ale trudno nie docenić bardzo przemyślanej i spójnej koncepcji tej debiutanckiej płyty. A to, że czerpie ona pełnymi garściami z dorobku swych sławniejszych kolegów, w niczym nie umniejsza jej wartości. Bo co innego inspirować się, a co innego ślepo naśladować styl danej grupy. Citizen Cain wzięli co najlepsze z obu grup i stworzyli muzykę, która pomimo upływu tylu lat, wciąż doskonale się broni. Już choćby to świadczy o tym, że mamy do czynienia z dość nietuzinkowym albumem. Początek płyty brzmi nieco tak, jakbyśmy przez pomyłkę nastwili jakąś płytę grupy Eloy. Nie jest to bynajmniej zarzut, bo kompozycja Stab In The Back  wpada w ucho niemal momentalnie. Kosmiczne klawisze przepięknie malują pejzaże przed oczami i pozwalają odprężyć się po ciężkim dniu. Zapytam retorycznie. Czyż można wymarzyć sobie doskonalsze rozpoczęcie płyty? A to przecież dopiero pierwsze kroki jakie stawiamy wraz z tym albumem. Dalej wcale nie jest gorzej. Choćby w takim Liquid Kings, gdzie dla przełamiania otrzymujemy też mały wyciąg z twórczości Jethro Tull. Takie przynajmniej odnoszę wrażenie, gdy do głosu dochodzi flet, nieodzownie kojarzący się z twórczością tego zespołu. Wszystkie te nawiązania, to takie swoiste puszczenie oka do słuchaczy i zaproszenie ich do wspólnej zabawy. Wszakże lubimy te melodie, które już żeśmy raz słyszeli. Zapewnia to nie tylko świetną rozrywkę, ale i niweluje efekt znużenia, nieodzowny przy tak długich kompozycjach. Odnoszę również wrażenie, że album został z gruntu przemyślany i nic nie pozostawiono przypadkowi. Świadczy o tym choćby kolejność utworów, gdzie tak zwane "lokomotywy" czyli utwory ciągnące album, umieszczono na początku i na końcu płyty. Tym ostatnim akcentem jest kompozycja tytułowa, która pozostawia naprawdę świetne wrażenie. Czyżby zastosowano sprytną sztuczkę psychologiczną, zwaną efektem pierwszeństwa i efektem świeżości? Pierwsza sprowadza się do lepszego zapamiętywania przez nasz mózg tego co było na początku, druga tego co na końcu. Wróćmy jednak do kwestii muzycznych. Album "Serpents In Camouflage" nie należy do najłatwiejszych w odbiorze. Trzeba poświęcić mu kilka wieczorów by w pełni odkryć jego piękno. Zaręczam, że warto podjąć się tego wyzwania. Album trzyma bardzo równy poziom i pomimo bardzo długich, rozbudowanych kompozycji, nie przytłacza słuchacza swą zawartością. Co prawda najkrótsza kompozycja trwa tutaj ponad sześć minut, ale to chyba nic nowego w świecie art rocka. Różnorodność i wielobarwność tej muzyki zapewne przyniesie wiele wrażeń, tak początkującemu muzycznemu entuzjaście jak i już wyrobionemu słuchaczowi.

Trudno mi orzec jaka jest rozpoznawalność tej grupy w Polsce. Przypuszczam, że nie jest ona tak zupełnie anonimowa bowiem na początku lat dziewięćdziesiątych, zaprezentowano kilka nagrań z tej właśnie płyty w "Trójce pod księżycem". W tamtym czasie, z pewnością nie umknęło to uwadze co wrażliwszych słuchaczy. A jak to wygląda obecnie? Sądzę, że jej twórczość przykryła dość pokaźna warstwa kurzu i nawet jeśli kiedyś ekscytowano się jej nagraniami, to dziś popadły one w zapomnienie. Warto je odkurzyć do czego serdecznie zachęcam. Sięgnijcie i przekonajcie się sami dlaczego w swoim czasie dziennikarze określili ich muzykę mianem “Selling England for a Jester’s Tear!” Komentarz wydaje się zbędny.

Jakub Karczyński
 

12 maja 2017

PŁYTY GORSZEGO SORTU

Dziwny to kraj, w którym to w oficjalnym dniu premiery, nie można kupić płyty danego artysty. Czasami czuję się jakbyśmy mieszkali w Europie kategorii B. I chyba tak poniekąd traktowany jest nasz rynek. Przekonałem się o tym już wielokrotnie i nieco smuci mnie ten fakt, bo jak tu płyty mają się sprzedawać skoro nie ma ich na sklepowych półkach? Owszem, gdy tylko swój nowy album wypuści Beyonce, Rihanna czy inna postać popkulturowego świecznika to półki wręcz uginają się od płyt, a żeby było śmieszniej od ręki można kupić każdą wersję albumu jaka się nam zamarzy. Gorzej gdy jesteśmy fanami nieco mniej popularnej muzyki. I nie mam tu na myśli żadnych podziemnych zespołów, o których mało kto słyszał za wyjątkiem paru znajomych i rodzin ich twórców. Żeby nie być gołosłownym przytoczę historię znajomego, który chcąc kupić najnowszy album Procol Harum ganiał od sklepu do sklepu, aby usłyszeć, że albo nie ma wcale albo, że cały nakład już się rozszedł. Dla uściślenia dodajmy, że za cały nakład stanowił jeden egzemplarz! No po prostu szaleństwo. Rozumiem, że Procol Harum nie jest dziś zespołem, za płytami którego ludzie wystają w długich kolejkach, ale choćby przez wzgląd na dawną sławę, szacunek dla artystów i starych fanów, można by porządniej zaopatrzyć sklepy. 

Ze swojego podwórka dorzucę jeszcze moją próbę kupienia w Poznaniu (w dniu premiery rzecz jasna) nowego albumu Alphaville "Strange Attractor". Odwiedziłem w związku z tym kilka sklepów i w żadnym, absolutnie w żadnym nie było go na półce. Dopytałem jeszcze obsługę dla pewności, ale moje przypuszczenia okazały się niestety słuszne. Album trafił do sklepów kilka dni po przewidzianej premierze, ale to nie koniec perypetii. Wydawca płyty (Universal Music) na nasz kraj postanowił uszczęśliwić wszystkich fanów jedną jedyną jakże wspaniałą i efektowną edycją wypuszczonej w serii "zagraniczna płyta, polska cena". Chwała im za to, że chcą mi sprzedać zagraniczną płytę po niższej cenie, ale dlaczego musi odbywać się to kosztem okładki? Dla tych, którzy nie kojarzą o co chodzi dodam, że owa edycja "wzbogacona" jest o beznadziejną ramkę wdrukowaną na samym froncie płyty. Nie znam nikogo wśród kolekcjonerów płyt, kto kupowałby te edycje. Jeśli przypadkiem mój wpis przeczytałby ktoś z Universal Music to mam dla Was prośbę. Nie troszczcie się tak o mój portfel. Jestem w stanie zapłacić Wam nawet 20 zł więcej, abyście wydawali także wersje zagraniczne, a nie tylko "polską cenę". Naprawdę, kupię nawet i de luxe edition. Tylko proszę, przestańcie traktować Polaków jak obywateli gorszej kategorii, co to nie zasługują na to by posłuchać muzyki w takiej samej formie co obywatele Niemiec, Francji czy Wielkiej Brytanii. Nie mam nic przeciwko tej Waszej "polskiej cenie", ale niech nie będzie ona jedyną edycją, a jedną z wielu. Niech każdy ze słuchaczy sam zadecyduje ile pieniędzy chce wydać na płytę. Odnoszę wrażenie, że wydawanie w ten sposób muzyki to nie przypadek, a świadomy zabieg. Jakby ktoś podszepnął do ucha sztańską myśl, brzmiącą mniej więcej tak: "Wypchnijmy najpierw tę niesprzedającą się "polską cenę", a za parę miesięcy wrzucimy na rynek resztę". Nie wiem czy w ten sposób liczycie, że fani kupią album dwa razy, czy co? Jeśli tak, to chyba się nieco przeliczyliście. Osobiście postanowiłem nie kupować nowego albumu Alphaville w takiej formie w jakiej go udostępniliście polskiemu słuchaczowi. Wolę sprowadzić go sobie z Anglii za dużo większe pieniądze, niż kupić coś takiego, co wstyd postawić na półce. Zastanówcie się więc proszę czy Waszą misją jest sprzedaż muzyki czy wkurzanie klientów.

Jakub Karczyński