26 grudnia 2025

TEDDY (1960 - 2025)


Nie planowałem już niczego publikować w tym roku, ale informacja jaka do mnie niedawno dotarła, wymusiła na mnie niejako ten wpis. W dniu 26 grudnia odszedł od nas Perry Bamonte, gitarzysta i klawiszowiec związany z The Cure. Miał on swój wkłada w takie albumy jak "Wish" (1992), "Wild Mood Swings" (1996), "Bloodflowers" (2000) czy "The Cure" (2004). Lubiłem jego gitarę w The Cure, a i wizerunkowo pasował do zespołu dużo lepiej niż Reeves Gabriels. Gdy byłem niedawno na kinowej premierze koncertu "The Show Of The Lost World", zwróciłem uwagę na rzecz, która chyba umknęła uwadze większości odbiorców. Gdy Robert z Simonem władali sceną, skupiając na sobie uwagę publiczności, a Gabriels krzesał ogień z gitary, w kącie sceny niemal niewidoczny Perry był cieniem samego siebie. Stał smutny, nie nawiązywał kontaktu z publicznością i co istotne, dogrywał partie głębokiego tła. Dźwięki niemal niezauważalne. Pomyślałem sobie, że to cholernie smutne. Byłem nawet nieco zły na zespół, że tak go potraktowali. Choć na scenie odbywał się show, ja uparcie powracałem myślami do Perry'ego. Starałem wyłowić się te nieliczne fragmenty, gdy kamera łapała go w kadr i zachodziłem w głowę czemu taki smutek bije z jego twarzy. Wtedy nawet przez myśl mi nie przeszło, że oglądam go po raz ostatni. Nie zdawałem sobie sprawy, że chorował. Zresztą w komunikacie jaki pojawił się w sieci pisano, o krótkiej chorobie. Czy będąc tam na scenie już o niej wiedział czy frapowały go inne sprawy? Tego nie wiem, ale przykro było patrzeć jak człowiek, który niegdyś definiował brzmienie zespołu, niknie w mroku. Zapamiętajmy go jednak takiego jakim był w teledysku do Friday I'm In Love, bo z tego co piszą osoby, które go znały, ten obraz jest bliższy prawdy. Spoczywaj w pokoju "Teddy".


Jakub Karczyński  

22 grudnia 2025

ZNAK CZASÓW


Ostatnie dni tego roku upływają mi na słuchaniu muzyki. Przedzieram się przez wszystkie te starocie, które udało mi się wygrzebać tak w sklepach stacjonarnych jak i w internecie w minionych dwunastu miesiącach. Nowości? Tego akurat u mnie niewiele. Myślę, że dałbym radę je zliczyć na palcach obu rąk. Jakoś nie mam potrzeby gonić za nowościami, ale też specjalnie się przed nimi nie wzbraniam. Jak się  przytrafią to dobrze, a jeśli nie przetną mego muzycznego szlaku, to też nic złego się nie stanie. Może po prostu muszą poczekać na bardziej dogodną chwilę, gdy poczuję wewnętrzną potrzebę by wziąć je na cel. Póki co, o wiele bardziej cieszą mnie takie strzały jak dwie pierwsze płyty True Sound Of Liberty, debiut Comsat Angels, który to właśnie został wznowiony, czy creme de la creme w postaci płyty "Disconnected" (1980) Stiva Batorsa czyli jedynego solowego albumu jaki powstał za życia Batorsa. Jego artystyczny żywot został zakończony w Paryżu, gdzie Stiv jadąc motocyklem został potrącony przez samochód. Sądząc, że nie odniósł poważniejszych ran, udał się do domu, w którym to zmarł we śnie, na skutek urazu mózgu. Miał zaledwie czterdzieści lat i zapewne wiele muzycznych planów przed sobą. Życie pisze jednak czasami takie scenariusze, do których nigdy nie chcielibyśmy zaglądać. A jednak powstają, czy nam się to podoba czy nie. 

Idźmy jednak po śladach żywych. Jak pewnie zauważyliście od pewnego czasu mam zajawkę na muzykę grupy True Sound Of Liberty. Algorytmy facebookowe musiały jakoś się o tym dowiedzieć, bo podsunęły mi pod nos ofertę najnowszego numeru "Chaos w mojej głowie". To fanzin z kręgów anarcho-punkowych, piszący nie tylko o muzyce, ale i sprawach społecznych. Wydany jest on w naprawdę imponującej formie. Ponad 200 stron formatu A4, gęstej od treści, musi robić wrażenie i robi. Spokojna głowa, "Czarne słońca" nie staną się stroną poświęconej muzyce hc punk. Po co więc zakupiłem tego zina? To co przyciągnęło mój wzrok to informacja o gruntownym omówieniu dyskografii T.S.O.L. oraz wywiad z Jackiem Grishamem, pierwszym wokalistą grupy. Wyskoczyłem więc z pięćdziesięciu złotych by móc zagłębić się w lekturze. Gdy odebrałem przesyłkę przypomniałem sobie czasy, gdy kupowałem fin zine Cold, który do dziś darzę wielkim uznaniem. Żałuję, że jego czas dobiegł już końca. Brakuje mi obecnie takiego fan zinu, omawiającej zarówno dorobek legendarnych kapel post punkowych jak i trzymający rękę na muzycznym pulsie współczesności. Zespołów przecież nie brak. Mało tego, uważam, że scena ta stała się w ostatnich latach dużo aktywniejsza. Na koncertach widać sporo młodych ludzi, którzy szczelnie wypełniają klubowe przestrzenie. Pytanie tylko jakie ma to przełożenie na zakup płyt i fan zinów.  Tu już chyba nie jest tak kolorowo. Drukowany fan zin w dobie internetu nie jest już chyba na tyle atrakcyjny dla młodych ludzi by się o niego zabijać. Teraz przecież wszystkie informacje na wyciągnięcie ręki, a przecież nie zawsze tak było. Pokolenia dorastające w latach osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych, doskonale pamiętają, że podstawowym źródłem informacji była prasa, ziny, radio lub wiadomości przekazywane sobie z ust do ust. Pamiętacie z jakim namaszczeniem traktowało się każdy zdobyty fan zine, gazetę czy też płytę? Przypominało to trochę obcowanie z największą świętością tego świata. A dziś? Czy jest jeszcze miejsce dla drukowanych zinów? Choć serce pragnie udzielić twierdzącej odpowiedzi, to głowa podpowiada mi coś zgoła innego. Niemniej gdybym miał wokół siebie grono takich zapaleńców jak ja, to chętnie dołożyłbym swoje pióro do takiej inicjatywy. Tylko czy znalazłoby się tylu odbiorców, którzy byliby w stanie zapewnić zinowi egzystencję? Wątpliwa sprawa, zważywszy na fakt, że prasa jest dziś w tak wielkim dołku, że za moment poszczególne gazety zaczną machać nam białymi flagami na pożegnanie. Znak czasów. 

Przy okazji pozyskiwania kolejnych płyt True Sound Of Liberty wyzbierałem też muzyczne okruszki jakie rozsypały się wokół tej nazwy. Chodzi głównie o dorobek Grishama, który po odejściu z macierzystego zespołu realizował się w takich formacjach jak Tender Fury czy Joykiller. Zrobiłem szybki rekonesans po Allegro i wyłowiłem za grosze drugi album Tender Fury zatytułowany "Garden Of Evil" (1990), a także płytę "Static" (1996) Joykiller czyli kolejnej formacji, którą stworzył Grisham po rozpadzie Tender Fury. Będą to zapewne ostatnie albumy, które dołączą do mojej kolekcji w tym roku. Teraz tylko trzeba znaleźć nieco czasu na ich przesłuchanie.

Na koniec chciałbym życzyć Wam radosnych świąt, spędzonych w gronie najbliższych. Spożytkujcie dobrze ten czas, ciesząc się swoją obecnością, rozmawiając o rzeczach, na które nie znajdujemy czasu w przeciągu roku. Nie zapomnijcie o dobrej muzyce, ciekawej lekturze, którymi można urozmaicić sobie święta w czasie wolnym od rozmów. Niech te ostatnie dni roku przyniosą Wam odrobinę wytchnienia i relaksu, na który to z pewnością każdy z nas zasłużył. Wesołych Świąt !!!  


Jakub Karczyński

08 grudnia 2025

DZIEWICA KONSEKROWANA


WOW!!! Taka mniej więcej myśl zaświtała w mej głowie, gdy rozpakowałem przesyłkę nadaną w ostatnich dniach listopada z Londynu. Lądyn? Nie ma takiego miasta. Jest Lądek, Lądek Zdrój ... U nas nie ma, ale w Anglii już jak najbardziej i w owym mieście, na 75 Berwick Street, mieści się pewien sklep. Zwie się Sister Ray, a w ofercie jego muzyka zaklęta w winylowych i plastikowych nośnikach. Jeden ze srebrnych dysków wylądował niedawno u mnie. Paczkę dostarczył pod drzwi listonosz, inkasując jedenaście złotych i pięćdziesiąt groszy. Niemal mnie przepraszał wzrokiem za tę opłatę, ale przecież to nie jego wina, lecz wszystkich tych Anglików, którzy wspaniałomyślnie postanowili wyjść z Unii Europejskiej. Chyba nie do końca zdawali sobie sprawę z tego co robią, bo dziś nastroje na Wyspach dalekie są od entuzjazmu. Zostawmy jednak politykę i wróćmy do zawartości przesyłki. Zastanawiacie się pewnie skąd u mnie ten entuzjazm po otwarciu paczki. Czy zaskoczyła mnie jej zawartość? Ani trochę, przecież doskonale wiedziałem co jest w środku. Moją uwagę zwróciło coś zgoła innego. Zanim do tego dojdziemy, cofnijmy się jednak nieco w czasie. Jak zapewne pamiętacie, w jednym z niedawnych wpisów dzieliłem się wrażeniami po odsłuchaniu albumu "Strange Love" grupy True Sound Of Liberty. Żaliłem się, że nie udało mi się pozyskać dwóch pierwszych płyt, od których to warto rozpocząć przygodę z tym zespołem. Długo nie musiałem jednak wylewać łez, bo zdobyłem oba wydawnictwa. Co prawda przesyła z Portugalii, w której wnętrzu tkwi debiut, jeszcze do mnie nie dotarła, ale za to angielska poczta spisała się na medal. Gdy już zajrzałem do wnętrza i wyjąłem płytę nie od razu zorientowałem się w czym rzecz. Dopiero chwilę później mój mózg skontaktował się z kim trzeba, aby w głowie zaświtała mi myśl: Ej, zaraz, zaraz. Ta płyta ma oryginalną folię. Mało tego, posiada nawet oryginalne zabezpieczenia antykradzieżowe z epoki, a do tego na froncie widnieje naklejka Tower Import Rock. Tak, tak, to był import zza wielkiej wody. Edycja, której stałem się dumnym właścicielem, powstała w Kanadzie. Szybki rzut oka na stronę Discogs, pozwoli wam uświadomić sobie fakt, że ten album przeleżał w dziewiczym stanie trzydzieści dwa lata !!! Aż, żal zrywać tę folię, ale pewnie na dniach przyjdzie mi to zrobić. Będę delikatny. Obiecuję.  


Jakub Karczyński  

05 grudnia 2025

UCIECZKA W CIEŃ


Niedawno trafiła w moje ręce instrumentalny album "Warm And Cool" (1992). Tom Verlaine zawarł na nim improwizowaną muzykę instrumentalną. Zabieg dość ryzykowny i już na starcie skazujący album na niszowość. Tak jakby artysta celowo usuwał się nim w cień. Przypomina to trochę solowy album Marka Hollisa, na którym to artysta zaprezentował tak minimalistyczną odsłonę swej muzyki, że słuchacz miał wrażenie, że każda kolejna nuta może być tą ostatnią. W przypadku płyty "Warm And Cool" odnoszę wrażenie jakby była to symfonia nie tyle znikania, ale wycofywania się w cień. Czyżby dopadło Toma rozczarowanie? Choć gitarzystą był nieprzeciętnym, to jednak na polu solowej twórczości, nigdy nie udało mu zdystansować sukcesów swojej macierzystej formacji (Television). Wszyscy doskonale pamiętają zjawiskową płytę "Marquee Moon" (1977), która do dziś dnia pozostaje niedoścignioną nie tylko w dyskografii grupy, ale i w ogóle w historii muzyki. Mając tego świadomość, trudno dziwić się artyście, że poszedł własną drogą nie oglądając się na rankingi popularności czy nawet słuchaczy. Tylko absolutna wierność swemu wewnętrznemu kompasowi dźwięków, mogła uczynić go artystą prawdziwie niezależnym. Wiązało się to rzecz jasna z działalnością skierowaną tylko do najzagorzalszych fanów. Tom nie szukał taniego poklasku, nie spoufalał się z młodymi, modnymi artystami, aby ogrzać się w ich blasku i przypomnieć o sobie nowemu pokoleniu. Słuchacze są więc skazani na odkrywanie go na własną rękę, co niekoniecznie musi być wadą, ponieważ samodzielne znaleziska docenia się jakoś bardziej. Pytanie tylko ilu takich śmiałków obierze ten kurs? Czy dotrą gdzieś dalej poza dorobek Television? Czy dane będzie im zdmuchnąć kurz z płyt Toma i posłuchać muzyki jak grała mu w sercu na początku solowej ścieżki, jak i tej, której poświęcił się w ostatnich latach życia? 

Podobnie jak większość słuchaczy, zanim zacząłem zgłębiać solową twórczość Toma, zaczynałem od płyt Television. Moja podróż nie zaczęła się od pomnikowego debiutu, lecz od płyty "Television" (1992). Dlaczego akurat od niej? To kwestia przypadku. W czasach studenckich zdarzało mi się pomagać właścicielowi sklepu płytowego, gdy ten chciał sobie odpocząć tak od pracy jak i od Poznania. Zostawiał wtedy swój sklep pod moją opieką. Możliwość wejścia w tak zwane buty sprzedawcy płyt, było dla mnie niczym spełnienie marzeń. Jako, że ruch był raczej niewielki, to miałem czas by przesłuchać sobie niektóre z płyt, które to ludzie oddawali w komis. Jedną z takich płyt był właśnie wyżej wspomniany album. Pamiętam, że spodobał mi się na tyle, że słuchałem go dość intensywnie przez kilka kolejnych dni. Największe wrażenie zrobiła na mnie kompozycja Call Mr Lee, która to śmiało mogłaby znaleźć na ich debiucie. To ta sama intensywność i poziom emocji ocierających się o twórczy geniusz. Nic dziwnego, że po jej wysłuchaniu dość szybko powziąłem decyzję o zakupie tej płyty. Zdecydowałem się jednak na nowy egzemplarz, gdyż ten komisowy, nie był w najlepszej kondycji. Zasiał on jednak w mym sercu ziarno, które wkrótce wydało plon. Kolejnym przystankiem w dyskografii grupy, jeśli wierzyć pamięci, był album "Marquee Moon" i to już było odkrycie iście epokowe. Następnie "Adventure" (1978), które choć dobre, to jednak nie dorównywało genialnemu debiutowi, o co trudno mieć do zespołu pretensje. Niestety podróż pod banderą Television zakończyła się po wydaniu zaledwie trzech albumów. Dla nienasyconych fanów pozostały więc rzecz jasna solowe albumy Toma oraz pozostałych muzyków, którzy po rozpadzie grupy zdecydowali się pójść własną ścieżką. Póki co, skupiam się na dorobku Verlaine'a, ale nie jest powiedziane, że za jakiś czas nie wyruszę w dalszą podróż. Taki to już los kolekcjonera płyt.


Jakub Karczyński
 

30 listopada 2025

JAŚ ZGNIŁEK ORAZ WIEDŹMA Z BLAIR


W piątek 28 dnia listopada gruchnęła informacja, że Public Image Ltd. przyjedzie na cztery koncerty do Polski. Szczęśliwe miasta to Gdańsk (12.05.2026), Poznań (13.05.2026), Warszawa (15.05.2026) i  Kraków (16.05.2026). Choć widziałem ich niedawno we Wrocławiu, to i tak cieszę się na te koncerty, licząc po cichu, że wrócą do nas z nieco zmienionym repertuarem. Gdyby w Poznaniu zagrali The Order Of Death, byłbym najszczęśliwszym człowiekiem pod słońcem. To właśnie od tego nagrania zaczęła się moja przygoda z tą grupą. Pewnie już kiedyś wspominałem w jakich okolicznościach natknąłem się na to nagranie, ale nie zawadzi przypomnieć. Było to jakoś na drugim lub trzecim roku studiów, gdy w me ręce wpadł "soundrack" do filmu The Blair Witch Project. Celowo słowo soundtrack ująłem w cudzysłów, bowiem jeśli widzieliście ten film, to doskonale wiecie, że nie było tam żadnej muzyki. Obraz stylizowany na dokument, pokazywał grupkę przyjaciół, realizujących dokument o wiedźmie. Aby nadać mu cechy wiarygodności, reżyser zdecydował się nie tylko na innowacyjną kampanię reklamową, sugerującą, że wydarzyło się to na prawdę, ale i nie dogrywania żadnej muzyki, która to obnażyłaby jego kłamstwo. Skąd więc wziął się soundtrack? Jeśli pamiętacie, to studenci na miejsce dotarli samochodem, który to po ich zaginięciu odnaleziono, a w nim była ponoć kaseta z ulubionymi utworami Josha. To proste, ale jakże genialne posunięcie, pozwoliło stworzyć i wydać tę ścieżkę dźwiękową, bez konieczności narażania się na podejrzliwość ze strony widzów. Jeśli macie tę płytę na swojej półce to wiecie jacy artyści dołożyli tu swoje trzy grosze. Jeśli nie, to trzymajcie się krzeseł, bowiem na płycie usłyszycie zarówno tak znane grupy jak Bauhaus, Type O Negative, Laibach, Public Image Ltd., ale i te nieco mniej utytułowane jak The Creatures, Tones On Tail, Skinny Puppy czy Afghan Whigs. Całości słucha się nad wyraz dobrze. Przyglądając się okładce książeczki z pewnością nie umknie waszej uwadze napis Dedykowane pamięci Heather, Mike'a, a szczególnie Josha, którego doskonały gust muzyczny zainspirował ten album. R.I.P. Poniżej wklejono zdjęcie Josha, więc wszystko wyglądało bardzo wiarygodnie. Oczywiście z czasem sprawa się wydała, ale ciekawi mnie co czuli ludzie, którzy wybierali się na ten seans w przekonaniu, że idą oglądać prawdziwy dokument. Jak sądzę, ich odbiór tego obrazu był sugestywniejszy, bo co innego obejrzeć sobie wymyślony przez scenarzystę film, a co innego reportaż, który wydarzył się naprawdę. Co prawda film robi wrażenie tylko za pierwszym razem, kiedy jeszcze nie wiemy co się wydarzy, za to muzykę możemy odkrywać wielokrotnie. 


Jakub Karczyński

  

23 listopada 2025

ZANIKAJĄCA FALA DŹWIĘKU


Na horyzoncie kolejne urodziny Tomka Beksińskiego, które obchodzić będziemy bez głównego zainteresowanego. Aż trudno uwierzyć, że od jego śmierci minęło już dwadzieścia pięć lat. Ta cisza w eterze jest chyba najbardziej dojmująca, o czym zaświadczą z pewnością jego słuchacze. Zapewne wielu z nich zastanawiało się lub wciąż zastanawia, co by było gdyby dzień 24 grudnia 1999 roku zakończyłby się nieco inaczej. Gdyby kolejnego dnia Tomek otworzył oczy, zaliczył swoje poranne rutyny i przeżył ten jak i kolejne dni, miesiące i lata. Czy wciąż pracowałby w radiu? Czego by dziś słuchał? No i przede wszystkim czy wciąż byłbym zagorzałym przeciwnikiem komputerów? 

Słuchając dziś ostatniej płyty The Legendary Pink Dots, myślę o tym czy by mu się ona podobała. Pamiętam przecież, że ich muzyka była mu niezwykle bliska, ale czy nadal by tak było? Ciekaw jestem czy pisywałby felietony i recenzje do Teraz Rocka. Co by napisał o nowej płycie Różowych Kropek, Lacrimosie czy też o Closterkellerze? Jak przyjąłby tak długo wyczekiwaną płytę The Cure, no i kogo by dziś promował w swych audycjach? Czy jego programy wciąż byłby tak popularne, czy może ustąpiłyby miejsca innym? Tak wiele pytań ciśnie się człowiekowi do głowy, na które nigdy już nie poznamy odpowiedzi. Kropka jaka została postawiona w dniu 24 grudnia 1999 roku, z pewnością nie była różowa. Była czarna. Tak czarna jak czarna może być rozpacz i śmierć. A jednak pomimo urwanego kadru, ta podróż wciąż trwa. Trwa w umysłach słuchaczy, którzy nie zapomnieli nie tylko o niezwykłych audycjach Tomka, ale i o nim samym. Gdybyśmy znali radiową falę na jakiej nadaje teraz Tomek, z pewnością niejeden z nas nastawiłby uszu by posłuchać audycji o miłości, cierpieniu, mroku, ale i o tych momentach szczęścia, które każdy z nas przeżywa w większym bądź mniejszym zakresie. Niestety, wiedza ta ukryta jest za grubym murem. Tak wielkim jak ten, o którym śpiewał Roger Waters na płycie "The Wall" (1979). Za mgłą nie gorszą, niż ta z filmu Carpentera, której nigdy już nie przenikniemy, choćbyśmy nie wiadomo jak bardzo się starali.


Jakub Karczyński


PS Jeśli chciałbyś udzielić mi wsparcia kawowego, możesz zrobić to pod poniższym adresem: https://buycoffee.to/czarne-slonca. Za każde wsparcie serdecznie dziękuję.

20 listopada 2025

TRUE SOUND OF LIBERTY


True Sound Of Liberty to amerykańska formacja, która nie wiedzieć czemu posługiwała się skróconą wersją swej nazwy, wywodząc ją od pierwszych liter poszczególnych wyrazów. Skoro The Sisters Of Mercy, Lord Of The New Church, a także Red Lorry Yellow Lorry z powodzeniem funkcjonowali pod nie najkrótszymi szyldami, to czemu na taki krok nie zdecydowało się True Sound Of Liberty? Przyznacie, że brzmi to o wiele lepiej, niż ten nieszczęsny skrótowiec. Zostawmy jednak kwestie nazewnictwa, a przyjrzyjmy się samej grupie, która to chyba nie jest u nas szczególnie popularna. Sam, o jej istnieniu dowiedziałem się przez kompletny przypadek, natykając się na jej nazwę w internecie. Było to jeszcze w czasach, gdy chcąc skorzystać z jego dobrodziejstwa uruchamiało się modem, blokując tym samym linię telefoniczną. Z tej też przyczyny trzeba było sobie wcześniej zaplanować co się chce wyszukać i w miarę szybko rozłączyć sieć, aby rodzice nie dostali zawału na widok rachunku. Co ciekawsze treści przekopiowywało się do plików tekstowych i drukowało się ich zawartość. Do dziś dnia posiadam segregator z tego typu materiałami. Wśród nich jest też całkiem pokaźna rozpiska, prezentująca zespoły z gatunków goth punk, death rock, gothic rock, new wave oraz cold wave. Jej twórca pisze od serca o tym co sądzi o poszczególnych grupach, poleca albumy warte uwagi jak i przestrzega przed tymi mniej udanymi. W przypadku grupy T.S.O.L. mamy taki komentarz: kapela znana z filmu "Decline Of A Western Civilization". Piękny deathrock/horror punk, zwłaszcza LP "Dance With Me" i EP "Weathered Statues". Płyta "Beneath The Shadows" jeszcze daje radę (numer z tej płyty był w "Upadku..." ) Jak ognia wystrzegać się należy późniejszych krążków, chyba, że ktoś lubi amerykański hard rock dla motocyklistów. Samego filmu nie widziałem, ale mam nadzieję nadrobić tę zaległość w najbliższym czasie, a co do muzyki to dopiero niedawno podjąłem próbę pozyskania ich płyt. Niestety nie znalazłem na płycie CD ani "Dance With Me" (1981), ani też "Beneath The Shadows" (1982), więc skierowałem swą uwagę na późniejsze albumy, ponoć niegodne uwagi. Podchodzę z rezerwą do tego typu sugestii, bo przecież każdy z nas ma nieco inny gust, więc to co nie spodoba się jednemu, dla kogoś innego może stanowić objawienie. Zachęcony fantastyczną okładką, zakupiłem album "Strange Love" (1990), który to wziąłem w ciemno. Od czasu do czasu pozwalam sobie na takie ryzyko, bo przecież w życiu liczą się emocje. Cóż zatem otrzymaliśmy na tym albumie? Czy faktycznie jest to hard rock dla motocyklistów? Z grubsza rzecz ujmując to faktycznie muzyce tej bliżej do hard niż do punk rocka. Wolta stylistyczna jaką wykonało T.S.O.L. przypomina mi tą, którą pod koniec lat osiemdziesiątych zaliczyło The Cult. Im też zamarzyła się muzyka dla gangu motocyklistów, a efekty były zaskakująco dobre. Osobiście za szczytowe osiągnięcie grupy uważam album "Love" (1985), ale przecież płyty "Electric" (1987) czy "Sonic Temple" (1989) też nie są w ciemię bite. Ba, znam nawet takich, którzy uważają "Sonic Temple" za ich opus magnum i nie śmiem z tym dyskutować. Zarówno "Love" jak i "Sonic Temple" są mistrzami w swej kategorii i nijak nie da się ich porównywać. To zupełnie dwa różne albumy. Podobnie jest w przypadku grupy T.S.O.L. , która to nie trzymała się zbytnio ram stylistycznych wyznaczonych przez pierwsze płyty. Czy to źle? Zależy jak na to spojrzymy? Jeśli oczami ortodoksa, to raczej nie mamy czego szukać na ich późniejszych albumach. Jeśli jednak mamy otwartą głowę, to jest szansa, że wyłowimy tam jeśli nie całe płyty, to może choć kilka naprawdę zgrabnych kompozycji. Odrzućmy więc uprzedzenia i posłuchajmy płyty "Strange Love" bez zbędnego bagażu oczekiwań. Punkowego brudu raczej się tu nie spodziewajcie, ale soczystego rock & rolla spod znaku Guns & Roses, Mötley Crüe czy wspomnianych już The Cult, to już jak najbardziej. Album ten czerpie wielkimi garściami tak z hard rocka jak i glamu, ale nie opiera się także wpływom bluesa. Ten miszmasz stylistyczny właściwie nie powinien nikogo dziwić, bowiem zespół nigdy nie wypracował swego charakterystycznego brzmienia. Nosiło ich raz w lewo, raz w prawo, a czasem lecieli zupełnie po skosie. Konia z rzędem temu, kto znajdzie dla nich jeden wspólny mianownik gatunkowy. Nie dziwię się, że osoby, które polubiły ich za płytę "Dance With Me" miały problem by przełknąć albumy w rodzaju "Strange Love". Wiedząc to, podjąłem jednak ryzyko i muszę powiedzieć, że absolutnie nie żałuję tej decyzji. Choć serce bije mi w rytm post punku, to przecież nie obce są mi i inne gatunki muzyczne. Któż z nas nie słuchał Deep Purple, Guns & Roses, Aerosmith czy Bon Jovi? Mając takie zaplecze z pewnością spojrzycie łaskawym okiem na album "Strange Love", który absolutnie wstydu grupie nie przynosi. W moim odczuciu mamy tu kilka naprawdę udanych muzycznych strzałów jak choćby, Hell On Earth, Strange Love, In The Wind, a przede wszystkim Let Me Go, które szczególnie przypadło mi do gustu. Poświęciłem temu albumowi kilka ostatnich wieczorów i nie uważam by był to czas stracony. Cieszę się, że znalazłem w sobie tyle samozaparcia by posłuchać czegoś spoza mojej muzycznej bańki, dzięki czemu wyrobiłem sobie własne zdanie na jego temat. Staram się nie powielać cudzych opinii. Wolę samemu skonfrontować się z muzyką, by przekonać się na własnej skórze o jej walorach lub też ich braku. Czy będę wracał do tych utworów za dwa, pięć czy dziesięć lat? Czas pokaże. Póki co, nie wyganiam jeszcze tej płyty z odtwarzacza, co by jej zawartość nie uleciała zbyt szybko z mej pamięci. 


Jakub Karczyński

13 listopada 2025

SOUNDEDIT 2025


Niedawny wyjazd na Soundedit był nie tylko niezwykłym wydarzeniem kulturalnym, ale też i ze wszech miar udanym pod względem towarzyskim. Do Łodzi jechaliśmy we czwórkę, a droga obfitowała w rozmowy o muzyce. Na miejsce dotarliśmy koło godziny 18:00, więc mieliśmy jeszcze trochę czasu by coś zjeść. Gdy już podkarmiliśmy ciała, przyszedł czas by nakarmić też ducha. Po krótkim spacerze dotarliśmy na miejsce. Kolejka chętnych do wejścia była dość spora, ale co się dziwić, przecież tego wieczora na scenie miał pojawić się nie tylko The Chameleons, dla których był to pierwszy występ w Polsce, ale i legendarni Fields Of The Nephilim. Już tyle te dwie grupy wystarczyłby, aby miłośnikom tego typu brzmień dreszcz przebiegł po plecach. Na dokładkę otrzymać mieliśmy nie mniej kultowy 1984, więc nie ma się co dziwić, że bilety na ten dzień wyprzedały się na pniu. Obiekt niemal pękał w szwach, co tylko dobrze świadczy o polskich fanach. Jadąc tam ułożyłem sobie w głowie sceniczny scenariusz, który przewidywał, że koncert rozpoczną 1984, po nich na scenę wejdą The Chameleons, a na deser otrzymamy Fields Of The Nephilim. Okazało się, że organizatorzy mieli nieco inną koncepcję. Zacznijmy od tego, że w "Wytwórni" są zlokalizowane dwie sale koncertowe, które mieszczą się jedna obok drugiej. Wchodząc do tej pierwszej nie mieliśmy jednak tej świadomości i widząc, że publika się dopiero zbiera ustawiłem się wraz ze znajomym w kolejce po piwo. Sam nie miałem zamiaru go kupować, bo szkoda mi było tracić fragment występu kosztem pobytu w toalecie. Gdy tak staliśmy, z sali obok zaczęły docierać do nas dźwięki. Zostawiłem na moment mojego towarzysza i poszedłem sprawdzić co też tam się dzieje. Ku mojemu zaskoczeniu okazało się, że w sali jest pełno ludzi, a na scenie zaczyna się koncert The Chameleons. Czym prędzej przekazałem wieść koledze i udaliśmy się do sali obok. Niestety dla mojego towarzysza okazało się, że z piwem nie wpuszczają, więc ja udałem się do środka, a kolega musiał pośpiesznie skonsumować to piwo, którego sobie naważył.  


The Chameleons to był główny cel mej wizyty w Łodzi. Fields Of The Nephilim już widziałem, a Kameleonów jeszcze nie. Poza tym mogła to być jedyna okazja by ich zobaczyć w Polsce, więc nie mogłem przegapić takiej szansy. Co do samego koncertu, to nie miałem żadnych oczekiwań. Chciałem ich zobaczyć i już. Cieszę się, że przed przyjazdem do Łodzi udało mi się zapoznać z ich najnowszą płytą, dzięki czemu mogłem sobie pośpiewać wraz z grupą przy Feels Like The End Of The World, który to jest prawdziwą ozdobą albumu "Arctic Moon" (2025). Szczelnie wypełniona sala chyba musiała zrobić wrażenie na zespole, bo chyba nie spodziewali się, że w Polsce mają aż tylu fanów. Mam nadzieję, że zmotywuje to odpowiednio zespół by odwiedzić nas jeszcze w niedalekiej przyszłości. Wróćmy jednak do tego co miało miejsce na scenie łódzkiej "Wytwórni". Zgromadzona publiczność miała szansę po raz pierwszy usłyszeć na polskiej ziemi utwory nie tylko z debiutanckiej płyty Anglików ("Script Of The Bridge" [1983]), ale także posłuchać fragmentów takich albumów jak "What Does Anything Mean? Basically" (1985),  "Strange Times" (1986) czy najnowszego "Arctic Moon" (2025). Nie zabrakło też małego wyciągu z utworów spoza regularnego katalogu, oraz kilku wpleceń we własne utwory kompozycji innych twórców jak choćby Davida Bowie, The Beatles czy The Police. Wyłapywanie tych zapożyczeń było ciekawą sprawą, ale przecież wiadomo było, że to twórczość The Chameleons rozpalała tu najbardziej wyobraźnię zgromadzonej publiczności. Czy trzynaście kompozycji zaprezentowanych tego wieczoru zaspokoiło apetyt fanów? Śmiem twierdzić, że raczej go rozbudziło, ale przecież festiwalowe występy rządzą się swoimi prawami. Siłą rzeczy nie mogło pojawić się wszystko co byśmy chcieli, ale przecież każdy koncert pozostawia większy lub mniejszy niedosyt. Porównując jednak wcześniejsze setlisty widać wyraźnie, że łódzki koncert miał nieco okrojoną setlistę, w stosunku do tego co pojawiało się na trasie. Zwyczajowo zespół prezentuje piętnaście nagrań, ale bywa, że koncerty bywają nieco dłuższe, ale też i krótsze. Osobiście cieszy mnie mnie, że pojawiło się Perfume Garden, In Answer, Looking Inwardly czy Don't Fall, ale z kolei żal, że zabrakło miejsca dla Paradiso, na który to po ciuchu liczyłem czy mego ulubionego nagrania Kameleonów w postaci Caution. Niemniej czy jest to powód do smutku? Absolutnie nie. Przecież do niedawna koncert The Chameleons pozostawał jedynie w sferze nierealnych fantazji, o niemal zerowych szansach na spełnienia. Gdy tylko gruchnęła wieść, że The Chameleons pojawią się w Łodzi, to choćby się waliło i paliło, ja musiałem tam być. Szczęśliwie żadne złe zbiegi okoliczności nie pokrzyżowały mi planów więc cieszę się jak dziecko na wspomnienie tamtego wieczoru zwłaszcza, że po koncercie udało mi się spotkać Marka Burgessa i ustrzelić sobie z nim kilka pamiątkowych fotek.





Ledwie w uchu wybrzmiała ostatnia kompozycja The Chameleons, a już w sali obok zainstalowało się 1984. Ludzi było tam tyle, że dotarcie pod scenę graniczyło z cudem. Zająłem miejsce na końcu sali by mieć dobrą drogę ewakuacyjną na koncert Fields Of The Nephilim. Mam wielki szacunek do grupy 1984, kibicuję im po dziś dzień, ale tego dnia jakoś nie dałem się porwać muzyce. Może to kwestia braku odpowiedniej koncentracji, a może po prostu miałem nieco inne oczekiwania od zespołu. Faktem jest, że po wysłuchaniu kilku utworów udałem się do sali obok, gdzie ludzie z każdą minutą coraz bardziej wypełniali wolną przestrzeń. Poświęciłem więc występ 1984, aby zająć dogodne miejsce, z którego to mógłbym w miarę komfortowo podziwiać występ. Gdybym przypomniał sobie ich wcześniejszy występ z Wrocławia, na którym to byłem przed laty, to zapewne podarowałbym sobie walkę o miejsce. Co za różnica czy stoisz pięć czy dziesięć metrów dalej, skoro scena osnuta jest tak gęstym dymem, że ledwie widać zarysy postaci. Rozumiem, że zespół chciał wytworzyć odpowiedni klimat, ale jak to mówią, co za dużo to niezdrowo. Na szczęście ubytki wizualne, kompensował słuchaczom dźwięk oraz zaprezentowany tego wieczora repertuar. Fields Of The Nephilim nie byli szczególnie płodną grupą, ale na przestrzeni lat nagrali trzy albumy, które to wyznaczyły nowy kurs dla muzyki gotyckiej. "Dawnrazor" (1987) choć dziś najmniej doceniany, pokazał, że mroki gotyku świetnie komponują się z klimatem spaghetti westernu. I to była prawdziwie ożywcza fala, nawet jeśli uznamy, że płycie nieco brakuje do ideału. Niemniej, gdy w Łodzi zabrzmiał Dawnrazor, poczułem olbrzymią satysfakcję. Nic dziwnego, że nagranie wciąż znajduje się w żelaznym kanonie koncertowym grupy, skoro po tylu latach wciąż wyrywa z przysłowiowych butów. Równie dobrze prezentuje się Preacher Man, do którego powstał bardzo interesujący teledysk. Zresztą klipy Fieldsów zawsze stały na wysokim poziomie lecz to nie czas i miejsce by się tym zajmować. Preacher Man w Łodzi wprowadził iście westernową atmosferę lecz nie trwało to długo, bowiem na trzynaście zaprezentowanych kompozycji zaledwie trzy pochodziły z debiutu. Szkoda, że zabrakło miejsca dla Vet For The Insane, którą to szczególnie sobie upodobałem na tej płycie. Zdaję sobie jednak sprawę, że zgromadzona publiczność najmocniej wyczekała nagrań z późniejszych płyt, co rzecz jasna wcale mnie nie dziwi, bo również uwielbiam płyty "The Nephilim" (1988) oraz "Elizium" (1990). Pierwszy z wymienionych albumów w podstawowym secie reprezentowały nagrania The Watchman, Moonchild, Love Under Will, które nieco mniej lubię oraz Chord Of Souls. Miłośnicy płyty "Elizium" musieli nasycić się zaledwie dwoma nagraniami, ale za to jakimi. Na pierwszy ogień poszło przecudowne At The Gates Of Silent Memory, którego to niestety zabrakło przed sześciu laty we Wrocławiu. W bisach zaś otrzymaliśmy Last Exit For The Lost, po którym powiedziałem do znajomego, że po czymś takim nastąpić może tylko cisza. To jak ostatni gwóźdź do trumny. Finał finałów. Koniec i kropka. Zaczęliśmy się więc zbierać do wyjścia. Gdy tak czekaliśmy w okolicach szatni na zbiórkę wszystkich towarzyszy podróży, doszła do mych uszu muzyka. Początkowo uznałem, że to dźwięki puszczone z konsolety by umilić publiczności wychodzenie z sali. Po szybkiej wymianie zdań doszliśmy do wniosku, że chyba jednak kurtyna jeszcze nie opadła. Poszliśmy więc sprawdzić i faktycznie przeczucie nas nie zawiodło. Na scenie Fields Of The Nephilim inicjuje tytułowe nagranie z płyty "Mourning Sun" (2005), a my cieszymy się, że ten sen się jeszcze nie skończył. Cieszy mnie, że je zagrali, bo to niezwykle ważna dla mnie kompozycja. W ogóle uważam, że ostatni (jak do tej pory) album Fields Of The Nephilim otarł się o geniusz płyty "Elizium". Żałuję, że nie zagrali z niego nic więcej, bo przecież usłyszeć takie New Gold Dawn, Requiem, a zwłaszcza She, to prawdziwa uczta dla duszy. Tego wieczora musieliśmy zadowolić się niewielkim fragmentem tego dzieła, ale za to jakim. Mourning Sun wypełnia w takim samym stopniu rolę idealnego zwieńczenia koncertu, co Last Exit For The Lost. Po dwóch takich ciosach na koniec, chyba mało kto mógł złapać oddech. Opuszczaliśmy "Wytwórnię" w poczuciu zadowolenia. Nic dziwnego, bowiem gdy spojrzałem sobie na tegoroczną koncertową setlistę Fields Of The Nephilim, to polski koncert jako jedyny może poszczycić się trzynastoma zagranymi utworami. W ogóle już samo przybycie do naszego kraju należy rozpatrywać w kategoriach cudu, gdyż zespół pojawia się na scenie zaledwie kilka razy w roku. Tym bardziej warto docenić starania organizatorów, by pozyskać zespół na tegoroczny Soundedit. Potwierdzeniem naszego oddania grupie niechaj będzie fakt, że dzień w którym zagrało Fields Of The Nephilim został wyprzedany do ostatniego biletu.


Tegoroczny Soundedit był wyjątkowy jeśli chodzi o dobór artystów. Żałuję, że nie dotarłem do Łodzi pierwszego dnia, gdzie na scenie można było podziwiać Anję Huwe (ex Xmal Deustchland) oraz Gavina Friday'a (ex Virgin Prunes). Z kolei trzeciego dnia scenę we władanie wzięli nasi rodzimi twórcy jak SBB czy John Porter. Myślę, że nikt kto zdecydował się na przyjazd do Łodzi, nie odjeżdżał z niej z poczuciem zawodu. Emocji było co niemiara. Osobiście już zacieram ręce na myśl o przyszłorocznej edycji, która jestem przekonany znów przyciągnie tłumy.  Na koniec pokłonię się organizatorom, dziękując za to co już za nami i wierzę w to, że impreza ta wpisze się na stałe do mojego kalendarza. Do zobaczenia za rok.      

  

Jakub Karczyński

26 października 2025

OD ZADYMIARZA DO PIOSENKARZA


Niedzielny poranek. Dziś spaliśmy o godzinę dłużej, choć ja wstałem dziś nieco wcześniej niż pozostali domownicy, aby posłuchać sobie pierwszej płyty Feargila Sharkeya zatytułowanej "Songs From The Mardi Gras" (1991). Feargil kojarzony jest głównie z grupą The Undertones, w której to pełnił funkcję wokalisty. Jego charakterystyczny głos trudno pomylić z kimkolwiek innym. Gdy pierwszy raz usłyszałem ten album, nie od razu zapałałem entuzjazmem. Wydał mi się nazbyt popowy, ale gdy posłuchałem go nieco dłużej, to doceniłem nie tylko kompozycje, ale jego nastrojowość. Tak, ta płyta ta taka rasowa pościelówa, jak niegdyś mówiło się o takich albumach. Idealnie sprawdzi się tak przy romantycznej kolacji jak i w bardziej intymnej przestrzeni. Zazwyczaj nie słucham tego typu dźwięków, ale ten album ma coś w sobie, co sprawia, że słucham go dziś raz za razem. Być może wpływ na to ma niespieszna atmosfera leniwej niedzieli, a może po prostu to zwyczajnie dobra płyta, która sprawdza się o każdej porze dnia i nocy. Faktem jest, że album ten zawiera kilka naprawdę pięknych kompozycji. Na wyróżnienie z pewnością zasługują One Night In HollywoodMiss You Fever, To Miss Someone, Sister RosaI'll Take It Back czy piękna interpretacja klasycznej irlandzkiej pieśni She Moved Through The Fair. Ten ostatni wybór nie powinien nikogo dziwić wszak Feargil to rodowity Irlandczyk, a jak wiadomo tradycja rzecz święta. Gdy tak spoglądam sobie na rok wydania tej płyty i zestawię ją z tym co biło wtedy rekordy popularności - Metallica "Black Album", Nirvana "Nevermind", Pearl Jam "Ten" - to album Feargila już na starcie wydaje się być nie na czasie. To, że nie wpisywał się w estetykę tamtych czasów, nie oznacza, że to zła płyta. Gdy o nim myślę, to do głowy przychodzą mi takie określenia jak choćby elegancki pop, gdzie produkcja stoi na najwyższym poziomie. Dźwięki jakich słuchają bogaci biznesmeni na swym drogim stereo, do którego podłączają złote kable. Jeśli pamiętacie film "American Psycho" i scenę, w której to Christian Bale ubrany w elegancki garnitur, wprowadza prostytutki w tajniki muzyki Phila Collinsa, to powinniście bez problemu załapać tę paralelę. Może moje porównanie nie brzmi zbyt zachęcająco, bo sam wzdrygam się na myśl o takiej muzyce, to jednak płyta "Songs From The Mardi Gras" sprawiła, że nie tylko miło spędziłem z nią czas, ale i doceniłem muzykę spoza sfery moich zainteresowań. Ciekawe czy równie interesująco prezentują się pozostałe albumy Feargila. W zanadrzu mam jeszcze płytę "Wish" (1988), zakupioną w tym samym czasie, ale to już temat na odrębną historię. 

Jakub Karczyński


23 października 2025

EKSTAZA


Są takie momenty w życiu, w których muzyka wchodzi w człowieka niczym nóż w masło. Trafia idealnie w punkt. Budzimy się z nią w głowie rano i zasypiamy wieczorem. Chodzi za nami jak cień, nie pozwalając o sobie zapomnieć. Dla jasności zaznaczę, że nie jest to przypadek utworów w rodzaju crazy frog, które choć przez nikogo nie zapraszane, wżerają się człowiekowi w mózg nie gorzej niż kwas solny. To raczej dźwięki po jakie sięgamy z własnej woli, chcąc poczuć coś więcej niż tylko prozę życia. W ostatnich dniach taką odskocznię stanowi dla mnie płyta "Ecstasy" (1988) grupy The Essence. Zaabsorbowała mnie do tego stopnia, że po prostu nie chce wyjść z odtwarzacza. Specjalnie jej też nie wyganiam, bo powrót do takich nagrań jak Only For You, Sleeping, Like Christ, a zwłaszcza do utworu Ice, jest jak łyk zimnej wody w upalny dzień. Do utworów Only For You oraz Like Christ powstały nawet teledyski, które można było zobaczyć w MTV. Jeśli nie natknęliście się na nie w czasach ich promocji, to nic straconego, bowiem bez problemu odnajdziecie je w sieci. Nie jest to jednak nic spektakularnego. Teledyski wyglądają niemal bliźniaczo więc pewnie środki na ich stworzenie były dość skromne. Mówiąc brutalnie, szkoda na nie czasu, w przeciwieństwie do muzyki, która oplotła mnie niczym bluszcz. Coś czuję, że kurzem na półce ten album nie obrośnie, bo pięknie we mnie rezonują te dźwięki. Płyniemy więc sobie tak od kilku dni i aż żal mi się z nią rozstawać. Wszystko jednak co ma początek, musi mieć też i swój koniec. Nim jednak odłożę płytę na regał, zatopię się ten ostatni raz w tej niezwykle nastrojowej muzyce, wszak jesień sprzyja takim klimatom jak mało, która pora roku. Cieszcie się jej urokami nie tylko w zaciszu domowym, ale i na spacerach. Pewnie to już ostatnie dni z kolorowymi liśćmi i dość przyjemnymi temperaturami. Wykorzystajcie je, bo do wiosny droga daleka. 


Jakub Karczyński
    

03 października 2025

JESIENNY NIEZBĘDNIK


Jesień na horyzoncie kusi nas swymi kolorami. Kasztany niemal już gotowe do skoków, a i liście pomału sposobią się już do lotu. Niechybny to znak, że wielkie lato umiera. Czas rozejrzeć się za ciepłym kocem, zdmuchnąć kurz z herbacianego kubka, wybrać stosowne lektury jak i muzykę. Jeśli chodzi o literaturę, to mam w planach kontynuować rozpoczęty na wakacjach "Empuzjon" Olgi Tokarczuk, a następnie przejść do prozy Lovecrafta tudzież Grabińskiego. Jeśli już jesteśmy przy mistrzu polskiej literatury grozy, to pozwolę sobie zwrócić uwagę na dość ciekawe wydawnictwo komiksowe zatytułowane "Błonia tajemnicy" wydanej przez Kulturę Gniewu. To zbiór historii komiksowych prezentujących różne spojrzenia artystyczne na dorobek Stefana Grabińskiego. Mamy tu i komiksy czarno białe jak i kolorowe. Jak można się domyślić, poziom graficzny jest zróżnicowany co dla jednych może stanowić za atut, dla innych będzie to jednak wada. Gdyby to ode mnie zależało to całość tego wydawnictwa powierzyłbym w ręce Antoniego Serkowskiego. Jego prace nie dość, że są bardzo klimatyczne, mroczne, to jeszcze potrafią w sposób doskonały oddać w komiksie ruch. Patrząc na te kadry niemal czuję ten pęd pociągu, słyszę te ujadające psy jak i też odczuwam wszechobecną grozę. Jego wersja "Smolucha" wyróżnia się na tle innych prac. Szczerze mówiąc to tylko ona trafia w mój gust estetyczny i wyznacza szczyt tej antologii. Pozostałe prace już nie wywarły na mnie, aż tak dużego wrażenia. Dodatkową wartością tego wydawnictwa jest przedruk wywiadu ze Stefanem Grabińskim oraz teksty poświęcone jego twórczości. Dobrze, że postać tak zasłużona dla rodzimej literatury grozy nie popadła w zapomnienie, a kolejne pokolenia inspirują się jego twórczością i nie pozwalają by kurz osiadł na jego książkach. 

Muzycznie ta jesień również zapowiada się znakomicie, bowiem będąc na koncercie grupy Pink Turns Blue, uzupełniłem nieco kolekcję ich płyt. Co prawda ich ostatni album mam już w swej kolekcji od pewnego czasu, ale dopiero teraz znalazłem odpowiednią motywację by się w niego zanurzyć. Początkowo jakoś nie zapałałem do niego większym uczuciem, ale wraz z kolejnymi odsłuchami odkrywam jego uroki. Na wspomnianym koncercie zakupiłem sobie album "Eremite" (1990), będący ich trzecią płytą. Do pełni szczęścia brakuje mi jeszcze sześciu płyt sygnowanych logiem grupy, ale i na nie przyjdzie czas. Tymczasem na razie skupię się na tych dwóch wydawnictwach.

Innym albumem zakupionym na koncercie była płyta hiszpańskiego zespołu Darkways. O ile samemu występowi nie mam nic do zarzucenia, to dość długo zastanawiałem się czy chcę mieć ich płytę na półce. Coś mi jednak mówiło, żebym nie wychodził z klubu z pustymi rękami. Kupiłem więc ich debiutancki album "Resonance" (2024), a gdy dotarłem do domu i sprawdziłem jego zawartość, dziękowałam opatrzności, że nade mną czuwała. Cóż za muzyka. Jak to się mówi, nogi same rwą się do tańca. 

Zakupiłem też kilka płyta w kolorze czerwonym. Pierwsza to wznowienie ostatniego jak do tej pory albumu Siekiery. Co prawda mam pierwszą edycję, ale ta skusiła mnie tym, że ma zamontowaną tackę na płytę. Żadna z tych edycji nie jest idealna, ale myślę, że i tak warto je mieć, bo pewnie za jakiś czas przyjdzie płacić za nie sztabami złota. Jeśli chodzi o samą muzykę, to jest ona kompletnie inna od tego co zawierała "Nowa Aleksandria", nie mówiąc już o punkowej Siekierze z Tomaszem Budzyńskim w składzie. Album "Ballady na koniec świata" to właściwie poezja śpiewana, niemniej jeśli na waszej twarzy pojawił się grymas obrzydzenia/niezadowolenia, to radziłbym jednak wstrzymać się z tą reakcją. Każda z płyt Siekiery otwierała nowy rozdział, tak więc także tutaj mamy podtrzymaną tradycję. Gdy ukazywała się "Nowa Aleksandria" (1986), ludzie też kręcili nosami, a dziś to jedna z najważniejszych płyt w polskiej muzyce. "Ballady na koniec świata" (2011) nie mają raczej szans by zyskać podobny status, ale poprzez swoją odmienność, są ważna częścią dyskografii Siekiery. Tomasz Adamski tworzy to co mu w duszy gra i z pewnością nie przejmuje się oczekiwaniami słuchaczy. To właśnie jest wolność artystyczna, której nie można odmawiać żadnemu twórcy. Cieszę się, że po tylu latach Siekiera dała nam nową muzykę, której moc najsilniej ujawnia się na styku lata i jesieni. To najlepszy okres by posłuchać sobie tej niespiesznej melancholijnej płyty i zadumać się nad życiem i naturą świata.

Czerwień jest też nieodzownym elementem okładki albumu "Sixes And Sevens" (2025) Johna McKay'a. Płyta zakupiona z polecenia Hiacynta, okazała się być niezwykłą gratką dla miłośników wczesnych dokonań Siouxsie & The Banshees. Jak głosi sticker na okładce, mamy tu do czynienia z nagraniami studyjnymi zarejestrowanymi po tajemniczym odejściu z The Banshees w trakcie trasy koncertowej. Chętnie bym zanurzył się w biografię grupy, by dociec co stało za tym rozbratem, ale jakoś na razie nikt nie pokusił się o przetłumaczenie języka Szekspira na język Sienkiewicza. Pozostaje więc posłuchać muzyki, która przenosi nas w lata osiemdziesiąte dwudziestego wieku, gdy z surowizn punk rocka wykiełkował nie tylko post punk, goth rock, ale i new romantic. Po punkowym rozgardiaszu pozostało już tylko wspomnienie, ale owoce jakie wydał, okazały się wyjątkowo dorodne. 

Jednym z takich owoców była grupa The Chameleons, która po dwudziestu czterech latach opublikowała niedawno swój nowy album. Mało tego, za dwa tygodnie zagra w Łodzi w ramach festiwalu Soundedit. Będę miał przyjemność podziwiać ich jak i grupę Fields Of The Nephilim, którzy również zagrają tego dnia. Marzyło mi się również by zobaczyć Gavina Friday'a oraz Anję Huwe, ale z racji na ograniczony budżet, na coś trzeba było się zdecydować. Co do nowej płyty The Chameleons zatytułowanej "Arctic Moon" (2025), na razie nie mogę za wiele powiedzieć bo dopiero dziś zabrałem się za jej odsłuch. Pierwsze wrażenie jest jednak bardzo pozytywne, choć czytałem, że niektórzy kręcą nosem. Nie przejmuję się tym, bo przecież to nie mój nos i nie moje uszy. Muzyka zawarta na "Arctic Moon" daje się polubić od pierwszego odsłuchu i co ważne, jej zawartość dość szybko utrwala się w głowie. Melodie nie powinny mieć większego problemu by skraść serca wszelkiej maści romantykom. Zwróćcie szczególną uwagę na kompozycję Feels Like The End Of The World, które to jest jednym z dwóch nagrań, gdzie wykorzystano orkiestrowe aranżacje. Cudowna rzecz, choć z początku wydaje się taka niepozorna. Ostatnie dwie i pół minuty robią tu jednak kolosalną robotę. Mam wrażenie, że zostanie z nami na dłużej. Dobrze, że wrócili z nową muzyką i udowodnili po raz kolejny, że są sroce spod ogona nie wypadli. 

Ostatnim moim nabytkiem jest drugi album The Undertones zatytułowany "Hypnotised" (1980), na który to ostrzyłem sobie zęby od pewnego czasu. Wreszcie się udało i to w dodatku w edycji jubileuszowej.  Szkoda tylko, że nikt nie wpadł na pomysł by utwory bonusowe wydać na osobnej płycie. Jak wiecie nie lubię dogrywek, bo zaburzają one całą koncepcję i zamysł twórcy, niemniej w tym wypadku rozumiem decyzję wytwórni. Kto bowiem wydawałby pieniądze na dodatkową płytę, skoro materiał na niej zawarty nie dobija nawet do piętnastu minut. To przecież nawet nie jedna czwarta pojemności płyty. Na takie marnotrawstwo wolnej przestrzeni nikt przy zdrowych zmysłach sobie nie pozwoli. My na czas musimy patrzeć po gospodarsku, że tak pozwolę sobie zacytować Kazimierza Kaczora w roli kierownika zakładu mechaniki pojazdowej w "Co mi zrobisz jak mnie złapiesz" (1978). Mniejsza jednak o to, najistotniejsza wszak jest muzyka, a ta wchodzi we mnie jak nóż w masło. Krótkie, zwarte, melodyjne utwory, o punkowej motoryce, nie wymagają nadmiernego skupienia, ale czasem zastrzyk takiej konkretnej energii robi człowiekowi lepiej, niż rozwleczone i natchnione suity. Szkoda, że zespół nie odniósł sukcesu na jaki niewątpliwie zasługiwał. Mam wrażenie, że bardziej doceniany jest obecnie, niż w czasach swej scenicznej aktywności. Taka to już niesprawiedliwość losu. Posłuchajcie i oceńcie zresztą sami czy zespół postawił na właściwe nuty czy może chybił celu.


Jakub Karczyński

04 września 2025

WIZERUNEK PUBLICZNY


W przedostatni weekend sierpnia, gościłem w stolicy Dolnego Śląska. Przyciągnął mnie tu koncert Public Image Ltd, którego występ bardzo chciałem zobaczyć. Przed laty Johnny gościł w Jarocinie, ale nie udało mi tam wtedy dotrzeć. Zresztą, nie przepadam za koncertami w plenerze. Wolę spotkanie z artystą w klubie, gdzie nie ma przypadkowej publiczności. Nie miałem żadnych oczekiwań względem tego koncertu, więc nie pompowałem swego balonika, dzięki czemu bez żadnej presji mogłem uczestniczyć w tym wydarzeniu. I wiece co? Było wspaniale. Lydon dał radę, a do tego był w bardzo dobrym humorze, co świetnie przełożyło się na kontakt z publicznością. Zagrali niemal wszystko to co wyobrażałem sobie usłyszeć na ich koncercie. Zabrzmiało więc i Home, This Is Not A Love Song, Death Disco, The Body, Warrior, Public Image no i rzecz jasna Rise. Zabrakło mi tylko mojego ulubionego utworu The Order Of Death, ale mówiąc szczerze nie spodziewałem się, że go zagrają. Może jeszcze będzie okazja go usłyszeć. Oby. 

Zanim jednak dotarłem na miejsce koncertu, odwiedziłem sklep z używanymi płytami, mieszczący się niedaleko dworca PKP. Czasu było niewiele, bo w sobotę sklepy nie mieszczące się w galeriach handlowych, zamykały się o godzinie 16:00. Przewertowałem więc w pośpiechu interesujące mnie kategorie, ale nie znalazłem nic co by wzbudziło mój entuzjazm. W pamięci zanotowałem sobie debiutancki album The Christians oraz płytę "Mudbird Shivers" (1995) grupy The Ex. Chrześcijanie kojarzyli mi się z jakimiś pojedynczymi utworami z albumu "Colours", które choć zgrabne, to jednak odstawały od estetyki jakiej hołduję. Z kolei The Ex mam gdzieś na składance wydanej z okazji ich trzydziestolecia, ale też jakoś nie kliknęła mi ta muzyka. Poszedłem więc coś zjeść by przemyśleć sprawę, nastawiając sobie w słuchawkach wyżej wspomniany album. Może nie padłem przed nim na kolana, ale uznałem go na swój sposób interesujący i mogący uchylić mi drzwi do ich muzycznego świata. Opuszczając lokal gastronomiczny zorientowałem się, że jest już 15:35 i za chwilę zamiast ściskać w rękach płyty, uścisnę co najwyżej sklepową klamkę. Nie było więc już czasu na szukanie innych płytowych destynacji. Wróciłem więc do wspomnianego sklepu z postanowieniem zakupienie obu płyt. Odnalazłem czym prędzej interesujące mnie tytuły i udałem się do kasy. Bez większych nadziei zapytałem jeszcze sprzedawcę czy ma w swoich zbiorach coś z muzyki post punk. Po chwili zastanowienia wskazał na trzy rzędy płyt, które czekały na wycenę, sugerując, że być może tu coś znajdę. I faktycznie, po ich szybkim przewertowaniu odnaleźliśmy inny album grupy The Ex oraz składankę wydaną na dwudziestą pierwszą rocznicę wytwórni Beggars Banquet. Poza takimi tuzami jak Bauhaus, The Cult, Gary Numan, Peter Murphy czy The Fall, można było posłuchać także tych nieco mniej znanych albo zupełnie anonimowych artystów. Za to właśnie lubię takie wydawnictwa. Dzięki nim mamy szansę posłuchać czegoś czego być może nigdy byśmy nie usłyszeli. Tak jak niegdyś omijałem składanki szerokim łukiem, tak dziś nie tylko użyczam mi miejsca w domu, ale i w sercu. Opuszczałem więc sklep ze sporą dozą satysfakcji. Na odchodne wymieniliśmy kilka uwag na temat wieczornego koncertu PIL. Właściciel zdradził mi, że napisał do zespołu na wszystkich mediach społecznościowych, zapraszając zespół do odwiedzin. Niestety, Johnny nie skorzystał z zaproszenia, a tym samym przepadła szansa na pogawędkę oraz autografy.


Jakub Karczyński


31 sierpnia 2025

MIŁOŚĆ NA SREBRNYM DYSKU


Nie wiem co się dzieje ze mną w sezonie wiosna - lato, ale w ostatnich latach mam jakiś spadek formy. Dopada mnie zniechęcenie, brak weny i to w takim stopniu, że nawet muzyka nie cieszy. Mniej słucham, mniej kupuję i w ogóle czuję, że popadam w jakiś marazm. Wystarczyło tylko, że liznęły mnie pierwsze promienie chylącego się ku końcowi lata i znów jestem na właściwych torach. Powracam do płyt po, które nie sięgałem całe wieki. I tak, aktualnie w odtwarzaczu kręci się album "Marillion.com" (1999) wiadomo jakiej grupy, a ja wracam pamięcią do chwil, gdy próbowałem się w niego wgryźć. Na początku jakoś mi nie szło. Nie lubiłem za bardzo tej płyty, ale za którymś tam razem album w końcu zaskoczył. Było to w okresie, w którym to zacząłem spotykać się z moją żoną. Któregoś razu pomyślałem, że stworzę dla niej składankę muzyczną. Pozgrywałem z płyt moje ulubione utwory, z których emanował jakiś w miarę romantyczny nastrój, stworzyłem okładkę ze spisem utworów i wręczyłem ją mojej wybrance. Z perspektywy czasu wiem, że nie były to za bardzo jej klimaty muzyczne, ale wtedy wydawało mi się, że może jej się to spodobać. Wśród wykonawców byli Nick Cave, The Cure, Bush, The Cooper Temple Clause jak i Artrosis, Svann czy Abraxas. Po stworzeniu tej pierwszej składanki poczułem się na tyle rozochocony, że nagrałem kolejną. Tym razem dominowały klimaty progresywne, ale nie żadne matematyczne połamańce, tylko takie z zakamarków płytoteki Tomka Beksińskiego. Był więc tam i The Alan Parsons Project, Genesis z wokalem Philla Collinsa, Pink Floyd, a także mały wyciąg z albumu "Marillion.com". Wybór padał na nagranie Built-in bastard radar co można przetłumaczyć jako wbudowany radar wykrywający drani albo bardziej subtelnie jako wbudowany wykrywacz niegodziwości. Niestety nie potrafię już sobie przypomnieć co mną kierowało żeby sięgnąć akurat po tę, a nie inną kompozycję. Gdy po latach odkopałem tę składankę, to uśmiechnąłem się pod nosem widząc tam ten utwór. Dziś z pewnością wybrałbym coś bardziej odpowiedniego, ale w tamtym czasie musiałem mieć jakieś zaćmienie umysłu. Nie chodzi o to, że to zła kompozycja, lecz nie oczekujcie, że zdobędziecie nią serce dziewczyny. Wraz z upływem lat wiem, że kobiety oczekują od mężczyzn czegoś zgoła innego i wierzcie lub nie, ale nie są to muzyczne składanki.  


Jakub Karczyński

21 sierpnia 2025

SIŁA SENTYMENTU


Czarno białe zdjęcie zatopione w zielonkawej obwolucie. Na fotografii dostrzeżemy postać pogrążonej w modlitwie kobiety, zawierzającej swe myśli Bogu. Trudno jednoznacznie orzec czy to prawdziwa postać czy może część cmentarnej architektury. Ostrość aparatu skierowana jest w pierwszej kolejności na kolumnę, a dopiero potem na kobietę. Przyroda w tle tylko gdzieniegdzie zarysowuje swe walory, jakby nie chciała skupiać na sobie naszej uwagi. Tak z grubsza prezentuje się okładka trzeciej płyty grupy Arcana. "...The Last Embrace" pojawił się na rynku w roku 2000. Na jej fragmenty musiałem natknąć się za sprawą płyty dołączonej do magazynu Mystic Art. Nie było wtedy serwisów streamingowych, a radiostacje nie grały takiej muzyki, więc była to jedyna forma zapoznania się z nowymi płytami. Mogę oczywiście się mylić, bowiem od tamtego momentu minęło już dwadzieścia pięć lat. Niemniej gdyby ktoś przyparł mnie do muru, to właśnie za taką wersją bym optował. Próbuję sobie przypomnieć w jaki sposób wszedłem w jej posiadanie i tu także nie mam stuprocentowej pewności. Mogłem zamówić ją poprzez papierowy katalog z ofertą płyt, ale bardziej prawdopodobne jest, że skorzystałem z usług sklepu płytowego na ulicy Zielonej. Wystarczyło powiedzieć słówko właścicielowi i za parę dni płyta była gotowa do odbioru. Piękne to były czasy, miło je wspominam i nieco żałuję, że już przeminęły. Wracając jednak do albumu "...The Last Embrace", to chciałem nadmienić, że muzyka na nim zawarta jest dość przygnębiająca więc na takie albumy trzeba po prostu mieć dzień. Gdyby chcieć znaleźć jakiś muzyczny trop, to pierwsze co ciśnie się na usta, to twórczość duetu Dead Can Dance. Sam zespół nie odżegnuje się od takich porównań, ale myślę, że Arcana czerpie też dużymi garściami z muzyki dawnej, której macki sięgają nawet do Średniowiecza. Album ten idealnie sprawdzi się w Zaduszki, nadając temu świętu odpowiedniej oprawy. Co prawda, do listopada jeszcze nieco czasu, ale już dziś daję pod rozwagę ten album. Nie jest on może pozycją wybitną, mało tego, nie sięgam po takie dźwięki zbyt często, ale mam do nich jakąś słabość. Już sam moment mojego zetknięcia się z "...The Last Embrace" przypadający na czasy licealne, każe spojrzeć mi łaskawszym okiem na ten album. Siła sentymentu ma niebagatelną moc. Przed laty robiąc porządki w płytotece, pozbyłem się tego wydawnictwa sądząc, że nie będą już do niego wracał. Myliłem się. Choć na przestrzeni lat nie brakowało mi tej muzyki, to gdy ostatnio dojrzałem ten album w pewnym warszawskim antykwariacie, wiedziałem, że musi powrócić do mojej kolekcji. I tak też się stało. Kilka dni oczekiwania na przesyłkę i wreszcie jest. Słucham jej sobie wieczorami i mimochodem wracam do czasów, gdy muzyka dostarczała mi niezapomnianych emocji. Już same okładki płyt niesamowicie pobudzały wyobraźnię. Były niczym nęcąca obietnica wyprawy w nieznane. A muzyka? Ona również powodowała, że serce biło szybciej, a na dłoniach z podniecenia pojawiał się pot. Trochę mi dziś tego brakuje.


Jakub Karczyński

16 lipca 2025

DZIWNY RODZAJ RAJU


Być może już wiecie, a może jeszcze nie, ale na dniach ukaże się ostatni w karierze album Red Lorry Yellow Lorry. Tak przynajmniej jest on zapowiadany. Panowie podpisali kontrakt płytowy z COP International na wydanie albumu "Strange Kind Of Paradise", który to był takim wyrzutem sumienia ciążącym nad zespołem. Prace nad albumem zostały niegdyś rozpoczęte, ale z różnych przyczyn nie udało się go dokończyć. Po latach zespół w składzie Chris Reed, David "Wolfie" Wolfenden oraz Simon "Ding" Archer, postawili dopiąć ten ostatni guzik, dając fanom to na co czekali. Na dzień dwudziestego piątego lipca, zaplanowana jest światowa premiera tejże płyty i sądząc po zapowiedziach, może to być naprawdę mocna rzecz. Rzecz jasna za płytą trzeba będzie się rozejrzeć w sklepach internetowych, bo jak uczy praktyka, nie ma co się jej spodziewać na sklepowych półkach. Taki to już los polskiego kolekcjonera płyt.  


Jakub Karczyński

14 lipca 2025

BRAKUJĄCY PUZZEL


Przed laty postawiłem sobie za punkt honoru, by opisać koleje losu muzyków tworzących niegdyś grupę Fields Of The Nephilim. Chciałem nieco uporządkować ten chaos, zbierając w jedną całość wszystkie te zespoły i projekty. Zatrzymałem się na albumie "Half-Life" (2013), który był wtedy nowością. Niestety, na przestrzeni kolejnych lat, niewiele się działo w temacie, więc nie było sensu dopisywać kolejnej części. Była co prawda szansa na nowy album Fields Of The Nephilim, ale utwór, który wypuścił Carl McCoy, okazał się być tylko salwą na wiwat. Nic za tym nie poszło i pomimo upływu tylu lat, nadal nie otrzymaliśmy następcy albumu "Mourning Sun" (2005). Czy mnie to zdziwiło? Ani trochę. Znając tempo pracy Carla, wiem, że pośpiech nie leży w jego naturze.

Powróciłem zatem do muzyki The Eden House, Rubicon, NFD oraz Last Rites. Jest w czym wybierać, choć gdy wyjąłem z półki debiutancki album Last Rites, przypomniałem sobie, że nigdy nie udało mi się upolować jego następcy. Nie jest to prosta sprawa. Rzecz z gatunku mission impossible. Album ten niemal nie pojawia się na portalach aukcyjnych. Nawet na Discogsie próżno go szukać. Zdziwiłem się więc, gdy wyświetlił mi się przed kilkoma tygodniami, ale cena jego była tak kosmiczna, że nawet nie podchodziłem do jego zakupu. Biorę go sobie jednak na cel i podobnie jak w przypadku płyty Wolfgang Press "The Burden Of Mules" (1983) czy Modern English "Mesh And Lance" (1981), liczę, że prędzej czy później wpadnie mi w ręce. Z tamtymi się udało, więc dlaczego z tym miałoby być inaczej? Grunt to pozytywne nastawienie. 

Last Rites tworzą, a właściwie tworzyli muzykę wyrastającą gdzieś na przecięciu gotyckiego rocka z industrialem. Do tych dwóch najczęściej wymienianych składników, dodałabym jeszcze trance. To właśnie ten element wyróżnia ich spośród tłumu. Co ciekawe, Nod Wright zdradził w jednym z wywiadów, że materiał zawarty na ich debiutanckiej płycie "Guided By The Light" (2001), był pisany z myślą o kolejnym albumie Fields Of The Nephilim. Gdyby nie jego rozpad, tak prawdopodobnie wyglądałby następca "Elizium" (1990). Przyznam, że jest to dość ciekawa perspektywa. Zapewne w rękach Carla, materiał ten brzmiałby nieco inaczej. Może bardziej gotycko, aby zachować charakterystyczny styl Fields Of The Nephilim, który to był ich wizytówką. Last Rites nie miało takich ograniczeń, więc mogli pofolgować swojej muzycznej wyobraźni i muszę przyznać, że dobrze na tym wyszli. Szkoda, że zapału starczyło tylko na dwa albumy. Być może było tak jak w przypadku grupy Rubicon, kiedy to muzycy stwierdzili, że wszystko co mieli do powiedzenia, zawarli w tych dwóch albumach. Formuła takiego grania uległa wyczerpaniu i czas iść dalej lub zawiesić gitary na kołku. Miejmy nadzieję, że bracia Wright nie powiedzieli jeszcze swego ostatniego słowa. Swoją drogą, Carl McCoy też mógłby przebudzić się z twórczego letargu. Póki co, polscy fani będą mogli go podziwiać na łódzkim festiwalu Soundedit, gdzie Fields Of The Nephilim będzie dzielić scenę z The Chameleons oraz naszym 1984. Na razie, to musi nam wystarczyć.


Jakub Karczyński 

22 czerwca 2025

IMITATORZY?


Czy zastanawialiście się co byście zrobili, gdybyście urodzili się z głosem będącym idealną kopią jakiegoś znanego wokalisty? Z jednej strony to wspaniała sprawa, ale też i ogromna kula u nogi. Na zawsze bylibyście skazani na porównania do pierwowzoru, więc logicznym się wydaje, że ciężko byłoby wybić się na niepodległość. Nie daj boże jakbyśmy jeszcze tworzyli muzykę w podobnym klimacie co pierwowzór, to wtedy etykietę cover bandu mamy gwarantowaną. Czy jest więc jakiś cień szansy by wypracować swoją markę i uciec od nachalnych porównań? Nie jest to łatwe, a czasem wręcz niemożliwe, ale nie dowiemy się tego póki nie spróbujemy. 

W dzisiejszym wpisie chciałbym przyjrzeć się karierze holenderskiej grupy The Essence. Każdy kto choć raz spotkał się z ich twórczością wie doskonale, w jakim kierunku płyną myśli słuchacza. Tego głosu nie da się pomylić z nikim innym, więc siłą rzeczy skazani byli na bycie imitacją The Cure. Startowali w 1985 roku, kiedy to zespół Roberta Smitha powrócił na scenę albumem "A Head On The Door", prezentujący swoje jakże odmienne oblicze, niż to znane z płyt "Seventeen Seconds" (1980), "Faith" (1981) czy "Pornography" (1982). Muzyka stała się bardziej popowa, choć mrok wciąż gdzieś tam czaił się w zakamarkach. Z perspektywy czasu wydaje się, że album ten był takim brudnopisem, z którego to po kilku latach wykrystalizowało się "Disintegration" (1989). The Essence na swym debiucie zaproponowali muzykę, która była niemal lustrzanym odbiciem względem Brytyjczyków. Stanowili esencję pogodnego mroku, wprawiającego słuchacza w stan przyjemnej melancholii. Gdy posłuchacie ich debiutu "Purity" (1985) zrozumiecie w czym rzecz. To co odróżniało ich od The Cure, to jednorodność stylistyczna, wolna od ryzykownych wolt. W ich repertuarze nie znajdziecie nic takiego co choć w drobnym stopniu przypominałoby Close To Me czy Caterpillar. Jeśli ktoś nie akceptuje takiego oblicza w twórczości The Cure, to śmiało może zagłębić się w dyskografii The Essence. Od czego zacząć? Najlepiej od początku, ale można też na chybił trafił, bo w ich twórczości próżno szukać słabych albumów. Ich dorobek to zaledwie pięć albumów, jednak każdy z nich wart jest tego by mieć go w swojej kolekcji. Najprościej skompletować je poprzez zakup zbiorczego boxu Essence: 35 - The Collection 1985 - 2015. Na pięciu płytach macie właściwie wszystko. Kusząca perspektywa, ale ja zdecydowałem się kompletować dyskografię krok po kroku, wybierając płyty w najzwyklejszych pudełkach typu jewel case. Ot, takie moje zboczenie, nad którym nie mogę i nie chcę zapanować. To trochę tak jak z książkami w bibliotece. Nie wypożyczamy od razu wszystkich dzieł danego autora, tylko zapoznajemy się z nimi sukcesywnie. Myślę, że ta zasada powinna obowiązywać także podczas słuchania muzyki. Moja krucjata w temacie albumów The Essence, zbliża się już pomału do końca. Czekam właśnie na przesyłkę z Francji, w której to znajduje się album "Ecstasy" (1988), więc do pełni szczęścia brak mi jeszcze tylko płyt "Glove" (1995). Płytę rzecz jasna zakupiłem poprzez platformę Discogs, która to jest wymarzonym miejscem dla kolekcjonerów. Gdyby nie ona, wiele wspaniałych płyt wciąż pozostawałoby w sferze marzeń. Na szczęście, dzięki internetowi mamy cały świat na wyciągnięcie ręki. I chwała mu za to.


Jakub Karczyński


PS Przypominam. Swoje wsparcie dla misji składania liter możecie przekazać poprzez stronę: https://buycoffee.to/czarne-slonca. Z góry dziękuję za każdą postawioną kawę, która to podnosi nie tylko ciśnienie, ale przede wszystkim motywuje mnie do jeszcze cięższej pracy.


06 czerwca 2025

ZGNIŁE KOMPROMISY


Historia, którą chcę opowiedzieć wydarzyła się naprawdę i z pewnością nie jest przypadkiem odosobnionym. Rzecz dotyczy płyty "Cyberpunx", nagranej przez grupę Cassandra Complex w roku 1990. Rodney Orpheus zniesmaczony poziomem literackim w rock & rollu, postanowił dać temu odpór, tworząc coś co miało przypominać rock operę. Brzmi poważnie i może dla niektórych strasznie, ale zaznaczmy, że chodziło tu bardziej o strukturę i narrację zbliżoną do powieści, niż o samą muzykę. Ta bowiem niezmiennie czerpała swą moc z tych samych źródeł.  Przed laty Rodney tak wyjaśniał ten koncept:

Zawsze uważałem, że teksty rock'n'rolowe to najgorszy rodzaj literatury, więc chciałem spróbować napisać coś, co miałoby głębię powieści. Złożyłem więc całą historię Cyberpunxu, jakby to było libretto opery, a następnie napisałem piosenki, aby pasowały do ​​​​jej części. W skrócie historia rozgrywa się w przyszłej wojnie między Unią Europejską a państwami arabskimi i jest opowiedziana oczami jednego z bohaterów, sieroty, który dorasta w dżungli, zostaje europejskim pilotem helikoptera, zakochuje się w dziewczynie z drugiej (arabskiej) strony, dezerteruje, zabiera dziewczynę na stację kosmiczną. Tam dziewczyna zachodzi w ciążę, następnie ulega uszkodzeniu mózgu, staje się zagorzałym przestępcą i kończy umierając jako zakładnik."

Historia może nie powala na kolana, ale kto wie jakby to wyglądało, gdyby zespół postawił na swoim. Czemu jednak zamysł artystyczny nie doszedł do skutku? Otóż, na przeszkodzie stanęła wytwórnia płytowa, która kategorycznie odmówiła wydania płyty w takim kształcie. Po burzliwych negocjacjach, zespół niechętnie przystał na sugestie i zmiany zaproponowane przez wytwórnię, czego w przyszłości miał bardzo żałować. Idąc jednak w zaparte, ryzykowali, że wytwórnia w ogóle nie wyda tej płyty. Interes artystyczny rzadko kiedy zgadza się z interesem wytwórni, która kieruje się w głównej mierze potencjalnym zyskiem. Te dwie koncepcje są niezwykle trudne do pogodzenia, stąd też między obiema stronami dochodzi do większych lub mniejszych tarć. Efektem tego jest to, że otrzymaliśmy album, który choć w ogólnym odbiorze wypada bardzo ciekawie, to jednak trudno odnaleźć w nim sensowną linię narracyjną i zrozumieć zamysł twórcy. Wpływ na to miała nie tylko zamiana kolejności nagrań, ale i usunięcie niektórych z programu płyty. Chcąc wyobrazić sobie jak mogłaby wyglądać ta płyta, zmuszeni jesteśmy sięgnąć nie tylko po album "Cyberpunx", lecz również po EP-kę "Finland", na której to znalazły się tak zwane odrzuty w postaci Fire And Forget Forests oraz płytę "War Against Sleep" (1992), gdzie zamieszczono nagrania Why oraz Lullaby. Nie wiem dlaczego dopiero teraz zdecydowałem się na zakup wspomnianej EP-ki, wszakże każde nowe nagranie Cassandra Complex jest na wagę złota. To, że wciąż są istotną częścią muzycznej układanki, udowodnili na swym ostatnim albumie "The Plague" (2022). Cieszę się, że zespół wciąż jest aktywny, tak na polu koncertowym jak i wydawniczym. Liczę na to, że Rodney powróci kiedyś do pomysłu wznowienia albumu "Cyberpunx", w formie takiej, jaką sobie wymarzył. Trzymajmy za to kciuki, bo przecież to wolność artystyczna jest podstawą wszelkich działań twórczych.


Jakub Karczyński

26 maja 2025

CZEKAJĄC NA PIOTRA


Piotrka poznałem będąc w liceum, ale dopiero na studiach nasza znajomość przekształciła się w długoletnią przyjaźń. W ostatnim czasie nasze kontakty bywały dość sporadyczne. Jeśli mnie pamięć nie myli, to widzieliśmy się ostatnio we Wrocławiu w 2018 roku, gdzie Piotrek miał zakontraktowany koncert. Świętował tam czterdziestolecie swojego zespołu, który założył pod koniec lat siedemdziesiątych. Na początku maja, wydał swoją solową płytę, zatytułowaną "Silver Shade" (2025), która to z niewiadomych przyczyn, nie jest dostępna w Polsce w normalnej sprzedaży. Żaden dystrybutor nie zainteresował się jej koloportażem, więc chcąc zakupić nowy album Petera Murphy, musimy się nieco nagimnastykować. Nie dajcie się tylko nabrać na ofertę dwóch polskich sklepów, które sprowadzą wam ten album, ale za podwójną stawkę. Sprawdziłem jeszcze na szybko jak to wygląda teraz i zauważyłem, że doszedł jeszcze jeden sklep, który oferuje ten album już w normalnej, dużo niższej cenie, niż te dwa wspomniane przeze mnie podmioty.  Szkoda tylko, że nie dane mi było zakupić tego wydawnictwa w dniu premiery i znów trzeba było szukać ratunku poza granicami naszego kraju. Nie czekałem na łaskę naszych lokalnych dystrybutorów, tylko wziąłem sprawy w swoje ręce. Zamówienie powinno wkrótce dotrzeć, co nie zmienia faktu, że coraz gorzej jest z dostępnością płyt w naszym kraju. Zdaję sobie sprawę, że Peter Murphy, to nie Taylor Swift, której fani nie muszą się martwić o dostępność płyt w dniu premiery, ale przecież to też nie artysta obrosły mchem. Echa jego muzyki wciąż rezonują w naszym kraju. Może rzesza fanów nie jest już tak liczna, ale z pewnością znalazłoby się nieco osób, zainteresowanych zakupem płyty Petera. Wiem, że wszystko dziś sprowadza się do rachunku ekonomicznego i opłacalności, ale gdybyśmy wydawali tylko to co opłacalne, to niezwykle skromny byłby ten katalog. Dosyć jednak tego biadolenia. Idę zajrzeć do skrzynki czy, aby Piotrek już w niej nie czeka.


Jakub Karczyński   

11 maja 2025

SHADOW DANCE PARTY - 10.05.2025 - POZNAŃ


W sobotę 10 maja, w poznańskim klubie "Pod Minogą", odbyła się kolejna edycja "Shadow Dance Party". Tym razem do stolicy Wielkopolski zawitała Nox Novacula, która to była główną atrakcją wieczoru. Jej występ poprzedzała wrocławska Psychoformalina oraz miejscowa Ostatnia klatka. Idąc tam, nie byłem przygotowany na to co nastąpi. Ostatnią klatkę widziałem już w boju, ale Psychoformaliny, ani Nox Novacula nie dane było mi doświadczyć wcześniej. Byłem niezwykle ciekaw jak się zaprezentują, ale to co tam wczoraj ujrzałem, przeszło moje najśmielsze oczekiwania. Zacznijmy jednak od początku.

W klubie pojawiłem się kilka minut po godzinie dziewiętnastej, myśląc, że jestem nieco spóźniony, ale jak się okazało do pierwszego koncertu było jeszcze około czterdziestu minut. Zwiedziłem sobie na spokojnie wszystkie stoiska z płytami, bo głównie te interesują mnie na koncertach. Ku mojej olbrzymiej radości, artyści przybyli ze swoim merchem, co nie jest niestety normą. Dodatkowo organizator - Tomasz Woodraf, przywiózł sporo płyt ze swojego labela, więc można było zaopatrzyć się także w płyty innych, nie mnie ciekawych zespołów. Jeszcze przed koncertem poprosiłem Tomka by przywiózł mi dwa albumy, które to chciałem włączyć do mojej kolekcji. Pierwszym była płyta zespołu 1919 "Citizens Of Nowhere" (2021), którego muzyka idealnie spasowała się z moim gustem. Że też wcześniej się na niego nie natknąłem. Drugim wydawnictwem była debiutancka płyta Natures Mortes, które wlewa w serce miłośników deathrocka spore pokłady nadziei. W ogóle mam wrażenie, że w końcu coś na naszej scenie zaczęło się dziać, że przybyło miłośników mrocznych brzmień, którzy nie tylko słuchają, ale też tłumnie stawiają się na koncertach. "Shadow Dance Party" jest tego najlepszym przykładem. Cieszę się, że w końcu i Poznań ma swoją cykliczną imprezę, poświęconą tego typu muzyce. Na tej pustyni pojawiła się w końcu oaza, do której tłumnie ściągają miłośnicy muzyki spod znaku nietoperza.


Ostatnia klatka to zespół na dorobku, na którego nową płytę, czekam z wielkimi nadziejami. Występ w ramach "Shadow Dance Party" udowodnił, że mają oni nie tylko dobry repertuar, ale i całkiem niemałe umiejętności sceniczne. Dużym walorem są też teksty pisane w języku polskim, które dalekie są od banału. Powiem więcej, są one nad wyraz trafne i idealnie wpisują się muzykę jaką zespół uprawia. Zimna fala ma się w Polsce znów całkiem nieźle, a kolejne pokolenia odkrywają ją na swój własny użytek. Momentami miałem wrażenie, że zespół nasłuchał się też zespołu Rezerwat. Muszę ich o to kiedyś zapytać. Tymczasem życzę chłopakom jak najlepiej i trzymam kciuki za ich tworzącą się płytę, która ma się pojawić pod skrzydłami Bat-Cave Productions.


Po Ostatniej klatce, scenę objęła we władanie Psychoformalina. To jeden z tych zespołów, które kojarzyłem z nazwy, ale jakoś nigdy nie miałem parcia by posłuchać ich muzyki. To był błąd, który muszę w najbliższym czasie naprawić. Muzyka tej wrocławskiej kapeli po prostu wbiła mnie w ziemię. Przede wszystkim za sprawą świetnych, niekiedy transowych utworów, ale także dzięki niezwykle hipnotyzującemu i charyzmatycznemu wokaliście. Gdy słuchałem sobie ich muzyki kilkukrotnie łapałem się na tym, że myślałem sobie - czemu ta formacja tuła się po piwnicach undergroundu? Przecież oni zasługują na to by stać w pierwszym rzędzie i mieć popularność nie mniejszą niż Armia. Życie jednak nie zawsze jest sprawiedliwe, ale o tym wiemy przecież nie od dziś. 


Gdy już myślałem, że nic więcej mnie tu dziś nie zaskoczy, na scenie zainstalowali się muzycy z Nox Novacula. Amerykanie z Seattle w żadnym wypadku nie podtrzymują grunge'owych tradycji miasta, lecz tną dzikiego deathrocka, że aż wióry lecą. Gdybym miał określić jednym słowem ten koncert była by to "dzikość".  Wokalistka dysponuje głosem nie gorszym niż Siouxsie i zdecydowanie wie jak się nim posługiwać by osiągnąć założony efekt. W tej dzikości, zespół nie zapomniał jednak o melodiach, które oplatają tę muzykę niczym bluszcz. Wzrok też przyciągał basista, który jak żywo przypominał mi postać Blanki z gry "Street Fighter". Ten wizerunek dzikusa, doskonale zespajał się z dźwiękami, jakie płynęły ze sceny. Wprost nie można było oderwać wzroku od tego co tam się działo.

Podsumowując. Na wczorajszym "Shadow Dance Party", napięcie tylko narastało. Dobrze, że po Nox Novacula już nikt, nie występował, bo scena musiałaby po prostu eksplodować. Oczywiście, nie był to koniec imprezy, bo po koncertach można było też zostać na after party, na którym to można było na parkiecie rozruszać nogi. Mnie wystarczyło nasycić uszy, ale wierzę, że i później napięcie wciąż miało wysokie wartości. W tym miejscu chciałbym pokłonić się Tomkowi Woodrafowi, który działając na sto dwadzieścia procent swojej mocy, spełnia nie tylko swoje marzenia, ale i wielu słuchaczy, którzy, gdyby nie on, nie mieliby okazji poznać wielu fantastycznych zespołów. Tomku, czapki z głów za Twoją tytaniczną pracę i wiarę w to, że i w Polsce jest dla kogo to wszystko robić. Sobotnie "Shadow Dance Party" już za nami, ale ja już jestem myślami przy kolejnej edycji.


Jakub Karczyński