26 czerwca 2021

DEKADA


W dniu 23 czerwca minęło równo dziesięć lat, gdy zabrałem się za redagowanie tego bloga. Szmat czasu, choć pamiętam dokładnie ten dzień, gdy z ekscytacją przystępowałem do pierwszych wpisów. Głowa pełna pomysłów i chęci by podzielić się tym co mi w duszy gra. A grało bardzo wiele choć przez te dziesięć lat sporo rzeczy straciło dla mnie swój blask. Pisałem już wcześniej, że jakoś tak całkowicie odeszła mi ochota na słuchanie rocka progresywnego, a i rock gotycki stał się jakiś taki sztampowy. Gdy posłuchałem sobie w ostatnim czasie grupy Inkubus Sukkubus nie potrafiłem już odnaleźć w sobie tych dawnych emocji. Poza tym zauważyłem, że cała ta stylizacja trąci jednak kiczem, stąd też bliżej mi dziś do nurtu post punk niż goth. Mniej też słucham muzyki folk choć w dalszym ciągu ją lubię. Niestety nie przekłada się to w żaden sposób na wpisy albowiem brak we mnie chęci by zająć się tym tematem, a nie lubie robić niczego na siłę. Pisanie musi być przyjemnością, a nie uciążliwym obowiązkiem. Tego się trzymam i może właśnie dzięki temu wciąż mam chęć by tworzyć kolejne posty. 

Gdy tak spoglądam sobie na wpis inicjujący działalność niniejszego bloga, to dochodzę do wniosku, że udało mi się w dużej mierze wywiązać z założeń jakie sobie postawiłem. Może jedynie zbyt rzadko pochylałem się nad naszym rodzimym dorobkiem za co serdecznie przepraszam tak czytelników jak i samych artystów. 

To z czego jestem naprawdę dumny to z grona czytelników, które choć może niezbyt liczne, ale za to takie o jakie mi chodziło. Przez te dziesięć lat nie napotkałem tu żadnego niemiłego wpisu nie mówiąc już o zwykłym hejterstwie. Nawet jeśli ktoś miał odmienne zdanie to potrafił to wyartykułować w sposób kulturalny i wyważony. Cieszy mnie to bo od samego początku zakładałem, że blog ten będzie miejscem wymiany poglądów, opinii jak i rekomendacji muzycznych. Warunkiem jest wzajemny szacunek tak do osób jak i poglądów. Nie wyobrażam sobie takiej sytuacji by zablokować czytelnikom możliwość komentowania postów lecz obraźliwe wpisy będą niezwłocznie kasowane. Cieszę się, że póki co nie musiałem uciekać się do tego środka. Czytelnik to najważniejsze ogniwo, bez niego pisanie nie ma większego sensu. Każda informacja zwrotna jest więc dla mnie na wagę złota. To właśnie Wasze komentarze są siłą napędową tego bloga. Poza tym wymiana informacji nadaje odpowiedniego kolorytu i czyni to miejsce żywym. Można co prawda pisać dla samego pisnania bez oglądania się na czytelników, ale gdyby tak było to z pewnością dziś nie świętowałbym tu dziesięciolecia. Czego więc sobie życzyć na kolejne dziesięć lat? Przede wszystkim weny jak i nieprzemijającej pasji tak do muzyki jak i płyt.

Jakub Karczyński

PS Obraz wykorzystany w tym wpisie to jak zwykle niezawodny Caspar David Friedrich i jego "Zachód słońca", którego czasem możecie spotkać pod nazwą "Bracia". Aby go obejrzeć musicie udać się do Petersburga, gdzie jest eksponowany w państwowym muzeum o nazwie Ermitaż.

18 czerwca 2021

STATEK WIDMO


Nie wiem czy jest sens podniecać się kolejnym odcinkiem telenoweli pod tytułem "Nowy album The Cure", bo jak pokazuje życie niewiele się w tej materii dzieje. Smith co jakiś czas wyskakuje niczym klaun z pudełka i raczy nas kolejnymi rewelacjami, a potem następuje cisza, która trwa do momentu, aż ktoś nieopatrznie potrąci to pudełko. Czy ktoś przypuszczał, że po wydaniu "4:13 Dream" cisza wydawnicza będzie, aż tak przeraźliwie długa? Osobiście uważam, że The Cure zaprzepaścili już swoją szansę na nagranie interesującej płyty. Im więcej kombinowania, poprawiania i cyzelowania tym gorszy efekt końcowy. Powtórzę to o czym już pisałem, że niegdyś grupa wydawała płyty co rok i były to dzieła, które zapisały się złotymi zgłoskami w historii muzyki. Może powinni byli dać sobie spokój z nagrywaniem po wydaniu płyty "Bloodflowers" (2000) tak jak zapowiadał Smith. Z pewnością było to piękne pożegnanie, takie, które pozostawia w pamięci miłe wspomnienia. Kolejne płyty raczej rozczarowywały i pozostawiały słuchacza w poczuciu niedosytu więc czy zapowiadany album ma szansę to zmienić? Wątpię, choć jako fan czekam i nie tracę nadziei. Podsumujmy zatem jak w rasowej telenoweli co wydarzyło się w poprzednich odcinkach. Tuż po wydaniu "4:13 Dream" Smith informował, że w planach ma wydanie kolejnego albumu, którego roboczy tytuł brzmiał "4:14 Scream". Jak się okazało nic z tym zapowiedzi nie wyszło, a powodem miał być fakt, że w międzyczasie zmienił się skład grupy i Smith nie chciał wydawać czegoś w co nie byli zaangażowani obecni muzycy. Poza tym The Cure wdał się w proces sądowy z Geffen Records bowiem ci nie zezwolili na to by album "4:13 Dream" był wydawnictwem dwupłytowym tak jak wymarzył sobie Smith. Geffen miał ponoć zażądać wszystkich nagrań z sesji "4:13 Dream" by ustrzec się przed upublicznieniem tych nagrań przez zespół, na co Smith pokazał im środkowy palec. Następnie Smith pojawiał się w roli gościa dając sygnał, że wciąż jeszcze nie złożył broni choć efekty tych kolaboracji były raczej takie sobie. W 2018 gruchnęła informacja o planach wydawniczych The Cure, które miały dać nam materiał osnuty mrokiem, gdzie czas kompozycji oscylował niekiedy wokół dziesięciu minut. Od tego czasu minęły już trzy lata, a albumu jak nie było tak nie ma. Niedawno znów ktoś wypuścił klauna z pudełka bo na łamach "The Sunday Times" Smith zwierzył się, że jest już wyczerpany procesem twórczym i przewiduje, że będzie to ostatni album The Cure. Tych ostatnich płyty już w karierze zespołu kilka było, ale szczerze mówiąc mam nadzieję, że tym razem tak faktycznie się stanie. Robert widać już nie ma pary by ciągnąć ten statek więc niech zawija do portu i skupi się na koncertach. I nie piszę tego złośliwie lecz z sympatii dla zespołu, który było nie było miał ogromny wpływ na moją wrażliwość muzyczną. Panie Smith, ma pan jeszcze dość siły na ten ostatni, szalony zryw?


Jakub Karczyński


PS Obraz wykorzystany w niniejszym wpisie jest autorstwa Williama Turnera.

07 czerwca 2021

PAN X


Aż nie chce się wierzyć, że są jeszcze tacy wykonawcy, którzy nie funkcjonują w przestrzeni interenetowej lub są tak głęboko w niej zakopani, że dotrzeć może do nich tylko jakaś grupa zapaleńców. Jako miłośnik muzycznej archeologii co jakiś czas natykam się na płyty, których nie tylko nie uświadczymy w serwisach streamingowych, ale też próżno szukać ich i na kompakcie. Pozostaje stara, wysłużona płyta winylowa, która pomimo upływu tylu lat wciąż potrafi zabrzmieć wyjątkowo pięknie. W swych zbiorach mam kilka takich perełek jak choćby Blue In Heaven, Crashblack Big Orange, Sammie America's MAM czy mój ostatni nabytek w postaci grupy Comrad. Każde z tych wydawnictw zasługuje z pewnością choćby na krótką notkę, ale dziś chciałbym się skupić na grupie Comrad, o której to mógłbym napisać, że "wiem, że nic nie wiem". Nawet wszechwiedzący wujek Google nic na jej temat nie był mi w stanie powiedzieć więc jeśli jesteście mądrzejsi w tej materii od rzeczonego wujka to nie skąpcie informacji w komentarzach. Zajrzałem także do "Wielkiej Rock Encyklopedii" Wiesława Weissa, która to jest opracowana w sposób niezwykle skrupulatny i rzeczowy, ale nawet tam próżno szukać informacji o tejże grupie. To co wiadomo na pewno to fakt, że album "Periods Of Excitement" (1988) jest jedynym albumem jaki powstał pod tym szyldem. Dla dociekliwych kolekcjonerów pozostaje jeszcze co prawda winylowy singiel, ale nie zawiera on w sobie nic czego byśmy nie słyszeli na "Periods Of Excitement".  A czego można się tutaj spodziewać ? Z pewnością możecie liczyć na sporą dawkę mroku, transu jak i na wiele muzycznych rozwiązań, które dalekie są od sztampowego schematu kompozycyjnego znanego z tradycyjnych piosenek. Tu nikt nie zwraca sobie głowy podziałem na zwrotki i refreny. Muzyka po prostu płynie, wciągając nas z każdą chwilą coraz głębiej i głębiej, aż osiągamy punkt zza którego nie ma już bezpiecznego powrotu. Przypomina to kręcący się liść na orbicie wiru. Nie ma więc większego sensu się opierać, lepiej poddać się tym dźwiękom i czerpać z nich przyjemność. Sama muzyka to taka wypadkowa stylów synth pop i post punk dzięki czemu tworzy nam się nowa muzyczna jakość. Ktoś powie, że takie fuzje to nic nowego i będzie miał sporo racji, ale Comrad nie są jak inni, zresztą posłuchajcie sami.

 


Wyjątkowość tej płyty polega przede wszystkim na nieszablonowej konstrukcji kompozycji, które wyszły spod ręki kogoś kogo trudno posądzić o ograniczoną wyobraźnię. Widać, że twórca nie skupia się na powielaniu schematów lecz raczej wyprawia się w podróż w nieznane z ekscytacją wyglądając nowych dróg. Bardzo lubię takie płyty, gdy nie ma się pewności co wydarzy się za chwilę. Podobna wrażliwość przyświecała grupie The Wolfgang Press, której poświęciłem swego czasu nieco uwagi na łamach "Czarnych słońc". Wiem, że to zaledwie kropla w morzu potrzeb, ale  przyjdzie czas by zrecenzować jeszcze ich dorobek. Tymczasem powracam do słuchania płyty "Periods Of Excitement" do czego również serdecznie zachęcam. Materiał dostępny jest chyba tylko i wyłącznie za pośrednictwem YouTube lub jeśli ktoś ma, to może zasmakować tej przyjemności wprost z płyty winylowej.


Jakub Karczyński