11 grudnia 2017

DWIE STRONY KURTYNY

W kalendarzu mamy już grudzień. I choć formalnie wciąż jest jeszcze jesień, to dla mnie ten miesiąc przynależy już w całości do zimy. Za czasów studenckich jakoś tak się utarło, że w tym okresie powracałem do świata progresywnego rocka. Muzyka ta doskonale współgrała mi z pejzażem jaki malował się wokół. Krótkie, mroźne dni pełne surowości stanowiły przeciwwagę dla muzyki niezwykle pięknej, możne i niekiedy nawet romantycznej. W tym gatunku zawsze bardziej ceniłem sobie dobre melodie przedkładając je nad rytmiczne połamańce będące w moim odczuciu sztuką dla sztuki. Stąd też nie wszystkie dzieła grupy Yes są mi jednakowo bliskie serca, a niektóre płyty King Crimson potrafią przyprawić mnie o ból głowy. Zdecydowanie bardziej przemawia do mnie "Close To The Edge" (1972) niż taki "Relayer" (1974) czy "Tales From The Topographic Oceans" (1973), których chyba jeszcze nigdy nie wysłuchałem od deski do deski. Niemniej nazwa topograficzne oceany do dziś dnia skutecznie pobudza moją wyobraźnię. Można się rozmarzyć nad tym zbitkiem słów, a i okładka dorzuca w tym temacie swoje trzy grosze. Może nie jest tak doskonała jak ta zdobiąca album "Relayer", ale też ma swój urok. Jednak nie o grupie Yes miał być tenże wpis, a o grupie Novalis, zdecydowanie bliższej nam pod względem geograficznym. Ten niemiecki zespół wywodzący się z Hamburga działający na przestrzeni lat 1971-1985 to jeden z bardziej znanych przedstawicieli tamtejszego progresywnego rocka. I choć dziś nazwa ta obrosła sporą warstwą kurzu, a o jej dokonaniach pamięta już coraz mniejsze grono, to warto odkurzyć część jej dorobku. Przekonałem się o tym nabywając w ostatnim czasie album "Sommerabend" (1976), którego walory muzyczne są nie do przecenienia. Ogromnie żałuję, że nasze poletko progresywne z tamtych lat było dość ubogie i ograniczało się właściwie do kilku nazw. No bo cóż nam pozostało z tamtych lat? Pierwsza płyta Budki Suflera, Exodus, albumy Czesława Niemena no i przede wszystkim SBB, którego śmiało można uznać za filar tego typu grania w naszym kraju. Mieliśmy też kilka pomniejszych grup jak Ogród Wyobraźni czy Cytrus, ale to już takie kwiatki, które tylko uzupełniają ten obraz. Niemiecka scena była zdecydowanie bardziej rozbudowana i chyba barwniejsza. Dowodzi tego nie tylko potężny dorobek płytowy grupy Eloy, ale też mnogość tego typu grup na tamtejszym rynku. Warto przekonać się jak brzmiała tamtejsza scena jak i również zajrzeć do krajów wchodzących niegdyś w skład demoludów. Młodszym czytelnikom należy się słówko wyjaśnienia. Demoludy to nic innego jak kraje będące w strefie wpływów ZSSR czyli NRD, Węgry, Czechosłowacja, Rumunia, Jugosławia, Bułgaria, Albania, ale i Polska. Hamburg miał to szczęście przynależeć do zachodniej strefy wpływów, dzięki czemu uniknął izolacji także na gruncie muzycznym. Nie powinno więc dziwić, że twórczość zespołów z RFN nie odstawała w niczym od najwybitniejszych dokonań tuzów artystycznego rocka z Wysp Brytyjskich. Przykładem może być przywołany tu wcześniej zespół Novalis. Jego płyta "Sommerbend" to album z najwyższej półki. Już pierwsze przesłuchanie uświadomiło mi, że nie jest on jak setki innych. To jeden z tych krążków, które trącają w człowieku te najwrażliwsze struny i jeśli ktoś nie jest głuchy na piękno to z pewnością to dostrzeże. "Sommerbend" ma bowiem w sobie wszystko to czego możnaby oczekiwać od rocka progresywnego. Piękne, rozbudowane kompozycje, zagrane od serca w taki sposób, że nie sposób przejść wobec nich obojętnie. O takich albumach zwykło się mawiać, że nie ma co niepotrzebnie strzępić języka, tego trzeba po prostu posłuchać. Zachęcam więc do zapoznania się z zawartością tego albumu. Jak sądzę nie będzie to czas stracony.

Jakub Karczyński

24 listopada 2017

PIERWSZA MIŁOŚĆ, PIERWSZA PŁYTA

Nie pamiętam dokładnie kiedy do mojego domu trafiła pierwsza płyta kompaktowa. Odtwarzacz zawędrował pod strzechę chyba jakoś w ostatnich latach szkoły podstawowej. Nie był to żaden markowy sprzęt, ale na początek wystarczył. Miał jedną szufladę na płytę CD oraz dwie kieszenie na kasety. Było to o tyle istotne, że w tamtym czasie na porządku dziennym było masowe pożyczanie i przegrywanie kaset. W końcówce lat dziewięćdziesiątych kaseta magnetofonowa wciąż jeszcze miała się dobrze i stanowiła podstawowy nośnik dla muzyki w naszym kraju. Płyty CD były drogie, więc pozostawały poza moim zasięgiem finansowym. Stąd też jeszcze na początku liceum inwestowałem w taśmy. Nie znaczy to, że nie miałem żadnych płyt. Wraz z zakupem odtwarzacza ojciec zadbał o to  by było czego na nim posłuchać. Niestety nie przejmował się zbytnio jakością tych płyt więc zainwestował w jakieś podrzędne składanki. Szata graficzna była żadna, ale nie spędzało mi to wtedy snu z powiek, liczyła się przecież muzyka, a ta była wyborna. Nie wiem czym kierował się mój ojciec nabywając te płyty, ale z perspektywy czasu muszę przyznać, że trafił doskonale. Wśród owych składanek był wybór najlepszych nagrań Pink Floyd, Deep Purple i Eltona Johna. Co prawda Eltona jakoś nie udało mi się obdarzyć większym uczuciem, ale za to dwie wcześniejsze grupy wpadły mi nie tylko w ucho, ale i zapadły w serce. Musiało minąć jednak jeszcze sporo czasu, nim na mojej półce z płytami zagościły ich katalogowe albumy. W międzyczasie przyszło mi jeszcze rozstać się ze sprzętem muzycznym. Po tym gdy zorientowałem się, że jego funkcją specjalną było zarysowywanie płyt, podjąłem decyzję uzbierania pieniędzy na coś porządniejszego. Za ogromną jak mi się wówczas wydawało sumę (900 zł dla licealisty to nie byle co), kupiłem wieżę, która służy mi do dziś dnia. Poza pięciopłytową zmieniarką, obsługuje także format mp3 i co istotne, ma jeszcze kieszeń na kasetę. W dobie powrotu tego nośnika do łask mogę powiedzieć, że jestem na niego przygotowany. Nie wiem jednak co musiałoby się stać, abym znów sięgnął po kasety magnetofonowe. Nostalgia nostalgią, ale przecież chyba nikt nie wierzy w to, że ten nośnik jest w stanie ponownie zawojować świat. Niemniej nie o kasetach, a o srebrnych płytach miał być ten wpis. Wróćmy więc do podstawowego wątku. 

Pierwszą prawdziwie oryginalną płytę otrzymałem od mojej ówczesnej dziewczyny, a była to ścieżka dźwiękowa do serialu "Robin z Sherwood" czyli inaczej mówiąc album "Legend" (1984) irlandzkiej grupy Clannad. Przepiękna płyta. Jeden z albumów, dla których warto było przyjść na ten świat. Mam ten egzemplarz po dziś dzień i wracam sobie do tej muzyki od czasu do czasu. Kolejnych płyt już niestety nie pamiętam, a szkoda bo byłoby fajnie przypomnieć sobie jak tworzyła się kolekcja. Zapiski takie zacząłem robić dopiero niespełna trzy lata temu. To co było wcześniej przepadło gdzieś w pomrokach dziejów, w których to pozostanie jak mniemam na wieki. Gdyby jednak ktoś przymusił mnie do wytężenia pamięci, to jako drugą płytę w mojej kolekcji wskazałbym The Cure "Boys Don't Cry" (1979). Amerykański odpowiednik debiutu grupy, wzbogacony między innymi o nagranie tytułowe będące jednym z bardziej rozpoznawalnych nagrań w ich dorobku. Warto więc mieć obie wersje, aby nie być stratnym o kilka utworów. Na pierwszy ogień polecam "Boys Don't Cry", która jest wartościowsza pod względem repertuaru jak i lepiej skompilowana od swojego europejskiego brata bliźniaka. Nawet okładka jest lepsza, choć również nijak ma się ona do zawartości płyty. Mam to szczęście, że pomimo upływu tylu lat nie pozbyłem się tego egzemplarza. Doskonale pamiętam gdzie go kupiłem (sklep płytowy "Neon" w Gostyniu) oraz okoliczności jej nabycia. Zafascynowany utworem Burn ze ścieżki dźwiękowej do filmu "Kruk", zapragnąłem poznać inne nagrania tego dziwnego zespołu. Jedyną płytą jaką oferował "Neon" był właśnie album "Boys Don't Cry". Kupiłem w ciemno. Nie muszę chyba mówić, że nie takiej muzyki się spodziewałem niemniej wraz z upływem czasu, doceniłem tę surowość w brzmieniu grupy The Cure. Ten minimalizm ma również sporo uroku tak jak i młodzieńczy głos Roberta Smitha.

Co było płytą numer trzy nie myślę rozstrzygać. W pamięci nie został nawet ślad więc wszelkie próby rekonstrukcji wspomnień, przypominałyby raczej błądzenie w gęstej mgle. Zresztą wtedy nawet nie podejrzewałem, że po latach zbiór płyt kompaktowych rozrośnie się tak bardzo, że przestanę je liczyć, a co dopiero, że będę chciał wrócić pamięcią do tych pierwszych w kolekcji. Tak więc gdy ktoś pyta mnie ile tych płyt jest to szczerze odpowiadam, że nie wiem. Przypuszczam, że przedział ten zasadza się między 1500 - 1700 sztuk. Nie jest to jeszcze jakaś powalająca ilość, ale wystarczająca na tyle by odechciewało się to człowiekowi liczyć. Od zakupu pierwszej płyty minęło już jakieś szesnaście lat, a miłość do kompaktów u mnie wciąż żywa. Nawet modne analogi nie były w stanie w tym aspekcie nic zmienić. Cóż poradzić, jak widać stara miłość nie rdzewieje. 

Jakub Karczyński

16 listopada 2017

CALLA

Na przełomie 2009 i 2010 roku ukazał się ostatni numer drukowanego fanzinu Radiomagnetoff/on, który miałem przyjemność redagować. Niestety czasy dla tego typu wydawnictw dawno już minęły więc po przemyśleniu sprawy, zdecydowałem się zawiesić jego wydawanie. Zbyt wiele pary szło w gwizdek, a lokomotywa ledwie poruszała się po torach. Po co więc pisać, biegać do ksero, składać strony skoro mało kto to przeczyta, a pracy przy tym co niemiara. Na szczęście mamy internet i to właśnie tu postanowiłem przenieść swoją pisaninę o czym zaświadcza niniejszy blog. Któregoś dnia podczas porządkowania szpargałów w moje ręce trafiły stare numery Radiomagnetoff/on-u. Przejrzawszy je stwierdziłem, że żal niektórych tekstów, które z racji kiepskiej dystrybucji zina właściwie trafiały w próżnie. Postanowiłem więc uchronić niektóre artykuły i publikować je cyklicznie na łamach "Czarnych słońc". Zresztą nie jest to pierwszy raz gdy sięgam do zawartości tegoż zina. Przed trzema laty opublikowałem tu artykuł o zespole The Blue Hour, tym razem przyszedł czas na grupę Calla, która niestety nie miała tyle szczęścia co zespoły pokroju Interpol, Editors czy White Lies. Nie zrobili światowej kariery, ale to nie znaczy, że nie warto o nich pamiętać. W swym dorobku mają conajmniej dwie płyty, które warto ocalić od zapomnienia. Jeśli jesteście ciekawi jakie to albumy, zapraszam do przeczytania poniższego artykułu.

*** 

Przedzierając się przez internet w poszukiwaniu jakiejś najdrobniejszej informacji o grupie Calla, łatwiej trafić na strony o ogrodnictwie, ubraniach czy nawet na reklamę zakładu pogrzebowego, niż na ten amerykański zespół. 

Calla. Grupa, której bliżej do depresyjnego brzmienia Nicka Cave’a niż do brzmień rodem z Teksasu. Być może właśnie z tej przyczyny postanowili wyjechać ze swego stanu i osiąść w bardziej odpowiednim miejscu do tworzenia swojej z lekka depresyjnej muzyki. Postawili na Nowy Jork, w którym łatwiej zaistnieć w świadomości słuchaczy, a i perspektywy rozwoju są lepsze.

„Calla”

Początki zespołu to końcówka roku 1997. Na pierwszą długogrającą płytę trzeba było poczekać jeszcze dwa lata, ale jej zawartość była na tyle frapująca i odmienna od tego co można było usłyszeć w stacjach radiowych, że zaciekawiła co bardziej wymagających. Beztytułowy debiut porażał głębokim brzmieniem, z lekka eksperymentalnym podejściem do samych utworów oraz powplatanymi odgłosami, sprzężeniami i szeptami. Wszystko to zanurzone jest w sennej, nierzeczywistej i ulotnej atmosferze. Tempa utworów to jak niespieszne i leniwe podróże bez wyraźnego celu. Melodie czasem zdawkowe, jednak zawsze wyczuwalne i prowadzące słuchacza po nitce do kłębka. Nie jest to podróż dla każdego, nie wszyscy odnajdą się w tym świecie, bo świat to dziwny i tajemniczy. Tak eksperymentalnego albumu Calla nie nagrała już nigdy później. Każdy ich kolejny krok to coraz bardziej melodyjne, a z czasem także i tradycyjne podróże w kierunku konwencjonalnej piosenki. Nie jest to bynajmniej zarzut, bowiem zespół cały czas się zmienia, a każde wcielenie jest równie interesujące.

„Scavengers”

Po tak odjechanym i eksperymentalnym odlocie, Calla obrała nieco inny kurs. Na wydanym w 2001 roku albumie „Scavengers” słychać zafascynowanie melodią, które zaowocowało nagraniem ich najlepszego krążka. Znów wykreowali specyficzny nastrój, czarując słuchaczy brzmieniem pełnym ciepła i zadumy. Tylko gdzieniegdzie jak choćby w „Traffic Sound” zespół wprowadza elementy znane z debiutu, a wszystko po to, by zasiać niepewność i zburzyć spokój w sercu słuchającego. Jakby chcieli powiedzieć: „idąc po naszych śladach niczego nie możesz być pewien”. Jeśli debiut był penetracją świata pełnego tajemnic i elementów wymykających się jakiejkolwiek klasyfikacji, to „Scavengers” przypomina przechadzkę po lesie, w którym zaczyna zmierzchać. Niby wszystko co nas otacza jest znane, a jednak z każdym krokiem czujemy się mniej pewnie. Gdy już panicznie rozglądamy się dookoła szukając drogi ucieczki, wtedy pomocną dłoń wyciąga ku nam zespół uspokajając nas czymś tak delikatnym  jak choćby „Love Of Ivah”. I taka właśnie jest ta płyta. Z jednej strony otula delikatnym i ciepłym kocem, by w chwile później wystawić nasze nerwy i wyobraźnię na ciężką próbę. Rzecz warta grzechu.

„Televise”

Rok 2002. Kolejny krok i kolejne zaskoczenie. Wraz z płytą „Televise” nadszedł czas na nieco bardziej standardowe piosenki. Wszystko rzecz jasna oparte o wcześniejsze doświadczenia i bez wyrzekania się własnego stylu. Calla w dalszym ciągu oplata nas pajęczymi nićmi, nie pozwalając ignorować swojej muzyki. Duszny, klaustrofobiczny klimat utworów znów przytłacza, a rozbudzone stany lękowe powracają niczym przypływ by wyrwać nas z bezpiecznego azylu. Słuchając tych nagrań z pewnością można poczuć wewnętrzne napięcie, niepokój i narastający strach, ale takie ryzyko warto ponieść. Zanurzając się w tym psychodelicznym i sennym świecie, grzechem byłoby nie dostrzec komercyjnego potencjału niektórych utworów. To pierwszy krok ku mainstreamowi, jednak „Televise” unika zbyt oczywistych rozwiązań. Chowa swe sekrety przed amatorami, lecz wytrawny słuchacz z pewnością doceni walory tego krążka. Z jednej strony wabi on tak zgrabnymi i przebojowymi kompozycjami jak Strangler czy też fenomenalnym utworem tytułowym, z drugiej strony cały czas słychać echa ich wcześniejszych płyt. Słowo kompromis będzie chyba najlepszym określeniem w stosunku do „Televise”. Czy oznacza to, że Calla się sprzedała? Czy może zamarzyła im się kariera na miarę Coldplay? Wątpię. Sądzę, że takie działanie podyktowane było chęcią dotarcia do nieco szerszej grupy odbiorców, a przecież taki zespół nie zasługuje na zapomnienie. Zwłaszcza po wydaniu tak udanej płyty.

„Collisions”

Czwarta płyta w dorobku grupy ukazała się po trzech latach i była logicznym rozwinięciem idei powziętej na płycie „Televise”. Na „Collisions” wskaźnik piosenkowości został podniesiony kosztem ograniczenia dźwiękowych eksperymentów. Nie wspominam o tym w kategoriach zarzutu, gdyż w dalszym ciągu słychać, że Calla to Calla, a że zachciało im się nagrywać nieco bardziej zwarte i uporządkowane piosenki to przecież żaden grzech. Grunt, że robią to naprawdę dobrze, o czym przekonuje choćby It Dawned On Me. Zaczyna się niczym jakiś western, by po chwili wedrzeć się w jaźń ze swą wspaniałą melodyką. Jest to pierwsza płyta w stosunku, do której użycie słowa niepokój jest zupełnie nie na miejscu. Owszem, w dalszym ciągu możemy mówić o pewnej tajemnicy zawartej w muzyce grupy, jednak na „Collisions” strach został schowany do kieszeni obszernego płaszcza. I nawet specjalnie się nie wyrywa, nie walczy o dominację, bo jego czas dobiegł już końca. Zapomnijmy o tym co było i delektujmy się nowym obliczem zespołu. Ten swoisty lifting na szczęście nie zaszkodził zespołowi, a otworzył przed nimi kilka nowych dróg. Stworzył szerszą perspektywę. To tak jakby z parteru wejść na dach niskiego bloku. Widzimy, że wokół stoją jeszcze wieżowce, ale w prześwitach widać już kawałek świata.

„Strenght In Numbers”

Kiedy wydawało się, że Calla zmierza wprost na dach świata, tam gdzie grają najlepsi, tam gdzie wszystkie miejsca są wyprzedane na pół roku przed koncertem, oni zatrzymali się w połowie drogi. Jakby zaskoczył ich kierunek w którym zmierzają. Jakby chcieli wszystko jeszcze raz przemyśleć. Jeśli porównamy „Strenght In Numbers” i dwa lata wcześniejszy „Collisions”, dojdziemy do wniosku, że nie ruszyli się nawet na krok. Nowe piosenki równie dobrze mogliby trafić na tamten album, a i tak brzmiałby spójnie. Czyżby punkt do którego dotarli okazał się na tyle atrakcyjny, że postanowili zatrzymać się tutaj na dłużej? W przypadku Calli, jest to zjawisko tyleż nowe, co szokujące. Oni przecież nigdy nie nagrali takiej samej płyty. Wciąż poszukiwali, zmieniali się, flirtowali z konwencjonalną piosenką, ale wciąż było to coś nowego. „Strenght In Numbers” pod tym względem rozczarowuje, choć nie da się powiedzieć o nim, że to słaby krążek. Ma nastrój i brzmienie charakterystyczne dla grupy, a i piosenki niczego sobie. Ot choćby takie Defenses Down, które od razu zapada w pamięć. Do kogo zatem adresowany jest „Strenght In Numbers”? Spodoba się na pewno tym, którzy zakochali się w „Collisions”. A reszta? Musi poczekać na kolejny album. Oby tym razem nie zabrakło chłopakom odwagi w penetrowaniu nowych przestrzeni muzycznych.


Tekst: Jakub Karczyński
Fotografie grupy: Materiały promocyjne zespołu


DYSKOGRAFIA
 
·       Strenght In Numbers (2007)
·       Collisions (2005)
·       Televise (2003)
·       Customs – remiksy (2001)
·       Scavengers (2001)
·       Calla (1999)

Strona oficjalna

www.callamusic.com

MySpace 

www.myspace.com/callamusic

6 listopada 2017

NOWA RZECZYWISTOŚĆ

Choroba nie wybiera, łapie wszystko co jej w ręce wpadnie. Tym razem padło na mnie, stąd też moje domowe uziemienie i izolacja od świata. Napisałbym, że w końcu będzie można ponadrabiać płytowe zaległości, ale wraz z upływającym czasem coraz mniej w to wierzę. Nie, nie o to chodzi, że nie ma czasu, bo zawsze wygospodaruję chwilkę czy dwie na posłuchanie muzyki, niemniej jest jej tyle, że przerasta to możliwości przerobowe jednego człowieka. To "zabawa" bez końca. Teraz wiem co czuł biedny Syzyf. Po dołączeniu do składu nowego członka rodziny, to już w ogóle zmienił się tryb funkcjonowania. Nie, nie narzekam, po prostu na nowo składam przestrzeń i staram się znaleźć na wszystko czas i miejsce. Oczywiście są rzeczy ważne i ważniejsze, którym trzeba poświęcić swój czas. Muzyka siłą rzeczy musi ustąpić miejsca nowo przybyłej istocie, ale i tak nie jest źle. Jakoś funkcjonuję nie zaniedbując żadnej ze sfer. Sądziłem, że blog pójdzie w odstawkę lub przynajmniej wpisy będą pojawiać się rzadziej. Nie wykluczam jeszcze takiego scenariusza, ale póki co, działam na pełnych obrotach, starając się nie utonąć w zalewie płyt. 

W odtwarzaczu kręci się właśnie Lycia z albumem "Empty Space" (2003), którą to zakupiłem jakiś czas temu. Chyba dawno skoro nie potrafię sobie tego przypomnieć. Musiałbym sięgnąć do moich zapisków, aby uchwycić ten moment w czasie. Nie to jednak jest istotne, a bardziej fakt, że w kolejce do odtwarzacza już czeka osiemdziesiąt innych płyt. Dziś ze skrzynki wyjąłem jeszcze The Church "Hologram Of Baal" (1998), a wkrótce listonosz powinien dostarczyć albumy Soror Dolorosa "Apollo" (2017), Liquid Divine "Get Off My Planet" (2016), Ep-kę Cigarettes After Sex jak i nieco staroci takich jak Public Image Limited "First Issue" (1978), Lloyd Cole "Don't Get Weird On Me, Babe" (1991). Ta ostatnia pozycja to album bardzo ceniony przez Artura Rojka, do którego akurat w sprawie muzyki mam wielkie zaufanie. Jeśli dodać do tego fakt, że właśnie znajdujemy się w najgorętszym sezonie, kiedy to nowe płyty wyskakują ze wszystkich stron, to nic tylko paląć sobie w łeb z tego dobrobytu. No, ale to moje marudzenie pomału staje się normą, więc już opuszczam litościwie kurtynę milczenia i zabieram się za słuchanie. Wszak jeśli ktoś kocha muzykę to wie, że w tej zabawie nie da się wcisnąć przycisku stop, ani nawet pauzy. Tutaj sprawa wygląda inaczej albo wsiadasz na ten statek albo patrzysz jak odpływa w siną dal. Przed laty Kazik śpiewał, że: "Odpływa już ostatni statek z tych stron, nikt cię potem nie zabierze, będzie lament i łamanie rąk..." i choć nie miało to nic wspólnego z muzyką, to w odniesieniu do tego co pisałem powyżej, ma to również jakiś tam sens.

Jakub Karczyński

2 listopada 2017

CLOSTERKELLER - VIRIDIAN (2017)

Closterkeller to dla mnie prawdziwy fenomen. Grupa istnieje od niemal trzydziestu lat, funkcjonuje nieco na uboczu, ale i tak  można pozazdrościć jej rozpoznawalności wśród narodu, który z gotykiem ma kontakt tylko wtedy, gdy zachodzi do kościoła wybudowanego w tymże stylu. Co ciekawe, zespół na przestrzeni lat przeżył tyle zawirowań personalnych, że trudno je dziś zliczyć. Z pierwszego składu ostała się tylko Anja Orthodox, wokalistka i liderka grupy. Gdy w 1993 na rynku pojawił się album "Violet" a na świecie syn Anji, nikt chyba nie przypuszczał, że za kilkanaście lat nie tylko zasiądzie za perkusją, ale i stanie się oficjalnym członkiem zespołu. Muszę przyznać, że ze swej roli wywiązał się znakomicie. W ogóle skład jaki zadebiutował na albumie "Viridian" stanowi dość istotne odmłodzenie wiekowe formacji, no ale nie zaglądajmy panom w metrykę tylko zajmijmy się najnowszym wydawnictwem grupy. "Viridian" jak nietrudno się domyślić to kolejny kolorowy album. Coś pomiędzy kolorem morskim, a zielenią. Nie dziwi więc marynistyczna tematyka okładki, która jednak jak na mój gust została przedstawiona w dość infantylny i mało przekonujący sposób. Niestety nie jest to jedyny zarzut względem tego wydawnictwa.

Po dość ambitnym, konceptualnym albumie "Bordeaux" (2011) tym razem otrzymujemy zbiór utworów nie połączonych ze sobą żadną myślą przewodnią. Anja jak sama przyznała nie czuła potrzeby nagrywania kolejnego takiego albumu. Wraz z pozostałymi muzykami postanowili odświeżyć nieco utworów, które nie miały szczęścia by trafić na poprzednie płyty, a były zbyt interesujące, aby skazywać je na zapomnienie. Stworzyli też kilka nowych kompozycji i tym sposobem powstał tenże album. Pomimo tego swoistego "przeglądu szafy", płyta nie sprawia wrażenia patchworku. Co warte podkreślenia, momentami swym brzmieniem jak żywo przypomina albumy z lat dziewięćdziesiątych. Nie wiem czy był to świadomy zabieg, ale zapisuję to grupie na plus. Miło wrócić pamięcią do takich albumów jak "Scarlet" (1995) czy "Cyan" (1996). Muzycznie Closterkeller wciąż stoi na wysokim poziomie. Tworzy piękne melodie, do których chce się wracać. Niestety trudno to samo powiedzieć o warstwie słownej niektórych kompozycji. Taka Kolorowa Magdalena, która o zgrozo została wytypowana na pierwszego singla, nie dość, że brzmi dość przaśnie, to jeszcze "przyzdobiono" ją dość infantylnym tekstem. A przecież Anja potrafi tworzyć intrygujące i bardziej ambitne teksty czego przykładem choćby utwór Miraż z albumu "Nero" (2003) czy tytułowe nagranie z albumu "Violet" (1993). "Viridian" niestety nie obfituje w równie poruszające wynurzenia literackie, a szkoda bo wydatnie podniosłoby to rangę tej płyty. Niestety kompozycjami pokroju Nocne polowanie, opowiadającej o istocie będącej połączeniem kobiety i kota, nie da się stworzyć albumu, o którym za kilkanaście lat mówić się będzie jako o klasyce polskiego rocka. Jako człowiek po trzydziestce niezbyt identyfikuję się z tego typu twórczością literacką. W ogóle teksty tak zwane bajkowe brzmią niczym twórczość rodem z gimnazjum i jakoś niezbyt pasują do grupy z takim stażem i bagażem doświadczeń. Zdecydowanie bardziej odpowiadają mi utwory o bardziej przyziemnej tematyce jak choćby Matka ojczyzna, która to jest takim puszczeniem oka do starych fanów. Każdy komu nieobca jest twórczość grupy bez większego problemu odkryje nawiązania do utwóru W moim kraju z albumu "Violet". Patrząc na sytuację polityczną w kraju, chyba trudno o lepszy moment dla tego typu kompozycji. Szkoda tylko, że raczej nie ma co liczyć na jej emisję w radiu, bo Closterkeller jest zespołem, do którego ktoś kiedyś przykleił etykietę z napisem persona non grata. Dlaczego? O to trzeba by już zapytać dyrektorów muzycznych poszczególnych stacji radiowych.
Wróćmy jednak do zawartości albumu. Skoro mankamenty albumu mamy już omówione skupmy się teraz na atutach. Nie trzeba ich daleko szukać, bo wraz z pierwszymi dźwiękami Viridian zostajemy wrzuceni na głęboką wodę, w której to przyjemnie się zanurzyć. Ta niemalże dziewięciominutowa kompozycja robi niesamowite wrażenie. W tym przypadku nawet ta bajkowa estetyka aż tak nie razi, choć jak już wspominałem wolę Closterkellera w bardziej dojrzałej odsłonie tekstowej. Zwracam szczególnie uwagę na piękne zaśpiewy Anji, której głos pomimo upływu czasu wciąż brzmi imponująco. Czy po tak mocnym otwarciu jest jeszcze szansa na przeskoczenie tej poprzeczki? Na szczęście Viridian to nie jedyny utwór tego kalibru. Mamy ich tu jeszcze co najmniej kilka. Jednym z nich jest utwór To albo to, który z każdą chwilą nabiera tempa i drapieżności. Anja także dokłada swoją cegiełkę w postaci przejmujących partii wokalnych. Praca gitary z kolei przywodzi mi na myśl czasy tworzenia albumu "Cyan". Po odejściu ze składu Mariusza Kumali (gitara), byłem pełen obaw co do jego następcy. W mojej ocenie, Mariusz był najlepszym gitarzystą w całej karierze Closterkellera. Grający bardzo gilmourowsko i z wyczuciem, potrafił odmalować gitarą wspaniałe pejzaże. Jego zmiennik choć młody ma również zadatki na wspaniałego gitarzystę. Posłuchajcie tylko solówek w utworach  Pokój tylko mój oraz Strefa ciszy. Są tak obłędnie piękne, że aż ręce same składają się do oklasków. To jedne z najpiękniejszych fragmentów tego albumu. Może nie jest to najdoskonalsze dzieło grupy, ale i tak warto po nie sięgnąć, bo na tak różnorodnym albumie nie sposób nie znaleźć czegoś dla siebie.

Closterkeller to doskonały przykład na to, że w życiu trzeba robić swoje i nie oglądać się na nikogo. Choć nie grają ich żadne ogólnopolskie stacje radiowe oni niestrudzenie idą do przodu, nagrywając kolejne albumy pomimo piętrzących się przeciwności. "Viridian" to kolejny kolorowy rozdział w księdze z napisem Closterkeller, który niestety potwierdza pewien fakt. Grupa pomimo niewątpliwego talentu kompozytorskiego, ma problem z odpowiednią selekcją nagrań. Obok rzeczy wspaniałych, potrafi umieścić utwory, które ewidentnie zaniżają poziom całości (Inkluzja, Kolorowa Magdalena, Nocne polowanie). Tak było na "Nero", tak było na "Aurum" i tak też jest w przypadku "Viridian". Szkoda niewykorzystanej szansy na stworzenie perfekcyjnej płyty. Widać trzeba uzbroić się w cierpliwość. Skoro tak, to nie pozostaje nam nic innego jak wierzyć w to, że najlepszy album grupy dopiero przed nami.

Jakub Karczyński

17 października 2017

ZAPOMNIANA ŚWIĘTA WOJNA

Tegoroczną jesień rozpocząłem od polowania na grubego zwierza. Nie był to zwykły dzik, jeleń czy sarna. To by było zbyt łatwe. Mnie marzyło sie ustrzelenie gatunku będącego dziś już na wymarciu. Album "Holy War"  (1992) łódzkiej grupy Blitzkrieg to niesłusznie zapomniana karta naszej rodzimej fonografii. Gdyby nie zaniedbano jego promocji być może dziś wymienialibyśmy go jednym tchem obok takich pereł polskiej fonografii jak debiutancki album Wilków czy "Nowej Aleksandrii" Siekiery. Tak różnobarwny, że aż trudno zamknać go tylko w jednej szufladzie stylistycznej. Sam zespół twierdził, że grają heavy new wave, cokolwiek miałoby to oznaczać. Ponoć szukali swojej własnej drogi, chcieli brzmieć tak jak żaden inny zespół. I chyba im się to udało, bo nawet dziś mam problem z zaklasyfikowaniem tej muzyki. Nie jest to ani typowy rock, ani gotyk czy też post punk. To mieszanka tego wszystkiego, a nawet wiecej, bo i nie brak tu też elementów charakterystycznych dla folku. To trochę tak jakby wrzucić do garnka zadziorność wczesnego U2, dodać chłód Bauhausu, wymieszać z szalenstwem Virgin Prunes i dosypać dla smaku The Psychedelic Furs czy Cassandra Complex. Sam zespół w kręgu swych inspiracji wskazywał na tak znamienite zespoły jak Killing Joke, Public Image Limited, Midnight Oil czy wspomniany już przeze mnie Bauhaus. Największym plusem albumu "Holy War" jest to, że pomimo tylu nawiązań, ma on swój własny styl. Nie sposób jednoznacznie powiedzieć, kto dla zespołu Blitzkrieg stanowił główną inspirację. Zdaję sobie sprawę, że rozsmakują się w tym daniu wyłącznie wielbiciele tego typu klimatów, ale i tak namawiam pozostałych na spróbowanie choćby jednego widelca, aby przekonać się jak intrygujaco brzmiała polska muzyka. Cieszę się, że po tylu latach poszukiwań wreszcie wpadł on w moje ręce. Co prawda trzeba liczyć się z dość sporym wydatkiem, ale trudno się temu dziwić jeśli weźmie się pod uwagę liczbę wytłoczonych kopii, brak wznowień oraz status albumu kultowego. "Holy War" to mocno zakurzone dzieło, które śmiało jednak można postawić na półce obok takich grup jak Siekiera, Aya Rl, Klaus Mittfoch, 1984, Made In Poland czy też przy debiutanckim albumie Wilków. Gwarantuję, że wstydu nie będzie.

Jakub Karczyński
 

15 października 2017

NIEUCHWYTNY ŁOWCA ANDROIDÓW

Chciałbym napisać, że jestem właśnie w trakcie słuchania nowej ścieżki dźwiękowej do filmu "Blade Runner 2049", ale niestety próżno jej szukać na sklepowych półkach. Chyba taka już tradycja bo jak wieść niesie, ścieżki dźwiękowej skomponowanej przez Vangelisa do filmu "Blade Runner" (1982) też nie można było nigdzie dostać. Trzeba było czekać, aż dwanaście lat posiłkując się bootlegami, nim stacjonarne odtwarzacze mogły skonsumować wspomniany soundtrack. Minęło tyle lat, a historia zdaje się zataczać koło. Widać tak musi być, choć gdy popatrzy się na liczbę ścieżek dźwiękowych, które okupują sklepowe półki, to pewien niesmak pozostaje. Co ciekawe w tak bezpardonowy sposób potraktowani zostali wyłącznie słuchacze korzystający z płyt bo ludzie hołdujący streamingowi, mogą cieszyć się tym soundtrackiem już od 5 października. Jakim cudem film, na który czekało tylu fanów, został pozbawionych fizycznego nośnika z muzyką skomponowaną przez Hansa Zimmera i Benjamina Wallfischa? Jakim cudem film, o którym tyle mówi się w radiu, prasie czy telewizji został potraktowany w tak nieelegancki sposób? To pytania na które nie potrafię znaleźć odpowiedzi. Owszem płyta CD odchodzi pomału do lamusa, ale przecież jeszcze nie umarła. Skoro ścieżka dźwiękowa do "La La Land" (jednego z poprzednich filmów w którym zagrał Ryan Gosling), wylewała się niemal z każdego sklepu, to dlaczego fani filmu "Blade Runner 2049" muszą obchodzić się smakiem? Nie wiem. Mam nadzieję, że to tylko kwestia czasu, aż ktoś naprawi to niedopatrzenie.

Co więc zatem mogą nabyć fani, poza biletem do kina? Na najpopularniejszym, krajowym portalu aukcyjnym możemy zakupić co najwyżej gadżety (plakaty, kubki, koszulki) z najnowszego Blade Runnera. Na zagraniczne portale też nie ma co liczyć. Niemniej to nie tak, że ścieżki dźwiękowej nie ma. W Stanach Zjednoczonych ktoś wystawia takowy egzemplarz, ale życzy sobie za to prawie siedemset złotych. Dziękuję bardzo, ale nie sądzę by owa muzyka była tak powalająca, aby warto było wydać na nią, aż tak horrendalną kwotę. Trudno, obejdę się smakiem. Być może ktoś kiedyś pójdzie po rozum do głowy i otworzy dla tej ścieżki dźwiękowej szerszy kanał dystrybucji. Nim to jednak nastąpi, wyjmę z pudełka muzykę do pierwszego "Blade Runnera" i zanurzę się w tym jakże pięknym i melancholijnym świecie.

Jakub Karczyński
 

2 października 2017

DOGS IN TREES - PIÓRA MEW (2015)

Po co chodzić głównym traktem, skoro można poboczami? Takie oto pytanie zakiełkowało mi w głowie po wysłuchaniu debiutanckiego albumu Dogs In Trees. Widoki przecież piękniejsze, ścieżka nie zatłoczona, no i przede wszystkim nie jesteśmy skazani na oglądanie wciąż tych samych twarzy. Nie lekceważmy więc tego co dzieje się w podziemiu, tego co dopiero kiełkuje z ziemi, bo jeśli tym wzgardzimy to być może nigdy nie zakwitnie.

Mało brakowało, a o Dogs In Trees usłyszałoby tylko wąskie grono zapaleńców i ewentualnie najbliźsi członkowie rodziny. Próba zebrania funduszy na zrealizowanie owego albumu zakończyła się fiaskiem i gdyby nie zapał twórcy Pawła Goździewicza, być może zawartość albumu "Pióra mew" na zawsze wylądowałaby w szufladzie. Na szczęście stało się inaczej i dziś każdy chętny może zaznajomić się z zawartością płyty. A jest czego słuchać. O istnieniu tej płyty wiedziałem już od pewnego czasu, ale dopiero w maju tego roku zdecydowałem się na jej zakup. Nie od razu trafiła ona do mojego odtwarzacza. Musiała trochę odczekać bo przecież nie każdego dnia człowiek ma ochotę na taką muzykę. Gdy jednak nastała jesień, chętniej zacząłem wyciągać z regałów z płytami albumy takich grup jak 1984, Aya RL, czy Made In Poland. Trudno o lepsze towarzystwo jak i okazję, aby nastawić album Dogs In Trees. Chłód i surowość tamtych produkcji czuć także i tutaj, choć przecież dzieli te wydawnictwa naprawdę spory szmat czasu. Zmieniło się praktycznie wszystko, ale to co pozostało niezmienne, to zamiłowanie do brzmień zimnych jak nasz Bałtyk. Nie bez powodu wspomniałem o morzu, bo przecież Dogs In Trees to zespół/projekt pochodzący z Trójmiasta. Możnaby rzec, że chłód mają zapisany w DNA i chyba coś w tym jest bowiem zawartość albumu rzadko kiedy ogrzewa naszą skórę promieniami słońca. Częściej jesteśmy wystawieni na działanie zimnych, syntetycznych brzmień zatopionych w mrokach nocy. Jakby tego było mało, z zakamarków wypełza jeszcze niepokój, co tylko potęguje niesamowite doznania. "Pióra mew" z pewnością trafią do serc zakochanych w zimnej fali, ale także powinny oczarować miłośników elektroniki. Sporo tu mroku, ale jest on podany w tak różnych odcieniach, że nie ma obawy o znużenie jego zbyt jednolitym charakterem. Wszystkie zebrane tu kompozycje zasługują na uwagę, ale do pewnych utworów wracam częściej niż do innych. Największe wrażenie zrobiło na mnie serce tego albumu w postaci kompozycji usf. Za tym enigmatycznym tytułem kryje się muzyka, która początkowo brzmi jakby była jakimś brudnopisem Republiki by za chwilę odbić w kierunku melancholijnej, zimnej fali. Ta blisko ośmiominutowa kompozycja to najdłuższe nagranie na tymże albumie i chyba też najpiękniejsze. Z kolei Enough kojarzy mi się z ostatnią płytą Siekiery "Ballady na koniec świata" (2011). To ten sam rodzaj oszczędnych środków wyrazu kierujących uwagę na tekst utworu. Stawiający go ponad muzyką dla uwypuklenia jego wagi. Jeśli już przy tekstach jesteśmy to polecam zwrócić szczególną uwagę na jedną z dwóch polskojęzycznych kompozycji. Teraz i jutro zachwyca nie tylko muzyką, ale i tekstem. Dobry tekst poznać po tym, że nie trzeba wstydzić się za jego autora. To właśnie jeden z takich, przy których mojej twarzy nie wykrzywia żaden grymas niesmaku. Po angielsku wszak zaśpiewać można wszystko i jakoś to brzmi. Język polski jest bezlitosny i najdobitniej odsłania grafomaństwo i mielizny literackie na jakie wpływa twórca. Stąd też mam duży szacunek do zespołów, które decydują się śpiewać w naszym rodzimym języku i robią to dobrze. Szkoda, że Dogs In Trees nie nagrało całej płyty z polskimi tekstami, bo naprawdę nie ma się czego wstydzić. Rozumiem jednak, że w dobie globalnego rynku, ambicje zespołu wykraczają poza granice naszego kraju. Nie mam im tego za złe, pod warunkiem, że na kolejnych albumach nie zapomną oczarować nas równie pięknymi, rodzimymi tekstami.

"Pióra mew" to interesująca reinterpretacja nurtu cold wave zwanego u nas zimną falą. To nie tylko piękne odczytanie dorobku grup tworzących w tym stylu, ale i próba nadania temu nurtowi nieco nowego biegu. Dobrze, że wciąż są zespoły, które chcą tak grać i dokładać kolejną cegiełkę do tej monumentalnej budowli. Szkoda tylko, że o takich płytach nie poczytamy w gazetach, nie usłyszymy ich w ogólnopolskim radiu, a przede wszystkim nie znajdziemy ich na sklepowych półkach. Nie wydaje ich przecież żaden fonograficzny gigant. Na szczęście są jeszcze wydawcy i wydawnictwa nie bojące się inwestować w taką muzykę i chwała im za to. Dlatego warto ich szukać i penetrować piwnice undergroundu, aby nie przeoczyć czegoś naprawdę istotnego.

Jakub Karczyński

24 września 2017

CLAN OF XYMOX - DAYS OF BLACK (2017)

Regularność wydawnicza grupy Clan Of Xymox jest w ostatnim czasie naprawdę imponująca. Jest tak precyzyjna, że możnaby na jej podstwie regulować zegarki. Średnio co trzy lata otrzymujemy nową muzykę, sygnowaną nazwą tej holenderskiej formacji. Cykliczność owa z jednej strony bardzo cieszy, z drugiej zaś każe zadać sobie pytanie czy aby nie jest to już produkcja taśmowa. Wszystko wszak zależy od jakości tych albumów. Każdy kto dość rzetelnie prześledził dorobek Clan Of Xymox wie, że swoje najwartościowsze albumy stworzyli już na samym początku drogi. Takie pozycje jak "Clan Of Xymox" (1985) , "Medusa" (1986) to klasyka mrocznego grania, która pomimo upływu lat nic, a nic nie straciła ze swego piękna. Osobiście do tego duetu dorzuciłbym jeszcze obłędnie piękną "Twist Of Shadows" (1989), wydaną już pod skróconą nazwą Xymox. Te trzy albumy ustawiły im właściwie całą karierę. Gdyby na tym zakończyła się historia Clan Of Xymox, nikt nie miałby pretensji. Rozpad grupy i jej ponowna reaktywacja dał nam jednak poznać kolejne rozdziały tej historii. Wiem, że wielu starych fanów ma problem z albumami wydanymi po 1997 roku, choć niesprawiedliwe byłoby stwierdzenie, że po reaktywacji, grupa nie stworzyła już nic godnego uwagi. Na poparcie tej tezy przywołam nazwy takich albumów jak choćby "Creatures" (1999), "Breaking Point" (2006) czy choćby niedawnego "A Matters of Mind, Body and Soul" (2014). Czy nowy album ma szansę przekonać dawnych fanów? Tego nie wiem, ale na pewno warto dać mu szansę w te długie, jesienne wieczory.

Od premiery płyty minęło już nieco czasu, a ja wciąż nie miałem ochoty by napisać cokolwiek o albumie "Days Of Black". Jakoś ani wiosenna, ani letnia aura nie sprzyjała tej muzyce więc postanowiłem poczekać do jesieni by sprawdzić jak wtedy zabrzmi ta płyta. Odstawiłem ją na półkę by przeleżała sobie tam te kilka miesięcy i muszę przyznać, że było to doskonałe posunięcie. Kiedy dziś nastawiłem sobie ten album, poczułem wreszcie to czego nie dane było mi doświadczyć wiosną i latem. Nareszcie muzyka trafiła na odpowiedni grunt i to co wcześniej nie robiło na mnie takiego wrażenia, dziś jawi się w zupełnie innych barwach. Z całą odpowiedzielnością mogę napisać, że album "Days Of Black" to kolejny silny podmuch w żagle tej legendarnej grupy. Zaniknęła niemal zupełnie kłująca w uszy elektronika, znana choćby z płyty "Farewell" (2003) (mniemam, że bezpowrotnie), zastąpiona przez dźwięki o bardziej przyjaznym brzmieniu. To wciąż muzyka elektroniczna, tyle że podana w bardziej subtelny i wyrafinowany sposób. Nie brak tu ani pięknych melodii, ani intrygujących brzmieniowych wtrętów będących takimi smaczkami, nadających odpowiedni posmak danej kompozycji. Jeśli już przy utworach jesteśmy to muszę przyznać, że łatwiej byłoby mi wskazać te fragmenty, które podobają mi się nieco mniej, niż wyliczać najjaśniejsze punkty tego albumu. Ta przewaga plusów nad minusami, najdobitniej świadczy o tym, że nie warto zbyt szybko stawiać krzyżyka na grupie Clan Of Xymox. Pomimo swego wieloletniego stażu wciąż mają nam jeszcze wiele interesujących rzeczy do zaproponowania.
Żeby nie być gołosłownym przywołam kilka utworów, których grzechem byłoby nie wyłowić z najnowszego albumu grupy. Przede wszystkim wielkie brawa należą się zespołowi za świetnie wytypowanego singla. W dzisiejszych czasach jak niejednokrotnie się przekonałem bywa z tym różnie. Nie jest to może jakieś odkrywcze nagranie, ale chyba nie taka miała być jego rola. Najważniejsze, że szybko zapada w pamięć, pozostawia po sobie naprawdę dobre wrażenie i zaostrza apetyt na pozostałe kompozycje. Czegóż chcieć więcej od singla? Loneliness nie dość, że doskonale sprawdza się w swej roli, to jeszcze zostało przyzdobione dość interesującym teledyskiem. Nie są to już tak amatorskie obrazki jakimi raczył nas zespół jeszcze na płycie "Visible" (2008). Tutaj naprawdę nie ma już czego się wstydzić.

To samo można powiedzieć też o muzyce jaka wypełnia ten album. "Days Of Black" to płyta zdecydowanie bardziej dynamiczna, niż jej poprzedniczka, ale nie na tyle by uznać ją za płytę taneczną. Nie, nie, nie. Nic z tych rzeczy. Clan Of Xymox wciąż podąża ścieżką spowitą melancholią, aplikując słuchaczowi odpowiednie jej dawki. Kierunek tej podróży w dużym stopniu wyznaczyła śmierć ojca Ronny'ego Mooringsa. Opowieścią o tej stracie jest przejmujący utwór I Couldn't Save You, będący chyba najsmutniejszym punktem płyty. Na pewno warto poświęcić mu chwilę, bo prędzej czy później każdy będzie zmuszony zmierzyć się z tym tematem. Aby jednak nie było tak przygnębiająco wydobądźmy się nieco z tego mroku. Album "Days Of Black" warto smakować w całości, od przysłowiowej deski do deski, bez niepotrzebnego rozdrabniania go na kawałki. Niemniej na potrzeby tej recenzji wyrwiemy sobie z niego te najsmakowitsze kąski. O nagraniu Loneliness szepnąłem już słówko, więc przyjrzyjmy się pozostałym. Tuż za wspomnianym singlem, czai się chyba najpiękniejsze nagranie tejże płyty. Vixen In Disguise bo o nim mowa, oparte jest na podobnym patencie jak Loneliness. Główny motyw utworu wygrywany jest przez gitarę, która jakby walczyła z syntezatorami o przewodnictwo na pierwszym planie. Raz wynurza się na moment by za chwilę zatonąć w syntezatorowej toni. Jest niczym topielec, który desperacko próbuje utrzymać się na powierzchni. W jednej chwili niknie nam pod lustrem wody by za chwilę wypłynąć na powierzchnię chwytając kolejny oddech. I tak w kółko, aż do ostatnich sekund utworu. Gdyby to ode mnie zależało, wytypowałbym je na kolejnego singla, choć to przecież nie jedyny pretendent godny tego zaszczytu. Przeskoczmy zatem kilka nagrań i zatrzymajmy się przy pozycji numer dziewięć. I Need To Be Alone to z pewnością najdynamiczniejsza kompozycja, pełna złości, zaciętości i gniewu. Doskonale ożywia album i czaruje nie tylko linią basu, ale i "nerwowymi" partiami klawiszy. Smaku temu wszystkiemu przydaje solowa partia gitary, będąca jak gdyby kulminacją tego gniewu. Nie brak na albumie także bardziej melancholijnych momentów, wypełnionych nie tyle smutkiem co zadumą. Takie wrażenie w każdym razie robi na mnie nagranie Set You Free, przywodzące nieco na myśl jeden z najpiękniejszych utwór z albumu "In Love We Trust" (2009) - Sea Of Doubt. Może nie aż tak mroczne, ale trącające w człowieku podobne struny. Wyzwalające pewne poczucie niepokoju, bezsilności i rezygnacji. Jest jak bezwolne ciało opadające na dno bezkresnego morza. Im więcej słucham tego nagrania, tym większe mam wątpliwości co do wskazania tego najpiękniejszego. Zapewne nie każdy zgodzi się z moimi typami, ale przecież ilu ludzi tyle smaków także tych muzycznych. Prawie tak samo czarowne jest przecież What Goes Around, którego instrumentalne szmery przywodzą mi na myśl nieco klimat "Medusy". Proszę jednak nie brać tego porównania śmiertelnie poważnie lecz potraktować je jako luźne skojarzenie. To już przecież inny zespół i inny czas. 
Najmniejszą sympatią po pierwszym odsłuchu darzyłem The Rain Will Wash Away, a wszystko to za sprawą zastosowanej tu elektroniki. Zbyt natarczywa i niepasująca do reszty kompozycji. Wraz z upływem czasu nauczyłem się ją jednak tolerować i dziś już tak mi nie przeszkadza. Clan Of Xymox miał już przecież w przeszłości gorsze utwory by wymienić tylko On A Mission czy Farewell. Poza jednym fragmentem album trzyma bardzo równy poziom i nie zdradza od razu wszystkich swych sekretów. Warto poświęcić mu nieco czasu by odkryć wszystkie jego tajemnice. Mnie zajęło to nieco czasu, mam nadzieję, że wam pójdzie szybckiej.

Cieszę się niezmiernie, że znów mogę napisać o nowym albumie grupy, że nie tylko nie zawiódł moich nadzieji, ale wręcz je przerósł. Początkowe odsłuchy nie napawały mnie jednak przesadnym optymizmem lecz im bardziej zagłębiałem się w jego zawartość, tym większa ogarniała mnie ekscytacja. Kiedyś napisałem o nowych albumach grupy, że są jak powrót dawno nie widzianego przyjaciela. Człowiek cieszy się nie tylko na sam widok, ale i na opowieści jakie ze sobą niesie. Lata mijają, powstają kolejne płyty, a ja wciąż wypatruję ich na horyzoncie z równie wielką niecierpliwością i ekscytacją. To chyba najlepszy dowód na to, że historia Clan Of Xymox nie ma podstaw by dobiec końca.

Jakub Karczyński