17 października 2017

ZAPOMNIANA ŚWIĘTA WOJNA

Tegoroczną jesień rozpocząłem od polowania na grubego zwierza. Nie był to zwykły dzik, jeleń czy sarna. To by było zbyt łatwe. Mnie marzyło sie ustrzelenie gatunku będącego dziś już na wymarciu. Album "Holy War"  (1992) łódzkiej grupy Blitzkrieg to niesłusznie zapomniana karta naszej rodzimej fonografii. Gdyby nie zaniedbano jego promocji być może dziś wymienialibyśmy go jednym tchem obok takich pereł polskiej fonografii jak debiutancki album Wilków czy "Nowej Aleksandrii" Siekiery. Tak różnobarwny, że aż trudno zamknać go tylko w jednej szufladzie stylistycznej. Sam zespół twierdził, że grają heavy new wave, cokolwiek miałoby to oznaczać. Ponoć szukali swojej własnej drogi, chcieli brzmieć tak jak żaden inny zespół. I chyba im się to udało, bo nawet dziś mam problem z zaklasyfikowaniem tej muzyki. Nie jest to ani typowy rock, ani gotyk czy też post punk. To mieszanka tego wszystkiego, a nawet wiecej, bo i nie brak tu też elementów charakterystycznych dla folku. To trochę tak jakby wrzucić do garnka zadziorność wczesnego U2, dodać chłód Bauhausu, wymieszać z szalenstwem Virgin Prunes i dosypać dla smaku The Psychedelic Furs czy Cassandra Complex. Sam zespół w kręgu swych inspiracji wskazywał na tak znamienite zespoły jak Killing Joke, Public Image Limited, Midnight Oil czy wspomniany już przeze mnie Bauhaus. Największym plusem albumu "Holy War" jest to, że pomimo tylu nawiązań, ma on swój własny styl. Nie sposób jednoznacznie powiedzieć, kto dla zespołu Blitzkrieg stanowił główną inspirację. Zdaję sobie sprawę, że rozsmakują się w tym daniu wyłącznie wielbiciele tego typu klimatów, ale i tak namawiam pozostałych na spróbowanie choćby jednego widelca, aby przekonać się jak intrygujaco brzmiała polska muzyka. Cieszę się, że po tylu latach poszukiwań wreszcie wpadł on w moje ręce. Co prawda trzeba liczyć się z dość sporym wydatkiem, ale trudno się temu dziwić jeśli weźmie się pod uwagę liczbę wytłoczonych kopii, brak wznowień oraz status albumu kultowego. "Holy War" to mocno zakurzone dzieło, które śmiało jednak można postawić na półce obok takich grup jak Siekiera, Aya Rl, Klaus Mittfoch, 1984, Made In Poland czy też przy debiutanckim albumie Wilków. Gwarantuję, że wstydu nie będzie.

Jakub Karczyński
 

15 października 2017

NIEUCHWYTNY ŁOWCA ANDROIDÓW

Chciałbym napisać, że jestem właśnie w trakcie słuchania nowej ścieżki dźwiękowej do filmu "Blade Runner 2049", ale niestety próżno jej szukać na sklepowych półkach. Chyba taka już tradycja bo jak wieść niesie, ścieżki dźwiękowej skomponowanej przez Vangelisa do filmu "Blade Runner" (1982) też nie można było nigdzie dostać. Trzeba było czekać, aż dwanaście lat posiłkując się bootlegami, nim stacjonarne odtwarzacze mogły skonsumować wspomniany soundtrack. Minęło tyle lat, a historia zdaje się zataczać koło. Widać tak musi być, choć gdy popatrzy się na liczbę ścieżek dźwiękowych, które okupują sklepowe półki, to pewien niesmak pozostaje. Co ciekawe w tak bezpardonowy sposób potraktowani zostali wyłącznie słuchacze korzystający z płyt bo ludzie hołdujący streamingowi, mogą cieszyć się tym soundtrackiem już od 5 października. Jakim cudem film, na który czekało tylu fanów, został pozbawionych fizycznego nośnika z muzyką skomponowaną przez Hansa Zimmera i Benjamina Wallfischa? Jakim cudem film, o którym tyle mówi się w radiu, prasie czy telewizji został potraktowany w tak nieelegancki sposób? To pytania na które nie potrafię znaleźć odpowiedzi. Owszem płyta CD odchodzi pomału do lamusa, ale przecież jeszcze nie umarła. Skoro ścieżka dźwiękowa do "La La Land" (jednego z poprzednich filmów w którym zagrał Ryan Gosling), wylewała się niemal z każdego sklepu, to dlaczego fani filmu "Blade Runner 2049" muszą obchodzić się smakiem? Nie wiem. Mam nadzieję, że to tylko kwestia czasu, aż ktoś naprawi to niedopatrzenie.

Co więc zatem mogą nabyć fani, poza biletem do kina? Na najpopularniejszym, krajowym portalu aukcyjnym możemy zakupić co najwyżej gadżety (plakaty, kubki, koszulki) z najnowszego Blade Runnera. Na zagraniczne portale też nie ma co liczyć. Niemniej to nie tak, że ścieżki dźwiękowej nie ma. W Stanach Zjednoczonych ktoś wystawia takowy egzemplarz, ale życzy sobie za to prawie siedemset złotych. Dziękuję bardzo, ale nie sądzę by owa muzyka była tak powalająca, aby warto było wydać na nią, aż tak horrendalną kwotę. Trudno, obejdę się smakiem. Być może ktoś kiedyś pójdzie po rozum do głowy i otworzy dla tej ścieżki dźwiękowej szerszy kanał dystrybucji. Nim to jednak nastąpi, wyjmę z pudełka muzykę do pierwszego "Blade Runnera" i zanurzę się w tym jakże pięknym i melancholijnym świecie.

Jakub Karczyński
 

2 października 2017

DOGS IN TREES - PIÓRA MEW (2015)

Po co chodzić głównym traktem, skoro można poboczami? Takie oto pytanie zakiełkowało mi w głowie po wysłuchaniu debiutanckiego albumu Dogs In Trees. Widoki przecież piękniejsze, ścieżka nie zatłoczona, no i przede wszystkim nie jesteśmy skazani na oglądanie wciąż tych samych twarzy. Nie lekceważmy więc tego co dzieje się w podziemiu, tego co dopiero kiełkuje z ziemi, bo jeśli tym wzgardzimy to być może nigdy nie zakwitnie.

Mało brakowało, a o Dogs In Trees usłyszałoby tylko wąskie grono zapaleńców i ewentualnie najbliźsi członkowie rodziny. Próba zebrania funduszy na zrealizowanie owego albumu zakończyła się fiaskiem i gdyby nie zapał twórcy Pawła Goździewicza, być może zawartość albumu "Pióra mew" na zawsze wylądowałaby w szufladzie. Na szczęście stało się inaczej i dziś każdy chętny może zaznajomić się z zawartością płyty. A jest czego słuchać. O istnieniu tej płyty wiedziałem już od pewnego czasu, ale dopiero w maju tego roku zdecydowałem się na jej zakup. Nie od razu trafiła ona do mojego odtwarzacza. Musiała trochę odczekać bo przecież nie każdego dnia człowiek ma ochotę na taką muzykę. Gdy jednak nastała jesień, chętniej zacząłem wyciągać z regałów z płytami albumy takich grup jak 1984, Aya RL, czy Made In Poland. Trudno o lepsze towarzystwo jak i okazję, aby nastawić album Dogs In Trees. Chłód i surowość tamtych produkcji czuć także i tutaj, choć przecież dzieli te wydawnictwa naprawdę spory szmat czasu. Zmieniło się praktycznie wszystko, ale to co pozostało niezmienne, to zamiłowanie do brzmień zimnych jak nasz Bałtyk. Nie bez powodu wspomniałem o morzu, bo przecież Dogs In Trees to zespół/projekt pochodzący z Trójmiasta. Możnaby rzec, że chłód mają zapisany w DNA i chyba coś w tym jest bowiem zawartość albumu rzadko kiedy ogrzewa naszą skórę promieniami słońca. Częściej jesteśmy wystawieni na działanie zimnych, syntetycznych brzmień zatopionych w mrokach nocy. Jakby tego było mało, z zakamarków wypełza jeszcze niepokój, co tylko potęguje niesamowite doznania. "Pióra mew" z pewnością trafią do serc zakochanych w zimnej fali, ale także powinny oczarować miłośników elektroniki. Sporo tu mroku, ale jest on podany w tak różnych odcieniach, że nie ma obawy o znużenie jego zbyt jednolitym charakterem. Wszystkie zebrane tu kompozycje zasługują na uwagę, ale do pewnych utworów wracam częściej niż do innych. Największe wrażenie zrobiło na mnie serce tego albumu w postaci kompozycji usf. Za tym enigmatycznym tytułem kryje się muzyka, która początkowo brzmi jakby była jakimś brudnopisem Republiki by za chwilę odbić w kierunku melancholijnej, zimnej fali. Ta blisko ośmiominutowa kompozycja to najdłuższe nagranie na tymże albumie i chyba też najpiękniejsze. Z kolei Enough kojarzy mi się z ostatnią płytą Siekiery "Ballady na koniec świata" (2011). To ten sam rodzaj oszczędnych środków wyrazu kierujących uwagę na tekst utworu. Stawiający go ponad muzyką dla uwypuklenia jego wagi. Jeśli już przy tekstach jesteśmy to polecam zwrócić szczególną uwagę na jedną z dwóch polskojęzycznych kompozycji. Teraz i jutro zachwyca nie tylko muzyką, ale i tekstem. Dobry tekst poznać po tym, że nie trzeba wstydzić się za jego autora. To właśnie jeden z takich, przy których mojej twarzy nie wykrzywia żaden grymas niesmaku. Po angielsku wszak zaśpiewać można wszystko i jakoś to brzmi. Język polski jest bezlitosny i najdobitniej odsłania grafomaństwo i mielizny literackie na jakie wpływa twórca. Stąd też mam duży szacunek do zespołów, które decydują się śpiewać w naszym rodzimym języku i robią to dobrze. Szkoda, że Dogs In Trees nie nagrało całej płyty z polskimi tekstami, bo naprawdę nie ma się czego wstydzić. Rozumiem jednak, że w dobie globalnego rynku, ambicje zespołu wykraczają poza granice naszego kraju. Nie mam im tego za złe, pod warunkiem, że na kolejnych albumach nie zapomną oczarować nas równie pięknymi, rodzimymi tekstami.

"Pióra mew" to interesująca reinterpretacja nurtu cold wave zwanego u nas zimną falą. To nie tylko piękne odczytanie dorobku grup tworzących w tym stylu, ale i próba nadania temu nurtowi nieco nowego biegu. Dobrze, że wciąż są zespoły, które chcą tak grać i dokładać kolejną cegiełkę do tej monumentalnej budowli. Szkoda tylko, że o takich płytach nie poczytamy w gazetach, nie usłyszymy ich w ogólnopolskim radiu, a przede wszystkim nie znajdziemy ich na sklepowych półkach. Nie wydaje ich przecież żaden fonograficzny gigant. Na szczęście są jeszcze wydawcy i wydawnictwa nie bojące się inwestować w taką muzykę i chwała im za to. Dlatego warto ich szukać i penetrować piwnice undergroundu, aby nie przeoczyć czegoś naprawdę istotnego.

Jakub Karczyński

24 września 2017

CLAN OF XYMOX - DAYS OF BLACK (2017)

Regularność wydawnicza grupy Clan Of Xymox jest w ostatnim czasie naprawdę imponująca. Jest tak precyzyjna, że możnaby na jej podstwie regulować zegarki. Średnio co trzy lata otrzymujemy nową muzykę, sygnowaną nazwą tej holenderskiej formacji. Cykliczność owa z jednej strony bardzo cieszy, z drugiej zaś każe zadać sobie pytanie czy aby nie jest to już produkcja taśmowa. Wszystko wszak zależy od jakości tych albumów. Każdy kto dość rzetelnie prześledził dorobek Clan Of Xymox wie, że swoje najwartościowsze albumy stworzyli już na samym początku drogi. Takie pozycje jak "Clan Of Xymox" (1985) , "Medusa" (1986) to klasyka mrocznego grania, która pomimo upływu lat nic, a nic nie straciła ze swego piękna. Osobiście do tego duetu dorzuciłbym jeszcze obłędnie piękną "Twist Of Shadows" (1989), wydaną już pod skróconą nazwą Xymox. Te trzy albumy ustawiły im właściwie całą karierę. Gdyby na tym zakończyła się historia Clan Of Xymox, nikt nie miałby pretensji. Rozpad grupy i jej ponowna reaktywacja dał nam jednak poznać kolejne rozdziały tej historii. Wiem, że wielu starych fanów ma problem z albumami wydanymi po 1997 roku, choć niesprawiedliwe byłoby stwierdzenie, że po reaktywacji, grupa nie stworzyła już nic godnego uwagi. Na poparcie tej tezy przywołam nazwy takich albumów jak choćby "Creatures" (1999), "Breaking Point" (2006) czy choćby niedawnego "A Matters of Mind, Body and Soul" (2014). Czy nowy album ma szansę przekonać dawnych fanów? Tego nie wiem, ale na pewno warto dać mu szansę w te długie, jesienne wieczory.

Od premiery płyty minęło już nieco czasu, a ja wciąż nie miałem ochoty by napisać cokolwiek o albumie "Days Of Black". Jakoś ani wiosenna, ani letnia aura nie sprzyjała tej muzyce więc postanowiłem poczekać do jesieni by sprawdzić jak wtedy zabrzmi ta płyta. Odstawiłem ją na półkę by przeleżała sobie tam te kilka miesięcy i muszę przyznać, że było to doskonałe posunięcie. Kiedy dziś nastawiłem sobie ten album, poczułem wreszcie to czego nie dane było mi doświadczyć wiosną i latem. Nareszcie muzyka trafiła na odpowiedni grunt i to co wcześniej nie robiło na mnie takiego wrażenia, dziś jawi się w zupełnie innych barwach. Z całą odpowiedzielnością mogę napisać, że album "Days Of Black" to kolejny silny podmuch w żagle tej legendarnej grupy. Zaniknęła niemal zupełnie kłująca w uszy elektronika, znana choćby z płyty "Farewell" (2003) (mniemam, że bezpowrotnie), zastąpiona przez dźwięki o bardziej przyjaznym brzmieniu. To wciąż muzyka elektroniczna, tyle że podana w bardziej subtelny i wyrafinowany sposób. Nie brak tu ani pięknych melodii, ani intrygujących brzmieniowych wtrętów będących takimi smaczkami, nadających odpowiedni posmak danej kompozycji. Jeśli już przy utworach jesteśmy to muszę przyznać, że łatwiej byłoby mi wskazać te fragmenty, które podobają mi się nieco mniej, niż wyliczać najjaśniejsze punkty tego albumu. Ta przewaga plusów nad minusami, najdobitniej świadczy o tym, że nie warto zbyt szybko stawiać krzyżyka na grupie Clan Of Xymox. Pomimo swego wieloletniego stażu wciąż mają nam jeszcze wiele interesujących rzeczy do zaproponowania.
Żeby nie być gołosłownym przywołam kilka utworów, których grzechem byłoby nie wyłowić z najnowszego albumu grupy. Przede wszystkim wielkie brawa należą się zespołowi za świetnie wytypowanego singla. W dzisiejszych czasach jak niejednokrotnie się przekonałem bywa z tym różnie. Nie jest to może jakieś odkrywcze nagranie, ale chyba nie taka miała być jego rola. Najważniejsze, że szybko zapada w pamięć, pozostawia po sobie naprawdę dobre wrażenie i zaostrza apetyt na pozostałe kompozycje. Czegóż chcieć więcej od singla? Loneliness nie dość, że doskonale sprawdza się w swej roli, to jeszcze zostało przyzdobione dość interesującym teledyskiem. Nie są to już tak amatorskie obrazki jakimi raczył nas zespół jeszcze na płycie "Visible" (2008). Tutaj naprawdę nie ma już czego się wstydzić.

To samo można powiedzieć też o muzyce jaka wypełnia ten album. "Days Of Black" to płyta zdecydowanie bardziej dynamiczna, niż jej poprzedniczka, ale nie na tyle by uznać ją za płytę taneczną. Nie, nie, nie. Nic z tych rzeczy. Clan Of Xymox wciąż podąża ścieżką spowitą melancholią, aplikując słuchaczowi odpowiednie jej dawki. Kierunek tej podróży w dużym stopniu wyznaczyła śmierć ojca Ronny'ego Mooringsa. Opowieścią o tej stracie jest przejmujący utwór I Couldn't Save You, będący chyba najsmutniejszym punktem płyty. Na pewno warto poświęcić mu chwilę, bo prędzej czy później każdy będzie zmuszony zmierzyć się z tym tematem. Aby jednak nie było tak przygnębiająco wydobądźmy się nieco z tego mroku. Album "Days Of Black" warto smakować w całości, od przysłowiowej deski do deski, bez niepotrzebnego rozdrabniania go na kawałki. Niemniej na potrzeby tej recenzji wyrwiemy sobie z niego te najsmakowitsze kąski. O nagraniu Loneliness szepnąłem już słówko, więc przyjrzyjmy się pozostałym. Tuż za wspomnianym singlem, czai się chyba najpiękniejsze nagranie tejże płyty. Vixen In Disguise bo o nim mowa, oparte jest na podobnym patencie jak Loneliness. Główny motyw utworu wygrywany jest przez gitarę, która jakby walczyła z syntezatorami o przewodnictwo na pierwszym planie. Raz wynurza się na moment by za chwilę zatonąć w syntezatorowej toni. Jest niczym topielec, który desperacko próbuje utrzymać się na powierzchni. W jednej chwili niknie nam pod lustrem wody by za chwilę wypłynąć na powierzchnię chwytając kolejny oddech. I tak w kółko, aż do ostatnich sekund utworu. Gdyby to ode mnie zależało, wytypowałbym je na kolejnego singla, choć to przecież nie jedyny pretendent godny tego zaszczytu. Przeskoczmy zatem kilka nagrań i zatrzymajmy się przy pozycji numer dziewięć. I Need To Be Alone to z pewnością najdynamiczniejsza kompozycja, pełna złości, zaciętości i gniewu. Doskonale ożywia album i czaruje nie tylko linią basu, ale i "nerwowymi" partiami klawiszy. Smaku temu wszystkiemu przydaje solowa partia gitary, będąca jak gdyby kulminacją tego gniewu. Nie brak na albumie także bardziej melancholijnych momentów, wypełnionych nie tyle smutkiem co zadumą. Takie wrażenie w każdym razie robi na mnie nagranie Set You Free, przywodzące nieco na myśl jeden z najpiękniejszych utwór z albumu "In Love We Trust" (2009) - Sea Of Doubt. Może nie aż tak mroczne, ale trącające w człowieku podobne struny. Wyzwalające pewne poczucie niepokoju, bezsilności i rezygnacji. Jest jak bezwolne ciało opadające na dno bezkresnego morza. Im więcej słucham tego nagrania, tym większe mam wątpliwości co do wskazania tego najpiękniejszego. Zapewne nie każdy zgodzi się z moimi typami, ale przecież ilu ludzi tyle smaków także tych muzycznych. Prawie tak samo czarowne jest przecież What Goes Around, którego instrumentalne szmery przywodzą mi na myśl nieco klimat "Medusy". Proszę jednak nie brać tego porównania śmiertelnie poważnie lecz potraktować je jako luźne skojarzenie. To już przecież inny zespół i inny czas. 
Najmniejszą sympatią po pierwszym odsłuchu darzyłem The Rain Will Wash Away, a wszystko to za sprawą zastosowanej tu elektroniki. Zbyt natarczywa i niepasująca do reszty kompozycji. Wraz z upływem czasu nauczyłem się ją jednak tolerować i dziś już tak mi nie przeszkadza. Clan Of Xymox miał już przecież w przeszłości gorsze utwory by wymienić tylko On A Mission czy Farewell. Poza jednym fragmentem album trzyma bardzo równy poziom i nie zdradza od razu wszystkich swych sekretów. Warto poświęcić mu nieco czasu by odkryć wszystkie jego tajemnice. Mnie zajęło to nieco czasu, mam nadzieję, że wam pójdzie szybckiej.

Cieszę się niezmiernie, że znów mogę napisać o nowym albumie grupy, że nie tylko nie zawiódł moich nadzieji, ale wręcz je przerósł. Początkowe odsłuchy nie napawały mnie jednak przesadnym optymizmem lecz im bardziej zagłębiałem się w jego zawartość, tym większa ogarniała mnie ekscytacja. Kiedyś napisałem o nowych albumach grupy, że są jak powrót dawno nie widzianego przyjaciela. Człowiek cieszy się nie tylko na sam widok, ale i na opowieści jakie ze sobą niesie. Lata mijają, powstają kolejne płyty, a ja wciąż wypatruję ich na horyzoncie z równie wielką niecierpliwością i ekscytacją. To chyba najlepszy dowód na to, że historia Clan Of Xymox nie ma podstaw by dobiec końca.

Jakub Karczyński

16 września 2017

ROZTRZASKANY POMIDOR

Ludzie często się dziwią, gdy mówię im, że wolę stare edycje płyt pozbawione dodatków doklejanych trochę sztucznie i na siłę przez kolejnych wydawców. Trzeba przecież czymś przyciągnąć uwagę starych fanów, którzy przecież nie kupią drugi raz tej samej płyty, jeśli zawartość muzyczna nie jest wzbogacona o nagrania z domu, z szafy czy też toalety danego artysty. Wygrzebuje się też koncertowe wersje z czasów gdy dinozaury wymyślały rock & rolla lub też dorzuca się czternaście wariantów jednej piosenki. Po co to komu? Nie wiem. I tak przecież nie będziemy do tego wracać. Posłuchamy raz i zapomnimy o tym, bo rzadko kiedy znajdziemy tam coś czemu wartoby poświęcić więcej uwagi. Pół biedy jeśli wydawca upchnął to gdzieś na drugim krążku, gorzej gdy dograł to zaraz za podstawową wersją albumu. Wtedy to płyta, która trwała powiedzmy czterdzieści pięć minut, rozrasta nam się do rozmiarów niemal osiemdziesięciu. Nie dość, że trudno przez tak długi czas skupić ludzką uwagę (nie bez przyczyny lekcje trwają czterdzieści pięć minut) to jeszcze wspomniane dogrywki psują całą atmosferę albumu. Dlatego też lubię gdy albumy kończą się w miejscu, w którym zaplanowali to artyści, a nie wydawcy płyty. Z tej też przyczyny wymieniam swoje remastery Yes i The Alan Parsons Project na wysłużone stare edycje bez zbędnych dodatków. Dopiero wtedy można poczuć i docenić zamysł artystyczny twórców. Jaką katorgą było dla mnie przebrnięcie przez album "Tormato" (1978) grupy Yes w jej wzbogaconej odsłonie to wiem tylko ja. Po wysłuchaniu tych siedemdziesięciu dziewięciu minut muzyki, w mojej głowie jedyne co pozostało to chaos, którego w żaden sposób nie dało się uporządkować. Obiecałem sobie kiedyś, że jak tylko nadarzy się odpowiednia okazja, to zakupię ten album w starej edycji, pozbawionej towarzystwa mniej znanych braci i sióstr. Trochę czasu upłynęło nim dane mi było wywiązać się z tej obietnicy. W miniony piątek wybrałem się odwiedzić zaprzyjaźniony sklep płytowy. Jako że dawno mnie tam nie było postanowiłem zajrzeć i sprawdzić cóż przez ten czas nagromadziło się na półkach. Niespieszna lustracja ujawniła kilka interesujących tytułów, w tym starą edycję albumu "Tormato" (1978). Płyta co prawda w stanie wskazującym na intensywne użytkowanie, ale nie na tyle by zniechęcić mnie do zakupu. Mało tego, tuż obok na regale zalotne oczko puszczał mi inny album tejże grupy  - "Fragile" (1971), ale pozostałem nieczuły na te zaloty. Wszak wspomniany album od kilku lat wpisany jest już na listę moich domowników. Wysupłałem więc z portfela kilka złotówek, by w zamian otrzymać przepustkę do szalonego świata grupy Yes. "Tormato" nie jest może najwybitniejszym albumem tej grupy, ale warto go mieć w swojej kolekcji choćby dla nagrania Onward, no i rzecz jasna dla tej wspaniałej okładki. Absolutny kanon, nie tylko w dyskografii grupy Yes, ale w ogóle wśród okładek płytowych. Nic w tym dziwnego, skoro jej wykonanie powierzono ludziom ze studia Hipgnosis, kojarzonego głównie za sprawą okładek dla grupy Pink Floyd. I tym razem studio stanęło na wysokości zadania. Kto by pomyślał, że jeden roztrzaskany pomidor nada tyle wielowymiarowości temu dziełu. Czasem najprostsze środki są tymi najskuteczniejszymi. Szkoda tylko, że muzyka nie do końca nadąża za jakością okładki. Zaryzykuję stwierdzenie, że to jedna z dziwniejszych płyt w dorobku grupy. Niby wychodząca do słuchacza z "łatwiejszą" muzyką (krótsze kompozycje), ale wciąż zbyt skomplikowaną dla zwykłego śmiertelnika. To tak jakby jedną nogą zrobili krok naprzód by drugą skierować w przeciwnym kierunku. Ten rozkrok wygląda może widowiskowo, ale trudno z takiej pozycji zgrabnie wykonać kolejny ruch. Nic dziwnego, że następny album powstał już w mocno zmienionym składzie. Z grupy wypisali się Jon Anderson oraz Rick Wakeman nie widzący chyba przyszłości przed grupą Yes w czasach punk rocka. Takim papierkiem lakmusowym okazał się być chłodniejszy odbiór przez publiczność muzyki zawartej na "Tormato". Jak się okazało przynęta nie okazała się na tyle smaczna by fani dali się na nią złapać. Dlaczego więc kupiłem tę dziwną płytę? Trochę z przekory, trochę z ciekawości, a po części by zmierzyć się z tym albumem kolejny raz. Zakupionej płycie daleko do ideału. Widać, że była intensywnie używana, albo też ktoś nieostrożnie się z nią obchodził. Dostrzec można to zwłaszcza po plastikowym pudełku pełnym zarysowań jak i po płycie, która również nie wolna jest od tego typu skaz. Na szczęście pudełko można wymienić, a w dobie maszyn czyszczących, przywrócenie dawnego blasku płycie to już tylko kwestia czasu i pieniędzy. Być może po tym liftingu i muzyka jakoś lepiej zagra mi w uszach. Pożyjemy, zobaczymy.

Jakub Karczyński
 

2 września 2017

NFD - WAKING THE DEAD (2014)

Gdy już wydawało się, że nowy album Fields Of The Nephilim jest już tylko kwestią najbliższych miesięcy (singiel Prophecy), niespodziewanie zapanowała tak długa i grobowa cisza, że zdążyłem już niemal zapomnieć o tym utworze. Szybkie tempo pracy nigdy nie było mocną stroną Carla McCoya, w przeciwieństwie do formacji NFD, która wciąż stara się podtrzymywać ogień tego typu grania. W 2014 roku wydali swój trzeci album zatytułowany "Waking The Dead". I choć od poprzednika dzieli go także niemały dystans (osiem lat), to w międzyczasie zdążyli wydać dwa mini albumy, które w jakimś stopniu zrekompensowały to oczekiwanie. Zwłaszcza "Deeper Visions" (2008) mógł się podobać, bo na "Reformations" (2013) wiało już nieco przeciętniactwem i nudą. Sytuacji nie ratował nawet cover Pink Floyd [One Slip z albumu "A Momentary Lapse Of Reason" (1987) ], któremu daleko było do uroku oryginału. Niemniej mini albumy rządzą się innymi prawami i to co nie przeszłoby na pełnoprawnym wydawnictwie, tam uchodzi płazem. 

Sięgając po "Waking The Dead", gdzieś z tyłu głowy pojawiła się obawa o poziom artystyczny tego wydawnictwa. Tak jak wspomniałem, wydane rok wcześniej "Reformation" nie napawało zbytnim optymizmem, ale wierzyłem, że na pełnoprawnym albumie zespół na tyle się zmobilizuje, że zatrze to niekorzystne wrażenie. Po pierwszym odsłuchu minę miałem jednak nietęgą bowiem absolutnie żaden utwór nie miał w sobie takiej siły by przykuć moją uwagę. Wszystkie nagrania przeleciały jak przez sito. Nie ostało się absolutnie nic. Czasem tak jednak bywa, więc nie ma co od razu się zniechęcać. Gorzej gdy nastawiamy płytę piąty raz, a efektów wciąż brak. Wtedy już pomału dociera do człowieka, że chyba już z tej tubki nic więcej nie da się wycisnąć. Jaka więc jest ta płyta? Do bólu przeciętna. Pozbawiona ciekawych i zapamiętywalnych melodii. Do tego jeszcze tak poprawna, że aż nudna. Postawiony przed plutonem egzekucyjnym może i byłbym w stanie wskazać kilka jaśniejszych elementów (utwory: Waking The Dead, Got Left Behind, Let You Fall), ale jaki jest sens rzucania koła ratunkowego nieboszczykom. Pożytek z tego żaden. To co tu daje minimalne oznaki życia, na "Dead Pool Rising" (2006) poszłoby na dno szybciej niż Titanic. Album rozpoczyna się dość odważnie bo od kompozycji tytułowej, trwającej niemal jedenaście minut. To raczej nietypowy zabieg. Takie utwory umieszcza się zazwyczaj na końcu płyty jako tak zwany cios ostateczny, który jest taką kropką nad i. Niestety siła tego ciosu nie jest w stanie zwalić nikogo z nóg, no chyba, że bierzemy przeciwnika na przetrzymanie i liczymy na to, że powali go sam czas trwania utworu. Trudno pisać mi o atutach tego albumu, bo właściwie trudno tu o takowe. Wszystko jest tak potwornie nudne, że aż sam się sobie dziwię, że dałem radę tyle razy posłuchać tego albumu. Brak tu nawet jednej kompozycji, za którą warto byłoby pójść w ogień.  Ba, sam chętnie dolałbym oliwy do ognia, byleby nie musieć dłużej katować swych uszu tą muzyką. Przykro mi to pisać, zwłaszcza w stosunku do zespołu, który darzy się pewnym poważaniem. Niestety statek z napisem NFD wpłynął na sporą mieliznę, z której chyba nie za bardzo wie jak się wydostać. Mam nadzieję, że szybko znajdą jakiś sposób, bo w przeciwnym razie jedynym miejscem gdzie dopłyną, będzie kraina wiecznego zapomnienia. Gdyby choć rzucili słuchaczowi kilka kół ratunkowych w postaci dobrych kompozycji, ten nie musiałby chwytać się przysłowiowej brzytwy by jakoś dobrnąć do końca tego albumu. A tak skazany jest albo na długą, nużącą walkę albo na szybkie utonięcie w odmętach morskiej toni.

Opity nadmiarem wody, wciąż nie mogę złapać powietrza i uwierzyć w to, że NFD obrało tak nieciekawy kurs. O takich płytach niespecjalnie chce się pisać, jeszcze mniej chce się czytać, a najlepiej w ogóle wymazałoby się je z pamięci. Zakończę już więc niniejszą recenzję, opuszczając litościwie na ten materiał kurtynę milczenia. Czasem milczenie bywa złotem, o czym przekonuje nas jak widać nie tylko to wyświechtane powiedzenie.

Jakub Karczyński

29 sierpnia 2017

TWARDY ORZECH I ZATRUTE JABŁKA

Wkroczyliśmy właśnie w mój ulubiony okres kalendarzowy. Schyłek lata i początek jesieni to najbardziej niezwykły czas, w którym to łapiemy ostatnie promienie słońca oraz przestrajamy duszę na bardziej melancholijne tony. W tak pięknych okolicznościach przyrody oddajemy się rozmyślaniom o tym co tu i teraz, ale i o tym co przed i za nami. Sycimy oczy pięknymi kolorami drzew, rozmyślając nad przemijaniem życia, nad jego sensem i nad naszą rolą w tym kosmicznym spektaklu. Aby wprowadzić się w odpowiedni nastrój, polecam wyjąć dziś z pudełka dość osobliwą płytę. Album, na którym to niejeden połamał już swe zęby. Muzyka bowiem naznaczona jest posępnym mrokiem wymieszanym z diabelską psychodelią, przy której zmysły tracą swe właściwości. Miejsca, które przyjdzie nam odwiedzić są tyleż fascynujące co przerażające, a wszystko to bez konieczności sięgania po substancje psychoaktywne. Dziś zatem historia o dwóch takich co ukradli mi ... dzisiejszy wieczór. Jednen z nich to Mikael Akerfeldt, drugi z kolei to Steven Wilson. Ten pierwszy wyrósł z korzenia o nazwie Opeth, ten drugi zaś wzrastał w Porcupine Tree. Każdy z nich działał na własną rękę, aż któregoś razu ich szlaki przecięły się, co zaowocowało dość ciekawymi wykwitami w dyskografiach obu zespołów. Stricte metalowy Opeth otworzył się na progresywny rock, a progresywne Porcupine Tree zmetalizowało swoją twórczość. Ta wolta stylistyczna nie wszystkim przypadła do gustu, choć z początku wielu ją chwaliło jak choćby w przypadku albumu "Blackwater Park" (2001) grupy Opeth. Później grupa coraz bardziej łagodziła swe oblicze, aż nastał czas, gdy na rynku pojawił się album "Heritage" (2011), zrywający z ciężarem przeszłości i wytyczjący przed grupą nowe szlaki. Dla wielu fanów było to już jednak zbyt wielkie odejście od wypracowanego stylu. Jęki zawodu słychać było zewsząd, a sam zespół ani myślał zawracać z nowej drogi naznaczonej folkiem i psychodelicznym rockiem. "Heritage" ozdobiony przepiękną okładką był albumem, który absolutnie nie był nastawiony na kokietowanie słuchacza. Raczej rzekłbym, że rzucał mu dość śmiałe wyzwanie, któremu niewielu sprostało. Żeby być tak zupełnie szczerym powiem, że i ja jeszcze nie wpisałem się na listę miłośników tegoż albumu. Póki co w mojej głowie zakotwiczył się wyłącznie The Devil's Orchard , ale nie daję jeszcze za wygraną. Dlaczego więc dziś piszę o tym albumie i nakłaniam do jego posłuchania? Otóż ta płyta ma jedną istotną zaletę, jest intrygująca. I to właśnie ten czynnik skłania mnie, aby od czasu do czasu nastawić ten album. Wciąż liczę na to, że znajdę klucz do jej serca i zgarnę przy okazji jakąś nagrodę. Nie, w zasadzie na nic nie liczę, może poza odrobiną satysfakcji, że czas poświęcony temu albumowi nie był czasem straconym. Jeśli więc jesteś typem słuchacza, który nie tylko lubi wyzwania, ale i nie zrażasz się przeciwnościami, daj zaprosić się na tę wyprawę. Podążymy do krain oplecionych dzikim winem, gdzie diabelskie języki liżą stopy grzeszników, a na rajskich jabłoniach zakwitają zatrute jabłka. Tam gdzie kłamstwo jawi się prawdą, a prawda pachnie grzechem. Wyostrz więc swe zmysły by nie ulec podszeptom fałszywego proroka i krocz w kierunku najjaśniejszej z gwiazd.   

Jakub Karczyński

22 sierpnia 2017

WROTA DO EL DORADO

Od jakiegoś tygodnia stałem się samowystarczalny w zakresie zakupów na ebay'u i czuję się tak jakby ktoś uchylił mi drzwi do nowego świata. Mnóstwo fantastycznych płyt, nie widzianych na oczy w naszym pięknym kraju. To co na rodzimych portalach aukcyjnych jest nie do zdobycia, tam czasami wyprzedawane jest za grosze. Przykład? Proszę bardzo. Album "Missionary Girl" (2007) Katherine Crowe zakupiłem za 12 zł, a i przesyłka nie była droższa od tej krajowej. Wiele lat poszukiwałem tej płyty, ale ani razu nie udało mi się na nią natknąć. W Anglii zaś ktoś pozbywał się jej bez większych oczekiwań finansowych. A przecież tytułowe nagranie z tejże płyty jest tak cudowne, że warte jest każdych pieniędzy. Wielka szkoda, że od trzech lat musimy pisać o Katherine Crowe jak i jej karierze w czasie przeszłym. Historia jej życia dobiegła bowiem końca 7 maja 2014 roku, kiedy to ta niespełna czterdziestoletnia wokalistka przegrała walkę z rakiem. Ten długi i wyniszczający pojedynek, przybliżała swoim fanom za pośrednictwem swojego bloga. Nim jednak otoczyła ją smuga cienia, spełniła swoje marzenie, którym była możliwość pracy w słynnym studiu Abbey Road. Zarejestrowała tam utwory zagrane wraz z London Metropolitan Orchestra, których można posłuchać za pośrednictwem YouTube, do czego serdecznie zachęcam. Katherine pozostawiła po sobie trzy albumy - "Missionary Girl", "Just Me" (2007) oraz "Unbreakable" (2009). Więcej nie będzie, to musi nam wystarczyć. Czekam zatem niecierpliwie na dostarczenie mi jej debiutanckiego albumu, a potem będę rozglądał się na kolejnymi.

Poza albumem "Missionary Girl" upolowałem nareszcie ostatni album NFD (Noise For Destruction). Pisałem o tym zespole przy okazji omawiania dróg kariery muzyków związanych niegdyś z Fields Of The Nephilim. Nie ma zatem sensu powielać biogramu grupy. Zainteresowanych odsyłam pod poniższy adres: http://czarne-slonca.blogspot.com/2013/08/fields-of-nephilim-szlak-gowny-i.html "Waking The Dead" majaczyło mi na horyzoncie od pewnego czasu, ale cena jaką życzyli sobie sprzedawcy na naszym najpopularniejszym portalu aukcyjnym, skutecznie ochłodziła mój zapał. Wydatek rzędu stu złotych to ból nie tylko dla serca, ale i portfela. Czasem jednak warto poczekać lub poszukać w innym miejscu. Okazuje się bowiem, że to co u nas kosztuje fortunę, u wydawcy można zakupić za ułamek tej kwoty (trzydzieści sześć złotych). Różnica kolosalna, a jak głoszą słowa popularnej reklamy "skoro nie widać różnicy, to po co przepłacać ?". Nie śpimy w końcu na pieniądzach by było nas stać na zakup tak horrendalnie drogich płyt. Niemniej żeby nie było tak kolorowo i na ebay'u można spotkać takie ceny, że aż świat potrafi człowiekowi zawirować przed oczami. Warto jednak zachować chłodną głowę, bo nie sztuką jest przepłacić lecz wyczekać dobrej okazji. Bądźmy więc rozważni, aby porywy serca nie wyczyściły nam tak kont jak i portfeli. Płyty płytami, ale jeść też coś trzeba.

Jakub Karczyński
 

14 sierpnia 2017

CZŁOWIEK Z LIŚCIEM NA GŁOWIE

Czasem gdy człowiek naogląda się za dużo programów informacyjnych zaczyna wątpić w piękno tego świata. Wygląda to tak jakby nasz świat składał się z afer korupcyjnych, klęsk żywiołowych, brudnej polityki i tysiąca innych równie paskudnych spraw. Nie od dziś w końcu wiadomo, że bad news to good news. Rzadko kiedy mamy okazję posłuchać o czymś co podniesie człowieka na duchu. I gdy tak sobie zaczynamy płynąć tym ściekiem wraz z wszystkimi tymi informacjami, nagle ktoś robi coś, co znów wlewa człowiekowi do serca nieco optymizmu. Wiary w to, że są jeszcze na świecie ludzie gotowi dać coś z siebie, nie oczekując niczego w zamian. Ot, tak by sprawić drugiej osobie przyjemność. Dlaczego o tym piszę? Ano dlatego, że w ostatnim czasie spotkała mnie bardzo miła niespodzianka. Odwiedzając sklep płytowy mojego znajomego, nawet przez myśl mi nie przeszło, że czeka tam na mnie pewna przesyłka. Przyszedłem jak gdyby nigdy nic rozejrzeć się w płytach oraz uregulować należność za zakupione wcześniej albumy, gdy nagle słyszę: "a wiesz był tu niedawno Andrzej z Irlandii i zostawił coś dla ciebie". Z zaskoczenia zrobiłem wielkie oczy, bo przecież niczego nie oczekiwałem. Raptem w moich dłoniach wylądował winylowy singiel grupy All About Eve, o której to wzmiankowałem na przestrzeni lat na tymże blogu. Widać nazwa grupy na tyle utkwiła Andrzejowi w głowie, że gdy (jak sam mi później wyznał), znalazł tego singla na miejscowej giełdzie płyt, pomyślał o tym by mi go sprezentować. To co szczególnie zwróciło jego uwagę to wspaniała, jesienna okładka. Faktycznie jest wstrząsająco piękna. Zaryzykuję nawet twierdzenie, że jest ona wspanialsza, niż obwoluta oryginalnego albumu, choć tamta ma także wiele uroku. Niemniej my, miłośnicy jesieni, mamy słabość do  takich klimatów. Nic na to nie poradzę, że doskonale się czuję, w takim otoczeniu i zamiast męczących upałów wybieram jesień z całym dobrodziejstwem inwentarza. Oczywiście, wolałbym, aby była słoneczna, bo to przecież wtedy możemy obserwować te jakże urzekające jesienne barwy. Niemniej nie wzgardzam też tymi chłodniejszymi dniami, bo wtedy do ubarwiania krajobrazu wykorzystuję muzykę, literaturę oraz herbaty wieloowocowe. Liczę jednak na to, że choć w początkowej fazie, jesień będzie tak piękna jak ta na okładce wspomnianego singla. Gdy wczoraj uruchomiłem gramofon, a z głośników popłynęła muzyka All About Eve, momentalnie w pamięci odżyły kadry najpiękniejszych jesiennych dni. Taki drobiazg, a uruchamia w człowieku mnóstwo pięknych wspomnień. Jeszcze raz dziękuję Ci Andrzeju za ten jakże piękny prezent. Na pewno powrócę do niego w najbliższych miesiącach jeszcze nie raz, zawłaszcza gdy świat przystroi się w nasze ulubione barwy.

Jakub Karczyński
 

3 sierpnia 2017

LUBIĘ WRACAĆ TAM GDZIE BYŁEM

Odebrałem wczoraj na poczcie paczkę z płytami, które to ubarwią mi tegoroczną jesień. Nie tam żadne nowości, a albumy, które mają już na karku swoje lata. Tak się złożyło, że oba z lat siedemdziesiątych, choć z zupełnie innych kręgów muzycznych. To co je łączy to fakt, że obie te płyty doskonale będzie nastawić w okresie od września aż do końca listopada, kiedy to jesień weźmie nas pod swe wielobarwne skrzydła. Pomału gromadzę muzyczne zapasy niczym wiewiórka, by czasem jesień nie zaskoczyła mnie niczym zima drogowców. Pierwszymi nabytkami są te oto widoczne na zdjęciu albumy. "Aja" (1977) Steely Dan to album, który powrócił do mnie niczym bumerang. Kiedyś wymieniłem go na inną płytę, ale w sercu pojawiła się jakaś taka pustka. Zrozumiałem, że zrobiłem błąd. Na co dzień nie słucham jazz rocka i z tej też przyczyny postanowiłem pozbyć się tej płyty, która nie pasowała do obrazu całej kolekcji zgromadzonych albumów, choć dobrze mi się jej słuchało. Ta obca etykietka i muzyka za nią się kryjąca, dały mi do myślenia. No bo przecież to nie etykietka powinna decydować o losie płyty, a muzyka jaką ze sobą niesie. Gdy tylko nadarzyła się okazja, naprawiłem swój dawny błąd i tak znów mogę cieszyć się tym niezwykłym albumem. Bije z niego taka pozytywna energia oraz ciepło, że rozgrzeje chyba nawet największego zmarzlaka. Polecam nastawić ucha. 

Z drugim albumem też wiążę się pewna historia. Muszę jednak po raz kolejny przywołać postać wielkiego nieobecnego, bo przecież gdyby nie Tomek Beksiński, zapewne nigdy nie poznałbym tej płyty. Pamiętam jedną z audycji, nagraną gdzieś na płycie, w której to pojawił się utwór Bridge Of Sighs. Musiał zrobić na mnie wrażenie, bo dokładnie zanotowałem sobie w pamięci tak nazwę utworu jak i jego autora. Gdy po wielu, wielu latach nadarzyła się okazja zakupu całego albumu, nie zastanawiałem się ani chwili. W końcu te wszystkie Tomkowe albumy, które to na przestrzeni lat wirowały w mojej głowie, utwierdziły mnie w tym, że warto po raz kolejny zawierzyć jego gustowi. Tak jak było to w przypadku Ala Stewarta, Roryego Gallaghera czy choćby grupy Strawbs. Zawsze strzał w środek tarczy. Nie pamiętam bym rozczarował się jakimś albumem, który polecał w swoich audycjach. Owszem, nie zawsze zgadzałem się z oceną danej płyty, czasem miałem wrażenie, że nadmiernie dokłada albumom, które na taką krytykę sobie nie zasłużyły. Wszyscy chyba pamiętamy miażdżącą recenzję albumu Marillion "Seasons End" (1989). Poniekąd jestem w stanie ją zrozumieć, bo odejście tak charyzmatycznego wokalisty jakim był Fish postawiło grupę w trudnej sytuacji. Mogli albo się rozwiązać albo poszukać innego wokalisty. Wybrali drugi wariant, co automatycznie postawiło ich pod ścianą, bo czy można wyobrazić sobie w Marillion kogoś lepszego niż Fish? No nie można, ale trzeba oddać Hogarth'owi sprawiedliwość, że także z nim w składzie grupa pokusiła się o nagranie kilku wspaniałych albumów. Tomkowi jednak ta zmiana wybitnie nie pasowała, czemu wielokrotnie dawał wyraz. Niemniej co by o nim nie mówić, to jednak trzeba przyznać, że miał nosa do starego rocka. Potwierdza to "Bridge Of Sighs" (1974) sygnowany przez Robina Trowera. Przegrzebałem właśnie archiwum z jego audycjami, aby zlokalizować rok, w którym to nadany był ten album i okazało się, że wyemitowano go w jego ostatniej audycji z 11/12 grudnia 1999. Widać miał on dla niego jakieś szczególne znaczenie, skoro postanowił włączyć go do repertuaru swojej pożegnalnej audycji. Wspominał w audycji, że jego marzniem było wziąć ślub w Wenecji właśnie pod mostem westchnień. Most ten przemierzali skazańcy wędrujący z Trybunału Kryminalnego do więzienia, w którym to mieli odbywać swój wyrok. Skąd więc ta nazwa? Nawiązuje ona do westchnień jakie według wyobrażeń XIX-wiecznych pisarzy mieli wydobywać z siebie skazańcy, tęsknie wzdychający do swych ukochanych jak i do wolnego świata, z którym musieli pożegnać się na długie lata, jeśli nie na zawsze. Album może nie epatuje takim dramatyzmem, ale ma w sobie to coś co sprawia, że słucham go raz za razem. Gdy tylko w koronach drzew rozpocznie się festiwal barw jakże pięknie zabrzmią takie nagrania jak About To Begin, In This Place czy wspomniany już Bridge Of Sighs. Póki co, za oknem mamy afrykańskie upały, z którymi musimy się mierzyć tak w dzień jak i w nocy. Niemniej nie ma co narzekać, wszakże za niecały miesiąc rozpocznie się wrzesień, a wtedy upały będą już tylko wspomnieniem.

Jakub Karczyński

26 lipca 2017

JESIENNA MSZA


Wyczytałem gdzieś, że grupa The Church sposobi się do wydania kolejnego, dwudziestego szóstego już albumu. Następca połowicznie udanego "Further/Deeper" z 2014 roku, zatytułowany będzie "Man Woman Life Death Infinity". Premierę zaplanowano na jesień, a promować go będzie singiel Another Century, do którego nakręcono już stosowny teledysk:



Jak na moje ucho, to raczej słabo sprawuje się w roli singla. Nieszczególnie przykuwa uwagę, a po jego wysłuchaniu, mało co zostaje w pamięci. Nie, nie jest to zły utwór, ale na singla bym go nie wytypował. Nie wiem kto podjął taką decyzję, ale strzelił jak kulą w płot. No chyba, że pozostałe nagrania również nie posiadają zadatków na dobrego singla. W takim wypadku bierze się już cokolwiek co może mieć choćby minimalny potencjał komercyjny. Choć nowy utwór nieszczególnie zachęcił mnie do zapoznania się z resztą albumu, to i tak trzymam kciuki, za to by nowa płyta spełniła pokładane w niej nadzieje. Jeśli nadarzy się okazja, na pewno ją zakupię, ale coś czuję, że nie ma co liczyć na jej bezproblemową dostępność na sklepowych półkach. W rodzimych sklepach internetowych też bym raczej nie szukał. Zapewne jak zwykle trzeba będzie ją ściągnąć z Anglii, no ale skoro nie można inaczej to cóż zrobić. Wiem, że grupa The Church nie cieszy się w naszym kraju jakąś dużą popularnością, ale pewnie z pięćdziesiąt sztuk dałoby radę u nas sprzedać. Wiem, nie jest to oszałamiająca ilość i zapewne mało komu chce się podejmować trud wprowadzania na taki rynek jak nasz, nowych płyty zespołu. Lepiej wrzucić je na większe i lepiej rozwinięte rynki (Niemcy, Anglia, USA), bo w Polsce nie ma co liczyć, że zyski ze sprzedaży zrekompensują poniesione nakłady finansowe. W takiej sytuacji nie pozostaje nam nic innego jak zaakceptować taki stan rzeczy i uważnie śledzić ofertę zagranicznych sklepów internetowych.

Jakub Karczyński

24 lipca 2017

POETYKA SYNTEZATORÓW

A teraz coś z zupełnie innej beczki. Dziś sięgniemy do poezji śpiewanej. Zanim jednak zrobicie szybki tył zwrot, spójrzcie chociaż na etykietę na tej beczce. Napis Anne Clark być może rozwieje niepotrzebne obawy części czytelników. Jeśli jednak nazwisko poetki nic wam nie mówi, tym bardziej poświęćcie chwilę waszego czasu. Ta "śpiewająca" poetka, tworząca od wczesnych lat osiemdziesiątych obracająca się w kręgu muzyki elektronicznej jak i new wave, zaskarbiła sobie serca przeróżnej grupy fanów. Słuchają jej tak fani poezji jak i muzyki elektronicznej. Wielbiciele post punku jak i tych nieco mroczniejszych brzmień o gotyckim zabarwieniu. Zapewne można by tu dokleić jeszcze kilka innych środowisk, ale przecież nie to jest tutaj najistotniejsze. Dotychczas znany był mi tylko jeden zespół, który łączył tak różne kręgi muzyczne. New Model Army, bo o nich myślę, jednoczy na swych koncertach naprawdę szerokie spektrum słuchaczy. Sądzę, że na występach Anne Clark jest podobnie. Pomimo tego, że nie śpiewa, bowiem jej partie wokalne ograniczają się wyłącznie do deklamacji tekstów, to w żadnym stopniu nie umniejsza to rangi jej muzyki. Ba, czyni ją na swój sposób oryginalną. Jej twórczość doceniana jest tak przez publiczność jak i innych artystów. I to nie byle jakich, bowiem współpracowała i z Johnem Foxxem (ex Ultravox) jak i z Martynem Batesem (Eyeless In Gaza). Zgodziła się też przed laty opracować jeden utwór na płytę rodzimego Fading Colours. Kompozycja Eveline, do której dołożyła swoje partie wokalne była prawdziwą ozdobą tamtego albumu. "I'm Scared Of..."  bo tak nazywała się ta płyta, zawierała także ten sam utwór w wydłużonej wersji, ale pozbawiony już głosu Anne Clark. Oba piękne, choć kompletnie różne.

Wróćmy jednak do jej solowej twórczości. Anne Clark zaistniała dla mnie przez zupełny przypadek. Otóż będąc któregoś dnia w zaprzyjaźnionym sklepie płytowym, usłyszałem jak jeden z klientów odsłuchiwał składankę z jej "największymi przebojami" z lat dziewięćdziesiątych. Wyrażenie celowo przybrałem w cudzysłów, bo przecież Anne Clark nigdy nie zaistniała w masowej świadomości słuchaczy. I gdy tak ta płyta wybrzmiewała w czterech ścianach sklepu, złapałem się na tym, że zaczynam uważniej wsłuchiwać się w kolejne utwory. Po zakończonym odsłuchu klient podziękował i odłożył płytę. Widać wspomniany album, nie spełnił jego oczekiwań. I całe szczęście, bo w przeciwnym wypadku, moja przygoda z muzyką Anne Clark tak szybko jak się zaczęła, tak też błyskawicznie by się zakończyła. Na pewno zostałaby odroczona w czasie, kto wie na jak długi okres. Być może mój entuzjazm względem muzyki Anne osłabłby na tyle, że zwyczajnie zapomniałbym o jej istnieniu. Nie namyślając się więc zbyt długo, wyraziłem chęć nabycia owej składanki, chowając w kieszeń moją niechęć względem takich wydawnictw. Lata mijają, a ja wciąż mam ją na swojej półce. Może nieco przykurzona, ale wciąż wartościowa, póki nie zgromadzę tych nagrań na jej regularnych albumach z lat dziewięćdziesiątych. Później nie będzie mi już potrzebna, więc pewnie podarują ją komuś, kto miejmy nadzieję doceni jej walory artystyczne. Na razie jednak zostaje ze mną, bo droga do celu jeszcze daleka. Póki co, honoru kolekcji muszą bronić trzy regularne albumy Anne - "Pressure Points" (1985), "The Smallest Acts Of Kindress" (2008) oraz  mój ostatni nabytek w postaci "Changing Places" (1983). W obliczu jej pełnej dyskografii, stanowi to nad wyraz skromne zbiory, ale przecież nie powiedziałem jeszcze mego ostatniego słowa w tym temacie.

Jakub Karczyński

17 lipca 2017

RED SUN REVIVAL - RUNNING FROM THE DAWN (2012)

Przed kilkoma tygodniami znajomy przypomniał mi o zespole Red Sun Revival, który zdążył zatonąć już w odmętach mojej pamięci. Grupę tę odkrył dla mnie kilka lat wcześniej, jeden z czytelników "Czarnych słońc". Widząc jaka muzyka gra mi w duszy, polecił zainteresować się twórczością tego zespołu. Jako że lubię odkrywać nowe rzeczy, nie trzeba było specjalnie długo namawiać mnie do posłuchania ich płyty. Wybór padł na "Running From The Dawn" wydany w 2012 roku. Wtedy był to ich jedyny album. Pamiętam, że nie zrobił on na mnie jakiegoś piorunującego wrażenia. Ot, dobre, solidne granie, zakotwiczone w twórczości Fields Of The Nephilim, ale bez szczególnie wybitnych momentów. I chyba te nazbyt czytelne nawiązania, kazały mi wpisać grupę na listę zdolnych naśladowców mistrzów ze Stevenage. Zdolnych, ale nie dość oryginalnych by zagrozić legendzie Fields Of The Nephilim. Płyta przesłuchana kilka razy, powędrowała następnie na półkę i przez większość czasu tkwiła tam nie niepokojona przez nikogo. Aż do teraz. Czasem zdarza się tak, że ktoś wznieci iskrę, która rozpali w człowieku pożar. Tak było i w tym przypadku. Nagle poczułem chęć sięgnięcia po album Red Sun Revival by sprawdzić czy, aby słusznie skazałem go na wieczne potępienie. Jak to często bywa, po latach, pewne oceny ulegają zmianie, czasem na lepsze, czasem na gorsze. W tym przypadku było to in plus. To czego nie dostrzegłem przed laty, teraz wypłynęło jako rzecz zupełnie oczywista. Jakby album powiedział: "dobra, pokaże ci co mam w sobie najlepszego". Tym sposobem odkryłem kilka nagrań, które na tyle mocno wgryzły mi się w pamięć, że wracam do nich z prawdziwą przyjemnością.

Red Sun Revival to młody zespół, założony w Londynie w 2011 roku. Na swoim koncie mają ledwie dwie pełnowymiarowe płyty, ale z pewnością zdążyli już zapaść w pamięć miłośnikom mroczniejszych dźwięków. Opisywany tu album to ich debiutanckie dzieło, którym zaprezentowali się szerokiej publiczności. Docenić należy przede wszystkim doskonałą produkcję oraz klimat, który unosi się nad tym albumem. Jest on zasługą pięknie wkomponowanych partii skrzypiec jak i patentów gitarowych podpatrzonych u Fields Of The Nephilim. Chciałoby się rzec, że jak kraść to od najlepszych. Niemniej nie robiłbym grupie o to wyrzutu, bowiem stworzona muzyka pomimo ewidentnych skojarzeń, ma swój własny charakter. Stworzony materiał na pewno nie był dziełem przypadku. Widać, że grupa doskonale przemyślała sobie to co zamierzała wypuścić w świat. Tak muzycznie jak i pod kątem wizualnym. Wszystko to składa się na bardzo dopracowany debiut, któremu warto poświęcić kilka wieczorów.
  

"Runnig From The Dawn" to album niezwykle melodyjny, bez mielizn czy tak zwanych wypełniaczy. Mamy tu do czynienia z kompozycjami dobrymi, bardzo dobrymi jak i z dwiema absolutnymi perełkami. Z pewnością przypadnie on do gustu osobom rozkochanym w muzyce mroku, malowanej paletą barw charakterystyczną dla grup pokroju NFD, Love Like Blood czy The Eden House. Z tym ostatnim zespołem/projektem Red Sun Revival powiązani są za sprawą swojego wokalisty, który udziela się tam jako gitarzysta. Rob Leydon bo o nim mowa, nie jest człowiekiem znikąd. Zanim powołał do życia Red Sun Revival, działał w Voices of Masada oraz w Adoration. Największą inspirację muzyczną poza Fields Of The Nephilim stanowią dla niego takie grupy jak choćby The Damned, The Chameleons jak i Pink Floyd. Już choćby to wiele mówi nam o tym, czego można się spodziewać po muzyce, ukrytej pod szyldem Red Sun Revival.
Wróćmy jednak do zawartości albumu. Tak jak pisałem, właściwie nie ma tu słabych/zbędnych utworów. Każdy z nich stanowi ważną część tej płyty. Mnie najmocniej zauroczyły zwłaszcza dwa. Z pewnością takim najjaśniejszym punktem tego albumu jest Last Chance, kojarzące mi się nieco z Last Exit For The Lost. Podobieństw można doszukiwać się już w tytułach nagrań i to być może właśnie one, skierowały moje myśli na te tory. Sama muzyka już takich ewidentnych skojarzeń nie nasuwa, choć ma w sobie podobny niepokój. To jednak tylko takie luźne skojarzenie, przy którym można znaleźć tyle samo argumentów przemawiających za co i przeciw niemu. Czasem tak już jest, że odnajdujemy pewne powiązania, choć nie do końca jesteśmy świadomi łączących je nici. Takie rzeczy po prostu się wyczuwa, albo nie.
Gdy z głośników wybrzmi już Last Chance nie warto tracić czujności, bo oto w kolejce czeka już Wide Awake. Odkrycie jego walorów zajęło mi nieco czasu. Tłumaczę sobie to niezbyt fortunnym miejscem w układzie utworów. Po wysłuchaniu Last Chance, moje myśli chyba wciąż jeszcze krążyły wokół tego nagrania, stąd zapewne moja nieczułość na piękno Wide Awake. Nie jest to co prawda utwór tej klasy co poprzedzające go nagranie, ale ma w sobie to coś co sprawia, że warto wyłowić je spośród innych kompozycji. Podoba mi się zwłaszcza ten patent gitarowy, przełamujący nagranie. Taki trochę w stylu alternatywnego rocka spod znaku Franz Ferdinand. Tak przynajmniej mi się to kojarzy.
Równie blisko serca co  Last Chance, trzymam nagranie Forgive Us Now. Tutaj urzeka mnie przede wszystkim solowa partia skrzypiec, którym dano szansę zaprezentowania się w pełnej krasie. Na tle bardzo pięknej kompozycji, lśnią one niczym diament. Głębokie ukłony dla Christine Emery pod palcami, której rodzą się takie cuda. Gdzie ja miałem uszy, że mi takie perełki poumykały. Teraz ręce same składają mi się do oklasków, a wcześniej jakoś nie potrafiłem dostrzec tego dość oczywistego piękna.
Bez większego problemu dostrzegłem za to walory nagrania inicjującego płytę. My Child doskonale wprowadza w nastrój albumu, nie tylko za sprawą nastroju, ale i dzięki sporej dozie przebojowości, podanej jednak w nienachalny sposób. Z pewnością zauroczy ono niejednego słuchacza. Co do tego, nie mam najmniejszej wątpliwości.
Nie ma chyba sensu rozbierać na części pierwsze utworu po utworze i psuć tym samym zabawy potencjalnym słuchaczom. Poza wskazanymi przeze mnie nagraniami, jest tu jeszcze sporo do odkrycia. Warto poświęcić swój czas i zagłębić się w ten jakże piękny i melancholijny album. Co prawda letnia aura niezbyt sprzyja słuchaniu tego typu muzyki (chyba, że nocą), ale zapewniam, że nie warto czekać do jesieni.

Historia z płytą "Running From The Dawn" nauczyła mnie, żeby nie wydawać zbyt pochopnie osądów. Bez odpowiedniego zaangażowania, bardzo łatwo przegapić naprawdę wspaniałe płyty. W związku z tym, mam jeszcze do zrewidowania kilka innych albumów. Kto wie, być może i tam czają się nagrania, o których wkrótce rozpisywać się będę w samych superlatywach. Nim to jednak nastąpi, posłucham sobie kolejny raz płyty Red Sun Revival, by nie tylko nasycić się tymi pięknymi dźwiękami, ale i porozmyślać nad tym jak niewiele brakowało by okrył go kurz zapomnienia.

Jakub Karczyński

28 czerwca 2017

OKO ŁOWCY


Cierpliwość to ważna rzecz, tak w świecie myśliwych jak i zbieraczy płyt. Samo ustrzelenie zwierzyny jest czasem prostsze, niż jej wypatrzenie. Myśliwi i kolekcjonerzy czekają więc cierpliwie, aż na horyzoncie pojawi się odpowiedni zwierz, wart wycelowania w niego broni. I choć myśliwstwa nie pochwalam, a wręcz je potępiam, to bezkrwawym polowaniom na płyty, oddaję się z prawdziwą pasją. Sporządzam sobie za wczasu listę albumów, tak zwanych białych kruków, które chętnie ugościłbym na swojej półce. W większości są to rzeczy naprawdę trudno dostępne, pojawiające się na aukcjach internetowych niezwykle rzadko, ale dzięki temu zabawa jest lepsza, a i radość większa, gdy uda się wreszcie dopaść wymarzoną zdobycz. Takie albumy cieszą mnie najbardziej, bo ilość włożonego trudu w ich zdobycie, jest wprost proporcjonalna do późniejszej satysfakcji. Nawet zakup nowości tak nie cieszy, jak zdobycie białego kruka, bo co to za problem pójść do sklepu i wyłożyć pieniądze na ladę. Żaden. Najbardziej docenia się w końcu to, co przychodzi z trudem. Ta mądrość sprawdza się tak w przpadku płyt jak i w życiu. Kto z nas nie pamięta z dzieciństwa chwili, gdy w wakacje podejmowało się dorywcze prace, by później za zarobione pieniądze kupić sobie coś, o czym się marzyło przez cały rok. Taką rzecz ceniło się nad wyraz mocno, bo człowiek wiedział ile godzin i z jakim trudem musiał na nią zapracować.  

Tak też mniej więcej wyglądało polowanie na album "Inky Bloaters" (1987) Danielle Dax*. Jego zakup na winylu to rzecz niezwykle prosta. Zdobycie jej na kompakcie, to już rzecz wymagająca niebywałego zachodu. Właściwie nie pamiętam bym kiedykolwiek natknął się na nią przeglądając internetowe aukcje w rodzimym serwisie. Dlatego tym większe było moje zaskoczenie, gdy nagle ktoś postanowił się jej pozbyć i to za stosunkowo niewielkie pieniądze. Bitwa o ten album nie była szczególnie zacięta, lecz dla pewności postanowiłem zalicytować z pewnym zapasem, aby czasem na finiszu nie zostać z niczym. Na szczęście aukcja spokojnie dobiegła końca, a mnie pozostało już tylko wyglądać listonosza. Sama płyta od strony muzycznej jest dość osobliwym tworem, ale i artystka nie należy do osób tuzinkowych. Trudno właściwie przyporządkować ją do jakiegokolwiek gatunku, bowiem jej twórczość stanowi taką mieszankę stylów, że chyba najłatwiej przypiąć jej łatkę experimental jak czynią to internetowe skarbnice wiedzy. Choć artystka obraca się w tak różnych rejonach, nie zawsze zbieżnych z moimi zainteresowaniami, to jednak ma w sobie to coś, co mnie do niej przyciąga i każe podążać za śladami jej stóp. Może to ten post punkowy image, przydający jej drapieżności, a może sekret skrywają dźwięki prowadzące słuchacza w nieznanym, a przez to interesującym kierunku. Cokolwiek by to nie było, niech nęci i kusi, bo intrygować też trzeba umieć.

Jakub Karczyński

* Wspominałem o niej przed laty we wpisie zatytułowanym "Trupy wychodzą z szafy" więc, aby już się nie powtarzać odsyłam zainteresowanych pod ten właśnie adres: http://czarne-slonca.blogspot.com/2013/03/trupy-wychodza-z-szafy.html


27 czerwca 2017

LAIBACH - POZNAŃ - 24-06-2017

Laibach zaistniał w mojej świadomości gdzieś na początku studiów, gdy w moje ręce wpadła ścieżka dźwiękowa* do filmu "The Blair Witch Project". Znalazł się tam cover utworu God Is God (oryginalnie Juno Reactor), który to powalił mnie swą mocą. Przez długi czas moja znajomość twórczości grupy ograniczała się tylko do tego utworu. Na jego podstawie stworzyłem sobie wyobrażenie muzyki, którą mogłaby grać ta słoweńska grupa. Oczywiście nie muszę mówić, że wyobrażenie owo nie do końca pokryło z rzeczywistością. Bo i Laibach nie jest do końca zwykłym zespołem. Stanowi on część większej całości, na którą składają się sztuki wizualne, grupa teatralna, studio grafiki i designu oraz Departament Czystej i Stosowanej Filozofii. Laibach jest więc tylko jednym z elementów. Uprawia on swoją muzykę nie stroniąc przy tym od kontrowersyjnych postaw czy poglądów. Pomijając całą otoczkę jaka towarzyszy zespołowi, trzeba przyznać, że muzyka którą tworzą potrafi porwać masy. 

Tak było i na niedzielnym koncercie, który grupa zagrała w Poznaniu w ramach Festiwalu Malta. Zespół na scenie wspomagany był przez orkiestrę symfoniczną oraz wspaniałe efekty wizualne 3D. Park im. Henryka Wieniawskiego przeżył chyba swój koncertowy debiut, bo nie pamiętam by organizowano tu jakiekolwiek imprezy. Choć były obawy o to czy pomieści wszystkich zainteresowanych, to jak się później okazało, obawy te były bezzasadne. W tych jakże pięknych okolicznościach przyrody, w gęstniejącym oczekiwaniu i zniecierpliwieniu, na scenie pojawili się oni. Rozpoczęli od utworu instrumentalnego Bogurodzica by płynnie przejść do klasyki Edwarda Griega w postaci kompozycji Olav Tryggavson oraz Ode An Die Freude Ludwiga Van Beethovena. Okraszone było to nie tylko wyborną grą orkiestry, ale i pięknymi efektami wizualnymi. Pomimo ataku tylu bodźców, wszystko tworzyło spójną całość. Na taki obraz złożyło się pewnie wiele godzin żmudnej pracy, ale efekt był naprawdę imponujący. Dla osób mniej zorientowanych na muzykę klasyczną, koncert zaczął się wraz z utworem Eurovision znanym z albumu "Spectre" (2014). Płyta ta stanowiła dość pokaźną część programu. Na szesnaście zaprezentowanych nagrań, aż pięć pochodziło właśnie ze "Spectre". Album "WAT" (2003) dla porównania reprezentowały tylko dwa nagrania. Reszta to covery i pojedyncze nagrania z poszczególnych płyt. I tak poznańska publiczność mogła wysłuchać We Are Millions And Millions Are One, The Whistleblowers, Resistance Is Flutile a na wybłagany wręcz bis, jednym z dwóch nagrań była Bossanova. Dużym przeżyciem dla zgromadzonej publiczności musiało być również wysłuchanie zaśpiewanej częściowo po polsku, kompozycji Warszawskie dzieci. To fragment z mini albumu "1 VIII 1944" będący hołdem dla powstańców, a stworzony na siedemdziesiątą rocznicę Powstania Warszawskiego. Niemniej to co mnie najbardziej urzekło tego wieczora, to wspomniane już nagrania z albumu "Spectre", ze szczególnym uwzględnienie Whistleblowers, które gwizdałem jeszcze przez cały następny dzień. Nie sposób się wręcz uwolnić od tej melodii. Każdy kto choć trochę śledzi muzyczną historię grupy Laibach wie, że posiłkuje się ona w sporej mierze coverami i takich również nie zabrakło tamtego wieczora. Klasykiem jest już Life Is Life grupy Opus, które Laibach przerobiło na swoją modłę. Niemniej to nie ono wywarło na mnie największe wrażenie. W środkowej części koncertu pojawiły się dwa nagrania, które były niczym postrzał z pistoletu w samo serce. Myślę tu o nagraniach z filmu "Dźwięki muzyki" - The Sound Of Music oraz Climb Ev'ry Mountain. Co by o grupie nie powiedzieć, to mają rękę do coverów. Praktycznie czego nie wezmą na warsztat, to zamienia się jeśli nie w złoto, to przynajmniej w kruszce niewiele ustępujące mu wartością. Jeśli ktoś zna utwór God Is God, którego niestety w Poznaniu zabrakło, to zapewne pamięta, jak daleko w tyle pozostawili oryginał, stworzony przez Juno Reactor. Podobnie było ze wspomnianym nagraniem Climb Ev'ry Mountain, wsparte głosem dodatkowego wokalisty, który pojawił się na scenie tylko po to by wykonać swoją partię. Zrobił to jednak tak wspaniale, że chyba nie tylko mnie zapadł głęboko w pamięć. Sporym nietaktem byłoby też pominąć rolę Miny Špiler, która ilekroć przejmowała rolę głównej wokalistki śpiewała tak, że ręce same składały się do oklasków. Dostrzegł to również mój kolega, który nie słuchał wcześniej Laibacha, ale teraz chyba nadrobi zaległości. Myślę, że nikt kto przybył tego dnia do Parku Henryka Wieniawskiego, nie opuszczał go rozczarowany, bo absolutnie nie było ku temu podstaw. Zespół jak i orkiestra stanęli na wysokości zadania, dając publiczności wszytko to co najlepsze. Umiejętnie też przekłuwali balonik powagi, emitując co pewien czas komunikaty typu "and now for something completly different", puszczając tym samym oko do fanów grupy Monty Pythona jak i nabijając się nieco z tekstów typu "jesteście najlepszą publicznością", które artyści rzucają zazwyczaj w stronę swoich fanów. Wśród zgromadzonych, wzbudziło to szczery śmiech, no bo jakże inaczej do tego podejść jeśli nie z przymrużeniem oka. 

Wspominałem już, że udało się nam wyprosić bis, choć w pewnym momencie nieco już straciłem nadzieję. Im bardziej puchły mi ręce od klaskania, tym mniejszą miałem nadzieję na jakiś post scriptum. Zwłaszcza, że orkiestra opuściła już swoje stanowiska. Na szczęście zespół powrócił do nas jeszcze na dwa utwory - Bossanova oraz Tanz Mitch Laibach. Zwłaszcza to ostatnie nagranie rozruszało część publiczności, choć miałem pewne wątpliwości co tak naprawdę poderwało tych ludzi. Utwór brzmi trochę jakby był stworzony na potańcówki ONR-u, a jego twardy, niemiecki charakter, zdaje się pobudzać w niektórych demony, których lepiej nie karmić. Potwierdzeniem mych obaw, były napotkane po koncercie grupy ludzi w koszulkach "patriotycznych". Sądzę jednak, że przyszli oni tam z zupełnie innych pobudek, niż ja.

Jakub Karczyński 

* Każdy kto oglądał ten film, wie doskonale, że obraz ten nie miał żadnej ścieżki dźwiękowej. Jak to więc się stało, że soundtrack jednak się pojawił na rynku? Otóż twórcy filmu wymyślili sobie, że nagrania na tej kompilacji, to nagrania z kasety Josha, znalezionej w jego porzuconym samochodzie. Jak widać nie ma sytuacji bez wyjścia, grunt to dobra wyobraźnia.

19 czerwca 2017

SZTUKA ZEPSUCIA

Dziś słówko o remiksach. Ilekroć ktoś mnie pyta czym jest remiks, odpowiadam, że to sztuka psucia dobrej muzyki. No bo jak inaczej można to nazwać? Przecież większość tych rzeczy jest nie do słuchania. To zbrodnia nie tylko na muzyce, ale i na odbiorcy, który zmuszony jest katować uszy tą pseudo sztuką. Może nie jestem wielkim znawcą tego typu twórczości, ale jeśli dobrze pamiętam, to na przestrzeni lat tylko jeden remiks zrobił na mnie naprawdę wielkie wrażenie. Ba, był lepszy od oryginalnego nagrania, którego twórcą był nie byle kto, bo sam David Bowie. To co jednak zrobił Moby z utworem Sunday to absolutne mistrzostwo świata. Tchnął w niego nowe życie i skierował na nieco inne tory. Choćby dla tego nagrania warto zaopatrzyć się w dwupłytową wersję albumu "Heathen" (2002). I gdyby do tego miały sprowadzać się remiksy, to szczerze przyklasnąłbym tej inicjatywie. Niestety takie nagrania to chlubne wyjątki, które jednak nikną w zalewie ogólnej tandety. Wciąż zachodzę w głowę czy słuchanie tych łomotów przynosi komuś jakąkolwiek satysfakcję poza samym twórcą? Ja wiem, że tego typu utwory przeznaczone są głównie na taneczne parkiety, ale moja wyobraźnia nadal nie potrafi pojąć jak ktoś może się przy tym dobrze bawić. Nawet moja żona słysząc czego dziś słucham spojrzała na mnie porozumiewawczo. Uspokoiła się dopiero, gdy powiedziałem jej, że słucham tego z obowiązku, a nie dla przyjemności. Nie wiem jak Wy, ale ja ilekroć widzę dopisek mix przy utworze, natychmiastowo tracę chęć na posłuchanie takiej muzyki. Z tej też przyczyny, omijam szerokim łukiem single, na których to poza utworem promującym album są samej remiksy. Tak było w przypadku Where's The Revolution Depeche Mode. Żal mi było nawet tych paru złotych na coś co ani formą, ani treścią nie przedstawia dla mnie większej wartości. Poza tym szkoda mi miejsca na półce na tego typu zapchajdziury. Niemniej czasem zdarzy mi się odstępstwo od tej reguły, tak jak w przypadku Psyche "Endangered Species" (2002). Zupełnie nie wiem co mnie podkusiło, aby nabyć ten mini album, na którym to poza czterema normalnymi utworami, znajdziemy aż osiem okropnych remiksów. Chyba łudziłem się, że będą lepsze, niż de facto są. Z ośmiu remiksów na siłę wybrałbym jeden no może dwa, które jako tako się prezentują. Reszta do kosza. Na szczęście są tu jeszcze utwory dające nadzieję na to, że wydatek dwudziestu jeden złotych nie był jednak tak zupełnie bez sensu. I choć początek płyty może jeszcze nie zapowiada niczego niesamowitego, to warto przeczekać te pierwsze pięć minut z niewielkim okładem by odkryć absolutną perłę tegoż wydawnictwa w postaci Damaged Soul. Ta mroczna kompozycja, przywodząca niekiedy na myśl twórczość Depeche Mode, urzeka przede wszystkim refrenem, którego chce się słuchać raz za razem. Podobnym kursem płynie kolejne nagranie Memento, które jeszcze bardziej wpisuje się w stylistykę grupy z Basildon. To kolejny klejnot tego albumu i w zasadzie ostatni przystanek, na którym warto już wysiąść. Później to już strefa remiksów, która to zarezerwowana jest dla zatwardziałych entuzjastów tego typu twórczości. Jeśli ktoś kontynuuje podróż, robi to już na własną odpowiedzialność. Żeby jednak nie utonąć w zalewie tej beznadzei, zespół rzuca nam jeszcze jedno koło ratunkowe. Jest nim przedostatnia kompozycja o dość różnobarwnym klimacie zatytułowana Eleven. Znajdą tu coś dla siebie tak klimaciarze jak i wielbiciele nieco bardziej dynamicznych i transowych dźwięków. I to w zasadzie na tyle. Reszta nie zasługuje na nic więcej jak tylko na to by zbyć ją milczeniem. Szkoda.

Jakub Karczyński

5 czerwca 2017

DRAB MAJESTY / NIGHTRUN87 / BY THE SPIRITS - KLUB POD MINIOGĄ - 3-06-2017

Miniona sobota była dniem szczególnym. Od chwili gdy w Trzeciej Stronie Księżyca, gruchnęła informacja o koncertowej trasie Drab Majesty zahaczającej o Poznań, wiedziałem, że trzeciego dnia czerwca muszę stawić się w Minodze (właściwie Klub Pod Minogą). Jako że nie jestem wielkim fanem piłki nożnej, to finał Ligii Mistrzów nie pokrzyżował mi szyków. Było mi zupełnie obojętne kto wygra, bowiem tego dnia liczyła się tylko muzyka. Nawet nie przypuszczałem ile atrakcji przyniesie ten wieczór. I to niekoniecznie stricte koncertowych. Przede wszystkim okazało się, że przed Drab Majesty zaplanowano występ jeszcze dwóch innych artystów. Jako osoba ciekawa nowych dźwięków, nie lekceważę supportów. Niejednokrotnie przekonałem się o tym, że i tam można wyłowić rzeczy autentycznie wspaniałe. Przykładem choćby Promenade Cinema poprzedzające występ rodzimego Sexy Suicide.
Wczorajszy wieczór przyniósł też atrakcje innego rodzaju. Otóż od pewnego czasu chodził za mną pewien motyw muzyczny, którego nazwy nie mogłem sobie przypomnieć. Powracał on i powracał potęgując poczucie frustracji, ale dni mijały, a zagadka wciąż pozostawała nierozwiązana. Udało mi się ją rozwikłać właśnie podczas wczorajszego koncertu. W przerwie między występami, aby zabić ciszę nadawano różne utwory mniej lub bardziej pasujące do muzyki wybrzmiewającej ze sceny. I kiedy tak stałem czekając na pojawienie się gwiazdy wieczoru, nagle z głośników rozległ się ten motyw. Wzięty z zaskoczenia od razu rozpoznałem w nim Shot By Both Sides grupy Magazine, o którym to pisałem swego czasu na blogu. Nawet nie wiecie jaka ogarnia człowieka radość i poczucie spełnienia, gdy po tylu dniach bezowocnej bitwy z myślami, raptem otrzymuje rozwiązanie. 

Wróćmy jednak do koncertów, bo to one były w tym dniu najistotniejsze. Gdy dotarłem do klubu okazało się, że na scenie rozgościł się już By The Spirits. Ku mojemu zaskoczeniu koncert musiał już chwilę trwać, choć sądziłem, że stawiłem się o czasie. Przypuszczam, że obejrzałem połowę występu tego jednoosobowego projektu wywodziącego się (jak sam autor zaznacza) z mistycznych lasów Dolnego Śląska i starożytnej Góry Ślęży. Zainspirowany naturą, śmiercią i duchowością. Ot, mroczny folklor, kreowany za pomocą gitary akustycznej, odpowiednio ponurego głosu oraz świeczek i kadzideł. Wyglądało to trochę jak wieczór poezji śpiewanej, ale mimo to, miało swój klimat i dobrze wprowadzało w atmosferę wykreowaną w późniejszym czasie przez Drab Majesty. Gdyby chcieć pokusić się o jakieś luźne skojarzenia to można by rzec, że to podobna kraina dźwięków, po której porusza się obecnie Nergal z Johnem Porterem. Najuczciwszym punktem odniesienia będą jednak albumy projektu The Blue Hour, równie mroczne i przesycone pewnym mistycyzmem. 

Następnie scenę objął we władanie Nightrun87 czyli William Malcom i diametralnie zmienił nastrój prezentując zgromadzonej publiczności muzykę żywcem wyjętą z lat osiemdziesiątych. Każdy z utworów ilustrowany był odpowiednio dobranym wideoklipem, co doskonale podkreślało klimat. W pierwszym momencie pomyślałem, że ktoś tu chyba przedawkował ścieżkę dźwiękową do filmu "Drive". Niemniej poczyniłem to bez złośliwości, a właściwie z pewnym zadowoleniem, bo niezwykle lubię takie klimaty. Słuchasz Nightrun87 a przez głowę samoistnie przebiegają nazwy takich twórców jak Kavinsky czy Perturbator. Jeśli wychowywałeś się w latach osiemdziesiątych, to zapewne przypomną ci się także gry na Commodore 64, Amigę czy Atari. Ich charakterystyczne ścieżki dźwiękowe, to coś czego nie da się wymazać z pamięci. Powrót tej sentymentalnej fali dowodzi, że i na takie dźwięki jest zapotrzebowanie. Nightrun87 nie stara się ślepo naśladować tego co robi czy to Kavinsky czy Perturbator. Wypracował własny styl, który bardziej trafia w mój gust, niż muzyka wspomnianych wcześniej twórców. Elektronika Nightrun87 jest bardziej plastyczna, nie drażni uszu i przyjemnie prowadzi po krainie lat osiemdziesiątych. Sam William Malcolm to postać niezwykle sympatyczna i doskonale odnajdująca się w tym co robi. Potrafi porwać swą muzyką każdego komu serce żywiej bije przy muzyce lat osiemdziesiątych, więc polecam wybrać się na jego występ jeśli będziecie mieli okazję.

Ostanim punktem programu tej sobotniej nocy, była grupa Drab Majesty. I choć robili za gwiazdę, to wydaje mi się, że większą publiczność zgromadził jednak Nightrun87. Niemniej nie brakowało i takich, którzy zjawili się tylko po  to by zobaczyć Drab Majesty. Sam duet od strony wizualnej prezentował się dość osobliwie. Muzyka mroku ma swoje prawa, ale wydaje mi się, że tutaj artyści nieco balansują na granicy groteski. Zostawmy to jednak i skupmy się na samej muzyce, bo ta powinna zachwycić przede wszystkim miłośników takich grup jak choćby Clan Of Xymox czy The Cure. Słuchając poszczególnych kompozycji, można było sobie przypomnieć dni największej chwały wytwórni 4AD. To te same emocje, te same dźwięki i ta sama atmosfera. Widać, że pomimo upływu tylu lat, tamto oblicze wytwórni wciąż stanowi ogromną inspirację dla tak wielu grup. Drab Majesty solidnie odrobili swoje lekcje, czarując zgromadzoną publikę swą mroczną muzyką. Do wykreowania nastroju posłużył syntezator, gitara elektryczna oraz podkłady perkusyjne. Reszta rozgrywała się już w wyobraźni zgromadzonej publiczności, która w skupieniu śledziła utwór po utworze. Ich żywiołowe reakcje dowodziły, że nie zawiedli się na Drab Majesty. Zespół również wydawał się być zadowolony z występu i kto wie, być może za jakiś czas, znów natkniemy się na plakaty reklamujące ich koncert. Trzymam za to kciuki.

Podsumowując. Był to naprawdę udany wieczór, bogaty nie tylko w dźwięki, ale i odkrycia muzyczne. Po zakończonych występach, ludzie tłumnie oblegli stanowiska z płytami, nabywając kompakty, analogi oraz wszelkiego rodzaju gadżety. Planem minimum z mojej strony był zakup albumu Drab Majesty, ale po wysłuchaniu koncertu Nightrun87 i miłej konwersacji  z artystą, przyobiecałem mu, że z pewnością kupię także i jego płytę. Skończyło się na dwóch, bo i ceny bardzo okazyjne. Po wysłuchaniu następnego dnia na spokojnie ich zawartości, utwierdziłem się w tym, że to dobrze zainwestowany pieniądz. Poza świetną muzyką zyskałem coś jeszcze. Satysfakcję ze wspierania młodych artystów i ich przyszłych działań. Tylko tyle i aż tyle.

Jakub Karczyński

27 maja 2017

CITIZEN CAIN - SERPENTS IN CAMOUFLAGE (1992)

Abstrakcyjność okładki w pełni dorównuje tytułowi płyty. Czegóż my tu nie mamy? Anioł z obciętym korpusem, humanoidalny minotaur z tasakiem zamiast ręki, szkarady z najgorszych koszmarów sennych oraz motyle zjadane przez tytułowe węże. A wszystko to na tle jakże bajkowego pejzażu. Patrząc na całość chciałoby się posłużyć modnym powiedzeniem - grafik płakał jak projektował. No bo nic tu do siebie nie pasuje, a mimo to tworzy jakąś całość. Niekoniecznie spójną. Słowne wiązanki lub komplementy trzeba słać w kierunku wokalisty Scotta Cyrusa, bo to on jest autorem wszystkich okładek sygnowanych zarówno logiem Citizen Cain jak i albumów pod zmienioną nazwą - Xitizen Cain. Nawet jeśli uznamy, że walory estetyczne są łagodnie mówiąc dyskusyjne to zawartość muzyczna powinna zrekompensować te niedostatki zwłaszcza tym, którzy mienią się być fanami takich grup jak Genesis czy Marillion. Zwłaszcza tych wczesnych okresów, gdy w Genesis rządził Peter Gabriel, a w Marillion karty rozdawał Fish.

Ten szkocki zespół, powstały na początku lat osiemdziesiątych (1982), dość długo kazał czekać fanom na swój płytowy debiut. W międzyczasie zdążył się rozpaść i zreorganizować na nowo, ale wszystko to trwało długich dziesięć lat. Pozostawili co prawda po sobie zbiór piosenek ze wcześniejszego okresu - "Ghost Dance" (1984-1987), ale trudno to nazwać pełnoprawnym albumem. Debiutowali dopiero w 1992 roku, właśnie za sprawą "Serpents In Camouflage". Pomimo doskonałych recenzji, zespół nie był zadowolony ze swego dzieła, co po latach dość trudno zrozumieć. Wszakże "Serpents In Camouflage" jest dziełem na tyle pięknym, że bez wstydu można je postawić na półce tuż obok albumów czy to Genesis czy to Marillion. Może nie ma takiego potencjału komercyjnego jak choćby "Misplaced Childhood" (1985) Marillion, ale trudno nie docenić bardzo przemyślanej i spójnej koncepcji tej debiutanckiej płyty. A to, że czerpie ona pełnymi garściami z dorobku swych sławniejszych kolegów, w niczym nie umniejsza jej wartości. Bo co innego inspirować się, a co innego ślepo naśladować styl danej grupy. Citizen Cain wzięli co najlepsze z obu grup i stworzyli muzykę, która pomimo upływu tylu lat, wciąż doskonale się broni. Już choćby to świadczy o tym, że mamy do czynienia z dość nietuzinkowym albumem. Początek płyty brzmi nieco tak, jakbyśmy przez pomyłkę nastwili jakąś płytę grupy Eloy. Nie jest to bynajmniej zarzut, bo kompozycja Stab In The Back  wpada w ucho niemal momentalnie. Kosmiczne klawisze przepięknie malują pejzaże przed oczami i pozwalają odprężyć się po ciężkim dniu. Zapytam retorycznie. Czyż można wymarzyć sobie doskonalsze rozpoczęcie płyty? A to przecież dopiero pierwsze kroki jakie stawiamy wraz z tym albumem. Dalej wcale nie jest gorzej. Choćby w takim Liquid Kings, gdzie dla przełamiania otrzymujemy też mały wyciąg z twórczości Jethro Tull. Takie przynajmniej odnoszę wrażenie, gdy do głosu dochodzi flet, nieodzownie kojarzący się z twórczością tego zespołu. Wszystkie te nawiązania, to takie swoiste puszczenie oka do słuchaczy i zaproszenie ich do wspólnej zabawy. Wszakże lubimy te melodie, które już żeśmy raz słyszeli. Zapewnia to nie tylko świetną rozrywkę, ale i niweluje efekt znużenia, nieodzowny przy tak długich kompozycjach. Odnoszę również wrażenie, że album został z gruntu przemyślany i nic nie pozostawiono przypadkowi. Świadczy o tym choćby kolejność utworów, gdzie tak zwane "lokomotywy" czyli utwory ciągnące album, umieszczono na początku i na końcu płyty. Tym ostatnim akcentem jest kompozycja tytułowa, która pozostawia naprawdę świetne wrażenie. Czyżby zastosowano sprytną sztuczkę psychologiczną, zwaną efektem pierwszeństwa i efektem świeżości? Pierwsza sprowadza się do lepszego zapamiętywania przez nasz mózg tego co było na początku, druga tego co na końcu. Wróćmy jednak do kwestii muzycznych. Album "Serpents In Camouflage" nie należy do najłatwiejszych w odbiorze. Trzeba poświęcić mu kilka wieczorów by w pełni odkryć jego piękno. Zaręczam, że warto podjąć się tego wyzwania. Album trzyma bardzo równy poziom i pomimo bardzo długich, rozbudowanych kompozycji, nie przytłacza słuchacza swą zawartością. Co prawda najkrótsza kompozycja trwa tutaj ponad sześć minut, ale to chyba nic nowego w świecie art rocka. Różnorodność i wielobarwność tej muzyki zapewne przyniesie wiele wrażeń, tak początkującemu muzycznemu entuzjaście jak i już wyrobionemu słuchaczowi.

Trudno mi orzec jaka jest rozpoznawalność tej grupy w Polsce. Przypuszczam, że nie jest ona tak zupełnie anonimowa bowiem na początku lat dziewięćdziesiątych, zaprezentowano kilka nagrań z tej właśnie płyty w "Trójce pod księżycem". W tamtym czasie, z pewnością nie umknęło to uwadze co wrażliwszych słuchaczy. A jak to wygląda obecnie? Sądzę, że jej twórczość przykryła dość pokaźna warstwa kurzu i nawet jeśli kiedyś ekscytowano się jej nagraniami, to dziś popadły one w zapomnienie. Warto je odkurzyć do czego serdecznie zachęcam. Sięgnijcie i przekonajcie się sami dlaczego w swoim czasie dziennikarze określili ich muzykę mianem “Selling England for a Jester’s Tear!” Komentarz wydaje się zbędny.

Jakub Karczyński
 

12 maja 2017

PŁYTY GORSZEGO SORTU

Dziwny to kraj, w którym to w oficjalnym dniu premiery, nie można kupić płyty danego artysty. Czasami czuję się jakbyśmy mieszkali w Europie kategorii B. I chyba tak poniekąd traktowany jest nasz rynek. Przekonałem się o tym już wielokrotnie i nieco smuci mnie ten fakt, bo jak tu płyty mają się sprzedawać skoro nie ma ich na sklepowych półkach? Owszem, gdy tylko swój nowy album wypuści Beyonce, Rihanna czy inna postać popkulturowego świecznika to półki wręcz uginają się od płyt, a żeby było śmieszniej od ręki można kupić każdą wersję albumu jaka się nam zamarzy. Gorzej gdy jesteśmy fanami nieco mniej popularnej muzyki. I nie mam tu na myśli żadnych podziemnych zespołów, o których mało kto słyszał za wyjątkiem paru znajomych i rodzin ich twórców. Żeby nie być gołosłownym przytoczę historię znajomego, który chcąc kupić najnowszy album Procol Harum ganiał od sklepu do sklepu, aby usłyszeć, że albo nie ma wcale albo, że cały nakład już się rozszedł. Dla uściślenia dodajmy, że za cały nakład stanowił jeden egzemplarz! No po prostu szaleństwo. Rozumiem, że Procol Harum nie jest dziś zespołem, za płytami którego ludzie wystają w długich kolejkach, ale choćby przez wzgląd na dawną sławę, szacunek dla artystów i starych fanów, można by porządniej zaopatrzyć sklepy. 

Ze swojego podwórka dorzucę jeszcze moją próbę kupienia w Poznaniu (w dniu premiery rzecz jasna) nowego albumu Alphaville "Strange Attractor". Odwiedziłem w związku z tym kilka sklepów i w żadnym, absolutnie w żadnym nie było go na półce. Dopytałem jeszcze obsługę dla pewności, ale moje przypuszczenia okazały się niestety słuszne. Album trafił do sklepów kilka dni po przewidzianej premierze, ale to nie koniec perypetii. Wydawca płyty (Universal Music) na nasz kraj postanowił uszczęśliwić wszystkich fanów jedną jedyną jakże wspaniałą i efektowną edycją wypuszczonej w serii "zagraniczna płyta, polska cena". Chwała im za to, że chcą mi sprzedać zagraniczną płytę po niższej cenie, ale dlaczego musi odbywać się to kosztem okładki? Dla tych, którzy nie kojarzą o co chodzi dodam, że owa edycja "wzbogacona" jest o beznadziejną ramkę wdrukowaną na samym froncie płyty. Nie znam nikogo wśród kolekcjonerów płyt, kto kupowałby te edycje. Jeśli przypadkiem mój wpis przeczytałby ktoś z Universal Music to mam dla Was prośbę. Nie troszczcie się tak o mój portfel. Jestem w stanie zapłacić Wam nawet 20 zł więcej, abyście wydawali także wersje zagraniczne, a nie tylko "polską cenę". Naprawdę, kupię nawet i de luxe edition. Tylko proszę, przestańcie traktować Polaków jak obywateli gorszej kategorii, co to nie zasługują na to by posłuchać muzyki w takiej samej formie co obywatele Niemiec, Francji czy Wielkiej Brytanii. Nie mam nic przeciwko tej Waszej "polskiej cenie", ale niech nie będzie ona jedyną edycją, a jedną z wielu. Niech każdy ze słuchaczy sam zadecyduje ile pieniędzy chce wydać na płytę. Odnoszę wrażenie, że wydawanie w ten sposób muzyki to nie przypadek, a świadomy zabieg. Jakby ktoś podszepnął do ucha sztańską myśl, brzmiącą mniej więcej tak: "Wypchnijmy najpierw tę niesprzedającą się "polską cenę", a za parę miesięcy wrzucimy na rynek resztę". Nie wiem czy w ten sposób liczycie, że fani kupią album dwa razy, czy co? Jeśli tak, to chyba się nieco przeliczyliście. Osobiście postanowiłem nie kupować nowego albumu Alphaville w takiej formie w jakiej go udostępniliście polskiemu słuchaczowi. Wolę sprowadzić go sobie z Anglii za dużo większe pieniądze, niż kupić coś takiego, co wstyd postawić na półce. Zastanówcie się więc proszę czy Waszą misją jest sprzedaż muzyki czy wkurzanie klientów.

Jakub Karczyński

25 kwietnia 2017

DUSICIELE WIECZOROWĄ PORĄ

Wczorajsze wydanie audycji "GH+" w radiowej Trójce poświęcono grupie The Stranglers. Ucieszył mnie ten fakt, bo bardzo lubię muzykę Dusicieli, czego wyrazem moja kolekcja ich albumów na półce. Nie, nie ma jeszcze wszystkich ich płyt, ale to co już udało mi się zebrać, myślę, że śmiało może wprowadzić mnie do grona osób, które uważają się za ich fanów. Gdy więc usłyszałem, że szykuje się audycja z ich muzyką, przyklasnąłem tej inicjatywie i pilnie nadstawiłem uszu. Nie wiem co sprawiło, że to właśnie Dusiciele zasłużyli na taką nobilitację, ale mniejsza o to. Jeśli była jakaś okazja to dobrze, a jeśli nadano tę muzykę bez okazji to jeszcze lepiej. W końcu czy zawsze musi być jakaś okazja by posłuchać tego czy tamtego zespołu? No nie musi. Kolejne rocznice sprawiają, że wszystko staje się jakieś takie schematyczne, a przecież nie ma nic nudniejszego niż schematy. Dobrze więc czasem zrobić coś bez okazji, ot tak z potrzeby serca. Nie wnikając już w motywację autora dodam, że kluczem do audycji była prezentacja utworów zgodnie z chronologią jej powstania. Kilka utworów z pierwszej płyty, kilka z drugiej, trzeciej, czwartej i tak dalej. W godzinnej audycji przerobiliśmy zdecydowaną większość albumów w tworzeniu i wyśpiewywaniu, których udział brał Hugh Cornwell. Nie to jest jednak ważne, a pewne zdanie, które padło na zakończenie audycji i które to wywołało mój wewnętrzy sprzeciw. Otóż autor wygłosił pogląd jakoby to co zespół stworzył już po odejściu Hugh Cornwella to zjazd po równi pochyłej i nie warte jest tego, aby poświęcać temu czas. Ujął to tak: (...) później odszedł Hugh Cornwell i to jeden z tych najbardziej charakterystycznych przykładów w muzyce rockowej kiedy odejście wokalisty sprawiło, że zespół mimo że istniał i nadal nagrywał stał się kompletnie nie interesujący. Absolutnie nie podpisałbym się pod tym stwierdzeniem i nie radziłbym nikomu przwiązywać się do tych słów. Po odejściu Hugh Cornwella, grupa nagrała osiem albumów z dwoma innymi wokalistami i nie brak wśród nich pozycji wyjątkowych. Najdłużej bo przez szesnaście lat, obowiązki te pełnił Paul Roberts i muszę przyznać, że doskonale wywiązywał się z powierzonej mu funkcji dlatego ze smutkiem przyjąłem jego rezygnację i opuszczenie składu w 2006 roku. Pożegnał się w pięknym stylu genialnym albumem "Norfolk Coast" (2004), który w pojedynkę zadaje kłam stwierdzeniu, że późniejsze poczynania grupy były słabe i nie interesujące.  W swoich zbiorach mam także album "About Time" (1995), który choć nie tak doskonały ma również kilka bardzo mocnych punktów jak choćby zamykającą album przepiękną kompozycję And The Boat Sails By. I choć brak mi jeszcze kilku albumów z nowej ery działalności grupy, nie sądzę, aby były to dzieła tak złe jak mówił o nich Grzegorz Hoffman w audycji "GH+". Nawet na ostatnich albumach, na których to mikrofon przejął obecny wokalista Baz Warne, znajdzie się kilka naprawdę interesujących utworów. Polecam nastawić choćby album "Giants" (2012) i posłuchać takiego Adios (tango) by szybko przekonać się, że Stranglersi nie powiedzieli jeszcze swego ostatniego słowa. Wciąż mają ciekawe pomysły i ani myślą składać broń. Dusiciele to solidna marka, która miała swoje lepsze i gorsze momenty, ale nigdy na tyle złe, aby warto było zacząć zastanawiać się nad celowością dalszego funkcjonowania zespołu. Dlatego też wygłaszanie takich twierdzeń na falach Polskiego Radia, uważam za wysoce krzywdzące względem zespołu. Programy autorskie co prawda rządzą się swoimi prawami, ale przytoczony tekst brzmi bardziej jak stwierdzenie, niż prywatna opinia redaktora i w tym cały problem. Nie wymagam, aby redaktor Hoffmann padał przed każdą nową płytą Stranglersów na kolana, ale prosiłbym o większy obiektywizm w ocenie czyjegoś dorobku. Zapewne nie tylko ja, poza kanonicznymi albumami z Hugh Cornwellem, wracam od czasu do czasu z nie mniejszą przyjemnością, do płyt z ostatnich lat działalności zespołu. I wcale nie uważam tego za stratę czasu. Nie dajcie więc wmówić sobie, że coś jest złe. Sprawdźcie sami zanim ślepo czemuś zawierzycie, bo zbyt często bazujemy na czyichś opiniach zamiast na własnych uszach.
  
Jakub Karczyński