16 maja 2021

NOWE SZLAKI


Może pamiętacie, a może nie, ale przed kilkoma laty pisałem na blogu o albumie "Steve McQueen" (1985) grupy Prefab Sprout jako o płycie, która poprzestawiała mi kilka klocków w głowie. Był to taki muzyczny postrzał w serce, po którym człowiek z wdzięcznością upada na kolana. Takie sytuacje zdarzają się jednak niezwykle rzadko, ale na szczęście się zdarzają. Im jednak człowiek bardziej zaprawiony w muzycznych bojach tym trudniej o takie zachwyty. W wywiadzie jakiego udzielił mi niedawno Andy Clegg, zapytałem go o jego ulubiony album, a on bez wahania wskazał na płytę "Submarine Bells" (1990) grupy The Chills. Przyznaję bez bicia, że w owym czasie nazwa ta nic mi nie mówiła, ale postanowiłem sprawdzić co też się pod nią kryje. Szybki odsłuch kilku fragmentów na YouTube uświadomił mi, że oto mam do czynienia z absolutną perłą lat osiemdziesiątych. Cóż za fantastyczne wyczucie melodii, jaka wrażliwość i do tego kompozycje, do których z przyjemnością powrócę za dwa, pięć jak i dziesięć lat. Sam Andy Clegg mówił o tym albumie, że każdy z zawartych tu utworów to arcydzieło jeśli chodzi o pisanie i tworzenie muzyki pop. Słuchając tej płyty dochodzę do wniosku, że sporo w tym racji. Już pierwsze pięć nagrań wyprowadza tak potężne ciosy, że trudno utrzymać się na nogach. W drugiej części płyty można złapać nieco więcej oddechu i tylko dzięki temu dane nam będzie dotrwać do ostatniej rundy. W przeciwnym wypadku zakończylibyśmy walkę przed czasem, leżąc nieprzytomni na deskach. "Submarine Bells" zrobiło na mnie na tyle duże wrażenie, że dokupiłem sobie od razu też album zatytułowany "Snow Bound" (2018). Nie miałem jeszcze czasu by wgryźć się w zawartość tej płyty i ocenić jej walory, ale czy pod tak piękną okładką może kryć się zła muzyka? Niby może, ale jakoś w to nie wierzę. Nim jednak zatopię zęby w tym materiale minie pewnie nieco czasu bowiem w kolejce do odtwarzacza czekają już takie albumy jak "Personnel" (2005) grupy The Floor, "Nocturnal Koreans" (2016) Wire czy choćby "Piękny jest świat" (2020) 1984. To jednak tylko niewielki wyciąg z tego czego wkrótce dane mi będzie posłuchać bo pełna lista płyt jest jak zwykle dużo, dużo dłuższa. Nie ma jednak co kręcić nosem bo przecież od przybytku głowa nie boli. Tak przynajmniej mówią.


Jakub Karczyński

10 maja 2021

KLAUS MIT FOCH - MORDOPLAN (1988)


Beztytułowy album wrocławskiej grupy Klaus Mitffoch to niezaprzeczalnie jedna z najważniejszych płyt w całej polskiej fonografii. Pozostaje żałować, że tak zwanej pary starczyło tylko na jedną płytę bo po jej nagraniu z zespołu odszedł jej filar czyli Lech Janerka. I w zasadzie ta historia mogłaby się na tym zakończyć lecz nie każdy wie, że miała ona jednak swój ciąg dalszy. Mało tego, została nawet udokumentowana płytą o jakże wdzięcznej nazwie "Mordoplan" (1988). Co prawda nazwa grupy została nieco zmodyfikowana, a i muzyka uległa drobnym zmianom lecz nie na tyle drastycznym by zniechęcić dawnych fanów. Pomimo tych zmian, muzyka wciąż potrafiła się obronić bez większego trudu. Niestety, za galopującymi nutami nie podążyła warstwa tekstowa, która wydatnie obniża loty tego wydawnictwa.

Nie ma jednak co się czarować, "Mordoplan" nie okazał się być nowym początkiem, a i kijem Wisły nie zawrócił. W starciu ze swym starszym bratem tym bardziej nie miał żadnych szans. Nie ta liga. Czy jednak oznacza to, że to zły album? Nic z tych rzeczy. On jest po prostu inny. I tak też w zasadzie powinniśmy do niego podejść, zdejmując z jego barków ciężar oczekiwań. Próżno bowiem szukać tu tej inteligentnej zabawy słowem jaka emanowała z tekstów popełnionych przez Janerkę oraz jego żonę. "Mordoplan" w tym względzie może rozczarowywać, bowiem teksty są raczej mało wyszukane i nie tną już przestrzeni ostrzem ponurej oraz gorzkiej satyry. Także muzyka nabrała nieco innych barw. Jej temperatura opadła i to nawet dość drastycznie przez co upatruje się w tym materiale pierwszego wydawnictwa spod znaku zimnej fali nagranej w naszym kraju. Czy tak w istocie jest nie śmiem rozstrzygać bowiem znajduję w sobie tyleż samo argumentów za co i przeciw tej tezie. Nie to jest jednak najważniejsze, a sama muzyka jaka została zgromadzona na tym wydawnictwie. Na pierwszy ogień otrzymujemy nagranie tytułowe, które emanuje aurą niepokoju i zdaje się kontynuować podróż z miejsca, w którym zakończył ją Lech Janerka. Ten ostatni akord z debiutu (Strzeż się tych miejsc) pobrzmiewa więc jeszcze w Mordoplanie, ale szybko wygasa i próżno go szukać w kolejnych kompozycjach. Obłudni idole za sprawą tekstu robią dziwaczne wrażenie. Tak jakby zespół próbował zbudować się na nowo, ale nie za bardzo miał na siebie pomysł. Muzycznie wszystko bez zarzutu, ale pustki po tekstach Janerki nie dało się tak łatwo zasypać. Odnoszę wrażenie, że czasem sam zespół nie za bardzo wie o czym śpiewa, a gdy już znajduje temat to nie zawsze są to rzeczy, o których chcielibyśmy słuchać (Ostatnie wakacje. Salmonello nie kocham cię). Gdy już zdaje się, że oto wreszcie trafiło się nam coś ciekawego jak w kompozycji Ze wsi do miast szybko zostajemy sprowadzeni do parteru. Temat masowej migracji ludzi ze wsi do miast został właściwie tylko wyartykułowany, a przecież można z tego było wycisnąć o wiele więcej. No chyba, że grupa wzorem Siekiery stawia na minimalizm słowny, ale nawet jeśli taki był zamysł to nie robi on aż tak wielkiego wrażenia. Owszem zdarzają się też i lepsze fragmenty, ale trzeba ich solidnie wypatrywać niczym bursztynów na przekopie Mierzei Wiślanej. Szkoda więc, że urobek z tego nie jest tak imponujący jak mógłby być gdyby więcej uwagi poświęcono stronie literackiej bo muzycznie wszystko się na tej płycie zgadza.

Jaki jest więc ten "Mordoplan"? Nie aż taki straszny jak go malują, ale też daleko mu do wybitności. Po rozstaniu z Lechem Janerką chyba nikt nie spodziewał się, że łatwo będzie wypełnić ten wakat. Nie zważając na przeciwności, pozostali muzycy (Wiesław Mrozik, Marek Puchała) zdecydowali się podnieść tę rękawicę rzuconą im pod nogi przez los. W buty po byłym liderze próbował wpasować się Zbigniew "Golden" Kapturski znany wcześniej z działalności w Noah Noah, a gitarę basową powierzono w ręce Jacka Fedorowicza. Na plus należy zapisać grupie, że nie próbowała na siłę kopiować samej siebie tylko wyznaczyła sobie nowy kurs. Wydaje się to najrozsądniejszym rozwiązaniem, ale jak widać nie zawsze przynosi to oczekiwany rezultat. Pomimo tego że nie udało się wzlecieć na muzyczny szczyt, ani też zapisać złotymi zgłoskami kart polskiej fonografii to i tak należą im się brawa. Mieli w sobie odwagę by podjąć się tej trudnej misji, a przecież do odważnych świat należy choć jak uczy życie nie zawsze się wygrywa.

Jakub Karczyński