22 kwietnia 2016

THE MOON AND THE NIGHTSPIRIT


Jeden z pierwszych wpisów na tymże blogu, poświęciłem węgierskiej grupie The Moon And The Nightspirit. Odkryłem ją przypadkiem. Posłuchałem kilku płyt jakie udało mi się zdobyć i skrzętnie zanotowałem zespół w pamięci. Mijały lata, płyty na półce pokrywał kurz, lecz pamięć o grupie wciąż tliła się w zakamarkach mojej głowy. Przyszedł jednak czas by zdmuchnąć kurz i przypomnieć sobie te pogańskie nuty. Co jest tego powodem? Ten węgierski duet, sięgający w swej twórczości po elementy kultury pogańskiej jak i tradycję swego rodzinnego kraju, zawita niebawem do Polski na trzy koncerty. Zagrają w Krakowie (13.05.), Poznaniu (14.05.) oraz w Warszawie (15.05.). Będzie więc okazja do sprawdzenia jak wypadają na scenie. Cieszę się niesamowicie, bo w najśmielszych snach nie przypuszczałem, że dane mi będzie obejrzeć koncert tej grupy. Mało tego, nie sądziłem nawet, że zawitają do Polski, a co dopiero do Poznania. Ot widać, szczęście się czasem do człowieka uśmiechnie. O samym koncercie dowiedziałem się przez zupełny przypadek, przeglądając Internet. W mieście bowiem próżno szukać plakatów informujących o tym wydarzeniu. Być może gdzieś w obrębie samego klubu wisi jakaś informacja, ale tam się akurat nie zapuszczałem. Szkoda, bo może to istotnie wpłynąć na frekwencję, a przecież żaden artysta nie lubi grać do pustej sali. Rozumiem, że zaważyły na tym względy finansowe. Ktoś przecież musi wyłożyć pieniądze na stół, aby duch się zmaterializował. Stąd też na plakaty mogą liczyć wyłącznie artyści o uznanych nazwiskach, a ci niszowi muszą niestety obejść się smakiem. Postanowiłem więc dorzucić swoje trzy grosze i poinformować kogo się da o nadchodzącej trasie The Moon And The Nightspirit. Być może kogoś ten występ zainteresuje, a może postanowi wybrać się w ciemno by odkryć dla siebie coś nowego. Bilety nie są drogie, więc warto dać grupie szansę. Miłośnicy muzyki tradycyjnej/folkowej powinni być wniebowzięci. Polecam sprawdzić, kędy wieje pogański duch. 

Jakub Karczyński

16 kwietnia 2016

DZIŚ RECORD STORE DAY

Dziś Record Store Day więc wyjdźcie z domu i dajcie sygnał niezależnym sklepom płytowym, że Wam na nich zależy. Otwórzcie portfele, portmonetki lub po prostu wyciągnijcie kartę płatniczą i kupcie sobie czego dusza zapragnie. Nie musicie się ograniczać, możecie zaszaleć, bo jeśli nie dziś to kiedy? W stacjonarnych sklepach, odnajdziecie zapewne niejeden skarb, za którym uganialiście się od dłuższego czasu. Kto wie, może i cena Was przyjemnie zaskoczy. Sprawdźcie gdzie w Waszym mieście są takie sklepy, albo po prostu znajdźcie miejsce, w którym to celebrowany będzie ten dzień. Podzielcie się później zdjęciami, nie tylko upolowanych płyt, ale i miejsc, które odwiedziliście. W Poznaniu, głównym punktem jest skwer przy ulicy Garncarskiej, na którym to znajdziemy stoiska z winylami i płytami CD. Warto zabrać tam ze sobą nawet osoby, które niekoniecznie interesują się muzyką, bo organizatorzy zadbali o liczne atrakcje. Poza płytami, będą tam też stoiska z rękodziełem, porcelaną, ubraniami i torbami. Nawet głodni i spragnieni znajdą tam ratunek. Nie ma to co prawda za wiele wspólnego z Record Store Day, ale może przyciągnie większą liczbę osób. Grunt by czarnego i srebrnego złota nie zabrakło. Imprezy imprezami, ale pamiętajcie, że w tym dniu najważniejsze są niezależne sklepy płytowe. Record Store Day to ich święto. To one mają zyskać najwięcej. Bez Waszego udziału nie uda się ich utrzymać. Idźcie więc w miasto, wspierajcie je i celebrujcie ten dzień.

Jakub Karczyński
 

14 kwietnia 2016

PET SHOP BOYS "SUPER" (2016)

Zespoły z długoletnim stażem nie mają łatwego życia. Ich dorobek twórczy może i budzi szacunek, ale nie w oczach i uszach młodego pokolenia. Oni mają swoich bohaterów. Nie w głowie im słuchanie muzyki artystów, wywodzących się z generacji ich rodziców. Próżno więc liczyć na lajka na FB, wrzucając teledysk ze "starym dinozaurem". Dziś imponuje to co niszowe, nowoczesne i przede wszystkim młode. Co zatem mają robić twórcy, dla których młodość to już tylko wspomnienie? Skoro nie są młodzi, bogaty dorobek wyklucza ich z grona artystów niszowych, to pozostaje im już tylko postawienie na nowoczesność. Niby logiczne to i zrozumiałe, ale nie zawsze droga ta prowadzi na artystyczny szczyt. Przekonało się o tym swego czasu Duran Duran ("Red Carpet Massacre" [2007]), niedawno New Order ("Music Complete" [2015]), a od paru lat, ścieżką tą podąża także Pet Shop Boys. Ich poprzedni album "Electric" (2013) był tak koszmarny, że nie dało się go wprost słuchać. Kanciasta elektronika, aż raniła uszy i infekowała mózg. Płyta była tak zła, że należałoby ją czym prędzej zutylizować, a osobom, które ją nabyły, wypłacić jakieś zadośćuczynienie za nadszarpnięte nerwy. Już na albumie "Elysium" (2012) było słychać spadek formy kompozytorskiej, ale niemniej wciąż brzmiał on jak stary, dobry Pet Shop Boys. Po wysłuchaniu "Electric", trudno było o takie komplementy. Nie powinno więc dziwić, że do nowego albumu podchodziłem nieufnie niczym pies do jeża. Postanowiłem jednak zaryzykować, przez wzgląd na dawne czasy.

Serce mogło zadrżeć na wieść, że produkcji ponownie podjął się Stuart Price, odpowiedzialny za brzmienie płyty "Electric". Co skłoniło grupę do dalszej współpracy, tego nie wiem. Być może był to fakt, że album "Electric" został wysoko oceniony przez krytyków (gdzie oni mieli uszy?), a także zajął trzecie miejsce na brytyjskiej liście najlepiej sprzedających się albumów. Był to najlepszy wynik od 1993 roku. Album "Super" (2016) powtórzył ten wynik oraz zebrał równie wysokie noty wśród dziennikarzy muzycznych. Jaka jest więc ta płyta? Po ogromnym rozczarowaniu jakim było "Electric", przyjąłem nowy album z pewnym uczuciem ulgi. Na szczęście natężenie tej koszmarnej elektroniki jest zdecydowanie mniejsze, co nie znaczy, że wyzbyto się jej całkowicie. Nie oznacza to też, że grupa powróciła do swoich starych szat, w których to najbardziej jej do twarzy. Wciąż wyczuwa się tu ten nowoczesny blichtr produkcyjny, mający zawrócić w głowach młodemu pokoleniu. Pierwsze włosy z głowy, można rwać już co prawda na samym początku płyty (Happiness), ale warto dać szansę tej płycie, bo jest na niej kilka interesujących momentów. No właśnie, jeszcze kilkanaście lat temu Pet Shop Boys nagrywała porywające albumy, dziś stać ich już tylko na pojedyncze piosenki. Szkoda, bo mając w pamięci takie albumy jak "Fundamental" (2006) czy "Yes" (2009), aż łezka się w oku kręci. O ile jestem jeszcze w stanie zaakceptować takie nagrania jak The Pop Kids, to już łomot jaki serwują nam panowie w Twenty-Something czy Groovy jest już na granicy dobrego smaku. Największe kuriozum stanowi za to Pazzo!, które brzmi niemal identycznie jak Tutti Frutti z ostatniego albumu New Order. Znać tą samą producencką łapę. Żeby nie było, że tylko krytykuję, to skupię się teraz na zaletach płyty, których nie jest znowu aż tak wiele. Moje ucho przyjaźniej zareagowało na pięć z dwunastu utworów. Wspomniałem już o The Pop Kids, w którym to spodobał mi się ten z lekka sentymentalny tekst. To takie spojrzenie wstecz i miły ukłon w stosunku do fanów, którzy pamiętają początki działalności tego duetu. Na słowa pochwały zasłużył też The Dictator Decides, który jest takim oddechem po wcześniejszym łomocie. Najlepsze wrażenie robią jednak dynamiczne Undertow, balladowe Sad Robot World (tak, takie PSB kochamy) oraz zamykający płytę Into Thin Air. To one utwierdzają mnie w przekonaniu, że nie wszystko jeszcze stracone. Pomimo tej nowoczesnej tkanki, która oplata coraz silniej Pet Shop Boys, cały czas wyczuwam tego starego ducha, który wepchnięty brutalnie do szafy, nie daje nam o sobie zapomnieć. Szkoda, że ten głos jest coraz mniej słyszalny, ale wierzę, że jeszcze doczekamy się płyty, przy której żywiej zabiją nasze serca.

Za podsumowanie niech posłuży mój komentarz z FB, gdzie wrzucając fotografię nowej płyty Pet Shop Boys, opatrzyłem ją tekstem - "nie takie znów super". W mojej opinii jest to występ poniżej oczekiwań i co tu dużo mówić, nadszarpujący dobre imię duetu. Mam nadzieję, że kolejna płyta przypomni nam za co tak naprawdę kochamy Pet Shop Boys.

Jakub Karczyński

3 kwietnia 2016

NIEMIEC TO MA GEST

Historia, którą przytoczę poniżej, ma ścisłe powiązanie z poprzednim wpisem, a dotyczy płyty "Fate" Eyes Of The Nightmare Jungle. Otóż wszedłem w jej posiadanie szybciej, niż bym się spodziewał. Z pomocą przyszedł jak zwykle Internet, a także szwagier, który nie pierwszy już raz sprowadzał dla mnie płyty spoza granic naszego kraju. I nie byłoby w tym nic niezwykłego, czemu warto by poświęcić wpis. Ot kolejny zakup na portalu aukcyjnym, wysyłka towaru i radość płynąc z odsłuchu. Tyle tylko, że tym razem do wspomnianych elementów, dołączyło jeszcze zaskoczenie. Zacznijmy jednak od początku. Wytropienie owej płyty nie nastręczyło mi specjalnych problemów. Trzeba było tylko wybrać najlepszą ofertę i dokonać zakupu. Selekcja przebiegła sprawnie i bez bólu głowy, więc szybko też przystąpiłem do kolejnych kroków. Po dokonaniu płatności, należało już tylko oczekiwać na dostarczenie płyty. Tym razem album miał nadejść od naszych sąsiadów, którzy słyną z punktualności, słabości do piwa i pewnego pana ze śmiesznym wąsikiem, który bynajmniej nie dostarczył światu powodów do śmiechu. Zostawmy to jednak, bo nie o rozgrzebywanie ran tu idzie. Album zgodnie z niemieckimi standardami, dotarł błyskawicznie do miejsca swego przeznaczenia. Nadano go w Stelle, mieście leżącym niedaleko Hamburga i wchodzącym w skład Dolnej Saksonii. Kiedy paczka trafiła do mych rąk, z początku nie wzbudziła mego podejrzenia. Ot porządnie zapakowana i zabezpieczona przesyłka. Dopiero po jej otwarciu okazało się, że zamiast jednej są aż trzy płyty !!! Do jednej z nich przylepiona była karteczka z odręcznie narysowaną uśmiechniętą buźką. Trudno było nie odwzajemnić uśmiechu, zwłaszcza, że coś takiego zdarzyło mi się po raz pierwszy, a przecież trochę tych płyt już się nakupiło. Poza wspomnianym albumem Eyes Of The Nightmare Jungle, otrzymałem także debiut Type O Negative "Slow, Deep And Hard" (1991) oraz koncertowe DVD z różnej maści szatanami (czyt. zespoły metalowe). Ktoś powie, że dla takiego Niemca, zakup płyty to żaden wydatek. Oni przecież wchodząc do sklepu kupują na koszyki, a nie jak u nas na sztuki. Może nieco przesadziłem, ale wiadomo o co chodzi. Niemniej, nawet jeśli nie stanowi to dla nich specjalnego obciążenia finansowego, to przecież i tak najważniejszy jest gest. Przecież mógł wysłać tylko to za co zapłaciłem, a jednak postanowił inaczej. Muszę przyznać, że niezwykle mnie to ujęło i już myślę nad formą rewanżu. Ciekawe jaką zrobi minę, gdy znienacka otrzyma przesyłkę z Polski. Kto wie, być może to początek jakiejś międzynarodowej znajomości.

Jakub Karczyński