14 sierpnia 2017

CZŁOWIEK Z LIŚCIEM NA GŁOWIE

Czasem gdy człowiek naogląda się za dużo programów informacyjnych zaczyna wątpić w piękno tego świata. Wygląda to tak jakby nasz świat składał się z afer korupcyjnych, klęsk żywiołowych, brudnej polityki i tysiąca innych równie paskudnych spraw. Nie od dziś w końcu wiadomo, że bad news to good news. Rzadko kiedy mamy okazję posłuchać o czymś co podniesie człowieka na duchu. I gdy tak sobie zaczynamy płynąć tym ściekiem wraz z wszystkimi tymi informacjami, nagle ktoś robi coś, co znów wlewa człowiekowi do serca nieco optymizmu. Wiary w to, że są jeszcze na świecie ludzie gotowi dać coś z siebie, nie oczekując niczego w zamian. Ot, tak by sprawić drugiej osobie przyjemność. Dlaczego o tym piszę? Ano dlatego, że w ostatnim czasie spotkała mnie bardzo miła niespodzianka. Odwiedzając sklep płytowy mojego znajomego, nawet przez myśl mi nie przeszło, że czeka tam na mnie pewna przesyłka. Przyszedłem jak gdyby nigdy nic rozejrzeć się w płytach oraz uregulować należność za zakupione wcześniej albumy, gdy nagle słyszę: "a wiesz był tu niedawno Andrzej z Irlandii i zostawił coś dla ciebie". Z zaskoczenia zrobiłem wielkie oczy, bo przecież niczego nie oczekiwałem. Raptem w moich dłoniach wylądował winylowy singiel grupy All About Eve, o której to wzmiankowałem na przestrzeni lat na tymże blogu. Widać nazwa grupy na tyle utkwiła Andrzejowi w głowie, że gdy (jak sam mi później wyznał), znalazł tego singla na miejscowej giełdzie płyt, pomyślał o tym by mi go sprezentować. To co szczególnie zwróciło jego uwagę to wspaniała, jesienna okładka. Faktycznie jest wstrząsająco piękna. Zaryzykuję nawet twierdzenie, że jest ona wspanialsza, niż obwoluta oryginalnego albumu, choć tamta ma także wiele uroku. Niemniej my, miłośnicy jesieni, mamy słabość do  takich klimatów. Nic na to nie poradzę, że doskonale się czuję, w takim otoczeniu i zamiast męczących upałów wybieram jesień z całym dobrodziejstwem inwentarza. Oczywiście, wolałbym, aby była słoneczna, bo to przecież wtedy możemy obserwować te jakże urzekające jesienne barwy. Niemniej nie wzgardzam też tymi chłodniejszymi dniami, bo wtedy do ubarwiania krajobrazu wykorzystuję muzykę, literaturę oraz herbaty wieloowocowe. Liczę jednak na to, że choć w początkowej fazie, jesień będzie tak piękna jak ta na okładce wspomnianego singla. Gdy wczoraj uruchomiłem gramofon, a z głośników popłynęła muzyka All About Eve, momentalnie w pamięci odżyły kadry najpiękniejszych jesiennych dni. Taki drobiazg, a uruchamia w człowieku mnóstwo pięknych wspomnień. Jeszcze raz dziękuję Ci Andrzeju za ten jakże piękny prezent. Na pewno powrócę do niego w najbliższych miesiącach jeszcze nie raz, zawłaszcza gdy świat przystroi się w nasze ulubione barwy.

Jakub Karczyński
 

3 sierpnia 2017

LUBIĘ WRACAĆ TAM GDZIE BYŁEM

Odebrałem wczoraj na poczcie paczkę z płytami, które to ubarwią mi tegoroczną jesień. Nie tam żadne nowości, a albumy, które mają już na karku swoje lata. Tak się złożyło, że oba z lat siedemdziesiątych, choć z zupełnie innych kręgów muzycznych. To co je łączy to fakt, że obie te płyty doskonale będzie nastawić w okresie od września aż do końca listopada, kiedy to jesień weźmie nas pod swe wielobarwne skrzydła. Pomału gromadzę muzyczne zapasy niczym wiewiórka, by czasem jesień nie zaskoczyła mnie niczym zima drogowców. Pierwszymi nabytkami są te oto widoczne na zdjęciu albumy. "Aja" (1977) Steely Dan to album, który powrócił do mnie niczym bumerang. Kiedyś wymieniłem go na inną płytę, ale w sercu pojawiła się jakaś taka pustka. Zrozumiałem, że zrobiłem błąd. Na co dzień nie słucham jazz rocka i z tej też przyczyny postanowiłem pozbyć się tej płyty, która nie pasowała do obrazu całej kolekcji zgromadzonych albumów, choć dobrze mi się jej słuchało. Ta obca etykietka i muzyka za nią się kryjąca, dały mi do myślenia. No bo przecież to nie etykietka powinna decydować o losie płyty, a muzyka jaką ze sobą niesie. Gdy tylko nadarzyła się okazja, naprawiłem swój dawny błąd i tak znów mogę cieszyć się tym niezwykłym albumem. Bije z niego taka pozytywna energia oraz ciepło, że rozgrzeje chyba nawet największego zmarzlaka. Polecam nastawić ucha. 

Z drugim albumem też wiążę się pewna historia. Muszę jednak po raz kolejny przywołać postać wielkiego nieobecnego, bo przecież gdyby nie Tomek Beksiński, zapewne nigdy nie poznałbym tej płyty. Pamiętam jedną z audycji, nagraną gdzieś na płycie, w której to pojawił się utwór Bridge Of Sighs. Musiał zrobić na mnie wrażenie, bo dokładnie zanotowałem sobie w pamięci tak nazwę utworu jak i jego autora. Gdy po wielu, wielu latach nadarzyła się okazja zakupu całego albumu, nie zastanawiałem się ani chwili. W końcu te wszystkie Tomkowe albumy, które to na przestrzeni lat wirowały w mojej głowie, utwierdziły mnie w tym, że warto po raz kolejny zawierzyć jego gustowi. Tak jak było to w przypadku Ala Stewarta, Roryego Gallaghera czy choćby grupy Strawbs. Zawsze strzał w środek tarczy. Nie pamiętam bym rozczarował się jakimś albumem, który polecał w swoich audycjach. Owszem, nie zawsze zgadzałem się z oceną danej płyty, czasem miałem wrażenie, że nadmiernie dokłada albumom, które na taką krytykę sobie nie zasłużyły. Wszyscy chyba pamiętamy miażdżącą recenzję albumu Marillion "Seasons End" (1989). Poniekąd jestem w stanie ją zrozumieć, bo odejście tak charyzmatycznego wokalisty jakim był Fish postawiło grupę w trudnej sytuacji. Mogli albo się rozwiązać albo poszukać innego wokalisty. Wybrali drugi wariant, co automatycznie postawiło ich pod ścianą, bo czy można wyobrazić sobie w Marillion kogoś lepszego niż Fish? No nie można, ale trzeba oddać Hogarth'owi sprawiedliwość, że także z nim w składzie grupa pokusiła się o nagranie kilku wspaniałych albumów. Tomkowi jednak ta zmiana wybitnie nie pasowała, czemu wielokrotnie dawał wyraz. Niemniej co by o nim nie mówić, to jednak trzeba przyznać, że miał nosa do starego rocka. Potwierdza to "Bridge Of Sighs" (1974) sygnowany przez Robina Trowera. Przegrzebałem właśnie archiwum z jego audycjami, aby zlokalizować rok, w którym to nadany był ten album i okazało się, że wyemitowano go w jego ostatniej audycji z 11/12 grudnia 1999. Widać miał on dla niego jakieś szczególne znaczenie, skoro postanowił włączyć go do repertuaru swojej pożegnalnej audycji. Wspominał w audycji, że jego marzniem było wziąć ślub w Wenecji właśnie pod mostem westchnień. Most ten przemierzali skazańcy wędrujący z Trybunału Kryminalnego do więzienia, w którym to mieli odbywać swój wyrok. Skąd więc ta nazwa? Nawiązuje ona do westchnień jakie według wyobrażeń XIX-wiecznych pisarzy mieli wydobywać z siebie skazańcy, tęsknie wzdychający do swych ukochanych jak i do wolnego świata, z którym musieli pożegnać się na długie lata, jeśli nie na zawsze. Album może nie epatuje takim dramatyzmem, ale ma w sobie to coś co sprawia, że słucham go raz za razem. Gdy tylko w koronach drzew rozpocznie się festiwal barw jakże pięknie zabrzmią takie nagrania jak About To Begin, In This Place czy wspomniany już Bridge Of Sighs. Póki co, za oknem mamy afrykańskie upały, z którymi musimy się mierzyć tak w dzień jak i w nocy. Niemniej nie ma co narzekać, wszakże za niecały miesiąc rozpocznie się wrzesień, a wtedy upały będą już tylko wspomnieniem.

Jakub Karczyński

26 lipca 2017

JESIENNA MSZA


Wyczytałem gdzieś, że grupa The Church sposobi się do wydania kolejnego, dwudziestego szóstego już albumu. Następca połowicznie udanego "Further/Deeper" z 2014 roku, zatytułowany będzie "Man Woman Life Death Infinity". Premierę zaplanowano na jesień, a promować go będzie singiel Another Century, do którego nakręcono już stosowny teledysk:



Jak na moje ucho, to raczej słabo sprawuje się w roli singla. Nieszczególnie przykuwa uwagę, a po jego wysłuchaniu, mało co zostaje w pamięci. Nie, nie jest to zły utwór, ale na singla bym go nie wytypował. Nie wiem kto podjął taką decyzję, ale strzelił jak kulą w płot. No chyba, że pozostałe nagrania również nie posiadają zadatków na dobrego singla. W takim wypadku bierze się już cokolwiek co może mieć choćby minimalny potencjał komercyjny. Choć nowy utwór nieszczególnie zachęcił mnie do zapoznania się z resztą albumu, to i tak trzymam kciuki, za to by nowa płyta spełniła pokładane w niej nadzieje. Jeśli nadarzy się okazja, na pewno ją zakupię, ale coś czuję, że nie ma co liczyć na jej bezproblemową dostępność na sklepowych półkach. W rodzimych sklepach internetowych też bym raczej nie szukał. Zapewne jak zwykle trzeba będzie ją ściągnąć z Anglii, no ale skoro nie można inaczej to cóż zrobić. Wiem, że grupa The Church nie cieszy się w naszym kraju jakąś dużą popularnością, ale pewnie z pięćdziesiąt sztuk dałoby radę u nas sprzedać. Wiem, nie jest to oszałamiająca ilość i zapewne mało komu chce się podejmować trud wprowadzania na taki rynek jak nasz, nowych płyty zespołu. Lepiej wrzucić je na większe i lepiej rozwinięte rynki (Niemcy, Anglia, USA), bo w Polsce nie ma co liczyć, że zyski ze sprzedaży zrekompensują poniesione nakłady finansowe. W takiej sytuacji nie pozostaje nam nic innego jak zaakceptować taki stan rzeczy i uważnie śledzić ofertę zagranicznych sklepów internetowych.

Jakub Karczyński

24 lipca 2017

POETYKA SYNTEZATORÓW

A teraz coś z zupełnie innej beczki. Dziś sięgniemy do poezji śpiewanej. Zanim jednak zrobicie szybki tył zwrot, spójrzcie chociaż na etykietę na tej beczce. Napis Anne Clark być może rozwieje niepotrzebne obawy części czytelników. Jeśli jednak nazwisko poetki nic wam nie mówi, tym bardziej poświęćcie chwilę waszego czasu. Ta "śpiewająca" poetka, tworząca od wczesnych lat osiemdziesiątych obracająca się w kręgu muzyki elektronicznej jak i new wave, zaskarbiła sobie serca przeróżnej grupy fanów. Słuchają jej tak fani poezji jak i muzyki elektronicznej. Wielbiciele post punku jak i tych nieco mroczniejszych brzmień o gotyckim zabarwieniu. Zapewne można by tu dokleić jeszcze kilka innych środowisk, ale przecież nie to jest tutaj najistotniejsze. Dotychczas znany był mi tylko jeden zespół, który łączył tak różne kręgi muzyczne. New Model Army, bo o nich myślę, jednoczy na swych koncertach naprawdę szerokie spektrum słuchaczy. Sądzę, że na występach Anne Clark jest podobnie. Pomimo tego, że nie śpiewa, bowiem jej partie wokalne ograniczają się wyłącznie do deklamacji tekstów, to w żadnym stopniu nie umniejsza to rangi jej muzyki. Ba, czyni ją na swój sposób oryginalną. Jej twórczość doceniana jest tak przez publiczność jak i innych artystów. I to nie byle jakich, bowiem współpracowała i z Johnem Foxxem (ex Ultravox) jak i z Martynem Batesem (Eyeless In Gaza). Zgodziła się też przed laty opracować jeden utwór na płytę rodzimego Fading Colours. Kompozycja Eveline, do której dołożyła swoje partie wokalne była prawdziwą ozdobą tamtego albumu. "I'm Scared Of..."  bo tak nazywała się ta płyta, zawierała także ten sam utwór w wydłużonej wersji, ale pozbawiony już głosu Anne Clark. Oba piękne, choć kompletnie różne.

Wróćmy jednak do jej solowej twórczości. Anne Clark zaistniała dla mnie przez zupełny przypadek. Otóż będąc któregoś dnia w zaprzyjaźnionym sklepie płytowym, usłyszałem jak jeden z klientów odsłuchiwał składankę z jej "największymi przebojami" z lat dziewięćdziesiątych. Wyrażenie celowo przybrałem w cudzysłów, bo przecież Anne Clark nigdy nie zaistniała w masowej świadomości słuchaczy. I gdy tak ta płyta wybrzmiewała w czterech ścianach sklepu, złapałem się na tym, że zaczynam uważniej wsłuchiwać się w kolejne utwory. Po zakończonym odsłuchu klient podziękował i odłożył płytę. Widać wspomniany album, nie spełnił jego oczekiwań. I całe szczęście, bo w przeciwnym wypadku, moja przygoda z muzyką Anne Clark tak szybko jak się zaczęła, tak też błyskawicznie by się zakończyła. Na pewno zostałaby odroczona w czasie, kto wie na jak długi okres. Być może mój entuzjazm względem muzyki Anne osłabłby na tyle, że zwyczajnie zapomniałbym o jej istnieniu. Nie namyślając się więc zbyt długo, wyraziłem chęć nabycia owej składanki, chowając w kieszeń moją niechęć względem takich wydawnictw. Lata mijają, a ja wciąż mam ją na swojej półce. Może nieco przykurzona, ale wciąż wartościowa, póki nie zgromadzę tych nagrań na jej regularnych albumach z lat dziewięćdziesiątych. Później nie będzie mi już potrzebna, więc pewnie podarują ją komuś, kto miejmy nadzieję doceni jej walory artystyczne. Na razie jednak zostaje ze mną, bo droga do celu jeszcze daleka. Póki co, honoru kolekcji muszą bronić trzy regularne albumy Anne - "Pressure Points" (1985), "The Smallest Acts Of Kindress" (2008) oraz  mój ostatni nabytek w postaci "Changing Places" (1983). W obliczu jej pełnej dyskografii, stanowi to nad wyraz skromne zbiory, ale przecież nie powiedziałem jeszcze mego ostatniego słowa w tym temacie.

Jakub Karczyński

17 lipca 2017

RED SUN REVIVAL - RUNNING FROM THE DAWN (2012)

Przed kilkoma tygodniami znajomy przypomniał mi o zespole Red Sun Revival, który zdążył zatonąć już w odmętach mojej pamięci. Grupę tę odkrył dla mnie kilka lat wcześniej, jeden z czytelników "Czarnych słońc". Widząc jaka muzyka gra mi w duszy, polecił zainteresować się twórczością tego zespołu. Jako że lubię odkrywać nowe rzeczy, nie trzeba było specjalnie długo namawiać mnie do posłuchania ich płyty. Wybór padł na "Running From The Dawn" wydany w 2012 roku. Wtedy był to ich jedyny album. Pamiętam, że nie zrobił on na mnie jakiegoś piorunującego wrażenia. Ot, dobre, solidne granie, zakotwiczone w twórczości Fields Of The Nephilim, ale bez szczególnie wybitnych momentów. I chyba te nazbyt czytelne nawiązania, kazały mi wpisać grupę na listę zdolnych naśladowców mistrzów ze Stevenage. Zdolnych, ale nie dość oryginalnych by zagrozić legendzie Fields Of The Nephilim. Płyta przesłuchana kilka razy, powędrowała następnie na półkę i przez większość czasu tkwiła tam nie niepokojona przez nikogo. Aż do teraz. Czasem zdarza się tak, że ktoś wznieci iskrę, która rozpali w człowieku pożar. Tak było i w tym przypadku. Nagle poczułem chęć sięgnięcia po album Red Sun Revival by sprawdzić czy, aby słusznie skazałem go na wieczne potępienie. Jak to często bywa, po latach, pewne oceny ulegają zmianie, czasem na lepsze, czasem na gorsze. W tym przypadku było to in plus. To czego nie dostrzegłem przed laty, teraz wypłynęło jako rzecz zupełnie oczywista. Jakby album powiedział: "dobra, pokaże ci co mam w sobie najlepszego". Tym sposobem odkryłem kilka nagrań, które na tyle mocno wgryzły mi się w pamięć, że wracam do nich z prawdziwą przyjemnością.

Red Sun Revival to młody zespół, założony w Londynie w 2011 roku. Na swoim koncie mają ledwie dwie pełnowymiarowe płyty, ale z pewnością zdążyli już zapaść w pamięć miłośnikom mroczniejszych dźwięków. Opisywany tu album to ich debiutanckie dzieło, którym zaprezentowali się szerokiej publiczności. Docenić należy przede wszystkim doskonałą produkcję oraz klimat, który unosi się nad tym albumem. Jest on zasługą pięknie wkomponowanych partii skrzypiec jak i patentów gitarowych podpatrzonych u Fields Of The Nephilim. Chciałoby się rzec, że jak kraść to od najlepszych. Niemniej nie robiłbym grupie o to wyrzutu, bowiem stworzona muzyka pomimo ewidentnych skojarzeń, ma swój własny charakter. Stworzony materiał na pewno nie był dziełem przypadku. Widać, że grupa doskonale przemyślała sobie to co zamierzała wypuścić w świat. Tak muzycznie jak i pod kątem wizualnym. Wszystko to składa się na bardzo dopracowany debiut, któremu warto poświęcić kilka wieczorów.
  

"Runnig From The Dawn" to album niezwykle melodyjny, bez mielizn czy tak zwanych wypełniaczy. Mamy tu do czynienia z kompozycjami dobrymi, bardzo dobrymi jak i z dwiema absolutnymi perełkami. Z pewnością przypadnie on do gustu osobom rozkochanym w muzyce mroku, malowanej paletą barw charakterystyczną dla grup pokroju NFD, Love Like Blood czy The Eden House. Z tym ostatnim zespołem/projektem Red Sun Revival powiązani są za sprawą swojego wokalisty, który udziela się tam jako gitarzysta. Rob Leydon bo o nim mowa, nie jest człowiekiem znikąd. Zanim powołał do życia Red Sun Revival, działał w Voices of Masada oraz w Adoration. Największą inspirację muzyczną poza Fields Of The Nephilim stanowią dla niego takie grupy jak choćby The Damned, The Chameleons jak i Pink Floyd. Już choćby to wiele mówi nam o tym, czego można się spodziewać po muzyce, ukrytej pod szyldem Red Sun Revival.
Wróćmy jednak do zawartości albumu. Tak jak pisałem, właściwie nie ma tu słabych/zbędnych utworów. Każdy z nich stanowi ważną część tej płyty. Mnie najmocniej zauroczyły zwłaszcza dwa. Z pewnością takim najjaśniejszym punktem tego albumu jest Last Chance, kojarzące mi się nieco z Last Exit For The Lost. Podobieństw można doszukiwać się już w tytułach nagrań i to być może właśnie one, skierowały moje myśli na te tory. Sama muzyka już takich ewidentnych skojarzeń nie nasuwa, choć ma w sobie podobny niepokój. To jednak tylko takie luźne skojarzenie, przy którym można znaleźć tyle samo argumentów przemawiających za co i przeciw niemu. Czasem tak już jest, że odnajdujemy pewne powiązania, choć nie do końca jesteśmy świadomi łączących je nici. Takie rzeczy po prostu się wyczuwa, albo nie.
Gdy z głośników wybrzmi już Last Chance nie warto tracić czujności, bo oto w kolejce czeka już Wide Awake. Odkrycie jego walorów zajęło mi nieco czasu. Tłumaczę sobie to niezbyt fortunnym miejscem w układzie utworów. Po wysłuchaniu Last Chance, moje myśli chyba wciąż jeszcze krążyły wokół tego nagrania, stąd zapewne moja nieczułość na piękno Wide Awake. Nie jest to co prawda utwór tej klasy co poprzedzające go nagranie, ale ma w sobie to coś co sprawia, że warto wyłowić je spośród innych kompozycji. Podoba mi się zwłaszcza ten patent gitarowy, przełamujący nagranie. Taki trochę w stylu alternatywnego rocka spod znaku Franz Ferdinand. Tak przynajmniej mi się to kojarzy.
Równie blisko serca co  Last Chance, trzymam nagranie Forgive Us Now. Tutaj urzeka mnie przede wszystkim solowa partia skrzypiec, którym dano szansę zaprezentowania się w pełnej krasie. Na tle bardzo pięknej kompozycji, lśnią one niczym diament. Głębokie ukłony dla Christine Emery pod palcami, której rodzą się takie cuda. Gdzie ja miałem uszy, że mi takie perełki poumykały. Teraz ręce same składają mi się do oklasków, a wcześniej jakoś nie potrafiłem dostrzec tego dość oczywistego piękna.
Bez większego problemu dostrzegłem za to walory nagrania inicjującego płytę. My Child doskonale wprowadza w nastrój albumu, nie tylko za sprawą nastroju, ale i dzięki sporej dozie przebojowości, podanej jednak w nienachalny sposób. Z pewnością zauroczy ono niejednego słuchacza. Co do tego, nie mam najmniejszej wątpliwości.
Nie ma chyba sensu rozbierać na części pierwsze utworu po utworze i psuć tym samym zabawy potencjalnym słuchaczom. Poza wskazanymi przeze mnie nagraniami, jest tu jeszcze sporo do odkrycia. Warto poświęcić swój czas i zagłębić się w ten jakże piękny i melancholijny album. Co prawda letnia aura niezbyt sprzyja słuchaniu tego typu muzyki (chyba, że nocą), ale zapewniam, że nie warto czekać do jesieni.

Historia z płytą "Running From The Dawn" nauczyła mnie, żeby nie wydawać zbyt pochopnie osądów. Bez odpowiedniego zaangażowania, bardzo łatwo przegapić naprawdę wspaniałe płyty. W związku z tym, mam jeszcze do zrewidowania kilka innych albumów. Kto wie, być może i tam czają się nagrania, o których wkrótce rozpisywać się będę w samych superlatywach. Nim to jednak nastąpi, posłucham sobie kolejny raz płyty Red Sun Revival, by nie tylko nasycić się tymi pięknymi dźwiękami, ale i porozmyślać nad tym jak niewiele brakowało by okrył go kurz zapomnienia.

Jakub Karczyński

28 czerwca 2017

OKO ŁOWCY


Cierpliwość to ważna rzecz, tak w świecie myśliwych jak i zbieraczy płyt. Samo ustrzelenie zwierzyny jest czasem prostsze, niż jej wypatrzenie. Myśliwi i kolekcjonerzy czekają więc cierpliwie, aż na horyzoncie pojawi się odpowiedni zwierz, wart wycelowania w niego broni. I choć myśliwstwa nie pochwalam, a wręcz je potępiam, to bezkrwawym polowaniom na płyty, oddaję się z prawdziwą pasją. Sporządzam sobie za wczasu listę albumów, tak zwanych białych kruków, które chętnie ugościłbym na swojej półce. W większości są to rzeczy naprawdę trudno dostępne, pojawiające się na aukcjach internetowych niezwykle rzadko, ale dzięki temu zabawa jest lepsza, a i radość większa, gdy uda się wreszcie dopaść wymarzoną zdobycz. Takie albumy cieszą mnie najbardziej, bo ilość włożonego trudu w ich zdobycie, jest wprost proporcjonalna do późniejszej satysfakcji. Nawet zakup nowości tak nie cieszy, jak zdobycie białego kruka, bo co to za problem pójść do sklepu i wyłożyć pieniądze na ladę. Żaden. Najbardziej docenia się w końcu to, co przychodzi z trudem. Ta mądrość sprawdza się tak w przpadku płyt jak i w życiu. Kto z nas nie pamięta z dzieciństwa chwili, gdy w wakacje podejmowało się dorywcze prace, by później za zarobione pieniądze kupić sobie coś, o czym się marzyło przez cały rok. Taką rzecz ceniło się nad wyraz mocno, bo człowiek wiedział ile godzin i z jakim trudem musiał na nią zapracować.  

Tak też mniej więcej wyglądało polowanie na album "Inky Bloaters" (1987) Danielle Dax*. Jego zakup na winylu to rzecz niezwykle prosta. Zdobycie jej na kompakcie, to już rzecz wymagająca niebywałego zachodu. Właściwie nie pamiętam bym kiedykolwiek natknął się na nią przeglądając internetowe aukcje w rodzimym serwisie. Dlatego tym większe było moje zaskoczenie, gdy nagle ktoś postanowił się jej pozbyć i to za stosunkowo niewielkie pieniądze. Bitwa o ten album nie była szczególnie zacięta, lecz dla pewności postanowiłem zalicytować z pewnym zapasem, aby czasem na finiszu nie zostać z niczym. Na szczęście aukcja spokojnie dobiegła końca, a mnie pozostało już tylko wyglądać listonosza. Sama płyta od strony muzycznej jest dość osobliwym tworem, ale i artystka nie należy do osób tuzinkowych. Trudno właściwie przyporządkować ją do jakiegokolwiek gatunku, bowiem jej twórczość stanowi taką mieszankę stylów, że chyba najłatwiej przypiąć jej łatkę experimental jak czynią to internetowe skarbnice wiedzy. Choć artystka obraca się w tak różnych rejonach, nie zawsze zbieżnych z moimi zainteresowaniami, to jednak ma w sobie to coś, co mnie do niej przyciąga i każe podążać za śladami jej stóp. Może to ten post punkowy image, przydający jej drapieżności, a może sekret skrywają dźwięki prowadzące słuchacza w nieznanym, a przez to interesującym kierunku. Cokolwiek by to nie było, niech nęci i kusi, bo intrygować też trzeba umieć.

Jakub Karczyński

* Wspominałem o niej przed laty we wpisie zatytułowanym "Trupy wychodzą z szafy" więc, aby już się nie powtarzać odsyłam zainteresowanych pod ten właśnie adres: http://czarne-slonca.blogspot.com/2013/03/trupy-wychodza-z-szafy.html


27 czerwca 2017

LAIBACH - POZNAŃ - 24-06-2017

Laibach zaistniał w mojej świadomości gdzieś na początku studiów, gdy w moje ręce wpadła ścieżka dźwiękowa* do filmu "The Blair Witch Project". Znalazł się tam cover utworu God Is God (oryginalnie Juno Reactor), który to powalił mnie swą mocą. Przez długi czas moja znajomość twórczości grupy ograniczała się tylko do tego utworu. Na jego podstawie stworzyłem sobie wyobrażenie muzyki, którą mogłaby grać ta słoweńska grupa. Oczywiście nie muszę mówić, że wyobrażenie owo nie do końca pokryło z rzeczywistością. Bo i Laibach nie jest do końca zwykłym zespołem. Stanowi on część większej całości, na którą składają się sztuki wizualne, grupa teatralna, studio grafiki i designu oraz Departament Czystej i Stosowanej Filozofii. Laibach jest więc tylko jednym z elementów. Uprawia on swoją muzykę nie stroniąc przy tym od kontrowersyjnych postaw czy poglądów. Pomijając całą otoczkę jaka towarzyszy zespołowi, trzeba przyznać, że muzyka którą tworzą potrafi porwać masy. 

Tak było i na niedzielnym koncercie, który grupa zagrała w Poznaniu w ramach Festiwalu Malta. Zespół na scenie wspomagany był przez orkiestrę symfoniczną oraz wspaniałe efekty wizualne 3D. Park im. Henryka Wieniawskiego przeżył chyba swój koncertowy debiut, bo nie pamiętam by organizowano tu jakiekolwiek imprezy. Choć były obawy o to czy pomieści wszystkich zainteresowanych, to jak się później okazało, obawy te były bezzasadne. W tych jakże pięknych okolicznościach przyrody, w gęstniejącym oczekiwaniu i zniecierpliwieniu, na scenie pojawili się oni. Rozpoczęli od utworu instrumentalnego Bogurodzica by płynnie przejść do klasyki Edwarda Griega w postaci kompozycji Olav Tryggavson oraz Ode An Die Freude Ludwiga Van Beethovena. Okraszone było to nie tylko wyborną grą orkiestry, ale i pięknymi efektami wizualnymi. Pomimo ataku tylu bodźców, wszystko tworzyło spójną całość. Na taki obraz złożyło się pewnie wiele godzin żmudnej pracy, ale efekt był naprawdę imponujący. Dla osób mniej zorientowanych na muzykę klasyczną, koncert zaczął się wraz z utworem Eurovision znanym z albumu "Spectre" (2014). Płyta ta stanowiła dość pokaźną część programu. Na szesnaście zaprezentowanych nagrań, aż pięć pochodziło właśnie ze "Spectre". Album "WAT" (2003) dla porównania reprezentowały tylko dwa nagrania. Reszta to covery i pojedyncze nagrania z poszczególnych płyt. I tak poznańska publiczność mogła wysłuchać We Are Millions And Millions Are One, The Whistleblowers, Resistance Is Flutile a na wybłagany wręcz bis, jednym z dwóch nagrań była Bossanova. Dużym przeżyciem dla zgromadzonej publiczności musiało być również wysłuchanie zaśpiewanej częściowo po polsku, kompozycji Warszawskie dzieci. To fragment z mini albumu "1 VIII 1944" będący hołdem dla powstańców, a stworzony na siedemdziesiątą rocznicę Powstania Warszawskiego. Niemniej to co mnie najbardziej urzekło tego wieczora, to wspomniane już nagrania z albumu "Spectre", ze szczególnym uwzględnienie Whistleblowers, które gwizdałem jeszcze przez cały następny dzień. Nie sposób się wręcz uwolnić od tej melodii. Każdy kto choć trochę śledzi muzyczną historię grupy Laibach wie, że posiłkuje się ona w sporej mierze coverami i takich również nie zabrakło tamtego wieczora. Klasykiem jest już Life Is Life grupy Opus, które Laibach przerobiło na swoją modłę. Niemniej to nie ono wywarło na mnie największe wrażenie. W środkowej części koncertu pojawiły się dwa nagrania, które były niczym postrzał z pistoletu w samo serce. Myślę tu o nagraniach z filmu "Dźwięki muzyki" - The Sound Of Music oraz Climb Ev'ry Mountain. Co by o grupie nie powiedzieć, to mają rękę do coverów. Praktycznie czego nie wezmą na warsztat, to zamienia się jeśli nie w złoto, to przynajmniej w kruszce niewiele ustępujące mu wartością. Jeśli ktoś zna utwór God Is God, którego niestety w Poznaniu zabrakło, to zapewne pamięta, jak daleko w tyle pozostawili oryginał, stworzony przez Juno Reactor. Podobnie było ze wspomnianym nagraniem Climb Ev'ry Mountain, wsparte głosem dodatkowego wokalisty, który pojawił się na scenie tylko po to by wykonać swoją partię. Zrobił to jednak tak wspaniale, że chyba nie tylko mnie zapadł głęboko w pamięć. Sporym nietaktem byłoby też pominąć rolę Miny Špiler, która ilekroć przejmowała rolę głównej wokalistki śpiewała tak, że ręce same składały się do oklasków. Dostrzegł to również mój kolega, który nie słuchał wcześniej Laibacha, ale teraz chyba nadrobi zaległości. Myślę, że nikt kto przybył tego dnia do Parku Henryka Wieniawskiego, nie opuszczał go rozczarowany, bo absolutnie nie było ku temu podstaw. Zespół jak i orkiestra stanęli na wysokości zadania, dając publiczności wszytko to co najlepsze. Umiejętnie też przekłuwali balonik powagi, emitując co pewien czas komunikaty typu "and now for something completly different", puszczając tym samym oko do fanów grupy Monty Pythona jak i nabijając się nieco z tekstów typu "jesteście najlepszą publicznością", które artyści rzucają zazwyczaj w stronę swoich fanów. Wśród zgromadzonych, wzbudziło to szczery śmiech, no bo jakże inaczej do tego podejść jeśli nie z przymrużeniem oka. 

Wspominałem już, że udało się nam wyprosić bis, choć w pewnym momencie nieco już straciłem nadzieję. Im bardziej puchły mi ręce od klaskania, tym mniejszą miałem nadzieję na jakiś post scriptum. Zwłaszcza, że orkiestra opuściła już swoje stanowiska. Na szczęście zespół powrócił do nas jeszcze na dwa utwory - Bossanova oraz Tanz Mitch Laibach. Zwłaszcza to ostatnie nagranie rozruszało część publiczności, choć miałem pewne wątpliwości co tak naprawdę poderwało tych ludzi. Utwór brzmi trochę jakby był stworzony na potańcówki ONR-u, a jego twardy, niemiecki charakter, zdaje się pobudzać w niektórych demony, których lepiej nie karmić. Potwierdzeniem mych obaw, były napotkane po koncercie grupy ludzi w koszulkach "patriotycznych". Sądzę jednak, że przyszli oni tam z zupełnie innych pobudek, niż ja.

Jakub Karczyński 

* Każdy kto oglądał ten film, wie doskonale, że obraz ten nie miał żadnej ścieżki dźwiękowej. Jak to więc się stało, że soundtrack jednak się pojawił na rynku? Otóż twórcy filmu wymyślili sobie, że nagrania na tej kompilacji, to nagrania z kasety Josha, znalezionej w jego porzuconym samochodzie. Jak widać nie ma sytuacji bez wyjścia, grunt to dobra wyobraźnia.

19 czerwca 2017

SZTUKA ZEPSUCIA

Dziś słówko o remiksach. Ilekroć ktoś mnie pyta czym jest remiks, odpowiadam, że to sztuka psucia dobrej muzyki. No bo jak inaczej można to nazwać? Przecież większość tych rzeczy jest nie do słuchania. To zbrodnia nie tylko na muzyce, ale i na odbiorcy, który zmuszony jest katować uszy tą pseudo sztuką. Może nie jestem wielkim znawcą tego typu twórczości, ale jeśli dobrze pamiętam, to na przestrzeni lat tylko jeden remiks zrobił na mnie naprawdę wielkie wrażenie. Ba, był lepszy od oryginalnego nagrania, którego twórcą był nie byle kto, bo sam David Bowie. To co jednak zrobił Moby z utworem Sunday to absolutne mistrzostwo świata. Tchnął w niego nowe życie i skierował na nieco inne tory. Choćby dla tego nagrania warto zaopatrzyć się w dwupłytową wersję albumu "Heathen" (2002). I gdyby do tego miały sprowadzać się remiksy, to szczerze przyklasnąłbym tej inicjatywie. Niestety takie nagrania to chlubne wyjątki, które jednak nikną w zalewie ogólnej tandety. Wciąż zachodzę w głowę czy słuchanie tych łomotów przynosi komuś jakąkolwiek satysfakcję poza samym twórcą? Ja wiem, że tego typu utwory przeznaczone są głównie na taneczne parkiety, ale moja wyobraźnia nadal nie potrafi pojąć jak ktoś może się przy tym dobrze bawić. Nawet moja żona słysząc czego dziś słucham spojrzała na mnie porozumiewawczo. Uspokoiła się dopiero, gdy powiedziałem jej, że słucham tego z obowiązku, a nie dla przyjemności. Nie wiem jak Wy, ale ja ilekroć widzę dopisek mix przy utworze, natychmiastowo tracę chęć na posłuchanie takiej muzyki. Z tej też przyczyny, omijam szerokim łukiem single, na których to poza utworem promującym album są samej remiksy. Tak było w przypadku Where's The Revolution Depeche Mode. Żal mi było nawet tych paru złotych na coś co ani formą, ani treścią nie przedstawia dla mnie większej wartości. Poza tym szkoda mi miejsca na półce na tego typu zapchajdziury. Niemniej czasem zdarzy mi się odstępstwo od tej reguły, tak jak w przypadku Psyche "Endangered Species" (2002). Zupełnie nie wiem co mnie podkusiło, aby nabyć ten mini album, na którym to poza czterema normalnymi utworami, znajdziemy aż osiem okropnych remiksów. Chyba łudziłem się, że będą lepsze, niż de facto są. Z ośmiu remiksów na siłę wybrałbym jeden no może dwa, które jako tako się prezentują. Reszta do kosza. Na szczęście są tu jeszcze utwory dające nadzieję na to, że wydatek dwudziestu jeden złotych nie był jednak tak zupełnie bez sensu. I choć początek płyty może jeszcze nie zapowiada niczego niesamowitego, to warto przeczekać te pierwsze pięć minut z niewielkim okładem by odkryć absolutną perłę tegoż wydawnictwa w postaci Damaged Soul. Ta mroczna kompozycja, przywodząca niekiedy na myśl twórczość Depeche Mode, urzeka przede wszystkim refrenem, którego chce się słuchać raz za razem. Podobnym kursem płynie kolejne nagranie Memento, które jeszcze bardziej wpisuje się w stylistykę grupy z Basildon. To kolejny klejnot tego albumu i w zasadzie ostatni przystanek, na którym warto już wysiąść. Później to już strefa remiksów, która to zarezerwowana jest dla zatwardziałych entuzjastów tego typu twórczości. Jeśli ktoś kontynuuje podróż, robi to już na własną odpowiedzialność. Żeby jednak nie utonąć w zalewie tej beznadzei, zespół rzuca nam jeszcze jedno koło ratunkowe. Jest nim przedostatnia kompozycja o dość różnobarwnym klimacie zatytułowana Eleven. Znajdą tu coś dla siebie tak klimaciarze jak i wielbiciele nieco bardziej dynamicznych i transowych dźwięków. I to w zasadzie na tyle. Reszta nie zasługuje na nic więcej jak tylko na to by zbyć ją milczeniem. Szkoda.

Jakub Karczyński

5 czerwca 2017

DRAB MAJESTY / NIGHTRUN87 / BY THE SPIRITS - KLUB POD MINIOGĄ - 3-06-2017

Miniona sobota była dniem szczególnym. Od chwili gdy w Trzeciej Stronie Księżyca, gruchnęła informacja o koncertowej trasie Drab Majesty zahaczającej o Poznań, wiedziałem, że trzeciego dnia czerwca muszę stawić się w Minodze (właściwie Klub Pod Minogą). Jako że nie jestem wielkim fanem piłki nożnej, to finał Ligii Mistrzów nie pokrzyżował mi szyków. Było mi zupełnie obojętne kto wygra, bowiem tego dnia liczyła się tylko muzyka. Nawet nie przypuszczałem ile atrakcji przyniesie ten wieczór. I to niekoniecznie stricte koncertowych. Przede wszystkim okazało się, że przed Drab Majesty zaplanowano występ jeszcze dwóch innych artystów. Jako osoba ciekawa nowych dźwięków, nie lekceważę supportów. Niejednokrotnie przekonałem się o tym, że i tam można wyłowić rzeczy autentycznie wspaniałe. Przykładem choćby Promenade Cinema poprzedzające występ rodzimego Sexy Suicide.
Wczorajszy wieczór przyniósł też atrakcje innego rodzaju. Otóż od pewnego czasu chodził za mną pewien motyw muzyczny, którego nazwy nie mogłem sobie przypomnieć. Powracał on i powracał potęgując poczucie frustracji, ale dni mijały, a zagadka wciąż pozostawała nierozwiązana. Udało mi się ją rozwikłać właśnie podczas wczorajszego koncertu. W przerwie między występami, aby zabić ciszę nadawano różne utwory mniej lub bardziej pasujące do muzyki wybrzmiewającej ze sceny. I kiedy tak stałem czekając na pojawienie się gwiazdy wieczoru, nagle z głośników rozległ się ten motyw. Wzięty z zaskoczenia od razu rozpoznałem w nim Shot By Both Sides grupy Magazine, o którym to pisałem swego czasu na blogu. Nawet nie wiecie jaka ogarnia człowieka radość i poczucie spełnienia, gdy po tylu dniach bezowocnej bitwy z myślami, raptem otrzymuje rozwiązanie. 

Wróćmy jednak do koncertów, bo to one były w tym dniu najistotniejsze. Gdy dotarłem do klubu okazało się, że na scenie rozgościł się już By The Spirits. Ku mojemu zaskoczeniu koncert musiał już chwilę trwać, choć sądziłem, że stawiłem się o czasie. Przypuszczam, że obejrzałem połowę występu tego jednoosobowego projektu wywodziącego się (jak sam autor zaznacza) z mistycznych lasów Dolnego Śląska i starożytnej Góry Ślęży. Zainspirowany naturą, śmiercią i duchowością. Ot, mroczny folklor, kreowany za pomocą gitary akustycznej, odpowiednio ponurego głosu oraz świeczek i kadzideł. Wyglądało to trochę jak wieczór poezji śpiewanej, ale mimo to, miało swój klimat i dobrze wprowadzało w atmosferę wykreowaną w późniejszym czasie przez Drab Majesty. Gdyby chcieć pokusić się o jakieś luźne skojarzenia to można by rzec, że to podobna kraina dźwięków, po której porusza się obecnie Nergal z Johnem Porterem. Najuczciwszym punktem odniesienia będą jednak albumy projektu The Blue Hour, równie mroczne i przesycone pewnym mistycyzmem. 

Następnie scenę objął we władanie Nightrun87 czyli William Malcom i diametralnie zmienił nastrój prezentując zgromadzonej publiczności muzykę żywcem wyjętą z lat osiemdziesiątych. Każdy z utworów ilustrowany był odpowiednio dobranym wideoklipem, co doskonale podkreślało klimat. W pierwszym momencie pomyślałem, że ktoś tu chyba przedawkował ścieżkę dźwiękową do filmu "Drive". Niemniej poczyniłem to bez złośliwości, a właściwie z pewnym zadowoleniem, bo niezwykle lubię takie klimaty. Słuchasz Nightrun87 a przez głowę samoistnie przebiegają nazwy takich twórców jak Kavinsky czy Perturbator. Jeśli wychowywałeś się w latach osiemdziesiątych, to zapewne przypomną ci się także gry na Commodore 64, Amigę czy Atari. Ich charakterystyczne ścieżki dźwiękowe, to coś czego nie da się wymazać z pamięci. Powrót tej sentymentalnej fali dowodzi, że i na takie dźwięki jest zapotrzebowanie. Nightrun87 nie stara się ślepo naśladować tego co robi czy to Kavinsky czy Perturbator. Wypracował własny styl, który bardziej trafia w mój gust, niż muzyka wspomnianych wcześniej twórców. Elektronika Nightrun87 jest bardziej plastyczna, nie drażni uszu i przyjemnie prowadzi po krainie lat osiemdziesiątych. Sam William Malcolm to postać niezwykle sympatyczna i doskonale odnajdująca się w tym co robi. Potrafi porwać swą muzyką każdego komu serce żywiej bije przy muzyce lat osiemdziesiątych, więc polecam wybrać się na jego występ jeśli będziecie mieli okazję.

Ostanim punktem programu tej sobotniej nocy, była grupa Drab Majesty. I choć robili za gwiazdę, to wydaje mi się, że większą publiczność zgromadził jednak Nightrun87. Niemniej nie brakowało i takich, którzy zjawili się tylko po  to by zobaczyć Drab Majesty. Sam duet od strony wizualnej prezentował się dość osobliwie. Muzyka mroku ma swoje prawa, ale wydaje mi się, że tutaj artyści nieco balansują na granicy groteski. Zostawmy to jednak i skupmy się na samej muzyce, bo ta powinna zachwycić przede wszystkim miłośników takich grup jak choćby Clan Of Xymox czy The Cure. Słuchając poszczególnych kompozycji, można było sobie przypomnieć dni największej chwały wytwórni 4AD. To te same emocje, te same dźwięki i ta sama atmosfera. Widać, że pomimo upływu tylu lat, tamto oblicze wytwórni wciąż stanowi ogromną inspirację dla tak wielu grup. Drab Majesty solidnie odrobili swoje lekcje, czarując zgromadzoną publikę swą mroczną muzyką. Do wykreowania nastroju posłużył syntezator, gitara elektryczna oraz podkłady perkusyjne. Reszta rozgrywała się już w wyobraźni zgromadzonej publiczności, która w skupieniu śledziła utwór po utworze. Ich żywiołowe reakcje dowodziły, że nie zawiedli się na Drab Majesty. Zespół również wydawał się być zadowolony z występu i kto wie, być może za jakiś czas, znów natkniemy się na plakaty reklamujące ich koncert. Trzymam za to kciuki.

Podsumowując. Był to naprawdę udany wieczór, bogaty nie tylko w dźwięki, ale i odkrycia muzyczne. Po zakończonych występach, ludzie tłumnie oblegli stanowiska z płytami, nabywając kompakty, analogi oraz wszelkiego rodzaju gadżety. Planem minimum z mojej strony był zakup albumu Drab Majesty, ale po wysłuchaniu koncertu Nightrun87 i miłej konwersacji  z artystą, przyobiecałem mu, że z pewnością kupię także i jego płytę. Skończyło się na dwóch, bo i ceny bardzo okazyjne. Po wysłuchaniu następnego dnia na spokojnie ich zawartości, utwierdziłem się w tym, że to dobrze zainwestowany pieniądz. Poza świetną muzyką zyskałem coś jeszcze. Satysfakcję ze wspierania młodych artystów i ich przyszłych działań. Tylko tyle i aż tyle.

Jakub Karczyński

27 maja 2017

CITIZEN CAIN - SERPENTS IN CAMOUFLAGE (1992)

Abstrakcyjność okładki w pełni dorównuje tytułowi płyty. Czegóż my tu nie mamy? Anioł z obciętym korpusem, humanoidalny minotaur z tasakiem zamiast ręki, szkarady z najgorszych koszmarów sennych oraz motyle zjadane przez tytułowe węże. A wszystko to na tle jakże bajkowego pejzażu. Patrząc na całość chciałoby się posłużyć modnym powiedzeniem - grafik płakał jak projektował. No bo nic tu do siebie nie pasuje, a mimo to tworzy jakąś całość. Niekoniecznie spójną. Słowne wiązanki lub komplementy trzeba słać w kierunku wokalisty Scotta Cyrusa, bo to on jest autorem wszystkich okładek sygnowanych zarówno logiem Citizen Cain jak i albumów pod zmienioną nazwą - Xitizen Cain. Nawet jeśli uznamy, że walory estetyczne są łagodnie mówiąc dyskusyjne to zawartość muzyczna powinna zrekompensować te niedostatki zwłaszcza tym, którzy mienią się być fanami takich grup jak Genesis czy Marillion. Zwłaszcza tych wczesnych okresów, gdy w Genesis rządził Peter Gabriel, a w Marillion karty rozdawał Fish.

Ten szkocki zespół, powstały na początku lat osiemdziesiątych (1982), dość długo kazał czekać fanom na swój płytowy debiut. W międzyczasie zdążył się rozpaść i zreorganizować na nowo, ale wszystko to trwało długich dziesięć lat. Pozostawili co prawda po sobie zbiór piosenek ze wcześniejszego okresu - "Ghost Dance" (1984-1987), ale trudno to nazwać pełnoprawnym albumem. Debiutowali dopiero w 1992 roku, właśnie za sprawą "Serpents In Camouflage". Pomimo doskonałych recenzji, zespół nie był zadowolony ze swego dzieła, co po latach dość trudno zrozumieć. Wszakże "Serpents In Camouflage" jest dziełem na tyle pięknym, że bez wstydu można je postawić na półce tuż obok albumów czy to Genesis czy to Marillion. Może nie ma takiego potencjału komercyjnego jak choćby "Misplaced Childhood" (1985) Marillion, ale trudno nie docenić bardzo przemyślanej i spójnej koncepcji tej debiutanckiej płyty. A to, że czerpie ona pełnymi garściami z dorobku swych sławniejszych kolegów, w niczym nie umniejsza jej wartości. Bo co innego inspirować się, a co innego ślepo naśladować styl danej grupy. Citizen Cain wzięli co najlepsze z obu grup i stworzyli muzykę, która pomimo upływu tylu lat, wciąż doskonale się broni. Już choćby to świadczy o tym, że mamy do czynienia z dość nietuzinkowym albumem. Początek płyty brzmi nieco tak, jakbyśmy przez pomyłkę nastwili jakąś płytę grupy Eloy. Nie jest to bynajmniej zarzut, bo kompozycja Stab In The Back  wpada w ucho niemal momentalnie. Kosmiczne klawisze przepięknie malują pejzaże przed oczami i pozwalają odprężyć się po ciężkim dniu. Zapytam retorycznie. Czyż można wymarzyć sobie doskonalsze rozpoczęcie płyty? A to przecież dopiero pierwsze kroki jakie stawiamy wraz z tym albumem. Dalej wcale nie jest gorzej. Choćby w takim Liquid Kings, gdzie dla przełamiania otrzymujemy też mały wyciąg z twórczości Jethro Tull. Takie przynajmniej odnoszę wrażenie, gdy do głosu dochodzi flet, nieodzownie kojarzący się z twórczością tego zespołu. Wszystkie te nawiązania, to takie swoiste puszczenie oka do słuchaczy i zaproszenie ich do wspólnej zabawy. Wszakże lubimy te melodie, które już żeśmy raz słyszeli. Zapewnia to nie tylko świetną rozrywkę, ale i niweluje efekt znużenia, nieodzowny przy tak długich kompozycjach. Odnoszę również wrażenie, że album został z gruntu przemyślany i nic nie pozostawiono przypadkowi. Świadczy o tym choćby kolejność utworów, gdzie tak zwane "lokomotywy" czyli utwory ciągnące album, umieszczono na początku i na końcu płyty. Tym ostatnim akcentem jest kompozycja tytułowa, która pozostawia naprawdę świetne wrażenie. Czyżby zastosowano sprytną sztuczkę psychologiczną, zwaną efektem pierwszeństwa i efektem świeżości? Pierwsza sprowadza się do lepszego zapamiętywania przez nasz mózg tego co było na początku, druga tego co na końcu. Wróćmy jednak do kwestii muzycznych. Album "Serpents In Camouflage" nie należy do najłatwiejszych w odbiorze. Trzeba poświęcić mu kilka wieczorów by w pełni odkryć jego piękno. Zaręczam, że warto podjąć się tego wyzwania. Album trzyma bardzo równy poziom i pomimo bardzo długich, rozbudowanych kompozycji, nie przytłacza słuchacza swą zawartością. Co prawda najkrótsza kompozycja trwa tutaj ponad sześć minut, ale to chyba nic nowego w świecie art rocka. Różnorodność i wielobarwność tej muzyki zapewne przyniesie wiele wrażeń, tak początkującemu muzycznemu entuzjaście jak i już wyrobionemu słuchaczowi.

Trudno mi orzec jaka jest rozpoznawalność tej grupy w Polsce. Przypuszczam, że nie jest ona tak zupełnie anonimowa bowiem na początku lat dziewięćdziesiątych, zaprezentowano kilka nagrań z tej właśnie płyty w "Trójce pod księżycem". W tamtym czasie, z pewnością nie umknęło to uwadze co wrażliwszych słuchaczy. A jak to wygląda obecnie? Sądzę, że jej twórczość przykryła dość pokaźna warstwa kurzu i nawet jeśli kiedyś ekscytowano się jej nagraniami, to dziś popadły one w zapomnienie. Warto je odkurzyć do czego serdecznie zachęcam. Sięgnijcie i przekonajcie się sami dlaczego w swoim czasie dziennikarze określili ich muzykę mianem “Selling England for a Jester’s Tear!” Komentarz wydaje się zbędny.

Jakub Karczyński
 

12 maja 2017

PŁYTY GORSZEGO SORTU

Dziwny to kraj, w którym to w oficjalnym dniu premiery, nie można kupić płyty danego artysty. Czasami czuję się jakbyśmy mieszkali w Europie kategorii B. I chyba tak poniekąd traktowany jest nasz rynek. Przekonałem się o tym już wielokrotnie i nieco smuci mnie ten fakt, bo jak tu płyty mają się sprzedawać skoro nie ma ich na sklepowych półkach? Owszem, gdy tylko swój nowy album wypuści Beyonce, Rihanna czy inna postać popkulturowego świecznika to półki wręcz uginają się od płyt, a żeby było śmieszniej od ręki można kupić każdą wersję albumu jaka się nam zamarzy. Gorzej gdy jesteśmy fanami nieco mniej popularnej muzyki. I nie mam tu na myśli żadnych podziemnych zespołów, o których mało kto słyszał za wyjątkiem paru znajomych i rodzin ich twórców. Żeby nie być gołosłownym przytoczę historię znajomego, który chcąc kupić najnowszy album Procol Harum ganiał od sklepu do sklepu, aby usłyszeć, że albo nie ma wcale albo, że cały nakład już się rozszedł. Dla uściślenia dodajmy, że za cały nakład stanowił jeden egzemplarz! No po prostu szaleństwo. Rozumiem, że Procol Harum nie jest dziś zespołem, za płytami którego ludzie wystają w długich kolejkach, ale choćby przez wzgląd na dawną sławę, szacunek dla artystów i starych fanów, można by porządniej zaopatrzyć sklepy. 

Ze swojego podwórka dorzucę jeszcze moją próbę kupienia w Poznaniu (w dniu premiery rzecz jasna) nowego albumu Alphaville "Strange Attractor". Odwiedziłem w związku z tym kilka sklepów i w żadnym, absolutnie w żadnym nie było go na półce. Dopytałem jeszcze obsługę dla pewności, ale moje przypuszczenia okazały się niestety słuszne. Album trafił do sklepów kilka dni po przewidzianej premierze, ale to nie koniec perypetii. Wydawca płyty (Universal Music) na nasz kraj postanowił uszczęśliwić wszystkich fanów jedną jedyną jakże wspaniałą i efektowną edycją wypuszczonej w serii "zagraniczna płyta, polska cena". Chwała im za to, że chcą mi sprzedać zagraniczną płytę po niższej cenie, ale dlaczego musi odbywać się to kosztem okładki? Dla tych, którzy nie kojarzą o co chodzi dodam, że owa edycja "wzbogacona" jest o beznadziejną ramkę wdrukowaną na samym froncie płyty. Nie znam nikogo wśród kolekcjonerów płyt, kto kupowałby te edycje. Jeśli przypadkiem mój wpis przeczytałby ktoś z Universal Music to mam dla Was prośbę. Nie troszczcie się tak o mój portfel. Jestem w stanie zapłacić Wam nawet 20 zł więcej, abyście wydawali także wersje zagraniczne, a nie tylko "polską cenę". Naprawdę, kupię nawet i de luxe edition. Tylko proszę, przestańcie traktować Polaków jak obywateli gorszej kategorii, co to nie zasługują na to by posłuchać muzyki w takiej samej formie co obywatele Niemiec, Francji czy Wielkiej Brytanii. Nie mam nic przeciwko tej Waszej "polskiej cenie", ale niech nie będzie ona jedyną edycją, a jedną z wielu. Niech każdy ze słuchaczy sam zadecyduje ile pieniędzy chce wydać na płytę. Odnoszę wrażenie, że wydawanie w ten sposób muzyki to nie przypadek, a świadomy zabieg. Jakby ktoś podszepnął do ucha sztańską myśl, brzmiącą mniej więcej tak: "Wypchnijmy najpierw tę niesprzedającą się "polską cenę", a za parę miesięcy wrzucimy na rynek resztę". Nie wiem czy w ten sposób liczycie, że fani kupią album dwa razy, czy co? Jeśli tak, to chyba się nieco przeliczyliście. Osobiście postanowiłem nie kupować nowego albumu Alphaville w takiej formie w jakiej go udostępniliście polskiemu słuchaczowi. Wolę sprowadzić go sobie z Anglii za dużo większe pieniądze, niż kupić coś takiego, co wstyd postawić na półce. Zastanówcie się więc proszę czy Waszą misją jest sprzedaż muzyki czy wkurzanie klientów.

Jakub Karczyński

25 kwietnia 2017

DUSICIELE WIECZOROWĄ PORĄ

Wczorajsze wydanie audycji "GH+" w radiowej Trójce poświęcono grupie The Stranglers. Ucieszył mnie ten fakt, bo bardzo lubię muzykę Dusicieli, czego wyrazem moja kolekcja ich albumów na półce. Nie, nie ma jeszcze wszystkich ich płyt, ale to co już udało mi się zebrać, myślę, że śmiało może wprowadzić mnie do grona osób, które uważają się za ich fanów. Gdy więc usłyszałem, że szykuje się audycja z ich muzyką, przyklasnąłem tej inicjatywie i pilnie nadstawiłem uszu. Nie wiem co sprawiło, że to właśnie Dusiciele zasłużyli na taką nobilitację, ale mniejsza o to. Jeśli była jakaś okazja to dobrze, a jeśli nadano tę muzykę bez okazji to jeszcze lepiej. W końcu czy zawsze musi być jakaś okazja by posłuchać tego czy tamtego zespołu? No nie musi. Kolejne rocznice sprawiają, że wszystko staje się jakieś takie schematyczne, a przecież nie ma nic nudniejszego niż schematy. Dobrze więc czasem zrobić coś bez okazji, ot tak z potrzeby serca. Nie wnikając już w motywację autora dodam, że kluczem do audycji była prezentacja utworów zgodnie z chronologią jej powstania. Kilka utworów z pierwszej płyty, kilka z drugiej, trzeciej, czwartej i tak dalej. W godzinnej audycji przerobiliśmy zdecydowaną większość albumów w tworzeniu i wyśpiewywaniu, których udział brał Hugh Cornwell. Nie to jest jednak ważne, a pewne zdanie, które padło na zakończenie audycji i które to wywołało mój wewnętrzy sprzeciw. Otóż autor wygłosił pogląd jakoby to co zespół stworzył już po odejściu Hugh Cornwella to zjazd po równi pochyłej i nie warte jest tego, aby poświęcać temu czas. Ujął to tak: (...) później odszedł Hugh Cornwell i to jeden z tych najbardziej charakterystycznych przykładów w muzyce rockowej kiedy odejście wokalisty sprawiło, że zespół mimo że istniał i nadal nagrywał stał się kompletnie nie interesujący. Absolutnie nie podpisałbym się pod tym stwierdzeniem i nie radziłbym nikomu przwiązywać się do tych słów. Po odejściu Hugh Cornwella, grupa nagrała osiem albumów z dwoma innymi wokalistami i nie brak wśród nich pozycji wyjątkowych. Najdłużej bo przez szesnaście lat, obowiązki te pełnił Paul Roberts i muszę przyznać, że doskonale wywiązywał się z powierzonej mu funkcji dlatego ze smutkiem przyjąłem jego rezygnację i opuszczenie składu w 2006 roku. Pożegnał się w pięknym stylu genialnym albumem "Norfolk Coast" (2004), który w pojedynkę zadaje kłam stwierdzeniu, że późniejsze poczynania grupy były słabe i nie interesujące.  W swoich zbiorach mam także album "About Time" (1995), który choć nie tak doskonały ma również kilka bardzo mocnych punktów jak choćby zamykającą album przepiękną kompozycję And The Boat Sails By. I choć brak mi jeszcze kilku albumów z nowej ery działalności grupy, nie sądzę, aby były to dzieła tak złe jak mówił o nich Grzegorz Hoffman w audycji "GH+". Nawet na ostatnich albumach, na których to mikrofon przejął obecny wokalista Baz Warne, znajdzie się kilka naprawdę interesujących utworów. Polecam nastawić choćby album "Giants" (2012) i posłuchać takiego Adios (tango) by szybko przekonać się, że Stranglersi nie powiedzieli jeszcze swego ostatniego słowa. Wciąż mają ciekawe pomysły i ani myślą składać broń. Dusiciele to solidna marka, która miała swoje lepsze i gorsze momenty, ale nigdy na tyle złe, aby warto było zacząć zastanawiać się nad celowością dalszego funkcjonowania zespołu. Dlatego też wygłaszanie takich twierdzeń na falach Polskiego Radia, uważam za wysoce krzywdzące względem zespołu. Programy autorskie co prawda rządzą się swoimi prawami, ale przytoczony tekst brzmi bardziej jak stwierdzenie, niż prywatna opinia redaktora i w tym cały problem. Nie wymagam, aby redaktor Hoffmann padał przed każdą nową płytą Stranglersów na kolana, ale prosiłbym o większy obiektywizm w ocenie czyjegoś dorobku. Zapewne nie tylko ja, poza kanonicznymi albumami z Hugh Cornwellem, wracam od czasu do czasu z nie mniejszą przyjemnością, do płyt z ostatnich lat działalności zespołu. I wcale nie uważam tego za stratę czasu. Nie dajcie więc wmówić sobie, że coś jest złe. Sprawdźcie sami zanim ślepo czemuś zawierzycie, bo zbyt często bazujemy na czyichś opiniach zamiast na własnych uszach.
  
Jakub Karczyński

17 kwietnia 2017

STREFA KOMFORTU



Zdaję sobie sprawę, że dla części czytelników przywoływanie co i rusz postaci Tomka Beksińskiego może być już nieznośne i wręcz nudne. Przypomina to trochę jedzenie niemal dzień w dzień tego samego obiadu. Ile można? Będąc tego świadom postanowiłem, że dam Tomkowi na jakiś czas odpocząć. Nie będę epatował już tu jego imieniem i nazwiskiem. Taki był plan, ale jak zwykle życie pisze swoje scenariusze i w nosie ma nasze założenia. Bo jakże nie wspomnieć tu o jego osobie, skoro to on był siłą sprawczą nabycia płyty, o której słów kilka poniżej. To przecież w jednej z jego starych audycjach, których słucham sobie od czasu do czasu, pojawił się utwór Life In Dark Water, który zauroczył mnie do tego stopnia, że czym prędzej zacząłem rozglądać się za całą płytą. Al Stewart, bo to o nim mowa, był mi do tego momentu artystą kompletnie nieznanym. No może nie tak zupełnie, bo nazwisko gdzieś tam obiło mi się o uszy, ale jego muzyczny dorobek to już raczej nie. I gdy tak słuchałem sobie audycji, w której to Tomek przewodnim motywem uczynił piosenki marynistyczne* (bynajmniej nie szanty), nagle usłyszałem utwór o dość niepokojącym klimacie, zaśpiewany pięknym głosem, a w dodatku tak uroczo staroświecki. Można by rzec, że to taki typowy przedstawiciel tego, co w muzyce Tomek ukochał najbardziej. Jest tu przecież element tajemniczości, grozy, ale i pierwiastek romantyczny, który to zawsze silnie do niego przemiawiał. Jest nawet i fragment mogący kojarzy się z westernami, będące w końcu dość częstymi elementami jego audycji. Któż nie pamięta programów o spaghetti westernach i tej muzyki, która się w nich pojawiała. W najbliższym czasie przez ekrany telewizyjne przemknie western "Major Dundee" (1965), o którym Tomek wspominał w audycji z 27 lutego 1999 roku. Mam gdzieś to nagrane na płycie, więc zaraz odnajdę i posłucham. Pamiętam, że emitował wtedy wiązankę utwórów ze ścieżki dźwiękowej z tego filmu, którą nabył w Londynie za 15 funtów! Inspirację do tego typu programów stanowiły zazwyczaj filmy emitowane w TVP1. Jak to Tomek zwykł je zapowiadać? Film w Jedynce, muzyka w Trójce. Każdy kto będzie chciał przypomnieć sobie tamte czasy, może nastawiać w kolejne soboty TVP Kultura, gdzie pojawiać się będą klasyczne westerny. Niestety muzyki w Trójce nie będzie. Przynajmniej nie tej, którą to on zwykł emitować. Wróćmy więc do albumu Ala Stewarta "Time Passages" (1978), który to stanowił za punkt wyjścia tego wpisu. Nabywając go, nie obiecywałem sobie po nim zbyt wiele. Ot chciałem mieć tę jedną, jedyną piosenkę, a pozostałe nagrania albo przyjemnie mnie zaskoczą albo niemiło rozczarują. Tymczasem po kilkukrotnym wysłuchaniu całego albumu, nie mogę się wręcz od niego uwolinić. Uchyla mi on drzwi i zabiera w głąb krainy, do której chętnie zapuszczał się także Tomek. Daje pewnego rodzaju poczucie bezpieczeństwa odczuwalne w sytuacji, gdy wiesz, że jesteś u siebie, w otoczeniu ludzi i przedmiotów tak dobrze ci znanych. I tak też się czuję, słuchając tego albumu. Pełen komfort i poczucie bezpieczeństwa, którego tak wielu szuka, a tak niewielu znajduje. Strefa komfortu jak można się domyślić jest czymś indywidualnym, czego nie można rozciągnąć na szerszą grupę ludzi. Dla każdego z nas stanowi ona zupełnie inny obszar. Moja jest właśnie tutaj, wśród dźwięków starego rocka i albumów takich jak "In The Court Of The Crimson King" (1969) King Crimson, "Argus" (1972) Wishbone Ash, "Close To The Edge" (1972) Yes, "The Wall" (1979) Pink Floyd czy "Time Passages" Ala Stewarta. To płyty z niepowtarzalnym klimatem, niosące w sobie coś więcej niż tylko muzykę. Zrozumiałe chyba tylko dla tych co wrażliwszych słuchaczy, którzy zaczerpnęli już co nieco wody z tego źródła. Dla reszty jak sądzę pozostaną one wyłącznie niemodnymi narganiami z dawno już zapomnianych czasów. Warto jednak dać im szansę, przełamać niechęć i uprzedzenia, bo te albumy zwyczajnie na to zasługują.

Jakub Karczyński

* Wpływ na to miał film "Titanic" Jamesa Camerona, który zrobił na Tomku wielkie wrażenie.
 

7 kwietnia 2017

STATEK ŚWIĘTEJ IGNORANCJI

Przed momentem przeczytałem bardzo interesujący wywiad z Bartkiem Chacińskim. Jest to kolejna odsłona cyklu poświęconego polskim dziennikarzom muzycznym. Pomysł faktycznie interesujący bo przecież o wielu z nich, nie wiemy wiele więcej nad to, co uda nam się wyczytać w Wikipedii. Czytając ten wywiad szczególnie jedna kwestia zwróciła moją uwagę. Chodzi mianowicie o słuchanie i odkrywanie nowej muzyki i nowych grup. Czasami odnoszę wrażenie, że dla dziennikarzy nowego pokolenia, to co było, nie ma najmniejszego znaczenia. Liczy się tylko to co tu i teraz. Tak jakby wszyscy nagle zapragnęli być nowymi Krzysztofami Kolumbami, odkrywcami nowego, muzycznego świata. Z jednej strony nie ma co temperować tych zapędów, bo przecież jak głoszą powiedzenia "do odważnych świat należy", a "tylko głupi nie jest świata ciekaw". Tyle tylko, że część dziennikarzy młodego pokolenia, wsiada na ten statek pozbawiona zupełnie bagaży. Muzyka lat sześćdziesiątych, siedemdziesiątych to sfera zarezerwowana tylko i wyłącznie dla największych nazwisk i grup. Historia muzyki liźnięta po łebkach prędzej czy później zbierze swoje żniwo. Te nieodrobione lekcje, odłożnone na bok na tak zwane później, przypomną o sobie w najmniej spodziewanym momencie. A wtedy wszystko na co tak ciężko pracowaliście runie z hukiem, że nie będzie już czego zbierać. Niech więc pogoń za muzycznymi nowinkami nie przesłonił wam zupełnie świata, bo przecież nie można wybierać się w podróż bez odpowiedniego przygotowania i ekwipunku. Dlatego też apeluję do każdego komu marzy się bycie dziennikarzem muzycznym w radiu, prasie czy choćby w internecie, aby nieustannie pogłębiał swoją wiedzę nie tylko o nowości, ale też i o albumy z nieco odleglejszych dekad. Tylko wtedy będziecie mieli pełny obraz tego świata, zrozumiecie co z czego się wzięło i przede wszystkim oszczędzicie sobie kompromitacji. Bo może się okazać, że to co dziś uznajecie za szczyt oryginalności i geniuszu artrystycznego, ktoś przed laty zrobił już to z o wiele lepszym skutkiem. Wkurzam się ilekroć słyszę, że ktoś kręci nosem na muzykę, która ma już swoje lata na karku. Co z tego, że jest niedzisiejsza? Co z tego, że tak się już nie gra, a brzmienie trąci myszką? Takie czasy, takie instrumenty i takie pomysły. Spróbujcie raczej to zrozumieć, poszukać powiązań, niż negować dorobek całych pokoleń. I nie martwcie się, że nie starczy wam życia na to by wszystkiego posłuchać i kompleksowo zbadać. Ze względu na muzyczny bezmiar, poczucie niedouczenia jest czymś zupełnie normalnym. Nie mylcie tylko niedouczenia z ignorancją, bo to jednak dwie różne sprawy. Sam często złoszczę się, że mi doby brakuje na posłuchanie tego wszystkiego czego chciałbym posłuchać. I wcale nie jestem jakimś muzycznym eksploratorem co to wynajduje na Tidalu co tydzień sześćdziesiąt nowych zespołów. Wystarczy mi to co zgromadzę na płytach, a i tak zaległości mam takie, że głowa boli. Czasem chciałbym, aby ktoś na chwilę zastopował cały ten przemysł muzyczny. Wcisnął pauzę na jakiś czas, aby można było zniwelować nieco te zaległości. Niestety chyba jeszcze nikt nie wynalazł takiego pilota, więc dalej uczestniczymy w tym szaleńczym biegu. Dziś nowość goni nowość. Oszaleć można. Wpadliśmy z jednej skrajności w drugą, a muzyczna karuzela wiruje coraz szybciej i szybciej. Dlatego też warto zachować pewien umiar i rozsądek by nie wypaść za burtę na tym wzburzonym morzu muzyki. Jeśli już zdecydowaliście się wsiąść na pokład tego statku, upewnijcie się, że zabraliście wszystko co niezbędne by wyruszyć na eksplorację nowego świata.

Jakub Karczyński

PS Za ilustrację posta posłużył mi obraz "Dziewiąta fala" Iwana Ajwazowskiego, rosyjskiego malarza marynisty doby romantyzmu.
 

28 marca 2017

MEANDRY GOTYKU

Mam w swoich zbiorach kilka dość interesujących i dość tajemniczych formacji z kręgu muzyki mroku czy jak kto woli gotyckiej. Sam raczej staram unikać się tego ostatniego określenia, bo słowem gotycki określono już tyle różnorakich zespołów, że właściwie nie wiadomo czym ten gotyk tak naprawdę dziś jest. Z całym szacunkiem, ale jeśli słyszę, że za wzór gotyku stawia się Evanescence, Nightwish czy Within Temptation, to samoczynnie nóż mi się w kieszeni otwiera. Nastąpiło zupełne pomieszanie pojęć, choć jakby nie patrzeć, z tą gotycką terminologią zawsze był problem. Zespoły, które uznawano za gotyckie odżegnywały się od tej etykiety (vide Bauhaus, The Cure), a te które uznawały się za przedstawicieli tej sceny trudno było za takowych uważać. Być może dlatego dziś mamy taki bałagan w tej szufladzie, którego już nikt nie ogarnia i nie jest w stanie posprzątać. Dlatego też wolę posługiwać się sformułowaniem muzyka mroku, które jest równie niedookreślone, ale za to pozwal mi wrzucać tam wszystkie zespoły, o dość melancholijnym brzmieniu wzorowanym na dźwiękach jakie wychodziły spod palców takich twórców jak Bauhaus, Siouxsie & The Banshhes, The Cure, Fields Of The Nephilim, The Mission, The Sisters Of Mercy, Cocteau Twins, Dean Can Dance, ale i tych bardziej elektronicznych jak Clan Of Xymox czy Pride And Fall również. Słowem wszystko co nawiązuje do starej, mrocznej szkoły grania. 

Nie o tym jednak miał być ten wpis. Wróćmy więc na właściwe tory. Mam więc ja w swoich zbiorach kilka dość interesujących i dość tajemniczych formacji z kręgu muzyki mroku. O jednej z nich pisałem już jakiś czas temu we wpisie Belgijska Bazooka. Bazooka Joe bo o nich mowa w dalszym ciągu stanowi dla mnie nie lada zagadkę. Jedyną informacją, którą udało mi się zweryfikować był ich kraj pochodzenia. Otóż Bazooka Joe okazała się być formacją brytyjską, a nie jak sądziłem wcześniej belgijską. W błąd wprowadził mnie kraj wydania ich jedynego pełnowymiarowego albumu. Cóż, z braku informacji człowiek podejmuje różne tropy, które jak widać potrafią zaprowadzić niejednokrotnie na manowce. 


Nieco mniej tajemniczym zespołem okazała się niemiecka grupa Dark Orange, której debiutancką płytę "Oleander" (1991) udało mi się pozyskać na początku roku. Kupiłem ją zaintrygowany okładką, która wydawała się skrywać muzykę z tej nieco mroczniejszej krainy. Intuicja i tym razem mnie nie zawiodła. Zawartość płyty powinna przypaść do gustu miłośnikom tak Cocteau Twins jak i Siouxsie & The Banshees. Wydaje się, że dźwięki tu zawarte stanowią wypadkową tego co na przestrzeni lat robiły oba zespoły. A cóż wiadomo o samej grupie? Niewiele więcej od tego co udało mi się wyczytać na wikipedii. Działali raptem trzy lata (1990-1993), nagrali dwa albumy ("Oleander", "The Garden Of Poseidon" [1993]) by zamilknąć na następnych piętnaście. Na szczęście w 2008 roku reaktywowali się i nagrali dwie kolejne płyty ("Clouds, Paperships And Fallen Angels" [2010], "Horizont" [2012]). Masteringiem tego pierwszego zajął się sam Robin Guthrie (ex Cocteau Twins) co jak mniemam było spełnieniem marzeń członków grupy. 


Przyznam, że w pierwszym momencie gdy ujrzałem nazwę grupy, sądziłem, że ma ona jakieś powiązanie z innym tajemniczym zespołem o dość karkołomnej nazwie Crashblack Big Orange. Długo głowiłem się cóż może ona oznaczać. Jak się okazało nie znaczy nic. To po prostu zbitek słów. Nie ma w tym żadnej głębszej filozofii. Grupę tworzyło małżeństwo, które jako źródło muzycznego wpływu na ich brzmienie i kompozycje wskazywało zarówno Killing Joke jak i Xmall Deutschland. I chyba faktycznie nie ma w tym cienia przesady, bo jak sądzę każdy kto posłucha ich albumu "Naked Man" (1990) dość szybko wyłowi wpływy obu zespołów.  Szkoda, że po nagraniu owej płyty zespół zamilkł na wieki i dziś rozpatrujemy go już wyłącznie w kategorii muzycznej ciekawostki tamtych czasów. Swój jedyny album wydali tylko w formie płyty analogowej. Nieco to dziwne, bowiem w latach dziwięćdziesiątych rządziły już kompakty (przynajmniej na świecie). Chodzą słuchy, że działali jeszcze pod skróconą nazwą Crashblack, ale chyba nie dokumentują tego okresu żadne nagrania w formie fizycznej. Szkoda.


Czwartym i ostatnim zespołem z tego tajemniczego grona jest amerykański Love Club. Muzyka jaką nagrwali bardzo przypomina dokonania Crashblack Big Orange, ale i Dark Orange. Cały czas na karuzeli skojarzeń wirują tak Siouxsie & The Banshees, Cocteau Twins jak i Xmall Deutschland. Love Club to także zespół jednej płyty zatytułowanej "Lime Twings And Treachery" (1990). Przemknęli przez muzyczny nieboskłon równie szybko jak spadający meteoryt, działając na przestrzeni lat 1987 - 1992. Pozostawili po sobie tylko jeden album, ale za to jaki. Dziś może stanowić za ozdobę niejednej kolekcji nie tylko ze wzglądu na swoją unikatowość, ale i muzykę. W związku z tym albumem mam jeszcze do opowiedzenia pewną historię, którą przed laty usłyszałem, a później przeczytałem na blogu mojego znajomego. Zresztą co ja się będę gimnastykował skoro on opisał to na tyle barwnie, że aż żal by było tego nie zacytować. Zaznaczę tylko, że rzecz działa się podczas telefonicznej rozmowy z Tomkiem Beksińskim:

(...) Zaproponowałem Beksiowi  w pewnym momencie, podarowanie płyty zupełnie nieznanej grupy LOVE CLUB. Miałem tej płyty (amerykańskie tłoczenie CD) chyba ze dwadzieścia egzemplarzy i wszystkie z nich wcześniej przehandlowałem, zostawiłem sobie tylko jeden. I ten jeden i ostatni zarazem postanowiłem , że mu podaruję. Nie potrafiłem niczego o grupie powiedzieć, czyli jak długo działają, ile mają płyt na koncie, itp...Czułem jednak, że ta muzyka będzie tą Jego muzyką. A że akurat niebawem szykował się pierwszy w Polsce koncert grupy Pendragon, i miał się odbyć w Stodole, a z paczką znajomych właśnie się na niego wybieraliśmy, obiecałem płytę dostarczyć osobiście. Umówiliśmy się po harcersku, że się jakoś tam znajdziemy ,a ja podejdę i podam płytkę. Jak się później okazało, nie było nawet innej możliwości. Przecież Beksiu w ogóle mnie nie kojarzył. W samej "Stodole" problem się jednak szybko rozwiązał, bowiem w me oczy rzucił się tłum ludzi, który otaczał pewnego gościa, zadając mu tuziny pytań. Tym gościem okazał się Tomek "Nosferatu" Beksiński. I jak to On, przyodziany w czerń, ni to pelerynę ,ni to płaszcz, a był to bodaj sierpień, o ile dobrze pamiętam. Ledwo się dopchałem. Udało mi się tylko podając płytę dodać, ze to ja jestem od tego telefonu z Poznania. Podziękował i powiedział, że później porozmawiamy. Dorzuciłem, że pozwolę sobie jeszcze raz kiedyś tam zadzwonić. Później zagrali Talath Dirnen, Ulysses i Pendragon. Stałem niedaleko Beksia, ale nie chciałem mu zawracać głowy swoją osobą. Pogapiłem się tylko z ukrycia nieco na niego w trakcie koncertu grupy Ulysses. Fajnie przeżywał, cały się kiwał, kręcąc głową niczym huśtawka.
Później słuchając jego audycji czekałem na LOVE CLUB. Zagra, nie zagra. Polubił, nie polubił, hmm...Licho wie. Jeden tydzień nie zagrał, drugi także, pomyślałem cóż, pewnie to jakaś lura dla niego. Taka gorsza i blada kopia Siouxsie and The Banshees. Aż pewnej soboty poleciało!!! Skończył się utwór, a po nim pojawił się głos Beksia tłumaczacy jego tekst, a szło to jakoś tak: "spójrz w lustro i zobacz swoją twarz...." I tu mi się film urywa. Nie pamiętam co dalej, no i jaki to był utwór. Bowiem jedyny egzemplarz tej płyty jaki mi został , podarowałem swojemu Mistrzowi. Za jakiś niedługi czas zadzwoniłem ponownie (i po raz już ostatni) do Tomka Beksińskiego. Uciąłem sobie z Nim wcale nie krótszą pogawędkę, od tej sprzed kilku tygodni. W którymś momencie zapytałem, czy na pewno podoba mu się ten LOVE CLUB. Odrzekł: "bardzo i dziękuję za niego. A właśnie, jak się rozliczymy?" Wtedy z nieukrywanym wzruszeniem odpowiedziałem, że to dla mnie wielka przyjemność i że największą zapłatą jest dla mnie usłyszeć tę płytę w radio, przy okazji  z załączonymi podziękowaniami od słuchacza z Poznania.

Tak, straszna gaduła z niego, ale nikt tak pięknie i emocjonalnie nie potrafi opowiadać o muzyce. Dodam, że to tylko mały wyciąg całego tekstu poświęconego Tomkowi Beksińskiemu. Jeśli jesteście zainteresowani całością to serdecznie zapraszam do odwiedzin poniższego adresu:


Słowem zakończenia chciałbym rzec, że wszystkie płyty, które wymieniłem w tym wpisie mają dwie, zasadnicze cechy wspólne. Wszystkie one powstały na początku lat dziewięćdzisiątych i każda jedna przepadła w pomroce dziejów. Widać nie był to dobry czas dla tego typu muzyki, a szkoda bo kto wie czy dziś nie wymienialibyśmy jednym tchem tych nazw obok takich grup jak wspomniane już Siouxsie & The Banshees czy Cocteau Twins. A tak pozostaną już tylko i wyłącznie skarbami do odkrycia przez kolejnych kolekcjonerów płyt.

Jakub Karczyński

26 marca 2017

CAMOUFLAGE - SPICE CRACKERS (1995)

Nie wiem z jakim odbiorem spotkała się w 1995 roku płyta "Spice Crackers", ale wydaje mi się, że mogła stanowić dość spore zaskoczenie dla fanów i to nie koniecznie in plus. Coś na miarę szoku jaki wywołała płyta "Metamorphosis" grupy Xymox, odsądzana od czci i wiary po dziś dzień. To co nie sprawdziło się w przypadku Holendrów, zaprocentowało z nawiązką pod palcami Niemców. Ktoś powie, że obie te płyty to nic więcej jak bezmyślna łupanina nadająca się tylko do tego by katować tym więźniów w zakładach karnych, ale jak sądzę będzie to opinia nie do końca sprawiedliwa. Zwłaszcza w przypadku Camouflage, które sporo zaryzykowało odchodząc od swojego wypracowanego stylu i kierując uwagę w bardziej transowe rejony. Czyżby zwykły koniunkturalizm? Wszakże to właśnie w Niemczech na początku lat dziewięćdziesiątych zanotowano wzrost popularności muzyki techno i acid house. Wydaje się, że zwłaszcza ten ostatni gatunek ostro namieszał naszym bohaterom w głowach. I choć było to nowe otwarcie dla grupy, poszerzające granice ich muzycznego uniwersum to jak na ironię album okazał się komercyjną klapą. Na tyle wielką, że każdy z muzyków poszedł w swoją stronę, porzucając szyld grupy na długich osiem lat.

Muzyka na "Spice Crackers" może faktycznie zaskakiwać swoją odmiennością, ale słuchając jej obecnie, warto spojrzeć na nią nieco łaskawszym okiem. I nie chodzi mi tu wcale o dawanie jej jakiejś taryfy ulgowej, ale o szersze spojrzenie na jej zawartość. Na tle pozostałej twórczości grupy jest to pierwsza tak odważna i naprawdę udana próba wybicia się na niepodległość. Chyba panowie z Camouflage mieli dość życia w cieniu grupy Depeche Mode i zapragnęli obrać bardziej indywidualny kurs. Wybrali się więc w podróż do nieznanych zakątków naszej galaktyki, zabierając tam ze sobą słuchaczy. Szkoda, że tak nielicznych. Tym bardziej cieszy fakt, że płyta pomimo upływu tylu lat, wciąż doskonale się broni i zaryzykuję śmiałą tezę, że stanowi najjaśniejszy punkt w całej dyskografii zespołu. Niezwykle spójna muzycznie i niewątpliwie dobrze przemyślana konstrukcja płyty sprawia, że albumu słucha się niezwykle przyjemnie. Pomimo wypełnienia jej niemal po same brzegi, nie ma mowy o znużeniu czy zmęczeniu materiałem. Słuchając jej miałem wrażenie odbywania niezwykłej, kosmicznej podróży do miejsc nigdy przeze mnie nie odwiedzanych. Przetworzenie elementów własnego stylu i splecenie ich z muzyką z nie znowu tak odległych galaktyk muzycznych, zaprocentowało z nawiązką. Szkoda, że wyłącznie w wymiarze artystycznym, ale tak to czasem bywa, że nie zawsze udaje zdobyć się oba szczyty. Jednakże sukces, popularność i pieniądze szybko przemijają, a piękna muzyka zostaje z nami na zawsze. Szkoda, że nie wszyscy artyści o tym pamiętają. Wróćmy jednak do zawartości albumu "Spice Crackers", bo to ona jest tutaj najważniejsza. Warto docenić nie tylko odwagę zespołu w podejmowaniu nowych wyzwań, ale i samą muzykę, której poszczególne elementy składają się na niezwykle spójną całość. Lubię takie płyty, na których trudno wskazać najlepsze nagrania bowiem całość stoi na bardzo wyrównanym poziomie. Nie jest to jednak jakaś bezkształtna masa, która jednym uchem wchodzi, a drugim wychodzi. Co to, to nie. Tutaj każda kompozycja ma swój charakter (może z wyjątkiem tytułowego nagrania otwierającego album), który zaznacza się zarówno podczas wyrywkowego słuchania poszczególnych utworów jak i wtedy gdy nastawiamy album chcąc go przerobić "od deski do deski". Tutaj nie ma letnich utworów. Letnia, to może być co najwyżej woda w kranie, a muzyka ma poruszać, intrygować i inspirować. Ma otwierać człowiekowi w głowie kolejne drzwi i zabierać go w podróż na drugą stronę lustra. Taka też jest ta płyta, po wysłuchaniu której rozglądamy się nerwowo za pilotem, aby ponownie wcisnąć guzik z napisem play. Mam nadzieję, że słuchanie tej muzyki dostarczy wam równie wiele radości co mnie. Gdybyście jednak nie poczuli tych emocji to znak, że nie pisany był wam ten kosmiczny szlak.

Na koniec pozostaje mi jeszcze wyrazić nadzieję, że nie jestem osamotniony w tym zachwycie. Jeśli macie otwarte i chłonne umysły, gotowe by wyruszyć w tą niezwykłą podróż, to serdecznie zapraszam na pokład statku. Być może i wy dacie ponieść się tej muzyce na prawdziwe kosmiczne rubieże. Jeśli jednak nie w głowie wam muzyczne eksperymenty i wyprawy, to nie odrywajcie swych nóg od podłoża. Niemniej stracicie wtedy szansę na to by przekonać się czy przypadkiem nie omija was właśnie coś naprawdę istotnego.

Jakub Karczyński

14 marca 2017

NA TROPIE CAMOUFLAGE

Niemiecka grupa Camouflage powołana do życia w 1984 roku nieobca jest z pewnością wielbicielom talentu Depeche Mode. Nic dziwnego, w końcu sam Tomasz Beksiński w jednej ze swych audycji nadając ich debiutancki album świadomie wywiódł słuchaczy na manowce, twierdząc, że to najnowsze nagrania Depeche Mode. Wielu dało się nabrać, bowiem album "Voices & Images" (1988) był sporządzony wedle podobnej receptury co nagrania ich sławniejszych kolegów. Nawet głos mógł sugerować słuchaczom, że oto Dave Gahan wyśpiewuje kolejne linijki tekstu. Jakież musiało być zaskoczenie słuchaczy gdy okazało się, że za wspomnianą muzykę odpowiada nie Depeche Mode, a grupa Camouflage. Pewnie sam bym się nabrał gdybym w tamtym czasie słuchał tej audycji. Niestety nie dane mi było, bo i czas nie ten i zainteresowania zupełnie inne. Wtedy chyba bardziej od muzyki, moją głowę zaprzątały klocki Lego. Musiało upłynąć jeszcze sporo wody w Wiśle, nim nazwa Camouflage zajaśniała na firmamencie mojego nieba. Nie jestem do końca pewien w jakich okolicznościach się to stało, ale najbardziej prawdopodobnym sprawcą jej odkrycia jest pewien pan Darek. Podobny pasjonat i kolekcjoner, który poza muzyką zbiera też książki, filmy i kto wie co jeszcze. Kupował tego na potęgę, choć jak sam przyznawał nie miał czasu, aby to wszystko przetrawić. Gdy tylko pojawiał się na horyzoncie była to zapowiedź długich, ale i niezwykle interesujących rozmów. To właśnie podczas jednej z nich dotyczącej albo świeżo co wydanego albumu Depeche Mode lub też może przy okazji opowieści na temat jakiegoś ich koncertu padła właśnie nazwa Camouflage. Jeśli pamięć mnie nie myli to pojawiła się też nazwa nagrania The Great Commandment, ponoć największego przeboju grupy. Niestety niewiele mi to mówiło, więc postanowiłem czym prędzej nadrobić swe zaległości względem grupy. Swą podróż rozpocząłem od wspomnianego już wcześniej albumu "Relocated" (2006), jedynego jaki udało mi się kupić w sklepie. Piękna okładka dobrze nastrajała do zawartości. Początkowo spodobało mi się zaledwie kilka utworów i w pierwszym odruchu chciałem pozbyć się tej płyty, ale na szczęście w porę przyszło otrzeźwienie. Musiało minąć nieco czasu, abym w pełni docenił ten album. Cóż, jak to mówią, nie od razu Rzym zbudowano. W dalszej kolejności nabyłem album "Sensor" (2003) i na pewien czas zapomniałem o zespole. Minęło nieco lat nim sobie o nim na powrót przypomniałem, a wszystko to za sprawą płyty "Voices & Images". Tej samej którą to redaktor Beksiński przed laty wywołał wspomniane poruszenie w szeregach fanów Depeche Mode. I trudno się temu dziwić, bo to naprawdę udany debiut, czerpiący ze studni dokonań swych mentorów z Basildon. Co prawda zespół Camouflage nie odniósł tak spektakularnego sukcesu, bo przecież epigoni rzadko kiedy przerastają mistrzów, ale i tak warto poświęcić im swój czas i uwagę. Zwłaszcza, że grupa wciąż nie składa broni i podtrzymuje ten płomień kolejnymi płytami. Mało tego, może być doskonałą odtrutką na ostatnie poczynania Depeche Mode, który jak dla mnie przestał być grupą, na albumy której czekam z drżącym sercem. Raczej odhaczam je jak listę zakupów, bez większej ekscytacji i emocji.  Jeśli więc komuś nie w smak ostatnie wypieki z piekarnii Depeche Mode, niech zajrzy do konkurencji. Może mniej tam pieczywa, ale za to jest smaczniejsze i bez zakalca. Za dowód niech posłuży ostatni album "Greyscale"  (2015), który jak dla mnie deklasuje tak "Delta Machine" (2013) jak i "Sounds Of The Universe" (2009). Czyżby uczeń przerósł w końcu mistrza? Wiele na to wskazuje, przynajmniej jeśli chodzi o zawartość cukru w cukrze. Muzyka Camouflage jakoś bardziej mnie krzepi i sprawia, że znów nabrałem chęci na pozaklejanie dziur w dyskografii grupy. Tak też w moje ręce trafił ich drugi album "Methods Of Silence" (1989)  będący udaną, choć nieco odmienną kontynuacją wcześniejszej podróży. Odmienność ta polegała na jakiejś takiej lekkości wyczuwalnej w nagraniach. Może to za sprawą gitary akustycznej pojawiającej się tu i ówdzie, a może sekret tkwi jeszcze w czymś innym. Nie ważne, najważniejsze, że album broni się po latach i ujmy grupie nie przynosi. Kiedy posłuchałem go dziś, odkryłem tam jeszcze kilka innych utworów, które jakoś wcześniej umknęły mej uwadze, a nie powinny. Jak widać z muzyką Camouflage można spędzić wiele pięknych chwil, a i tak nie sposób poznać jej wszystkich aspektów. Zawsze znajdzie się coś co zauroczy (Your Skin Is The Dream), choć wydawało się, że lekcje z "Methods Of Silence" zostały dawno już odrobione. W ostatnim czasie jakoś tak się szczęśliwie złożyło, że udało mi się pozyskać dwie stare edycje ich płyt z lat dziewięćdziesiątych. Mowa tu o "Meanwhile" (1991) oraz "Spice Crackers" (1995) . Ta ostatnia jeszcze z hologramem z tak zwanej epoki. Dziś już zjawisko zupełnie nie spotykanie, kiedyś było niemal na porządku dziennym. Brak owego hologramu poddawał w sporą wątpliwość oryginalność produktu. Jeśli ktoś dorastał w latach dziewięćdziesiątych to pewnie doskonale pamięta ten dziki zachód jaki mieliśmy przez pewien czas na rynku fonograficznym. Zostawmy to jednak i nie zbaczajmy z obranego kursu. Wspomniane albumy nie tylko wzbogaciły moje zbiory, ale i niemal domknęły dyskografię grupy. Brak mi już tylko "Bodega Bohemia" (1993), z okładki której straszyły ... frytki. Była to zdecydowanie jedna z mniej udanych obwolut zespołu, ale liczę, że tą kulinarną maszkarą kryje się przynajmniej dobra muzyka. Mam nadzieję przekonać się o tym w najbliższym czasie i nie za pośrednictwem YouTube'a, ale zwyczajnej, plastikowej płyty. Ot takie to już moje upodobania. Jak to mówią, czym skorupka za młodu nasiąknie tym na starość trąci.

Jakub Karczyński
 

23 lutego 2017

MUZYCZNA PRZYSTAŃ

Pomimo stosunkowo niewielkiej jeszcze liczby muzycznych premier, nie śmiem narzekać na brak płyt do słuchania. Jak to zwykle bywa, początek roku służy mi za najlepszy czas do uzupełniania zbiorów. Gdy spoglądam na stos płyt czekających na odsłuch, aż sam się sobie dziwię, ileż skarbów udało mi się wyłowić w przeciągu tych dwóch miesięcy. Niektóre w bardzo okazyjnych cenach (Prefab Sprout "The Gunman And The Other Stories" [2001], John Foxx "In Mysterious Ways" [1985]), inne z kolei nieco droższe niemal wyszarpane z gardeł innych kolekcjonerów (Icehouse "Man Of Colours" [1987]). Mam też płyty z tak zwaną historią. Takim albumem jest niewątpliwie Crime + City Solution "The Bride Ship" [1989], którego front zdobi pieczątka Deutsche Archiv oraz numer katalogowy 4189. I choć nie lubię popisanych okładek, dla takich płyt robię wyjątek bowiem poza muzyką, opowiadają mi też swoje nie zawsze łatwe życie. Pomyślcie tylko w ilu niemieckich domach gościł ten album, co widział i komu umilał czas. A może wręcz przeciwnie, był takim brzydkim kaczątkiem, którego nikt nie chciał przygarnąć. Spoczywał sobie na bibliotecznej półce nie niepokojony przez nikogo, choć tak bardzo pragnął odmienić komuś dzień. Jak faktycznie było? Tego niestety możemy się tylko domyślać, ale to też ma swój urok. Innym kaczątkiem, któremu zaoferowałem swój dom był album The Grand Opening "Beyond The Brightness" [2008]. Zespół kompletnie mi nieznany, ale nie miało to najmniejszego znaczenia. Tym co w pierwszej chwili zachęciło mnie do jego zakupu była niewątpliwie okładka. Jeśli jest ona odpowiednio dobrana do muzyki, to potrafi kusić lepiej niż zapewnienia na albumowych naklejkach, że to najoryginalniejszy/najcięższy/najmroczniejszy album w historii muzyki. Ileż to razy śmiałem się z tych zapewnień, które w większości są tylko pustym, marketingowym bełkotem. A co z muzyką? Czy spełniła pokładane w niej nadzieje? Jak najbardziej. Intuicja i tym razem nie zawiodła mnie na manowce, dzięki czemu za trzynaście złotych i pięćdziesiąt groszy otrzymałem muzykę, której zapewnie nigdy bym nie poznał. Poza tym uwolniłem ją z zatęchłych piwnic antykwariatu, gdzie zapewne dokonałaby swego żywota. Czasami zdaje mi się, że to taka moja życiowa powinność.  Mój dom jako przystań dla niechcianych płyt. Miejsce, w którym znajdą nie tylko ciepły kąt, ale i odpowiednią opiekę. W ramach rewanżu otrzymuję od nich wspaniałą muzykę, która umila mi nie tylko kolejne dni, ale bywa i tak, że zostaje czasem ze mną na długie lata.  Czegóż chcieć więcej?

Jakub Karczyński