29 września 2016

PORTRET NIEDOSKONAŁY

Przed kilkoma dniami powróciła do mnie płyta analogowa New Model Army, którą wysłałem do prostowania chłopakom z Winylowni. Już tak nie faluje, więc i radość ze słuchania o wiele większa. Za kilka dni będę miał przyjemność zobaczyć grupę Justina Sullivana na żywo, stąd też przed koncertem jak i kilka dni po, w moich czterech ścianach, rozbrzmiewać będzie nie tylko wspomniany analog, ale i pozostałe albumy tej formacji, tyle, że z płyt kompaktowych. Póki co, przerabiam moje ostatnie nabytki w postaci Liquid Divine - "Interface" (2006), "Black Box" (2007), Minerve "Breathing Avenue" (2005), Love Like Blood "An Irony Of Fate" (1992),  Nick Cave "Skeleton Tree" (2016) i Marillion "F.E.A.R." (2016). W tak zwanym międzyczasie, czytam też nową książkę Wiesława Weissa, poświęconą Tomkowi Beksińskiemu. "Tomek Beksiński. Portret prawdziwy" stanowi taką opozycję do wcześniej wydanej książki Magdaleny Grzebałkowskiej "Beksińscy. Portret Podwójny" oraz filmu "Ostatnia rodzina", w których to postać Tomka została przedstawiona w niezbyt korzystnym świetle. Myślę, że był on na tyle złożoną postacią, że nie można w sposób jednoznaczny odmalować go ani w kolorach czerni, ani bieli. Nikt przecież nie jest wyłącznie dobry, ani zły. Składamy się z różnych odcieni i to właśnie sprawia, że nasze życiorysy nabierają autentyczności. Poza tym, żadna biografia nie jest w stu procentach prawdziwa, bowiem zawsze jest ona przefiltrowana przez postać autora. To trochę tak, jakby wejść do gabinetu luster i próbować uchwycić prawdziwą twarz osób, przeglądających się w owych lustrach. Zadanie tyleż karkołomne, co niemożliwe do wykonania. Jest niczym malowanie palcem na wodzie. Wspomniałem już, że niejednoznaczność postaci Tomka wzbudza liczne dyskusje wśród osób, które w większym lub mniejszym stopniu uczestniczyły w jego życiu. Jak mniemam, sprowadzi się to wkrótce do prawdziwego wysypu książek i filmów na jego temat. Każdy przecież będzie chciał swoim dziełem odmalować ten jeden, jedyny, najprawdziwszy portret. Ciekawi mnie tylko jedna rzecz. Jaki obraz wykreują wszystkie te malowidła w głowie potencjalnego czytelnika? Pomału zaczynam się domyślać. Sądzę, że i Tomek uśmiechnąłby się szeroko. Panie i panowie, oto nadchodzi schizofrenik XXI wieku. 

Jakub Karczyński

PS Gdy wyjąłem z półki pierwszy album King Crimson (reedycja 2014), na którym to zarejestrowano "21st Century Schizoid Man", moim oczom ukazał się dopisek widniejący za tytułem owej kompozycji - including "Mirrors". Przypadek? Nie sądzę.

20 września 2016

SACRUM I PROFANUM

 
Powróćmy jeszcze na moment do giełdy płytowej, o której pisałem w poprzednim wpisie. Pretekstem jest bowiem pewne dość charakterystyczne zjawisko, popularne w minionych dekadach, a dziś niemal zupełnie zapomniane. Dotyczy ono tak płyt jak i książek. Choć wydaje mi się, że książki wiodą w tej dziedzinie zdecydowany prym. O czym mowa? O dedykacjach, myślach, wierszach wypisywanych na kartach książek i okładkach płyt. Trafiłem na jedną taką płytę, podczas ostatniej giełdy. Uśmiechnąłem się mimowolnie trzymając w dłoniach album "A Night At The Opera" grupy Queen, który to album pokrywały liczne wpisy. Dla jednych to miła pamiątka, dla innych to czysta profanacja. Też tak w pierwszej chwili pomyślałem: "Jak można tak zniszczyć płytę?". Po chwili przyszła refleksja. Przecież to fajna pamiątka i dodatkowa wartość albumu. Ilekroć weźmie się taką płytę do ręki, powrócą wspomnienia o osobach, które to pisały. I nie są to bynajmniej wynurzenia na poziomie "kochanej koleżance - Kasia", ale niejednokrotnie wiersze czy głębsze myśli lub myśli po kilku głębszych. 

Lubię takie rzeczy, bo są nośnikami fajnych wspomnień oraz ciekawych historii. Sam w swojej kolekcji nic podobnego nie posiadam, choć raz podarowałem płytę z dedykacją. Było to jednak dawno temu i kto wie czy owa płyta, nie żyje już własnym życiem, krążąc gdzieś po świecie. Nie wszyscy przecież są sentymentalistami. Z pewnością nie należała do nich właścicielka albumu Queen. Dziwie się jej nieco, że pozbyła się tej pamiątki i puścił ją w szeroki świat. Przecież dla nikogo innego ta płyta nie będzie przedstawiała takiej wartości, jak dla osoby, dla której była właśnie przeznaczona. Nawet przez moment przeszła mnie myśl czy by jej nie kupić, ale stwierdziłem, że co mi po takiej cudzej pamiątce. I tak przecież nie odgadnę historii jej powstania, komu była przeznaczona i z jakiej okazji. Ograniczyłem się więc tylko do zrobienia powyższych zdjęć. Widać na nich wpisy w języku polskim pochodzące z lat 1977 oraz 1978. Niestety słaba jakość zdjęć, uniemożliwia odczytanie ich wszystkich. Sporządzone zostały w miejscowości Köln (Kolonia), a ich adresatem była kobieta. Okoliczności w jakich otrzymała ów prezent pozostają jednak tajemnicą. Niemniej panowie wykazali się niezwykła wrażliwością, co w dzisiejszych czasach nie jest już takie nagminne. Z próbek zawartych tam myśli, mnie najbardziej spodobały się dwa wpisy: "Pamiętaj! Ile byś nie zapłaciła za Twe piękne złudzenia, zawsze zrobisz dobry interes" oraz "Nie ma maski, która by mogła ukryć miłość tam gdzie ona jest, ani udać jej tam, gdzie jej nie ma". Prawda, że fajne? Ciekawi mnie czy i Wy w swoich zbiorach posiadacie tego typu pamiątki. 

Jakub Karczyński

10 września 2016

HISTORIA Z NIEJEDNYM MORAŁEM

Poranek przywitał Poznań gęstą mgłą. Na szczęście wraz z kolejnymi godzinami, zaczęła ona stopniowo zanikać, by ustąpić miejsca słońcu, które to dziś niepodzielnie królowało na nieboskłonie. W tak pięknych okolicznościach przyrody, wybrałem się dziś na II Poznańską Giełdę Fonograficzną. Tym razem zorganizowano ją w nowej siedzibie Klubu u Bazyla. Była więc okazja zobaczyć i sam klub, w którym to niedługo ma zagrać New Model Army. Dla kogoś kto nie mieszka w naszym mieście, trafienie do Bazyla może nastręczyć pewnych trudności, choć poprzednia lokalizacja również nie należała do najłatwiejszych. Mniejsza jednak o to. Sam klub mieści się teraz w czymś co przypomina ... barak. Widok jaki rozciąga się wokół, również nie zachęca do odwiedzin, ale wraz z przestąpieniem progu klubu, zapominamy o tych mankamentach. Dziś wnętrze zamiast być zastawione stolikami i krzesłami, wypełnione było stanowiskami z płytami winylowymi. Kompaktów prawie nie było, a szkoda, bo chętnie uzupełniłbym swoją kolekcję. Gdy przybyłem, w środku już buszowali amatorzy czarnego złota. Na szczęście ludzi było w sam raz, nie za dużo, nie za mało, więc warunki do przeglądania winyli były idealne. Nikt nikogo nie trącał, nie przepychał się, no i nie sapał nad uchem. Przyjechałem na giełdę bez specjalnych oczekiwań, ot chciałem miło spędzić czas wśród pasjonatów i ewentualnie kupić jakiegoś analoga. Nic na siłę. Swój budżet ustaliłem do kwoty stu złotych, choć i tak wiedziałem, że aby nabyć coś interesującego, trzeba by sięgnąć głębiej do kieszeni. Ceny interesujących mnie płyt zaczynały się od 80 zł. W takich właśnie kwotach było idealne wydanie "Argus" Wishbone Ash, "Seventeen Seconds" The Cure. Za inne płyty The Cure ("Pornography", "Faith", "Disintegration") trzeba było już wyłożyć równą setówkę. No chyba, że ktoś potrafi się targować. Swoje umiejętności w tej kwestii oceniam raczej skromnie, ale tym razem postanowiłem nieco pozbijać ceny. Podszedłem do stoiska, zacząłem przeglądać płyty i zapytałem sprzedawcę o parę interesujących mnie tytułów. Gdy ujrzałem kilka płyt New Model Army, w tym moją ulubioną "The Ghost Of Cain", aż oczy mi się zaświeciły. Widząc to, sprzedawca spytany o cenę odrzekł, że nie będą to tanie płyty. W tym momencie uświadomiłem sobie mój błąd. Nigdy nie pokazuj sprzedającemu, że ci na czymś zależy, bo obedrze cię ze skóry. Gdy usłyszałem kwotę 95 zł zrobiłem tylko uhmm i grzecznie odłożyłem płytę. Odszedłem od stanowiska i zacząłem przeglądać płyty u innych sprzedawców. Spędziłem tak z dwadzieścia minut, wynajdując w międzyczasie wspomnianego "Argusa". Miałem teraz nie lada zagwozdkę. Walczyć o ową płytę New Model Army czy może odpuścić i kupić Wishbone Ash? Za cholerę nie wiedziałem jaką podjąć decyzję, bo obie płyty wspaniałe, a pieniędzy starczy tylko na jedną z nich. Długo biłem się z myślami, ale w końcu zdecydowałem, że kupię New Model Army, niemniej nie za taką cenę. Trzeba było jakoś umiejętnie pokierować rozmową, ale jak? Bez większej strategii, podszedłem w kierunku sprzedawcy. W ręku cały czas trzymałem tego "Argusa" z konkurencyjnego stoiska. Wyciągnąłem raz jeszcze winyla "The Ghost Of Cain" i długo zacząłem zastanawiać się co tu kupić. Owo wahanie nie miało w sobie nic z kalkulacji. Ja na prawdę biłem się z myślami. By podjąć jakąś decyzję, pytam sprzedawcę czy jest szansa na zejście z ceny do kwoty 80 zł. Jego mina zdradzała, że taka cena to rozbój w biały dzień. Ona warta co najmniej tych 95 zł, bo przecież stan idealny. Teraz to on bił się z myślami, ale w końcu poszliśmy na kompromis i ustaliliśmy cenę na poziomie 85 zł. Po dobiciu targu, pogadaliśmy sobie jeszcze bardzo miło o płytach, koncertach i tym podobnych rzeczach. W międzyczasie pojawił się mój znajomy z synem i również zaczął rozglądać się za interesującymi go płytami. Ja już stałem tylko z boku i przyglądałem się jak wertuje te analogi. W pewnej chwili mignęła mi nazwa The Mission, więc machinalnie wyciągnąłem rękę. Okazało się, że to dwunastocalowy singiel z nagraniami Like A Hurricane, Garden Of Delight, Over The Hills And Far Away oraz The Crystal Ocean. Okładka nieco sfatygowana z tyłu, ale sama płyta w doskonałym stanie. Cena również bardzo przystępna, bo w granicach 20 zł, więc nabyłem i ten skarb. Po odbyciu swoistego tournee po wszystkich tych stanowiskach, doszedłem do wniosku, że ceny za większość tych analogów są zdecydowanie nie na polską kieszeń. Nie jesteśmy jeszcze na tyle zamożnym społeczeństwem by wydawać na jedną płytę kwoty rzędu stu, a nawet dwustu złotych. Niemniej winylowe szaleństwo wciąż trwa i chyba ma się dobrze, skoro jest zainteresowanie tego typu imprezami. I na tym mógłbym zakończyć ową historię, ale byłaby ona niepełna bez finału, który był lekcją pokory i gorzką pigułką na koniec tego dnia. Gdy przybyłem do domu w pełni zadowolony z poczynionych dziś zakupów, czym prędzej chciałem posłuchać sobie tych płyt, choć ich zawartość znam niemal na pamięć. No, ale skoro celebra to celebra. W pierwszym rzucie nastawiłem New Model Army, przesunąłem ramię i ... szlag mnie trafił. Okazało się, że owa płyta ma pewną skazę, której nie zauważyłem, bo i trudno ją zauważyć tak na oko. Dopiero gdy położy się płytę na talerzu gramofonu, można dostrzec to, czy płyta jest prosta czy też nie. Ta okazała się nieco falować, będąc delikatnie zakrzywiona w jednym miejscu. Złość mnie początkowo wzięła na sprzedawcę, ale być może nie wiedział o wadzie, a jeśli wiedział to zrobił mnie bez mydła. Na szczęście znalazłem już ludzi, którzy zajmują się prostowaniem płyt, więc mam nadzieję przywrócić jej dawny blask. Oczywiście nic za darmo, ale jak to mówią chytry dwa razy traci. Zresztą morałów w tej opowieści jest jeszcze kilka i wszystkie doskonale nam znane. Pamiętajcie więc, że nie wszystko złoto co się świeci, nie święci winyle sprzedają, no i mądry Polak po szkodzie. I to tyle o oszczędnym poznaniaku, który zamiast zyskać, tylko stracił, ale jak to mówią, pierwsze koty za płoty, tam gdzie śliwki robaczywki.    

Jakub Karczyński

02 września 2016

PRZESZŁOŚĆ, KTÓREJ JUŻ NIE MA

W odtwarzaczu już kręci się nowa płyta New Model Army, o której jeszcze nie jestem w stanie powiedzieć nic poza tym, że była to jedna z najbardziej wyczekiwanych przeze mnie premier. Teraz trzeba zagłębić się w te dźwięki i sprawdzić jak rezonują w moich uszach. Pierwszy odsłuch uświadomił mi jedną istotną rzecz. Nie ma powrotów do przeszłości. Czas płynie, zmienia się świat i zmienia się muzyka. Trudno mieć o to pretensje, tak po prostu jest. Wspominam o tym, bo moje drogi z New Model Army nieco się w ostatnim czasie rozeszły. Już przy poprzednim albumie "Between Dog And Wolf" (2013), kręciłem nieco nosem, choć zewsząd słyszałem głosy, że to wspaniały album. Co prawda, z czasem nieco się do niego przekonałem, ale nigdy nie obdarzyłem go na tyle dużym uczuciem, by jak to się mówi, pójść za nim w ogień. Świat moich dźwięków zakończył się wraz z albumem "Strange Brotherhood" (1998). Zostawiłem tam kawał serca, między innymi w utworze Lullaby, który do dziś uważam za najpiękniejszą balladę New Model Army. Co prawda w późniejszych latach bardzo podobały mi się albumy w rodzaju "Carnival" (2005), "High" (2007) czy "Today Is A Good Day" (2007), niemniej to już były nieco inne emocje. Jeśli nastawicie sobie album "Strange Brotherhood", a następnie, którąś z ostatnich płyt, to być może zrozumiecie do czego zmierzam. Po 1998 roku New Model Army kilkukrotnie zmieniało swoją muzykę, choć zapewne wielu powie, że grają wciąż tak samo. I choć cały czas są to niezwykle emocjonalne dźwięki, to poruszają one we mnie nieco inne struny mojej wrażliwości. W mojej opinii, po albumie "Strange Brotherhood", jakby coś uleciało z zespołu. Jakby zagubiono jakiś pierwiastek. Nie potrafię powiedzieć co to było, ale doskonale to wyczuwam. Ktoś powie, człowieku to było przecież osiemnaście lat temu, muzyka idzie do przodu. Nie wymagajmy przecież, aby zespół grał wciąż tak samo. Pewnie i racja, niemniej zawsze tęskni się do tego, co najpiękniejsze. I nawet gdyby New Model Army mieliby nagrywać płyty, które nie wskrzeszą we mnie tamtych emocji, to i tak mogą być pewni, że kupię każdy ich kolejny album, choćby tylko i wyłącznie przez wzgląd na dawne czasy.

Jakub Karczyński

25 sierpnia 2016

ZNIEWOLENI CZASEM

Czytając dziś wywiad z Janem Chojnackim, natknąłem się na zdanie, które dość mocno mnie zaintrygowało. Wypowiedział je znajomy dziennikarza, który przeprowadzał wywiad z panem Janem. Notabene ta osoba również wywodziła się ze środowiska dziennikarskiego. Zdanie to zastanowiło mnie na tyle, że do teraz próbuję rozgryźć jego znaczenie. Owe słowa brzmiały tak: "Nigdy nie słuchaj starej muzyki, bo się przywiążesz". Była to ponoć rada, ale jakże ją odczytać? Czy jako przestrogę, czy jako zachętę. Co prawda początek wskazuje, że mamy trzymać się od tej muzyki jak najdalej, ale z kolei druga część sugeruje, że jest w niej coś co może skraść nasze serce i duszę. A cóż przecież może być piękniejszego, niż zatracenie się w muzyce bez opamiętania? Widzę jeszcze jedną możliwość interpretacji tych słów. Być może autorowi chodziło o to, aby nie wkraczać na ten teren, bo można tam utknąć na zawsze. Trzeba przecież żyć tym co tu i teraz, a nie nurzać się w przeszłości. Niby racja, ale jakoś trudno mi temu w pełni przyklasnąć. Niemniej zgadzam się z tym, że jak ktoś już zagłębi się w muzykę minionych lat, to naprawdę ciężko powrócić z takiej wyprawy. To trochę tak, jakby po latach jedzenia wyrobów czekoladopodonych, ktoś zaoferował ci spróbowanie prawdziwej czekolady. Po jej zjedzeniu, nie chcesz już wracać do tej namiastki, którą wciskano ci całe życie. Nie ma sensu, tutaj masz wszystko to co najlepsze. I tak też jest z muzyką sprzed lat, która to jest jak owa czekolada, zawiera w sobie całą kwintesencję i smak, którego się nie zapomina. Oczywiście z punktu widzenia młodych ludzi, jest to jakiś zamierzchły relikt przeszłości, której to słuchają co najwyżej stare dziady po pięćdziesiątce, ale opinie owe trzeba złożyć na karb ich ignorancji muzycznej. Śmiem wątpić czy gdyby poznali muzykę tamtych dekad, równie ochoczo wygłaszaliby swoje sądy. Krytykujemy zazwyczaj to czego nie rozumiemy, nie lubimy albo nie znamy. Ileż to razy dane mi było wysłuchać opinie o rzeczach, o których wypowiadające się osoby, miały pojęcie bliskie zera. Sądy wyrażane o albumach po wysłuchaniu jednej, singlowej piosenki, bywają tego najlepszym przykładem. Niemniej zostawmy to i nie zbaczajmy z kursu. Wróćmy do naszej rady i sposobu jej wykorzystania. Czy warto wziąć ją sobie do serca? Odpowiedź nie jest prosta, przynajmniej jeśli chcielibyśmy rozpatrywać ją w kategoriach dwubiegunowych - tak lub nie. Na szczęście mamy nieco szersze pole do udzielenia odpowiedzi. Stąd też sądzę, że warto zdać się na zdrowy rozsądek i czerpać pełnymi garściami z obu źródeł. Nikt nam przecież tego nie zabrania. Jeśli odnajdujemy zarówno tu jak i tam, coś co porusza nasze wnętrze, to czemuż mielibyśmy z czegoś rezygnować. Muzyka przecież nie ma terminu przydatności i nie psuje się wraz z jego upływem. Owszem, brzmienie może się zestarzeć, być niedzisiejsze, ale dobry utwór cały czas pozostaje dobrym utworem.

Jakub Karczyński
   

19 sierpnia 2016

W OCZEKIWANIU NA CUD

Tegoroczna jesień zapowiada się więcej, niż niesamowicie. Ilość interesujących mnie premier płytowych jest na tyle duża, że już czuję ten ból głowy przy robieniu podsumowania roku. Niemniej, może jednak sprawdzi się stare porzekadło, że od przybytku głowa nie boli. Cokolwiek by się nie działo, czuję że to będzie dobry rok. Bo czy może być źle, gdy swoje nowe płyty wydają New Model Army, The Mission, Marillion, Archive, Mesh, White Lies oraz Nick Cave? No niby może, ale jakoś nie chce mi się w to wierzyć. Jeśli dodać jeszcze do tego wszystkie te płyty, które ujawnią nam się w najbliższych miesiącach, to ja już z radości zacieram ręce. Najbardziej cieszy mnie powrót starej gwardii z The Mission i New Model Army na czele, ale i młodzieży drzwi przed nosem nie zamykam. W ostatnim czasie bardzo przyjemnie zaskoczył mnie duet Sexy Suicide, stąd też zintensyfikowałem poszukiwania na naszym rynku kolejnych interesujących pozycji. Długo nie trwało, a w me ręce wpadł zespół Vökuró, penetrujący szufladę zwaną dream popem. Posłuchałem na zachętę dwóch utworów i już wiedziałem, że czym prędzej trzeba kupić ich płytę. Czy spełni pokładane w niej nadzieje? O tym przekonam się już wkrótce, gdy tylko listonosz zapuka do mych drzwi. Niemniej, trzeba wspierać młodych, zdolnych twórców, bo bez wsparcia i zaangażowania słuchaczy daleko nie zajadą. W dzisiejszych czasach nie jest problemem nagrać płytę, ale sztuką jest się wybić z tego gąszcza zespołów i dotrzeć ze swoją muzyką do ludzi. Owszem, jest internet, który ułatwia sprawę, ale nawet on nie daje gwarancji odniesienia sukcesu. Zbyt duża konkurencja, która nie tylko potrafi zdeprymować, ale i skutecznie zatopić grupę w jednolitej masie. Tu trzeba mieć nie tylko świetną muzykę, intrygujący wygląd, ale i masę szczęścia, okupionego mozolną pracą. Zarówno Sexy Suicide jak i Vökuró to zespoły, które zasługują na to by wyłowić je z tej masy i odkryć dla nieco szerszej publiczności. Dobrze by było gdyby jeszcze nasze komercyjne rozgłośnie radiowe wspierały i promowały takich artystów, a nie mieliły po setny raz te same stare nagrania. Niestety, odkąd marketing wkroczył w sferę muzyki, skończyły się dla niej dobre czasy. Teraz wszystko jest wyliczone, poparte badaniami, a margines błędu zredukowany do zera. Spontaniczność, gust i wiedza prezenterów muzycznych, są czynnikami nie tyle niepożądanymi, co wręcz czymś co skutecznie wytępiono z tego typu rozgłośni. Człowiek przecież jest czymś z natury niedoskonałym, więc jakże może on dobierać muzykę w naszym doskonałym radiu. Program komputerowy, wie przecież lepiej czego chcą słuchacze. Ciśnie mi się na usta tylko pytanie - skoro jest tak dobrze, to dlaczego jest tak źle? Przydałoby się, aby wszystkie te cholerne wyliczenia, zmiotła jakaś porządna nawałnica wraz z całą tą bandą głupców od marketingu, którym wydaje się, że znają się na muzyce. Niech smażą się w piekle wraz z tymi swoimi algorytmami oraz w towarzystwie wszystkich hitów, którymi przez lata katowali słuchaczy.

Jakub Karczyński

12 sierpnia 2016

SEXY SUICIDE "INTRUDER" (2016)

Mógłbym napisać, że trafiłem na tę płytę przez przypadek, bo faktycznie tak było. Niemniej im dłużej żyję na tym świecie, tym bardziej jestem skłonny podpisać się pod słowami Piotra Kaczkowskiego, że "w życiu nie ma przypadków". Mam w sobie jakieś takie dziwne przeświadczenie, że to nie ja znalazłem tę płytę, ale to ona odnalazła mnie. Jakby wysyłała w przestrzeń sygnał, który naprowadził mnie na jej ślad. Zaintrygowany okładką, postanowiłem sprawdzić cóż kryje się pod tajemniczym szyldem Sexy Suicide. Szybki rzut oka do internetu pozwolił nakreślić ramy gatunkowe w jakich porusza się grupa, a im więcej o nich czytałem tym bardziej chciałem zapoznać się z zawartością albumu. Wystarczyły mi trzy słowa lub hashtagi jak to się dziś mówi: #synthpop, #zimnafala oraz #melancholia, aby zyskać pewność, że podróż w jaką zabierze mnie zespół nie będzie czasem straconym.

Sięganie dziś po brzmienia znane z lat osiemdziesiątych, wydaje się ścieżką dość oczywistą i mało oryginalną. Aż trudno zliczyć ile to już zespołów eksploatowało tę formułę począwszy od duetu Hurts, poprzez White Lies, Kavinskyego, Perturbatora, a skończywszy na Fiszu Emade Tworzywie i ich albumie "Mamut" (2014). Efekty tego bywają różnorakie, bo przecież nie wystarczy kupić sobie sprzęt z epoki, trzeba też na nim coś sensownego zagrać. Nie każdy ma w sobie odpowiednio dużo mocy twórczej, którą to w sposób przekonujący można by przekuć w dobry album. Przypadek duetu Sexy Suicide dowidzi jednak, że są w naszym kraju jeszcze zdolni ludzie, którzy nie tylko czują klimat tamtych lat, ale także potrafią oddać jego piękno w swych nagraniach. Ich album "Intruder" (2016), stanowi trochę taka pocztówkę z lat osiemdziesiątych wrzuconą znienacka do naszej skrzynki. Jedni potraktują ją jak relikt tamtych czasów, inni z kolei mocno przycisną do serca by jeszcze raz poczuć tamte emocje i przypomnieć sobie stare, dobre czasy. Muzyka Sexy Suicide nie jest w żadnym stopniu odkrywcza, ale chyba nie o innowacyjność tu chodziło. Zresztą nie podzielam poglądu, że innowacyjność i wytyczanie nowych dróg jest wyznacznikiem dobrej muzyki. Czasem można zagrać na schematach, ale zrobić to tak, że aż ręce same składają się do oklasków. I choć album "Intruder" zapewne nie wstrząśnie rodzimym rynkiem muzycznym, ani tym bardziej listami przebojów, to i tak warto poświęcić mu nieco uwagi. Osobiście uważam go za jedno z ciekawszych odkryć tego roku. Jako miłośnik muzyki lat osiemdziesiątych, liczyłem po cichu na taki album. Nie sądziłem tylko, że tak przyjemną niespodziankę, sprawi mi nasz rodzimy zespół. To co nie do końca udało się zespołowi Das Moon, z nawiązką wynagrodzili mi Sexy Sucide. Niesiony na fali tej euforii, udało mi się nawet zainfekować tym albumem kilkoro znajomych, którzy nie szczędzili ciepłych słów pod adresem zespołu. Wcale im się nie dziwię, bo sam z wielką przyjemnością powracam do tych nagrań i wyławiam kolejne skojarzenia, jakie wywołują we mnie te dźwięki. Osobiście skłaniam się ku temu, że najtrafniejszym hashtagiem w przypadku tego albumu jest #synthpop, który jest tu siłą dominującą i nadaje ton całej płycie. Melancholii i zimnej fali jest tu zdecydowanie mniej, a szkoda, bo mogłoby to być nad wyraz interesujące połączenie. Świadectwo temu daje instrumentalny wstęp w postaci Kiss Of Winter, który może nie jest zbyt reprezentatywny dla reszty albumu, ale stanowi naprawdę świetne otwarcie płyty. Później bywa już bardziej tanecznie, a muzyczne skojarzenia wirują niczym karuzela. Nie chcę psuć nikomu zabawy w odnajdywaniu kolejnych tropów prowadzących do gwiazd z tamtej dekady, ale nadmienię tylko, że wizerunek wokalistki jakoś tak kojarzy mi się z Marie Fredriksson (Roxette), a w muzyce gdzieniegdzie słyszę nawiązania do dawnego Depeche Mode. Co ciekawe, śpiew Mariki przywodzi mi niekiedy na myśl i samą Madonnę, która przecież także była niezwykle ważnym elementem tamtej dekady, choć nie sądzę, aby Marika świadomie czerpała z jej spuścizny. "Intruder" o wiele więcej zawdzięcza takim artystom jak wspomniane przed momentem Depeche Mode, ale i wokalistkom pokroju Sandry czy Kim Wilde. Na szczęście te odniesienia nie są na tyle oczywiste, by posądzić Sexy Suicide o bycie czyimkolwiek klonem. To raczej zabawa konwencją, próba wskrzeszenia tej muzyki i pchnięcia jej na parkiet w nieco odświeżonym odzieniu. Najwięcej emocji dostarczy ona jednak tym, którzy wychowywali się na tego typu dźwiękach i pomimo upływu lat, wciąż lubią zanurzyć się w tym muzycznym blichtrze lat osiemdziesiątych. Nie sądzę by współczesna młodzież odnalazła się w tej palecie barw, bowiem na przestrzeni lat, muzyka zdążyła przystroić się w nieco inne brzmienia i piórka. Ta sentymentalna podroż przeznaczona jest tylko dla wybrańców, których serca pozostały na parkietach dawnych dyskotek.

Sexy Suicide przypominają nam to, o czym zapomnieliśmy albo chcielibyśmy zapomnieć. To co dla jednych jest kiczem i muzyczną tandetą wyjętą wprost z lat osiemdziesiątych, dla innych stanowi istotną część ich muzycznych wspomnień. Ten album możesz pokochać od pierwszego wejrzenia, albo nigdy nie znaleźć drogi do jego wnętrza. Sprawdź więc czy serce synthpopu bije także w twojej piersi.

Jakub Karczyński