30 grudnia 2017

DEPECHE MODE - SPIRIT (2017)

Każda premiera nowego wydawnictwa Depeche Mode wprowadza jakieś takie niezdrowe pobudzenie wśród dziennikarzy czy to odbiorców ich muzyki. Poniekąd jestem w stanie to zrozumieć, w końcu solidnie zapracowali na swój sukces oraz miejsce w jakim się znajdują. Logo Depeche Mode jest dziś rozpoznawalne nie tylko przez fanów grupy, ale i osoby, które z muzyką mają kontakt raczej marginalny. Ktoż nie słyszał Enjoy The Silence niechaj pierwszy rzuci kamień. Ogromny sukces albumu "Violator" (1990) właściwie ustawił im karierę na kolejne lata, choć bez wytężonej pracy mógłby rozmienić się on na drobne. Nawet mniej udane płyty w rodzaju "Exiter" (2001) nie były w stanie zachwiać karierą grupy. Po tylu latach działalności właściwie mogą już robić to co chcą, bez oglądania się na kogokolwiek. I tak też czynią. Od premiery płyty "Spirit" minęło już sporo czasu, każdy zdążył już wyrazić o nim swoją opinię czy to w prasie, w radiu czy też internecie. Mnie się nie spieszyło. Czekałem, aż opadnie cały ten kurz by na spokojnie dorzucić swoje trzy grosze. Oto i one.

Grosz pierwszy. Single. Na początek może słówko wyjaśnienia. Nigdy nie byłem jakimś zagorzałm fanem Depeche Mode, co nie znaczy, że ich nie lubiłem. Śledziłem dość pilnie kolejne wydawnictwa, słuchając ich z większym ("Playing The Angel" [2005]) lub mniejszym ("Delta Machine" [2013]) przejęciem. Kiedy pojawiła się informacja o nowym albumie grupy nie popadłem w jakąś nadmierną ekscytację. Można by powiedzieć, że przyjąłem ją z obojętnością, nie licząc na specjalnie porywający album. Pierwszy singiel wytypowany do promocji był tyleż sympatyczny co przeciętny. Gdzie mu tam do Precious czy do wspomnianego Enjoy The Silence, a jednak z czasem jakoś polubiłem Where's The Revolution. Jednak to nie single tworzą album, ale to co poutykane jest pomiędzy nimi. To już nie te czasy, że album składa się niemal z samych singli (vide "Thriller" (1982) Michaela Jacksona, gdzie wszystkie siedem piosenek trafiło do promocji albumu).  Z albumu "Spirit" wykrojono trzy single (Where's The Revolution, Going Backwards, Cover Me), choć tak na dobrą sprawę potencjał komercyjny miał w sobie wyłącznie ten pierwszy. Nie znaczy to wcale, że były to złe kompozycje, one po prostu średnio nadawały się na radiowe anteny. Zbyt ambitne jak na ucho masowego odbiorcy.

Grosz drugi. Poprzedni album.  Gdy ukazywał się "Delta Machine" jakoś nie potrafiłem zrozumieć tego wszechobecnego entuzjazmu wylewającego się z prasy, internetu jak i ust wielu fanów. Wszystkie te zachwyty budziły we mnie zdumienie i nijak nie zmieniały mojej opinii o tym wydawnictwie. W moich uszach brzmiał on szorstko i niezbyt przekonująco. Potencjał wielu nagrań został zaprzepaszczony przez zbytnie udziwnianie brzmienia. Tak jakby grupa bała się nagrać bardziej konwencjonalne piosenki w obawie przed odrzuceniem przez środowisko krytyków i fanów. A przecież wystarczy przypomnieć o płycie Soulsavers "The Light The Dead See" (2012) z gościnnym udziałem wokalisty Depeche Mode, gdzie bez produkcyjnych i brzmieniowych fajerwerków udało się stworzyć album o jakim Depeche Mode może tylko pomarzyć. Skrycie liczyłem, że doświadczenia zdobyte przy nagrywaniu tego albumu, zaprocentują na kolejnej płycie grupy z Basildon. Niestety nadzieja okazała się płonna. Trzeba było poczekać jeszcze kilka lat, aż do premiery krążka "Spirit", nim pewne refleksy znane z albumu "The Light The Dead See" padły  na twórczość macierzystego zespołu Dave'a Gahana. 

Grosz trzeci. Nowa płyta. To co przede wszystkim zwraca uwagę to pewien spokój jaki bije od tego albumu. Podskórne napięcie wyczuwalne na "Delta Machine" jakby się ulotniło, dzięki czemu zyskały na tym same kompozycje. "Spirit" nie oferuje nośnych, radiowych hitów, o których będziemy pamiętać za pięć, dziesięć czy piętnaście lat. Nie znaczy to jednak, że nie warto poświęcić mu grama uwagi. I niech nie zwiedzie was pierwsze wrażenie bowiem prawdziwy diabeł tkwi tuż pod powierzchnią i ujawnia się z każdym kolejnym odsłuchem. Dzięki temu "Spirit" starcza na o wiele dłużej. Jest co odkrywać, od pięknych nastrojowych nagrań w postaci The Worst Crime, Cover Me czy No More (This Is The Last Time), których z pewnością nie powstydziliby się także Soulsavers, po te nieco dynamiczniejsze fragmenty płyty takie jak Where's The Revolution, Scum czy So Much Love. Potknięć na tym albumie jest naprawdę niewiele. Wszyscy zgodnie oskarżycielski palec kierują w stronę nagrania Eternal (jedno z dwóch nagrań, w którym wokalne stery przejmuje Martin Gore), którego obecność jest tu zupełnie zbyteczna. To taka typowa zapchajdziura zabierająca niepotrzebnie miejsce i czas z życia potencjalnego odbiorcy. Już zdecydowanie lepiej wypada druga kompozycja z udziałem Martina. Fail pięknie finalizuje podstawową część płyty i pozostawia człowieka w poczuciu zawieszenia. Stan melancholijnej kontemplacji nie opuszcza słuchacza wraz z ostatnimi dźwiękami płyty lecz wybrzmiewa jeszcze te kilka chwil w ciszy. To najlepszy dowód na to, że muzyczna podróż jaką odbyliśmy miała nie tylko swoją wartość, ale i sens.

Wydając tak mało komercyjny album jakim jest "Spirit", trzeba być albo niezwykle odważnym albo być już w takim miejscu, w którym to nie oglądasz się na niczyje oczekiwania. Depeche Mode z takim bagażem doświadczeń nie ma już czego się obawiać. Każda ich kolejna płyta jakakolwiek by nie była, nie tylko doskonale się sprzeda, ale i napędzi im nieprzebrane tłumy na kolejne trasy koncertowe. Tym bardziej docenić więc trzeba fakt, że wciąż im się chce tworzyć nową muzykę zamiast odcinać kupony od dawnej sławy. Nikt nie miałby im tego za złe. Oni już przecież swoje zrobili. Mogliby przecież przekazać pałeczkę młodemu pokoleniu. Problem w tym, że nie ma komu. Chcąc nie chcąc, Depeche Mode musi więc trwać na swoim posterunku. Oby jak najdłużej.

Jakub Karczyński

26 grudnia 2017

MUZYCZNY KOROWÓD

Koniec roku za pasem, znak to, że czas zabierać się za podsumowanie roku. Niestety z braku czasu nie zdążyłem jeszcze zapoznać się z wszystkimi tegorocznymi premierami płytowymi jakie zawędrowały pod mój dach, a co tu dopiero mówić o ich zgłębianiu. Trudno więc jest mi powiedzieć kiedy takowe podsumowanie pojawi się na łamach "Czarnych słońc". Zajrzałem przed momentem do ubiegłorocznego wpisu na ten temat i nieco się uspokoiłem bowiem wtedy także miałem podobne zaległości w słuchaniu jak teraz. Zatem chyba nie będzie tak źle z tym podsumowaniem jak sądziłem. Co prawda dopiero przedwczoraj rozfoliowałem najnowszy album Lacrimosy, choć od jego premiery minęło już dobrych kilka miesięcy, ale jak widać wszystko musi mieć swój czas. Pretekstem do tego była kolejna rocznica śmierci Tomka Beksińskiego, który jak wiemy uwielbiał muzykę tej grupy. Niestety bez jego osoby muzyka Lacrimosy jakby straciła cząstkę swojej magii. Być może wpływ na to ma też fakt, że Lacrimosa nie nagrywa już tak obłędnych albumów jak choćby "Elodia" (1999). Dziś są to już raczej pojedyncze utwory wyławiane z kolejnych wydawnictw grupy, niż całe porywające dzieła. No, ale nie samą Lacrimosą człowiek żyje o czym zaświadczy poniższa lista pretendentów do objęcia muzycznego tronu za rok 2017. Oto zatem alfabetyczny spis płyt, które udało mi się upolować w przeciągu minionego roku:

Alison Moyet "Other"
Anathema "Optimist"
Bjorn Riis "Forever Comes To An End"
Cigarettes After Sex "Cigarettes After Sex"
Clan Of Xymox "Days Of Black"
Closterkeller "Viridian"
Deep Purple "Infinite"
Depeche Mode "Spirit"
Drab Majesty "The Demonstration"
Dreamcar "Dreamcar"
Eloy "The Vision, The Sword And The Pyre"
Flaming Lips "Oczy Mlody"
Grandaddy "Last Place"
Greta Van Fleet "From The Fires"
Gary Numan "Savages (Songs From A Broken World)"
Hidden By Ivy "Beyond"
Kilbey / Kennedy "Glow And Fade"
Lacrimosa "Testimonium"
Mew "Visuals"
Mike Oldfield "Return To Ommadawn"
OMD "The Punishment Of Luxury"
OST "Blade Runner 2049"
Rendez Vous "Raz dane"
Roger Waters "Is This The Life We Really Want?"
Slowdive "Slowdive"
Soros Dolorosa "Apollo"
Starsailor "All This Life"
Steve Hackett "The Night Siren"
Steven Wilson "To The Bone"
Strawbs "The Ferryman's Curse"
Styx "The Mission"
The Eden House "Songs From The Broken Ones"
The Jesus And Mary Chain "Damage & Joy"
The Night Flight Orchestra "Amber Galactic"
Traitrs "Rites And Ritual"
U2 "Songs Of Experience"
Ulver "The Assassination Of Julius Caesar"

Te trzydzieści siedem albumów to o dziesięć albumów więcej niż przed rokiem więc jak widać jest co robić. Jeśli dodać do tego jeszcze wszystkie te płyty, których data premiery dyskwalifikuje je, aby wziąć udział w tegorocznym podsumowaniu, to mój odtwarzacz w tym roku z pewnością kurzem nie zachodził. Liczę na to, że w kolejnych latach wciąż będzie dobrze mi służył i emerytura jeszcze mu nie grozi. 

Jakub Karczyński

PS Autorem dzieła przyzdabiającego ninieszy post zatytułowanego "Trzej muzykanci" jest Diego Velázquez, hiszpański malarz doby baroku.


24 grudnia 2017

ŚWIĄTECZNA GORĄCZKA

W tym roku święta mają dla mnie szczególny wymiar. Pierwszy raz bowiem zasiądziemy przy wigilijnym stole w poszerzonym składzie. I nie mam tu na myśli naszych rodzin, a raczej pewną małą istotkę, dla której będą to jej pierwsze święta w życiu. I choć nie ma ona jeszcze swojego krzesełka to i tak w tym dniu zajmie szczególne miejsce. Dokładamy starań, aby ten dzień był wyjątkowy nie tylko za sprawą wystroju, ale też i atmosfery pełnej ciepła i życzliwości. W ferworze świątecznych przygotowań warto pamiętać o tym co najważniejsze, bo to nie prezenty, nie jedzenie tworzą atmosferę tego dnia, a my i nasze relacje z najbliższymi nam ludźmi. Przystańmy więc na chwilę i pomyślmy o tym jak chcielibyśmy, aby wyglądały te święta. Czy ma to być gonitwa na złamanie karku czy raczej czas pełen spokoju i refleksji nad tym co w życiu najważniejsze. Cieszmy się obecnością najbliższych, odłóżmy na bok spory i waśnie, wyciągnijmy rękę do kogoś z kim było nam w minionym roku nie po drodze. Kto wie być może otworzą się przed nami nowe, lepsze perspektywy na szczęśliwe życie.

Moi drodzy czytelnicy, życzę Wam zatem nie tylko zdrowych, spokojnych świąt, ale przede wszystkim serdeczności w relacjach rodzinnych. W końcu tego dnia nie ma nic ważniejszego jak rodzina bo to przecież z nimi dzielimy troski i radości naszego życia. Dbajmy więc o nich jak o skarb największy. Wesołych świąt.

Jakub Karczyński

21 grudnia 2017

SOVIET SOVIET / CABARET GREY - POZNAŃ - 06-12-2017

Tramwaj przyjechał jak zwykle o czasie. Linia numer pięć w tym dniu i o tej porze nie była nadmiernie przeładowana pasażerami. Zająłem miejsce siedzące, na uszy nałożyłem słuchawki i dałem się poprowadzić tak dźwiękom jak i linii numer pięć, wiodącej mnie wprost na spotkanie z nieznanym. Bilet na koncert kupiony jakiś czas temu, schowałem w wewnętrznej kieszeni jesiennej kurtki. Nazwa zespołu wypisana na tym skrawku papieru była mi zupełnie obca. Nie tylko nie znałem żadnego albumu, ale i nie odrobiłem należycie zadania domowego przed wspomnianym koncertem. Posłuchałem może ze trzech utworów, które utwierdziły mnie w przekonaniu, że to coś z kręgu moich zainteresowań muzycznych. Gdy dotarłem do klubu było chwilę przed dwudziestą, na parterze kilka osób bezskutecznie próbowało wypełnić przestrzeń. Zdecydowana większość klientów zgromadziła się na pierwszym piętrze, gdzie tego dnia miały wystąpić rodzime Cabaret Grey oraz włoskie Soviet Soviet. Jako że do koncertu pozostało jeszcze trochę czasu, postanowiłem rozejrzeć się po stanowisku z płytami grupy Soviet Soviet. Nim tam jednak dotarłem zamówiłem zimne piwo, którego cena była niedorzecznie wysoka, ale taka to już powszechna praktyka w tego typu lokalach. Nie popsuło mi to jednak nastroju bowiem czymże jest cena piwa w obliczu muzyki, która potrafi skutecznie zepchąć na drugi plan tego typu sprawy. Ekscytacja mieszająca się z niepewnością również robiła swoje. Gdy na scenie pojawił się Cabaret Grey utwierdziłem się w przekonaniu, że jestem we właściwym miejscu. Muzyka jaka rozbrzmiewała z głośników ewidentnie naznaczona była twórczością wszelkiej maści grup, do których dziennikarze w latach osiemdziesiątych ochoczo doklejali etykietki z napisem post punk oraz goth. Dobrze, że w narodzie są jeszcze ludzie, którzy czują taką muzykę i chcą ją grać. Grupa Cabaret Grey choć młoda wiekiem to sercem zakotwiczona w latach osiemdziesiątych, czego dali dowód sięgając po utwór grupy Bauhaus. Kick In The Eye przyjemnie połechtało moje uszy, choć odniosłem wrażenie, że byłem jedną z nielicznych osób, która rozpoznała ten cover. W ogóle początek koncertu był dość niemrawy jeśli chodzi o reakcje publiczności. Skąpe oklaski nie ułatwiały przełamywania lodów, choć zespół robił co mógł, aby porwać publiczność swą muzyką. Wokalistka wiła się jakby dosięgnął ją taniec świętego Wita, szkoda więc, że nie udało się nim zarazić także publiczności.  Niemniej sam występ grupy oceniam bardzo pozytywnie. Na tyle, że zachęcił mnie on do głębszego zapoznania się z ich twórczością. Żałuję, że nie przywieźli ze sobą płyt bo z pewnością bym się skusił, a tak całe fundusze poszły na albumy Soviet Soviet.


Włosi swój koncert rozpoczęli od komunikatu skierowanego w stronę części publiczności, która zajęła miejsca siedzące w tylnej części sali. To nie jest odpowiednie miejsce do słuchania muzyki Soviet Soviet zagaił wokalista dając im do zrozumienia, aby przemieślili się bliżej sceny. I faktycznie, nie mylił się chłopak. To co miało za chwilę zadziać się w klubie "Pod minogą", trudno byłoby kontemplować z pozycji wygodnej kanapy. Energia jaka biła ze sceny była wprost niesamowita. Dało się to odczuć bowiem publiczność jak za dotknięciem zaczarowanej różdżki, przemieniła się z apatycznych zgredów w tłum, który nagle przypomniał sobie od czego ma ręce i nogi. Trochę tak jak gdyby ktoś wreszcie się zlitował i wymienił im stare, zużyte baterie i zastąpił je nowymi o dużo większej mocy. Post punk zaprezentowany przez zespół nie jest szczególnie wymyślny ani oryginalny, ale generuje takie pokłady energii, które można by porównać tylko z eksplozją bomby atomowej. Już pierwszymi dźwiękami pokazali kto tu rządzi i bez większych ceregieli uwięzili publiczność w świecie swojej muzyki. Jeśli był jakikolwiek dystans to runął niczym domek z kart, o czym świadczyły nie tylko oklaski, ale i poruszenie pod sceną. Zespół widząc taką publiczność ani myślał się oszczędzać, dokładali do pieca, aż miło. Właściwie nie było utworu, który by nie przypadł publiczności do gustu. Niestety z racji mojej kompletnej nieznajomości ich twórczości, nie jestem w stanie powiedzieć co zagrali, czego zabrakło, a na co szczególnie czekała publiczność. Stąd też wartość mojej relacji ma wymiar tylko czysto symboliczny i jest ona wyłącznie zapisem wrażeń i odczuć, nie zaś czymś co mógłbym określić mianem koncertowej relacji. Tak to bywa, gdy idzie się na koncert, nie odrobiwszy zawczasu swoich lekcji. Następnym razem będę już lepiej przygotowany, w końcu nie bez przyczyny zakupiłem prawie całą ich dyskografię. Sam koncert minął mi w mgnieniu oka, a opuszczając tego dnia gościnne mury klubu, wychodziłem w poczuciu głębokiej satysfakcji. Zespół chyba również był zadowolony z przyjęcia jakie zgotowała mu tego wieczora publiczność, w przeciwnym wypadku nie uraczyliby nas dwoma bisami. Grunt to dobre wspomnienia, dzięki nim istnieje cień szansy, że jeszcze kiedyś dane nam będzie obejrzeć z bliska tych trzech młodych dżentelmenów. Kto wie, być może już na dużo większych scenach (czego serdecznie im życzę), choć wtedy za bilety przyjdzie nam już zapłacić dużo większe pieniądze.

Jakub Karczyński

11 grudnia 2017

DWIE STRONY KURTYNY

W kalendarzu mamy już grudzień. I choć formalnie wciąż jest jeszcze jesień, to dla mnie ten miesiąc przynależy już w całości do zimy. Za czasów studenckich jakoś tak się utarło, że w tym okresie powracałem do świata progresywnego rocka. Muzyka ta doskonale współgrała mi z pejzażem jaki malował się wokół. Krótkie, mroźne dni pełne surowości stanowiły przeciwwagę dla muzyki niezwykle pięknej, możne i niekiedy nawet romantycznej. W tym gatunku zawsze bardziej ceniłem sobie dobre melodie przedkładając je nad rytmiczne połamańce będące w moim odczuciu sztuką dla sztuki. Stąd też nie wszystkie dzieła grupy Yes są mi jednakowo bliskie serca, a niektóre płyty King Crimson potrafią przyprawić mnie o ból głowy. Zdecydowanie bardziej przemawia do mnie "Close To The Edge" (1972) niż taki "Relayer" (1974) czy "Tales From The Topographic Oceans" (1973), których chyba jeszcze nigdy nie wysłuchałem od deski do deski. Niemniej nazwa topograficzne oceany do dziś dnia skutecznie pobudza moją wyobraźnię. Można się rozmarzyć nad tym zbitkiem słów, a i okładka dorzuca w tym temacie swoje trzy grosze. Może nie jest tak doskonała jak ta zdobiąca album "Relayer", ale też ma swój urok. Jednak nie o grupie Yes miał być tenże wpis, a o grupie Novalis, zdecydowanie bliższej nam pod względem geograficznym. Ten niemiecki zespół wywodzący się z Hamburga działający na przestrzeni lat 1971-1985 to jeden z bardziej znanych przedstawicieli tamtejszego progresywnego rocka. I choć dziś nazwa ta obrosła sporą warstwą kurzu, a o jej dokonaniach pamięta już coraz mniejsze grono, to warto odkurzyć część jej dorobku. Przekonałem się o tym nabywając w ostatnim czasie album "Sommerabend" (1976), którego walory muzyczne są nie do przecenienia. Ogromnie żałuję, że nasze poletko progresywne z tamtych lat było dość ubogie i ograniczało się właściwie do kilku nazw. No bo cóż nam pozostało z tamtych lat? Pierwsza płyta Budki Suflera, Exodus, albumy Czesława Niemena no i przede wszystkim SBB, którego śmiało można uznać za filar tego typu grania w naszym kraju. Mieliśmy też kilka pomniejszych grup jak Ogród Wyobraźni czy Cytrus, ale to już takie kwiatki, które tylko uzupełniają ten obraz. Niemiecka scena była zdecydowanie bardziej rozbudowana i chyba barwniejsza. Dowodzi tego nie tylko potężny dorobek płytowy grupy Eloy, ale też mnogość tego typu grup na tamtejszym rynku. Warto przekonać się jak brzmiała tamtejsza scena jak i również zajrzeć do krajów wchodzących niegdyś w skład demoludów. Młodszym czytelnikom należy się słówko wyjaśnienia. Demoludy to nic innego jak kraje będące w strefie wpływów ZSSR czyli NRD, Węgry, Czechosłowacja, Rumunia, Jugosławia, Bułgaria, Albania, ale i Polska. Hamburg miał to szczęście przynależeć do zachodniej strefy wpływów, dzięki czemu uniknął izolacji także na gruncie muzycznym. Nie powinno więc dziwić, że twórczość zespołów z RFN nie odstawała w niczym od najwybitniejszych dokonań tuzów artystycznego rocka z Wysp Brytyjskich. Przykładem może być przywołany tu wcześniej zespół Novalis. Jego płyta "Sommerbend" to album z najwyższej półki. Już pierwsze przesłuchanie uświadomiło mi, że nie jest on jak setki innych. To jeden z tych krążków, które trącają w człowieku te najwrażliwsze struny i jeśli ktoś nie jest głuchy na piękno to z pewnością to dostrzeże. "Sommerbend" ma bowiem w sobie wszystko to czego możnaby oczekiwać od rocka progresywnego. Piękne, rozbudowane kompozycje, zagrane od serca w taki sposób, że nie sposób przejść wobec nich obojętnie. O takich albumach zwykło się mawiać, że nie ma co niepotrzebnie strzępić języka, tego trzeba po prostu posłuchać. Zachęcam więc do zapoznania się z zawartością tego albumu. Jak sądzę nie będzie to czas stracony.

Jakub Karczyński

24 listopada 2017

PIERWSZA MIŁOŚĆ, PIERWSZA PŁYTA

Nie pamiętam dokładnie kiedy do mojego domu trafiła pierwsza płyta kompaktowa. Odtwarzacz zawędrował pod strzechę chyba jakoś w ostatnich latach szkoły podstawowej. Nie był to żaden markowy sprzęt, ale na początek wystarczył. Miał jedną szufladę na płytę CD oraz dwie kieszenie na kasety. Było to o tyle istotne, że w tamtym czasie na porządku dziennym było masowe pożyczanie i przegrywanie kaset. W końcówce lat dziewięćdziesiątych kaseta magnetofonowa wciąż jeszcze miała się dobrze i stanowiła podstawowy nośnik dla muzyki w naszym kraju. Płyty CD były drogie, więc pozostawały poza moim zasięgiem finansowym. Stąd też jeszcze na początku liceum inwestowałem w taśmy. Nie znaczy to, że nie miałem żadnych płyt. Wraz z zakupem odtwarzacza ojciec zadbał o to  by było czego na nim posłuchać. Niestety nie przejmował się zbytnio jakością tych płyt więc zainwestował w jakieś podrzędne składanki. Szata graficzna była żadna, ale nie spędzało mi to wtedy snu z powiek, liczyła się przecież muzyka, a ta była wyborna. Nie wiem czym kierował się mój ojciec nabywając te płyty, ale z perspektywy czasu muszę przyznać, że trafił doskonale. Wśród owych składanek był wybór najlepszych nagrań Pink Floyd, Deep Purple i Eltona Johna. Co prawda Eltona jakoś nie udało mi się obdarzyć większym uczuciem, ale za to dwie wcześniejsze grupy wpadły mi nie tylko w ucho, ale i zapadły w serce. Musiało minąć jednak jeszcze sporo czasu, nim na mojej półce z płytami zagościły ich katalogowe albumy. W międzyczasie przyszło mi jeszcze rozstać się ze sprzętem muzycznym. Po tym gdy zorientowałem się, że jego funkcją specjalną było zarysowywanie płyt, podjąłem decyzję uzbierania pieniędzy na coś porządniejszego. Za ogromną jak mi się wówczas wydawało sumę (900 zł dla licealisty to nie byle co), kupiłem wieżę, która służy mi do dziś dnia. Poza pięciopłytową zmieniarką, obsługuje także format mp3 i co istotne, ma jeszcze kieszeń na kasetę. W dobie powrotu tego nośnika do łask mogę powiedzieć, że jestem na niego przygotowany. Nie wiem jednak co musiałoby się stać, abym znów sięgnął po kasety magnetofonowe. Nostalgia nostalgią, ale przecież chyba nikt nie wierzy w to, że ten nośnik jest w stanie ponownie zawojować świat. Niemniej nie o kasetach, a o srebrnych płytach miał być ten wpis. Wróćmy więc do podstawowego wątku. 

Pierwszą prawdziwie oryginalną płytę otrzymałem od mojej ówczesnej dziewczyny, a była to ścieżka dźwiękowa do serialu "Robin z Sherwood" czyli inaczej mówiąc album "Legend" (1984) irlandzkiej grupy Clannad. Przepiękna płyta. Jeden z albumów, dla których warto było przyjść na ten świat. Mam ten egzemplarz po dziś dzień i wracam sobie do tej muzyki od czasu do czasu. Kolejnych płyt już niestety nie pamiętam, a szkoda bo byłoby fajnie przypomnieć sobie jak tworzyła się kolekcja. Zapiski takie zacząłem robić dopiero niespełna trzy lata temu. To co było wcześniej przepadło gdzieś w pomrokach dziejów, w których to pozostanie jak mniemam na wieki. Gdyby jednak ktoś przymusił mnie do wytężenia pamięci, to jako drugą płytę w mojej kolekcji wskazałbym The Cure "Boys Don't Cry" (1979). Amerykański odpowiednik debiutu grupy, wzbogacony między innymi o nagranie tytułowe będące jednym z bardziej rozpoznawalnych nagrań w ich dorobku. Warto więc mieć obie wersje, aby nie być stratnym o kilka utworów. Na pierwszy ogień polecam "Boys Don't Cry", która jest wartościowsza pod względem repertuaru jak i lepiej skompilowana od swojego europejskiego brata bliźniaka. Nawet okładka jest lepsza, choć również nijak ma się ona do zawartości płyty. Mam to szczęście, że pomimo upływu tylu lat nie pozbyłem się tego egzemplarza. Doskonale pamiętam gdzie go kupiłem (sklep płytowy "Neon" w Gostyniu) oraz okoliczności jej nabycia. Zafascynowany utworem Burn ze ścieżki dźwiękowej do filmu "Kruk", zapragnąłem poznać inne nagrania tego dziwnego zespołu. Jedyną płytą jaką oferował "Neon" był właśnie album "Boys Don't Cry". Kupiłem w ciemno. Nie muszę chyba mówić, że nie takiej muzyki się spodziewałem niemniej wraz z upływem czasu, doceniłem tę surowość w brzmieniu grupy The Cure. Ten minimalizm ma również sporo uroku tak jak i młodzieńczy głos Roberta Smitha.

Co było płytą numer trzy nie myślę rozstrzygać. W pamięci nie został nawet ślad więc wszelkie próby rekonstrukcji wspomnień, przypominałyby raczej błądzenie w gęstej mgle. Zresztą wtedy nawet nie podejrzewałem, że po latach zbiór płyt kompaktowych rozrośnie się tak bardzo, że przestanę je liczyć, a co dopiero, że będę chciał wrócić pamięcią do tych pierwszych w kolekcji. Tak więc gdy ktoś pyta mnie ile tych płyt jest to szczerze odpowiadam, że nie wiem. Przypuszczam, że przedział ten zasadza się między 1500 - 1700 sztuk. Nie jest to jeszcze jakaś powalająca ilość, ale wystarczająca na tyle by odechciewało się to człowiekowi liczyć. Od zakupu pierwszej płyty minęło już jakieś szesnaście lat, a miłość do kompaktów u mnie wciąż żywa. Nawet modne analogi nie były w stanie w tym aspekcie nic zmienić. Cóż poradzić, jak widać stara miłość nie rdzewieje. 

Jakub Karczyński

16 listopada 2017

CALLA

Na przełomie 2009 i 2010 roku ukazał się ostatni numer drukowanego fanzinu Radiomagnetoff/on, który miałem przyjemność redagować. Niestety czasy dla tego typu wydawnictw dawno już minęły więc po przemyśleniu sprawy, zdecydowałem się zawiesić jego wydawanie. Zbyt wiele pary szło w gwizdek, a lokomotywa ledwie poruszała się po torach. Po co więc pisać, biegać do ksero, składać strony skoro mało kto to przeczyta, a pracy przy tym co niemiara. Na szczęście mamy internet i to właśnie tu postanowiłem przenieść swoją pisaninę o czym zaświadcza niniejszy blog. Któregoś dnia podczas porządkowania szpargałów w moje ręce trafiły stare numery Radiomagnetoff/on-u. Przejrzawszy je stwierdziłem, że żal niektórych tekstów, które z racji kiepskiej dystrybucji zina właściwie trafiały w próżnie. Postanowiłem więc uchronić niektóre artykuły i publikować je cyklicznie na łamach "Czarnych słońc". Zresztą nie jest to pierwszy raz gdy sięgam do zawartości tegoż zina. Przed trzema laty opublikowałem tu artykuł o zespole The Blue Hour, tym razem przyszedł czas na grupę Calla, która niestety nie miała tyle szczęścia co zespoły pokroju Interpol, Editors czy White Lies. Nie zrobili światowej kariery, ale to nie znaczy, że nie warto o nich pamiętać. W swym dorobku mają conajmniej dwie płyty, które warto ocalić od zapomnienia. Jeśli jesteście ciekawi jakie to albumy, zapraszam do przeczytania poniższego artykułu.

*** 

Przedzierając się przez internet w poszukiwaniu jakiejś najdrobniejszej informacji o grupie Calla, łatwiej trafić na strony o ogrodnictwie, ubraniach czy nawet na reklamę zakładu pogrzebowego, niż na ten amerykański zespół. 

Calla. Grupa, której bliżej do depresyjnego brzmienia Nicka Cave’a niż do brzmień rodem z Teksasu. Być może właśnie z tej przyczyny postanowili wyjechać ze swego stanu i osiąść w bardziej odpowiednim miejscu do tworzenia swojej z lekka depresyjnej muzyki. Postawili na Nowy Jork, w którym łatwiej zaistnieć w świadomości słuchaczy, a i perspektywy rozwoju są lepsze.

„Calla”

Początki zespołu to końcówka roku 1997. Na pierwszą długogrającą płytę trzeba było poczekać jeszcze dwa lata, ale jej zawartość była na tyle frapująca i odmienna od tego co można było usłyszeć w stacjach radiowych, że zaciekawiła co bardziej wymagających. Beztytułowy debiut porażał głębokim brzmieniem, z lekka eksperymentalnym podejściem do samych utworów oraz powplatanymi odgłosami, sprzężeniami i szeptami. Wszystko to zanurzone jest w sennej, nierzeczywistej i ulotnej atmosferze. Tempa utworów to jak niespieszne i leniwe podróże bez wyraźnego celu. Melodie czasem zdawkowe, jednak zawsze wyczuwalne i prowadzące słuchacza po nitce do kłębka. Nie jest to podróż dla każdego, nie wszyscy odnajdą się w tym świecie, bo świat to dziwny i tajemniczy. Tak eksperymentalnego albumu Calla nie nagrała już nigdy później. Każdy ich kolejny krok to coraz bardziej melodyjne, a z czasem także i tradycyjne podróże w kierunku konwencjonalnej piosenki. Nie jest to bynajmniej zarzut, bowiem zespół cały czas się zmienia, a każde wcielenie jest równie interesujące.

„Scavengers”

Po tak odjechanym i eksperymentalnym odlocie, Calla obrała nieco inny kurs. Na wydanym w 2001 roku albumie „Scavengers” słychać zafascynowanie melodią, które zaowocowało nagraniem ich najlepszego krążka. Znów wykreowali specyficzny nastrój, czarując słuchaczy brzmieniem pełnym ciepła i zadumy. Tylko gdzieniegdzie jak choćby w „Traffic Sound” zespół wprowadza elementy znane z debiutu, a wszystko po to, by zasiać niepewność i zburzyć spokój w sercu słuchającego. Jakby chcieli powiedzieć: „idąc po naszych śladach niczego nie możesz być pewien”. Jeśli debiut był penetracją świata pełnego tajemnic i elementów wymykających się jakiejkolwiek klasyfikacji, to „Scavengers” przypomina przechadzkę po lesie, w którym zaczyna zmierzchać. Niby wszystko co nas otacza jest znane, a jednak z każdym krokiem czujemy się mniej pewnie. Gdy już panicznie rozglądamy się dookoła szukając drogi ucieczki, wtedy pomocną dłoń wyciąga ku nam zespół uspokajając nas czymś tak delikatnym  jak choćby „Love Of Ivah”. I taka właśnie jest ta płyta. Z jednej strony otula delikatnym i ciepłym kocem, by w chwile później wystawić nasze nerwy i wyobraźnię na ciężką próbę. Rzecz warta grzechu.

„Televise”

Rok 2002. Kolejny krok i kolejne zaskoczenie. Wraz z płytą „Televise” nadszedł czas na nieco bardziej standardowe piosenki. Wszystko rzecz jasna oparte o wcześniejsze doświadczenia i bez wyrzekania się własnego stylu. Calla w dalszym ciągu oplata nas pajęczymi nićmi, nie pozwalając ignorować swojej muzyki. Duszny, klaustrofobiczny klimat utworów znów przytłacza, a rozbudzone stany lękowe powracają niczym przypływ by wyrwać nas z bezpiecznego azylu. Słuchając tych nagrań z pewnością można poczuć wewnętrzne napięcie, niepokój i narastający strach, ale takie ryzyko warto ponieść. Zanurzając się w tym psychodelicznym i sennym świecie, grzechem byłoby nie dostrzec komercyjnego potencjału niektórych utworów. To pierwszy krok ku mainstreamowi, jednak „Televise” unika zbyt oczywistych rozwiązań. Chowa swe sekrety przed amatorami, lecz wytrawny słuchacz z pewnością doceni walory tego krążka. Z jednej strony wabi on tak zgrabnymi i przebojowymi kompozycjami jak Strangler czy też fenomenalnym utworem tytułowym, z drugiej strony cały czas słychać echa ich wcześniejszych płyt. Słowo kompromis będzie chyba najlepszym określeniem w stosunku do „Televise”. Czy oznacza to, że Calla się sprzedała? Czy może zamarzyła im się kariera na miarę Coldplay? Wątpię. Sądzę, że takie działanie podyktowane było chęcią dotarcia do nieco szerszej grupy odbiorców, a przecież taki zespół nie zasługuje na zapomnienie. Zwłaszcza po wydaniu tak udanej płyty.

„Collisions”

Czwarta płyta w dorobku grupy ukazała się po trzech latach i była logicznym rozwinięciem idei powziętej na płycie „Televise”. Na „Collisions” wskaźnik piosenkowości został podniesiony kosztem ograniczenia dźwiękowych eksperymentów. Nie wspominam o tym w kategoriach zarzutu, gdyż w dalszym ciągu słychać, że Calla to Calla, a że zachciało im się nagrywać nieco bardziej zwarte i uporządkowane piosenki to przecież żaden grzech. Grunt, że robią to naprawdę dobrze, o czym przekonuje choćby It Dawned On Me. Zaczyna się niczym jakiś western, by po chwili wedrzeć się w jaźń ze swą wspaniałą melodyką. Jest to pierwsza płyta w stosunku, do której użycie słowa niepokój jest zupełnie nie na miejscu. Owszem, w dalszym ciągu możemy mówić o pewnej tajemnicy zawartej w muzyce grupy, jednak na „Collisions” strach został schowany do kieszeni obszernego płaszcza. I nawet specjalnie się nie wyrywa, nie walczy o dominację, bo jego czas dobiegł już końca. Zapomnijmy o tym co było i delektujmy się nowym obliczem zespołu. Ten swoisty lifting na szczęście nie zaszkodził zespołowi, a otworzył przed nimi kilka nowych dróg. Stworzył szerszą perspektywę. To tak jakby z parteru wejść na dach niskiego bloku. Widzimy, że wokół stoją jeszcze wieżowce, ale w prześwitach widać już kawałek świata.

„Strenght In Numbers”

Kiedy wydawało się, że Calla zmierza wprost na dach świata, tam gdzie grają najlepsi, tam gdzie wszystkie miejsca są wyprzedane na pół roku przed koncertem, oni zatrzymali się w połowie drogi. Jakby zaskoczył ich kierunek w którym zmierzają. Jakby chcieli wszystko jeszcze raz przemyśleć. Jeśli porównamy „Strenght In Numbers” i dwa lata wcześniejszy „Collisions”, dojdziemy do wniosku, że nie ruszyli się nawet na krok. Nowe piosenki równie dobrze mogliby trafić na tamten album, a i tak brzmiałby spójnie. Czyżby punkt do którego dotarli okazał się na tyle atrakcyjny, że postanowili zatrzymać się tutaj na dłużej? W przypadku Calli, jest to zjawisko tyleż nowe, co szokujące. Oni przecież nigdy nie nagrali takiej samej płyty. Wciąż poszukiwali, zmieniali się, flirtowali z konwencjonalną piosenką, ale wciąż było to coś nowego. „Strenght In Numbers” pod tym względem rozczarowuje, choć nie da się powiedzieć o nim, że to słaby krążek. Ma nastrój i brzmienie charakterystyczne dla grupy, a i piosenki niczego sobie. Ot choćby takie Defenses Down, które od razu zapada w pamięć. Do kogo zatem adresowany jest „Strenght In Numbers”? Spodoba się na pewno tym, którzy zakochali się w „Collisions”. A reszta? Musi poczekać na kolejny album. Oby tym razem nie zabrakło chłopakom odwagi w penetrowaniu nowych przestrzeni muzycznych.


Tekst: Jakub Karczyński
Fotografie grupy: Materiały promocyjne zespołu


DYSKOGRAFIA
 
·       Strenght In Numbers (2007)
·       Collisions (2005)
·       Televise (2003)
·       Customs – remiksy (2001)
·       Scavengers (2001)
·       Calla (1999)

Strona oficjalna

www.callamusic.com

MySpace 

www.myspace.com/callamusic

6 listopada 2017

NOWA RZECZYWISTOŚĆ

Choroba nie wybiera, łapie wszystko co jej w ręce wpadnie. Tym razem padło na mnie, stąd też moje domowe uziemienie i izolacja od świata. Napisałbym, że w końcu będzie można ponadrabiać płytowe zaległości, ale wraz z upływającym czasem coraz mniej w to wierzę. Nie, nie o to chodzi, że nie ma czasu, bo zawsze wygospodaruję chwilkę czy dwie na posłuchanie muzyki, niemniej jest jej tyle, że przerasta to możliwości przerobowe jednego człowieka. To "zabawa" bez końca. Teraz wiem co czuł biedny Syzyf. Po dołączeniu do składu nowego członka rodziny, to już w ogóle zmienił się tryb funkcjonowania. Nie, nie narzekam, po prostu na nowo składam przestrzeń i staram się znaleźć na wszystko czas i miejsce. Oczywiście są rzeczy ważne i ważniejsze, którym trzeba poświęcić swój czas. Muzyka siłą rzeczy musi ustąpić miejsca nowo przybyłej istocie, ale i tak nie jest źle. Jakoś funkcjonuję nie zaniedbując żadnej ze sfer. Sądziłem, że blog pójdzie w odstawkę lub przynajmniej wpisy będą pojawiać się rzadziej. Nie wykluczam jeszcze takiego scenariusza, ale póki co, działam na pełnych obrotach, starając się nie utonąć w zalewie płyt. 

W odtwarzaczu kręci się właśnie Lycia z albumem "Empty Space" (2003), którą to zakupiłem jakiś czas temu. Chyba dawno skoro nie potrafię sobie tego przypomnieć. Musiałbym sięgnąć do moich zapisków, aby uchwycić ten moment w czasie. Nie to jednak jest istotne, a bardziej fakt, że w kolejce do odtwarzacza już czeka osiemdziesiąt innych płyt. Dziś ze skrzynki wyjąłem jeszcze The Church "Hologram Of Baal" (1998), a wkrótce listonosz powinien dostarczyć albumy Soror Dolorosa "Apollo" (2017), Liquid Divine "Get Off My Planet" (2016), Ep-kę Cigarettes After Sex jak i nieco staroci takich jak Public Image Limited "First Issue" (1978), Lloyd Cole "Don't Get Weird On Me, Babe" (1991). Ta ostatnia pozycja to album bardzo ceniony przez Artura Rojka, do którego akurat w sprawie muzyki mam wielkie zaufanie. Jeśli dodać do tego fakt, że właśnie znajdujemy się w najgorętszym sezonie, kiedy to nowe płyty wyskakują ze wszystkich stron, to nic tylko paląć sobie w łeb z tego dobrobytu. No, ale to moje marudzenie pomału staje się normą, więc już opuszczam litościwie kurtynę milczenia i zabieram się za słuchanie. Wszak jeśli ktoś kocha muzykę to wie, że w tej zabawie nie da się wcisnąć przycisku stop, ani nawet pauzy. Tutaj sprawa wygląda inaczej albo wsiadasz na ten statek albo patrzysz jak odpływa w siną dal. Przed laty Kazik śpiewał, że: "Odpływa już ostatni statek z tych stron, nikt cię potem nie zabierze, będzie lament i łamanie rąk..." i choć nie miało to nic wspólnego z muzyką, to w odniesieniu do tego co pisałem powyżej, ma to również jakiś tam sens.

Jakub Karczyński

2 listopada 2017

CLOSTERKELLER - VIRIDIAN (2017)

Closterkeller to dla mnie prawdziwy fenomen. Grupa istnieje od niemal trzydziestu lat, funkcjonuje nieco na uboczu, ale i tak  można pozazdrościć jej rozpoznawalności wśród narodu, który z gotykiem ma kontakt tylko wtedy, gdy zachodzi do kościoła wybudowanego w tymże stylu. Co ciekawe, zespół na przestrzeni lat przeżył tyle zawirowań personalnych, że trudno je dziś zliczyć. Z pierwszego składu ostała się tylko Anja Orthodox, wokalistka i liderka grupy. Gdy w 1993 na rynku pojawił się album "Violet" a na świecie syn Anji, nikt chyba nie przypuszczał, że za kilkanaście lat nie tylko zasiądzie za perkusją, ale i stanie się oficjalnym członkiem zespołu. Muszę przyznać, że ze swej roli wywiązał się znakomicie. W ogóle skład jaki zadebiutował na albumie "Viridian" stanowi dość istotne odmłodzenie wiekowe formacji, no ale nie zaglądajmy panom w metrykę tylko zajmijmy się najnowszym wydawnictwem grupy. "Viridian" jak nietrudno się domyślić to kolejny kolorowy album. Coś pomiędzy kolorem morskim, a zielenią. Nie dziwi więc marynistyczna tematyka okładki, która jednak jak na mój gust została przedstawiona w dość infantylny i mało przekonujący sposób. Niestety nie jest to jedyny zarzut względem tego wydawnictwa.

Po dość ambitnym, konceptualnym albumie "Bordeaux" (2011) tym razem otrzymujemy zbiór utworów nie połączonych ze sobą żadną myślą przewodnią. Anja jak sama przyznała nie czuła potrzeby nagrywania kolejnego takiego albumu. Wraz z pozostałymi muzykami postanowili odświeżyć nieco utworów, które nie miały szczęścia by trafić na poprzednie płyty, a były zbyt interesujące, aby skazywać je na zapomnienie. Stworzyli też kilka nowych kompozycji i tym sposobem powstał tenże album. Pomimo tego swoistego "przeglądu szafy", płyta nie sprawia wrażenia patchworku. Co warte podkreślenia, momentami swym brzmieniem jak żywo przypomina albumy z lat dziewięćdziesiątych. Nie wiem czy był to świadomy zabieg, ale zapisuję to grupie na plus. Miło wrócić pamięcią do takich albumów jak "Scarlet" (1995) czy "Cyan" (1996). Muzycznie Closterkeller wciąż stoi na wysokim poziomie. Tworzy piękne melodie, do których chce się wracać. Niestety trudno to samo powiedzieć o warstwie słownej niektórych kompozycji. Taka Kolorowa Magdalena, która o zgrozo została wytypowana na pierwszego singla, nie dość, że brzmi dość przaśnie, to jeszcze "przyzdobiono" ją dość infantylnym tekstem. A przecież Anja potrafi tworzyć intrygujące i bardziej ambitne teksty czego przykładem choćby utwór Miraż z albumu "Nero" (2003) czy tytułowe nagranie z albumu "Violet" (1993). "Viridian" niestety nie obfituje w równie poruszające wynurzenia literackie, a szkoda bo wydatnie podniosłoby to rangę tej płyty. Niestety kompozycjami pokroju Nocne polowanie, opowiadającej o istocie będącej połączeniem kobiety i kota, nie da się stworzyć albumu, o którym za kilkanaście lat mówić się będzie jako o klasyce polskiego rocka. Jako człowiek po trzydziestce niezbyt identyfikuję się z tego typu twórczością literacką. W ogóle teksty tak zwane bajkowe brzmią niczym twórczość rodem z gimnazjum i jakoś niezbyt pasują do grupy z takim stażem i bagażem doświadczeń. Zdecydowanie bardziej odpowiadają mi utwory o bardziej przyziemnej tematyce jak choćby Matka ojczyzna, która to jest takim puszczeniem oka do starych fanów. Każdy komu nieobca jest twórczość grupy bez większego problemu odkryje nawiązania do utwóru W moim kraju z albumu "Violet". Patrząc na sytuację polityczną w kraju, chyba trudno o lepszy moment dla tego typu kompozycji. Szkoda tylko, że raczej nie ma co liczyć na jej emisję w radiu, bo Closterkeller jest zespołem, do którego ktoś kiedyś przykleił etykietę z napisem persona non grata. Dlaczego? O to trzeba by już zapytać dyrektorów muzycznych poszczególnych stacji radiowych.
Wróćmy jednak do zawartości albumu. Skoro mankamenty albumu mamy już omówione skupmy się teraz na atutach. Nie trzeba ich daleko szukać, bo wraz z pierwszymi dźwiękami Viridian zostajemy wrzuceni na głęboką wodę, w której to przyjemnie się zanurzyć. Ta niemalże dziewięciominutowa kompozycja robi niesamowite wrażenie. W tym przypadku nawet ta bajkowa estetyka aż tak nie razi, choć jak już wspominałem wolę Closterkellera w bardziej dojrzałej odsłonie tekstowej. Zwracam szczególnie uwagę na piękne zaśpiewy Anji, której głos pomimo upływu czasu wciąż brzmi imponująco. Czy po tak mocnym otwarciu jest jeszcze szansa na przeskoczenie tej poprzeczki? Na szczęście Viridian to nie jedyny utwór tego kalibru. Mamy ich tu jeszcze co najmniej kilka. Jednym z nich jest utwór To albo to, który z każdą chwilą nabiera tempa i drapieżności. Anja także dokłada swoją cegiełkę w postaci przejmujących partii wokalnych. Praca gitary z kolei przywodzi mi na myśl czasy tworzenia albumu "Cyan". Po odejściu ze składu Mariusza Kumali (gitara), byłem pełen obaw co do jego następcy. W mojej ocenie, Mariusz był najlepszym gitarzystą w całej karierze Closterkellera. Grający bardzo gilmourowsko i z wyczuciem, potrafił odmalować gitarą wspaniałe pejzaże. Jego zmiennik choć młody ma również zadatki na wspaniałego gitarzystę. Posłuchajcie tylko solówek w utworach  Pokój tylko mój oraz Strefa ciszy. Są tak obłędnie piękne, że aż ręce same składają się do oklasków. To jedne z najpiękniejszych fragmentów tego albumu. Może nie jest to najdoskonalsze dzieło grupy, ale i tak warto po nie sięgnąć, bo na tak różnorodnym albumie nie sposób nie znaleźć czegoś dla siebie.

Closterkeller to doskonały przykład na to, że w życiu trzeba robić swoje i nie oglądać się na nikogo. Choć nie grają ich żadne ogólnopolskie stacje radiowe oni niestrudzenie idą do przodu, nagrywając kolejne albumy pomimo piętrzących się przeciwności. "Viridian" to kolejny kolorowy rozdział w księdze z napisem Closterkeller, który niestety potwierdza pewien fakt. Grupa pomimo niewątpliwego talentu kompozytorskiego, ma problem z odpowiednią selekcją nagrań. Obok rzeczy wspaniałych, potrafi umieścić utwory, które ewidentnie zaniżają poziom całości (Inkluzja, Kolorowa Magdalena, Nocne polowanie). Tak było na "Nero", tak było na "Aurum" i tak też jest w przypadku "Viridian". Szkoda niewykorzystanej szansy na stworzenie perfekcyjnej płyty. Widać trzeba uzbroić się w cierpliwość. Skoro tak, to nie pozostaje nam nic innego jak wierzyć w to, że najlepszy album grupy dopiero przed nami.

Jakub Karczyński