29 lipca 2014

PETER MURPHY - LION (2014)


Peter Murphy należy do kategorii tych artystów, których karierę śledzę niezwykle uważnie. Na przestrzeni lat wydał on więcej płyt solowych, niż stworzył z kolegami w macierzystym Bauhausie. I choć kariera tego ostatniego dobiegła końca wiele lat temu, to i tak wciąż cieszy się większą estymą, niż poczynania jej lidera. Czy słusznie? Na to pytanie niech, każdy odpowie sobie sam. Osobiście uważam, że na przestrzeni lat, Peter Murphy wydał kilka naprawdę intrygujących albumów, a i w ostatnich latach wiedzie mu się naprawdę nieźle. Potwierdzeniem moich słów niechaj będzie niezwykle udany album "Ninth" (2011), którym to powrócił po siedmioletniej przerwie wydawniczej. Spragnieni nowej muzyki fani na szczęście nie musieli zbyt długo czekać na kolejne posunięcie mistrza. Po trzech latach oczekiwania, do naszych rąk trafia album "Lion", którego zawartość może co niektórymi wstrząsnąć.

Gdybym miał opisać go tylko za pomocą przymiotników użyłbym takich słów jak zaskakujący, kontrowersyjny, nowoczesny, niejednoznaczny ale i intrygujący. W zapowiedziach jakie mogliśmy przeczytać przed premierą, Peter Murphy zapewniał, że będzie to płyta bardziej romantyczna, głęboka i emocjonalna. Nie wiem czy w międzyczasie mistrz zmienił koncepcję czy też producent płyty nakreślił inną wizję, bowiem powyższe opisy nijak mają się do zawartości albumu "Lion". No może poza emocjami, których nie można odmówić frontmenowi Bauhausu. Jeśli już wspomniałem o producencie płyty, to zatrzymajmy się przy nim na chwilę, bowiem postać to nietuzinkowa. Martin "Youth" Glover, bo o nim mowa, to nie tylko ceniony producent, ale i basista grupy Killing Joke. Lista nazwisk i grup z którymi współpracował robi wrażenie. Wystarczy, że wymienię The Cult, Siouxsie & The Banshees, U2 czy Depeche Mode, aby nakreślić pozycję tegoż pana. Nie obce są też mu klimaty dub, acid house, dub funk i techno. Doświadczenie producencie w zetknięciu twórczością Petera Murphy zaowocowało najbardziej zaskakującą płytą w całym jego dorobku. Pochwalić należy absolutnie perfekcyjną produkcję, która brzmi klarownie, ale i niezwykle potężnie. To najlepiej wyprodukowany album jaki słyszałem nie tylko w tym roku, ale i chyba w całym życiu. Produkcja to niezwykle ważna rzecz, ale jeśli muzyka nie potrafi obronić się sama, to wtedy żadne sztuczki nie pomogą. A jak jest w tym przypadku? Na szczęście Peter jest na tyle doświadczonym muzykiem, że potrafi wciąż stworzyć kilka naprawdę urzekających kompozycji. Największym mankamentem albumu "Lion" są nowoczesne brzmienia, które nijak się mają do twórczości mistrza. Jeśli jeszcze jakoś to brzmi w rozpoczynającym album Hang Up, to już w kolejnych utworach I Am My Own Name i Low Tar Stars, aż kłuje po uszach i pozostawia po sobie spory niesmak. To trochę jakby próbować ubrać dystyngowanego, starszego pana w dres. Niby można, ale po co? Gdyby zdjąć z mistrza te niewyjściowe ciuszki, dać mu staromodny garnitur angielskiego dżentelmena, wtedy wszystkie klocki byłyby na swoim miejscu. Nie odmawiajmy jednak artyście prawa do eksperymentowania. To jego święte prawo. Gdy już otrząśniemy się z początkowego szoku, otrzymamy nie lada nagrodę w postaci nagrania Compression. To zdecydowanie najmocniejszy punkt albumu, który jest zarazem punktem zwrotnym płyty. Za jego sprawą powracamy na dobrze znany nam szlak, jakim podążał dotychczas Peter Murphy. Tutaj mistrz jest w swoim żywiole. Znów spod peleryny wylatują nietoperze, znów jest majestatycznie i po prostu pięknie. Gdy już poziom nietoperzy w trumnie się zgadza, możemy śmiało penetrować kolejne korytarze krypty. Polecam złożyć róże przy posągu ducha z jeziora Shokan (The Ghost Of Shokan Lake). Przystańcie przy nim na moment, zamknijcie oczy, a zabierze on was w niezwykłą podróż. Równie interesująco przedstawia się krypta z trumną Elizy (Eliza), której powab możemy podziwiać na czarno białym obrazie (odsyłam do youtube). To jednak nie koniec emocji, bowiem w utworze Loctaine mistrz ukazuje nam swe wampirze zęby. Nie opierajcie się i dajcie mu się ukąsić. Dreszczyk emocji gwarantowany. Poza tym nigdy nie wiadomo kiedy nadarzy się kolejna taka okazja. 

Gdy już wybrzmią ostatnie dźwięki, gdy zatrzasną się drzwi krypty, a nietoperze polecą na nocny żer, czas obejrzeć się za siebie. Czy chwile spędzone w towarzystwie Petera Murphy'ego były na tyle interesujące, aby powrócić do nich za jakiś czas? Czy może pora opuścić kurtynę i zagrzebać trumnę wraz z jej właścicielem na bezimiennym cmentarzu? Pomimo kilku nietrafionych pomysłów, daleki jestem od organizowania Murphy'emu pogrzebu. Jego kompozytorski pazur jest wciąż na tyle ostry, by wyciąć w pień swych konkurentów i pogrozić im jeszcze pięścią. Jeśli szukaliście ostatniego gwoździa do trumny mistrza to tutaj go na pewno nie znajdziecie. Osinowych kołków także brak.

Jakub Karczyński

PS Zawartość dodatkową stanowi koncertowy krążek, na którym to Murphy wykonuje repertuar swej macierzystej grupy, wśród którego, znajdziemy między innymi hymn gotyckiego rocka jakim jest Bela Lugosi's Dead. Myślę, że fani docenią nie tylko ten ciekawy koncert, ale i łaskawie spojrzą na premierowy repertuar.

11 lipca 2014

CIEŃ Z PRZESTWORZY


Wróciłem ostatnio do prozy Lovecrafta, by uzmysłowić sobie fakt, że klimat wykreowany w jego opowiadaniach jest niepowtarzalny. Uwielbiam zanurzać się w tym świecie, tak nieprzyjaznym, odpychającym, że aż rozbudza w człowieku ciekawość. Te duszne, mroczne, prowincjonalne miasteczka ze swoimi tajemnicami ukrytymi za drzwiami domostw, aż proszą się by odkryć ich sekrety. Te historie zdegenerowanych rodów, które kultywując pradawne obrzędy, starają się przywrócić stary porządek świata, budzą w czytelniku zarówno odrazę jak i pewną dozę fascynacji. Nie dziwi więc, że mitologia wykreowana przez Lovecrafta, ma wciąż wielkie grono czytelników. Zbiór, który pragnę zarekomendować to książka, którą nabyłem przed wielu laty. Z racji swego wieku (liczy ona sobie już 14 lat), kartki zdążyły już zmienić swój kolor na żółty, ale w przypadku takiej literatury, ma to tylko dodatkowy urok. "Obserwatorzy spoza czasu", to wyjątkowa pozycja, bowiem powstała ona w oparciu o zachowane fragmenty prozy Lovecrafta oraz listy jakie wymieniał z Augustem Derlethem. Namawiał on w nich Derletha, aby ten zaangażował się w rozwinięcie mitologii Cthulhu. Przystał on w końcu na propozycję przyjaciela, dopisując kolejne rozdziały mitologii, ale zrobił to już po śmierci Lovecrafta. Pracował on na tymi tekstami, aż do kresu swych dni, wykorzystując pomysły Lovecrafta oraz pozostawione fragmenty jego prozy. Duża cześć tekstów to jednak twórczość samego Derletha, który jawi nam się jako sprawny pisarz i godny spadkobierca spuścizny Lovecrafta. Znamiennym pozostaje fakt, że wieńczące ten zbiór opowiadanie, urywa się w trakcie, bowiem Derleth nie zdążył go już ukończyć. Śmierć postawiła kropkę, tak jakby chciała, aby pewne rzeczy pozostały niedopowiedziane. Wydawcy postanowili jednak opublikować owo opowiadanie, pozostawiając je w takiej formie. Zakończenie owej historii, to już kwestia wyobraźni czytelnika. Pomimo faktu, że owe teksty wyszły w większości spod palców Derletha, duch prozy Lovecrafta wciąż unosi się nad tymi wersami. To chyba wystarczająca rekomendacja, aby zapoznać się z tym niezwykłym zbiorem opowieści.

W ramach dopełnienia klimatu, polecam nastawić sobie album "Ride The Lightning" (1984) grupy Metallica, która to nota bene, dziś zagra w Warszawie, w ramach festiwalu Sonisphere. Nie ukrywam, że to moja ulubiona płyta tego zespołu, a klimat na niej zawarty godny jest prozy Lovecrafta. Sama Metallica złożyła hołd mistrzowi utworem instrumentalnym, wieńczącym ową płytę. Zatytułowanym jest on jakże by inaczej Call Of Ktulu. Co prawda nazwa zapisana z błędem, ale za to muzyka pozbawiona jest jakichkolwiek uchybień. Szkoda, że obecnie Metallica jest już w zupełnie innym miejscu i choćby bardzo chciała, to klimatu jaki stworzyła na "Ride The Lightning" dziś już raczej nie przywoła. Mimo wszystko wciąż trzymam za nich kciuki i czekam na chwile, w których to nowa muzyka, mile połechce i wskrzesi wspomnienia tamtych dni. 

Jakub Karczyński
 

1 lipca 2014

MODA VS MUZYKA


To był naprawdę ciężki tydzień. Praca zawładnęła nim na dobre i coś czuję, że jego konsekwencje będę odczuwał przez najbliższe kilka dni. Poza koncertem Iron Maiden na poznańskim stadionie, nie miałem zbyt wiele czasu na słuchanie muzyki. Stąd też na moim gramofonie piętrzą się płyty do przesłuchania. Nowe Echo & The Bunnymen, Anathema, Peter Murphy, stary Fish - "Field Of Crows" (2003) oraz Travellers - "A Journey Into The Sun Within" (2011). Byłbym zapomniał o Lanie Del Rey, którą to udało mi się wygrać w radiowej Trójce. To już trzeci krążek jaki otrzymuję z tej szacownej radiostacji. Cieszę się, bo tak jak i poprzedniczki, trafi on w dobre ręce, a i miejsca na półce mu nie poskąpie. 

Jeśli już jestem przy temacie zbierania płyt, to przed paroma dniami zostałem pozytywnie zaskoczony przez moją znajomą. Otóż, w luźnej rozmowie o muzyce, dowiedziałem się, że odkryła ona uroki kolekcjonowania płyt. To co wcześniej wydawało jej się bezsensownym trwonieniem pieniędzy, z czasem nabrało uroku i sensu. I choć, w dalszym ciągu nie posiada porządnego sprzętu do ich odtwarzania (poza komputerem), to zamiast kupować kolejne fatałaszki, teraz wydaje te pieniądze na płyty. Nic, tylko przyklasnąć takiemu obrotowi sprawy. No, bo ileż można mieć rzeczy w szafie? Poza tym, jak słusznie zauważyła moja znajoma i tak w większości z nich nie chodzi. Oczywiście, można na tej samej zasadzie zripostować i zapytać po co komu tyle płyt w mieszkaniu. Dobra muzyka ma jednakże tę przewagę nad modą, że nie jest tylko sztuką dla sztuki. Nie wyrzuca się jej z domu, gdy moda przeminie. Można do niej wracać ilekroć najdzie nas na nią ochota, a wrażenia z niej płynące są bezcenne. I z tym optymistycznym akcentem, pozostawiam Was do kolejnego wpisu.

Jakub Karczyński