Jakub Karczyński
26 grudnia 2025
TEDDY (1960 - 2025)
22 grudnia 2025
ZNAK CZASÓW
Idźmy jednak po śladach żywych. Jak pewnie zauważyliście od pewnego czasu mam zajawkę na muzykę grupy True Sound Of Liberty. Algorytmy facebookowe musiały jakoś się o tym dowiedzieć, bo podsunęły mi pod nos ofertę najnowszego numeru "Chaos w mojej głowie". To fanzin z kręgów anarcho-punkowych, piszący nie tylko o muzyce, ale i sprawach społecznych. Wydany jest on w naprawdę imponującej formie. Ponad 200 stron formatu A4, gęstej od treści, musi robić wrażenie i robi. Spokojna głowa, "Czarne słońca" nie staną się stroną poświęconej muzyce hc punk. Po co więc zakupiłem tego zina? To co przyciągnęło mój wzrok to informacja o gruntownym omówieniu dyskografii T.S.O.L. oraz wywiad z Jackiem Grishamem, pierwszym wokalistą grupy. Wyskoczyłem więc z pięćdziesięciu złotych by móc zagłębić się w lekturze. Gdy odebrałem przesyłkę przypomniałem sobie czasy, gdy kupowałem fin zine Cold, który do dziś darzę wielkim uznaniem. Żałuję, że jego czas dobiegł już końca. Brakuje mi obecnie takiego fan zinu, omawiającej zarówno dorobek legendarnych kapel post punkowych jak i trzymający rękę na muzycznym pulsie współczesności. Zespołów przecież nie brak. Mało tego, uważam, że scena ta stała się w ostatnich latach dużo aktywniejsza. Na koncertach widać sporo młodych ludzi, którzy szczelnie wypełniają klubowe przestrzenie. Pytanie tylko jakie ma to przełożenie na zakup płyt i fan zinów. Tu już chyba nie jest tak kolorowo. Drukowany fan zin w dobie internetu nie jest już chyba na tyle atrakcyjny dla młodych ludzi by się o niego zabijać. Teraz przecież wszystkie informacje na wyciągnięcie ręki, a przecież nie zawsze tak było. Pokolenia dorastające w latach osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych, doskonale pamiętają, że podstawowym źródłem informacji była prasa, ziny, radio lub wiadomości przekazywane sobie z ust do ust. Pamiętacie z jakim namaszczeniem traktowało się każdy zdobyty fan zine, gazetę czy też płytę? Przypominało to trochę obcowanie z największą świętością tego świata. A dziś? Czy jest jeszcze miejsce dla drukowanych zinów? Choć serce pragnie udzielić twierdzącej odpowiedzi, to głowa podpowiada mi coś zgoła innego. Niemniej gdybym miał wokół siebie grono takich zapaleńców jak ja, to chętnie dołożyłbym swoje pióro do takiej inicjatywy. Tylko czy znalazłoby się tylu odbiorców, którzy byliby w stanie zapewnić zinowi egzystencję? Wątpliwa sprawa, zważywszy na fakt, że prasa jest dziś w tak wielkim dołku, że za moment poszczególne gazety zaczną machać nam białymi flagami na pożegnanie. Znak czasów.
Przy okazji pozyskiwania kolejnych płyt True Sound Of Liberty wyzbierałem też muzyczne okruszki jakie rozsypały się wokół tej nazwy. Chodzi głównie o dorobek Grishama, który po odejściu z macierzystego zespołu realizował się w takich formacjach jak Tender Fury czy Joykiller. Zrobiłem szybki rekonesans po Allegro i wyłowiłem za grosze drugi album Tender Fury zatytułowany "Garden Of Evil" (1990), a także płytę "Static" (1996) Joykiller czyli kolejnej formacji, którą stworzył Grisham po rozpadzie Tender Fury. Będą to zapewne ostatnie albumy, które dołączą do mojej kolekcji w tym roku. Teraz tylko trzeba znaleźć nieco czasu na ich przesłuchanie.
Na koniec chciałbym życzyć Wam radosnych świąt, spędzonych w gronie najbliższych. Spożytkujcie dobrze ten czas, ciesząc się swoją obecnością, rozmawiając o rzeczach, na które nie znajdujemy czasu w przeciągu roku. Nie zapomnijcie o dobrej muzyce, ciekawej lekturze, którymi można urozmaicić sobie święta w czasie wolnym od rozmów. Niech te ostatnie dni roku przyniosą Wam odrobinę wytchnienia i relaksu, na który to z pewnością każdy z nas zasłużył. Wesołych Świąt !!!
Jakub Karczyński
08 grudnia 2025
DZIEWICA KONSEKROWANA
05 grudnia 2025
UCIECZKA W CIEŃ
30 listopada 2025
JAŚ ZGNIŁEK ORAZ WIEDŹMA Z BLAIR
Jakub Karczyński
23 listopada 2025
ZANIKAJĄCA FALA DŹWIĘKU
Jakub Karczyński
PS Jeśli chciałbyś udzielić mi wsparcia kawowego, możesz zrobić to pod poniższym adresem: https://buycoffee.to/czarne-slonca. Za każde wsparcie serdecznie dziękuję.
20 listopada 2025
TRUE SOUND OF LIBERTY
13 listopada 2025
SOUNDEDIT 2025
Ledwie w uchu wybrzmiała ostatnia kompozycja The Chameleons, a już w sali obok zainstalowało się 1984. Ludzi było tam tyle, że dotarcie pod scenę graniczyło z cudem. Zająłem miejsce na końcu sali by mieć dobrą drogę ewakuacyjną na koncert Fields Of The Nephilim. Mam wielki szacunek do grupy 1984, kibicuję im po dziś dzień, ale tego dnia jakoś nie dałem się porwać muzyce. Może to kwestia braku odpowiedniej koncentracji, a może po prostu miałem nieco inne oczekiwania od zespołu. Faktem jest, że po wysłuchaniu kilku utworów udałem się do sali obok, gdzie ludzie z każdą minutą coraz bardziej wypełniali wolną przestrzeń. Poświęciłem więc występ 1984, aby zająć dogodne miejsce, z którego to mógłbym w miarę komfortowo podziwiać występ. Gdybym przypomniał sobie ich wcześniejszy występ z Wrocławia, na którym to byłem przed laty, to zapewne podarowałbym sobie walkę o miejsce. Co za różnica czy stoisz pięć czy dziesięć metrów dalej, skoro scena osnuta jest tak gęstym dymem, że ledwie widać zarysy postaci. Rozumiem, że zespół chciał wytworzyć odpowiedni klimat, ale jak to mówią, co za dużo to niezdrowo. Na szczęście ubytki wizualne, kompensował słuchaczom dźwięk oraz zaprezentowany tego wieczora repertuar. Fields Of The Nephilim nie byli szczególnie płodną grupą, ale na przestrzeni lat nagrali trzy albumy, które to wyznaczyły nowy kurs dla muzyki gotyckiej. "Dawnrazor" (1987) choć dziś najmniej doceniany, pokazał, że mroki gotyku świetnie komponują się z klimatem spaghetti westernu. I to była prawdziwie ożywcza fala, nawet jeśli uznamy, że płycie nieco brakuje do ideału. Niemniej, gdy w Łodzi zabrzmiał Dawnrazor, poczułem olbrzymią satysfakcję. Nic dziwnego, że nagranie wciąż znajduje się w żelaznym kanonie koncertowym grupy, skoro po tylu latach wciąż wyrywa z przysłowiowych butów. Równie dobrze prezentuje się Preacher Man, do którego powstał bardzo interesujący teledysk. Zresztą klipy Fieldsów zawsze stały na wysokim poziomie lecz to nie czas i miejsce by się tym zajmować. Preacher Man w Łodzi wprowadził iście westernową atmosferę lecz nie trwało to długo, bowiem na trzynaście zaprezentowanych kompozycji zaledwie trzy pochodziły z debiutu. Szkoda, że zabrakło miejsca dla Vet For The Insane, którą to szczególnie sobie upodobałem na tej płycie. Zdaję sobie jednak sprawę, że zgromadzona publiczność najmocniej wyczekała nagrań z późniejszych płyt, co rzecz jasna wcale mnie nie dziwi, bo również uwielbiam płyty "The Nephilim" (1988) oraz "Elizium" (1990). Pierwszy z wymienionych albumów w podstawowym secie reprezentowały nagrania The Watchman, Moonchild, Love Under Will, które nieco mniej lubię oraz Chord Of Souls. Miłośnicy płyty "Elizium" musieli nasycić się zaledwie dwoma nagraniami, ale za to jakimi. Na pierwszy ogień poszło przecudowne At The Gates Of Silent Memory, którego to niestety zabrakło przed sześciu laty we Wrocławiu. W bisach zaś otrzymaliśmy Last Exit For The Lost, po którym powiedziałem do znajomego, że po czymś takim nastąpić może tylko cisza. To jak ostatni gwóźdź do trumny. Finał finałów. Koniec i kropka. Zaczęliśmy się więc zbierać do wyjścia. Gdy tak czekaliśmy w okolicach szatni na zbiórkę wszystkich towarzyszy podróży, doszła do mych uszu muzyka. Początkowo uznałem, że to dźwięki puszczone z konsolety by umilić publiczności wychodzenie z sali. Po szybkiej wymianie zdań doszliśmy do wniosku, że chyba jednak kurtyna jeszcze nie opadła. Poszliśmy więc sprawdzić i faktycznie przeczucie nas nie zawiodło. Na scenie Fields Of The Nephilim inicjuje tytułowe nagranie z płyty "Mourning Sun" (2005), a my cieszymy się, że ten sen się jeszcze nie skończył. Cieszy mnie, że je zagrali, bo to niezwykle ważna dla mnie kompozycja. W ogóle uważam, że ostatni (jak do tej pory) album Fields Of The Nephilim otarł się o geniusz płyty "Elizium". Żałuję, że nie zagrali z niego nic więcej, bo przecież usłyszeć takie New Gold Dawn, Requiem, a zwłaszcza She, to prawdziwa uczta dla duszy. Tego wieczora musieliśmy zadowolić się niewielkim fragmentem tego dzieła, ale za to jakim. Mourning Sun wypełnia w takim samym stopniu rolę idealnego zwieńczenia koncertu, co Last Exit For The Lost. Po dwóch takich ciosach na koniec, chyba mało kto mógł złapać oddech. Opuszczaliśmy "Wytwórnię" w poczuciu zadowolenia. Nic dziwnego, bowiem gdy spojrzałem sobie na tegoroczną koncertową setlistę Fields Of The Nephilim, to polski koncert jako jedyny może poszczycić się trzynastoma zagranymi utworami. W ogóle już samo przybycie do naszego kraju należy rozpatrywać w kategoriach cudu, gdyż zespół pojawia się na scenie zaledwie kilka razy w roku. Tym bardziej warto docenić starania organizatorów, by pozyskać zespół na tegoroczny Soundedit. Potwierdzeniem naszego oddania grupie niechaj będzie fakt, że dzień w którym zagrało Fields Of The Nephilim został wyprzedany do ostatniego biletu.
Tegoroczny Soundedit był wyjątkowy jeśli chodzi o dobór artystów. Żałuję, że nie dotarłem do Łodzi pierwszego dnia, gdzie na scenie można było podziwiać Anję Huwe (ex Xmal Deustchland) oraz Gavina Friday'a (ex Virgin Prunes). Z kolei trzeciego dnia scenę we władanie wzięli nasi rodzimi twórcy jak SBB czy John Porter. Myślę, że nikt kto zdecydował się na przyjazd do Łodzi, nie odjeżdżał z niej z poczuciem zawodu. Emocji było co niemiara. Osobiście już zacieram ręce na myśl o przyszłorocznej edycji, która jestem przekonany znów przyciągnie tłumy. Na koniec pokłonię się organizatorom, dziękując za to co już za nami i wierzę w to, że impreza ta wpisze się na stałe do mojego kalendarza. Do zobaczenia za rok.
Jakub Karczyński
26 października 2025
OD ZADYMIARZA DO PIOSENKARZA
Jakub Karczyński
23 października 2025
EKSTAZA
03 października 2025
JESIENNY NIEZBĘDNIK
04 września 2025
WIZERUNEK PUBLICZNY
Zanim jednak dotarłem na miejsce koncertu, odwiedziłem sklep z używanymi płytami, mieszczący się niedaleko dworca PKP. Czasu było niewiele, bo w sobotę sklepy nie mieszczące się w galeriach handlowych, zamykały się o godzinie 16:00. Przewertowałem więc w pośpiechu interesujące mnie kategorie, ale nie znalazłem nic co by wzbudziło mój entuzjazm. W pamięci zanotowałem sobie debiutancki album The Christians oraz płytę "Mudbird Shivers" (1995) grupy The Ex. Chrześcijanie kojarzyli mi się z jakimiś pojedynczymi utworami z albumu "Colours", które choć zgrabne, to jednak odstawały od estetyki jakiej hołduję. Z kolei The Ex mam gdzieś na składance wydanej z okazji ich trzydziestolecia, ale też jakoś nie kliknęła mi ta muzyka. Poszedłem więc coś zjeść by przemyśleć sprawę, nastawiając sobie w słuchawkach wyżej wspomniany album. Może nie padłem przed nim na kolana, ale uznałem go na swój sposób interesujący i mogący uchylić mi drzwi do ich muzycznego świata. Opuszczając lokal gastronomiczny zorientowałem się, że jest już 15:35 i za chwilę zamiast ściskać w rękach płyty, uścisnę co najwyżej sklepową klamkę. Nie było więc już czasu na szukanie innych płytowych destynacji. Wróciłem więc do wspomnianego sklepu z postanowieniem zakupienie obu płyt. Odnalazłem czym prędzej interesujące mnie tytuły i udałem się do kasy. Bez większych nadziei zapytałem jeszcze sprzedawcę czy ma w swoich zbiorach coś z muzyki post punk. Po chwili zastanowienia wskazał na trzy rzędy płyt, które czekały na wycenę, sugerując, że być może tu coś znajdę. I faktycznie, po ich szybkim przewertowaniu odnaleźliśmy inny album grupy The Ex oraz składankę wydaną na dwudziestą pierwszą rocznicę wytwórni Beggars Banquet. Poza takimi tuzami jak Bauhaus, The Cult, Gary Numan, Peter Murphy czy The Fall, można było posłuchać także tych nieco mniej znanych albo zupełnie anonimowych artystów. Za to właśnie lubię takie wydawnictwa. Dzięki nim mamy szansę posłuchać czegoś czego być może nigdy byśmy nie usłyszeli. Tak jak niegdyś omijałem składanki szerokim łukiem, tak dziś nie tylko użyczam mi miejsca w domu, ale i w sercu. Opuszczałem więc sklep ze sporą dozą satysfakcji. Na odchodne wymieniliśmy kilka uwag na temat wieczornego koncertu PIL. Właściciel zdradził mi, że napisał do zespołu na wszystkich mediach społecznościowych, zapraszając zespół do odwiedzin. Niestety, Johnny nie skorzystał z zaproszenia, a tym samym przepadła szansa na pogawędkę oraz autografy.
Jakub Karczyński
31 sierpnia 2025
MIŁOŚĆ NA SREBRNYM DYSKU
21 sierpnia 2025
SIŁA SENTYMENTU
16 lipca 2025
DZIWNY RODZAJ RAJU
Jakub Karczyński
14 lipca 2025
BRAKUJĄCY PUZZEL
Powróciłem zatem do muzyki The Eden House, Rubicon, NFD oraz Last Rites. Jest w czym wybierać, choć gdy wyjąłem z półki debiutancki album Last Rites, przypomniałem sobie, że nigdy nie udało mi się upolować jego następcy. Nie jest to prosta sprawa. Rzecz z gatunku mission impossible. Album ten niemal nie pojawia się na portalach aukcyjnych. Nawet na Discogsie próżno go szukać. Zdziwiłem się więc, gdy wyświetlił mi się przed kilkoma tygodniami, ale cena jego była tak kosmiczna, że nawet nie podchodziłem do jego zakupu. Biorę go sobie jednak na cel i podobnie jak w przypadku płyty Wolfgang Press "The Burden Of Mules" (1983) czy Modern English "Mesh And Lance" (1981), liczę, że prędzej czy później wpadnie mi w ręce. Z tamtymi się udało, więc dlaczego z tym miałoby być inaczej? Grunt to pozytywne nastawienie.
Last Rites tworzą, a właściwie tworzyli muzykę wyrastającą gdzieś na przecięciu gotyckiego rocka z industrialem. Do tych dwóch najczęściej wymienianych składników, dodałabym jeszcze trance. To właśnie ten element wyróżnia ich spośród tłumu. Co ciekawe, Nod Wright zdradził w jednym z wywiadów, że materiał zawarty na ich debiutanckiej płycie "Guided By The Light" (2001), był pisany z myślą o kolejnym albumie Fields Of The Nephilim. Gdyby nie jego rozpad, tak prawdopodobnie wyglądałby następca "Elizium" (1990). Przyznam, że jest to dość ciekawa perspektywa. Zapewne w rękach Carla, materiał ten brzmiałby nieco inaczej. Może bardziej gotycko, aby zachować charakterystyczny styl Fields Of The Nephilim, który to był ich wizytówką. Last Rites nie miało takich ograniczeń, więc mogli pofolgować swojej muzycznej wyobraźni i muszę przyznać, że dobrze na tym wyszli. Szkoda, że zapału starczyło tylko na dwa albumy. Być może było tak jak w przypadku grupy Rubicon, kiedy to muzycy stwierdzili, że wszystko co mieli do powiedzenia, zawarli w tych dwóch albumach. Formuła takiego grania uległa wyczerpaniu i czas iść dalej lub zawiesić gitary na kołku. Miejmy nadzieję, że bracia Wright nie powiedzieli jeszcze swego ostatniego słowa. Swoją drogą, Carl McCoy też mógłby przebudzić się z twórczego letargu. Póki co, polscy fani będą mogli go podziwiać na łódzkim festiwalu Soundedit, gdzie Fields Of The Nephilim będzie dzielić scenę z The Chameleons oraz naszym 1984. Na razie, to musi nam wystarczyć.
Jakub Karczyński
22 czerwca 2025
IMITATORZY?
W dzisiejszym wpisie chciałbym przyjrzeć się karierze holenderskiej grupy The Essence. Każdy kto choć raz spotkał się z ich twórczością wie doskonale, w jakim kierunku płyną myśli słuchacza. Tego głosu nie da się pomylić z nikim innym, więc siłą rzeczy skazani byli na bycie imitacją The Cure. Startowali w 1985 roku, kiedy to zespół Roberta Smitha powrócił na scenę albumem "A Head On The Door", prezentujący swoje jakże odmienne oblicze, niż to znane z płyt "Seventeen Seconds" (1980), "Faith" (1981) czy "Pornography" (1982). Muzyka stała się bardziej popowa, choć mrok wciąż gdzieś tam czaił się w zakamarkach. Z perspektywy czasu wydaje się, że album ten był takim brudnopisem, z którego to po kilku latach wykrystalizowało się "Disintegration" (1989). The Essence na swym debiucie zaproponowali muzykę, która była niemal lustrzanym odbiciem względem Brytyjczyków. Stanowili esencję pogodnego mroku, wprawiającego słuchacza w stan przyjemnej melancholii. Gdy posłuchacie ich debiutu "Purity" (1985) zrozumiecie w czym rzecz. To co odróżniało ich od The Cure, to jednorodność stylistyczna, wolna od ryzykownych wolt. W ich repertuarze nie znajdziecie nic takiego co choć w drobnym stopniu przypominałoby Close To Me czy Caterpillar. Jeśli ktoś nie akceptuje takiego oblicza w twórczości The Cure, to śmiało może zagłębić się w dyskografii The Essence. Od czego zacząć? Najlepiej od początku, ale można też na chybił trafił, bo w ich twórczości próżno szukać słabych albumów. Ich dorobek to zaledwie pięć albumów, jednak każdy z nich wart jest tego by mieć go w swojej kolekcji. Najprościej skompletować je poprzez zakup zbiorczego boxu Essence: 35 - The Collection 1985 - 2015. Na pięciu płytach macie właściwie wszystko. Kusząca perspektywa, ale ja zdecydowałem się kompletować dyskografię krok po kroku, wybierając płyty w najzwyklejszych pudełkach typu jewel case. Ot, takie moje zboczenie, nad którym nie mogę i nie chcę zapanować. To trochę tak jak z książkami w bibliotece. Nie wypożyczamy od razu wszystkich dzieł danego autora, tylko zapoznajemy się z nimi sukcesywnie. Myślę, że ta zasada powinna obowiązywać także podczas słuchania muzyki. Moja krucjata w temacie albumów The Essence, zbliża się już pomału do końca. Czekam właśnie na przesyłkę z Francji, w której to znajduje się album "Ecstasy" (1988), więc do pełni szczęścia brak mi jeszcze tylko płyt "Glove" (1995). Płytę rzecz jasna zakupiłem poprzez platformę Discogs, która to jest wymarzonym miejscem dla kolekcjonerów. Gdyby nie ona, wiele wspaniałych płyt wciąż pozostawałoby w sferze marzeń. Na szczęście, dzięki internetowi mamy cały świat na wyciągnięcie ręki. I chwała mu za to.
Jakub Karczyński
PS Przypominam. Swoje wsparcie dla misji składania liter możecie przekazać poprzez stronę: https://buycoffee.to/czarne-slonca. Z góry dziękuję za każdą postawioną kawę, która to podnosi nie tylko ciśnienie, ale przede wszystkim motywuje mnie do jeszcze cięższej pracy.
06 czerwca 2025
ZGNIŁE KOMPROMISY
„Zawsze uważałem, że teksty rock'n'rolowe to najgorszy rodzaj literatury, więc chciałem spróbować napisać coś, co miałoby głębię powieści. Złożyłem więc całą historię Cyberpunxu, jakby to było libretto opery, a następnie napisałem piosenki, aby pasowały do jej części. W skrócie historia rozgrywa się w przyszłej wojnie między Unią Europejską a państwami arabskimi i jest opowiedziana oczami jednego z bohaterów, sieroty, który dorasta w dżungli, zostaje europejskim pilotem helikoptera, zakochuje się w dziewczynie z drugiej (arabskiej) strony, dezerteruje, zabiera dziewczynę na stację kosmiczną. Tam dziewczyna zachodzi w ciążę, następnie ulega uszkodzeniu mózgu, staje się zagorzałym przestępcą i kończy umierając jako zakładnik."
Historia może nie powala na kolana, ale kto wie jakby to wyglądało, gdyby zespół postawił na swoim. Czemu jednak zamysł artystyczny nie doszedł do skutku? Otóż, na przeszkodzie stanęła wytwórnia płytowa, która kategorycznie odmówiła wydania płyty w takim kształcie. Po burzliwych negocjacjach, zespół niechętnie przystał na sugestie i zmiany zaproponowane przez wytwórnię, czego w przyszłości miał bardzo żałować. Idąc jednak w zaparte, ryzykowali, że wytwórnia w ogóle nie wyda tej płyty. Interes artystyczny rzadko kiedy zgadza się z interesem wytwórni, która kieruje się w głównej mierze potencjalnym zyskiem. Te dwie koncepcje są niezwykle trudne do pogodzenia, stąd też między obiema stronami dochodzi do większych lub mniejszych tarć. Efektem tego jest to, że otrzymaliśmy album, który choć w ogólnym odbiorze wypada bardzo ciekawie, to jednak trudno odnaleźć w nim sensowną linię narracyjną i zrozumieć zamysł twórcy. Wpływ na to miała nie tylko zamiana kolejności nagrań, ale i usunięcie niektórych z programu płyty. Chcąc wyobrazić sobie jak mogłaby wyglądać ta płyta, zmuszeni jesteśmy sięgnąć nie tylko po album "Cyberpunx", lecz również po EP-kę "Finland", na której to znalazły się tak zwane odrzuty w postaci Fire And Forget i Forests oraz płytę "War Against Sleep" (1992), gdzie zamieszczono nagrania Why oraz Lullaby. Nie wiem dlaczego dopiero teraz zdecydowałem się na zakup wspomnianej EP-ki, wszakże każde nowe nagranie Cassandra Complex jest na wagę złota. To, że wciąż są istotną częścią muzycznej układanki, udowodnili na swym ostatnim albumie "The Plague" (2022). Cieszę się, że zespół wciąż jest aktywny, tak na polu koncertowym jak i wydawniczym. Liczę na to, że Rodney powróci kiedyś do pomysłu wznowienia albumu "Cyberpunx", w formie takiej, jaką sobie wymarzył. Trzymajmy za to kciuki, bo przecież to wolność artystyczna jest podstawą wszelkich działań twórczych.
Jakub Karczyński
26 maja 2025
CZEKAJĄC NA PIOTRA
Jakub Karczyński
11 maja 2025
SHADOW DANCE PARTY - 10.05.2025 - POZNAŃ
W klubie pojawiłem się kilka minut po godzinie dziewiętnastej, myśląc, że jestem nieco spóźniony, ale jak się okazało do pierwszego koncertu było jeszcze około czterdziestu minut. Zwiedziłem sobie na spokojnie wszystkie stoiska z płytami, bo głównie te interesują mnie na koncertach. Ku mojej olbrzymiej radości, artyści przybyli ze swoim merchem, co nie jest niestety normą. Dodatkowo organizator - Tomasz Woodraf, przywiózł sporo płyt ze swojego labela, więc można było zaopatrzyć się także w płyty innych, nie mnie ciekawych zespołów. Jeszcze przed koncertem poprosiłem Tomka by przywiózł mi dwa albumy, które to chciałem włączyć do mojej kolekcji. Pierwszym była płyta zespołu 1919 "Citizens Of Nowhere" (2021), którego muzyka idealnie spasowała się z moim gustem. Że też wcześniej się na niego nie natknąłem. Drugim wydawnictwem była debiutancka płyta Natures Mortes, które wlewa w serce miłośników deathrocka spore pokłady nadziei. W ogóle mam wrażenie, że w końcu coś na naszej scenie zaczęło się dziać, że przybyło miłośników mrocznych brzmień, którzy nie tylko słuchają, ale też tłumnie stawiają się na koncertach. "Shadow Dance Party" jest tego najlepszym przykładem. Cieszę się, że w końcu i Poznań ma swoją cykliczną imprezę, poświęconą tego typu muzyce. Na tej pustyni pojawiła się w końcu oaza, do której tłumnie ściągają miłośnicy muzyki spod znaku nietoperza.
Po Ostatniej klatce, scenę objęła we władanie Psychoformalina. To jeden z tych zespołów, które kojarzyłem z nazwy, ale jakoś nigdy nie miałem parcia by posłuchać ich muzyki. To był błąd, który muszę w najbliższym czasie naprawić. Muzyka tej wrocławskiej kapeli po prostu wbiła mnie w ziemię. Przede wszystkim za sprawą świetnych, niekiedy transowych utworów, ale także dzięki niezwykle hipnotyzującemu i charyzmatycznemu wokaliście. Gdy słuchałem sobie ich muzyki kilkukrotnie łapałem się na tym, że myślałem sobie - czemu ta formacja tuła się po piwnicach undergroundu? Przecież oni zasługują na to by stać w pierwszym rzędzie i mieć popularność nie mniejszą niż Armia. Życie jednak nie zawsze jest sprawiedliwe, ale o tym wiemy przecież nie od dziś.
Podsumowując. Na wczorajszym "Shadow Dance Party", napięcie tylko narastało. Dobrze, że po Nox Novacula już nikt, nie występował, bo scena musiałaby po prostu eksplodować. Oczywiście, nie był to koniec imprezy, bo po koncertach można było też zostać na after party, na którym to można było na parkiecie rozruszać nogi. Mnie wystarczyło nasycić uszy, ale wierzę, że i później napięcie wciąż miało wysokie wartości. W tym miejscu chciałbym pokłonić się Tomkowi Woodrafowi, który działając na sto dwadzieścia procent swojej mocy, spełnia nie tylko swoje marzenia, ale i wielu słuchaczy, którzy, gdyby nie on, nie mieliby okazji poznać wielu fantastycznych zespołów. Tomku, czapki z głów za Twoją tytaniczną pracę i wiarę w to, że i w Polsce jest dla kogo to wszystko robić. Sobotnie "Shadow Dance Party" już za nami, ale ja już jestem myślami przy kolejnej edycji.
Jakub Karczyński
























