Tegoroczne lato nie było szczególnie upalne, choć nie znaczy to, że nie było kiedy przyciemnić swej karnacji. Najbardziej pamiętnym dla mnie dniem pozostaje dziewiętnasty dzień czerwca, kiedy to w Poznaniu odbywał się Pyrkon, a ja szykowałem się do wyjazdu do Wrocławia na koncert Anji Huwe. Wyjazd do stolicy Dolnego Śląska, obfitował w wiele atrakcji. Niestety część z nich była niezamierzona, ale to tylko pokazuje, że rzeczywistość ma czasem swój scenariusz względem naszych planów. Nie da się mieć wszystkiego pod kontrolą, więc zamiast złorzeczyć, warto czasem poddać się temu co przynosi nam los. Niekiedy bywa to dużo ciekawsze, od tego co sami sobie założyliśmy. Jako osoba dość dobrze zorganizowana, zadbałem z wyprzedzeniem o wykupienie przejazdów w obie strony oraz zarezerwowałem sobie nocleg tuż przy wrocławskim rynku. Na dworzec kolejowy w Poznaniu dotarłem bez większych trudności i to pomimo zalania Poznania przez miłośników fantastyki. Żar lał się z nieba, a na peronie czekało już dość liczne grono pasażerów. Oczekiwanie na pociąg nieco się przedłużało, ale chyba nikt nie mógł przypuszczać, że będziemy tam jeszcze stać blisko 90 minut. Gdy już się wtoczył na stację nie za bardzo było się z czego cieszyć. Nie dość, że załoga poinformowała nas o awarii klimatyzacji, to jeszcze mieliśmy zwiększyć opóźnienie z powodu awarii lokomotywy. Podstawienie nowej i jej asymilacja z częścią wagonową trwało jakiejś pół godziny, które w zupełności wystarczyło, aby krew w człowieku zawrzała. Gdy usłyszeliśmy gwizdek konduktora informujący o odjeździe, ucieszyliśmy się w duchu, że oto trudności zostały przezwyciężone. Tego typu sytuacje sprzyjają przełamywaniu lodów między pasażerami więc w przedziale dość szybko zapanowała luźniejsza atmosfera. Pasażer siedzący obok zagadnął mnie o koszulkę Bauhausu, w której to zmierzałem do Wrocławia. Sam podzielił się swoimi preferencjami muzycznymi więc dość szybko znaleźliśmy wspólny język. Kiedy myśleliśmy już, że wyczerpaliśmy limit pecha, tuż przed samym Wrocławiem zemdlała jedna z pasażerek stojących w korytarzu. Na szczęście pasażerowie stanęli na wysokości zadania i udzielili pomocy. Po odzyskaniu przytomności przez pasażerkę, nie było z nią żadnego logicznego kontaktu, więc konduktorzy zadecydowali o wezwaniu karetki, stąd też musieliśmy poczekać na jej przyjazd. Gdy pociąg wtoczył się wreszcie na swoją stację docelową, miałem ochotę ucałować ziemię niczym minister Siwiec ziemię kaliską. Sama droga do miejsca noclegu też nie należała do przyjemności, bo spacer w upalnym słońcu potrafi wykończyć nawet najwytrwalszego zawodnika. Bez zbędnej zwłoki zostawiłem swój bagaż w zarezerwowanym hostelu i udałem się do Starego Klasztoru. Odległość była niewielka więc w ciągu dziesięciu minut dotarłem na miejsce co w zupełności wystarczyło bym wyglądał jakbym przemierzył Odrę wpław. Wybawieniem okazała się dobrze klimatyzowana sala, która w mgnieniu oka pomogła mi w powrocie do ustawień fabrycznych.
Gdy dotarłem na miejsce, na scenie już rozgościł się Closterkeller, który wystąpił z krótkim akustycznym setem obejmującym debiutancką płytę "Purple" (1990), "Cyan" (1996), "Argento" (2025) oraz dwie anglojęzyczne ciekawostki (In My Country i Somewhere Inbetween). Widziałem już wiele ich koncertów, ale ten śmiało mogę zaliczyć do tych jednych z najlepszych. Jakże cudownie zabrzmiały nagrania z tych wczesnych płyt. Były momenty, że miałem nawet gęsią skórkę i z pewnością nie była to zasługa klimatyzacji. Na scenie poza Anją, jej synem Adamem, Krzysztofem Najmanem i Gerardem Klawe wystąpił także Mariusz Kumala. Ten skład gwarantuje nie tylko najwyższą jakość artystyczną, ale i niezapomniane emocje. Anja zapowiedziała na jesień wznowienie albumu "Cyan", który to z przyczyn prawnych musiał zostać nagrany na nowo. Była to jedyna opcja, aby płyta znów pojawiła się na rynku. Zgromadzeni fani, mogli tego wieczora wysłuchać dwóch kompozycji z albumu, który w tym roku świętuje swoje trzydziestolecie. Były to Desperado oraz Smutek spełnionej baśni. Po cichu liczyłem na to, że sięgną też po Ziemię obiecaną, która to od lat jest moim faworytem, jeśli chodzi o to wydawnictwo. Niestety, plan na ten koncert nie przewidywał tej kompozycji, ale liczę na to, że zawitają do Poznania w ramach promocji "Cyan". Ciekawostką był też fakt, że pośród publiki był też Paweł Pieczyński, który niegdyś stworzył z zespołem między innymi album "Cyan".
Podczas koncertu Closterkellera rozpętała się na zewnątrz potężna burza, która zapewniła nam niesamowity klimat. Trzaskające okiennice poruszane porywistym wiatrem sprawiały, że nastrój grozy dodatkowo potęgował emocje. Po czymś takim Anja Huwe zadanie miała już ułatwione. Nie to, żeby potrzebowała jakiejś taryfy ulgowej, bo przecież jak udowodnił nam ten wieczór, doskonale wie co zrobić by uwieść publikę. W tym miejscu powinniśmy pokłonić się Monie Mur, która nie tylko wspierała ją na scenie, ale także przekonała Anję by powróciła na scenę. Zgromadzeni tego dnia we wrocławskim Starym Klasztorze, jak mniemam podzielą moją opinię, że była to słuszna decyzja. Pomimo upływu lat, Anja ma w sobie to coś, co hipnotyzuje i przyciąga uwagę widza. Może dziś jej wizerunek nie jest już tak drapieżny jak za czasów X-mal Deutschland, ale wciąż świetnie się ją ogląda. Niemniej to nie walory wizualne liczyły się tego wieczoru, a jej głos i kompozycje, które zabrzmiały ze sceny. Jak można się domyślić, poza utworami z jej solowej płyty "Codes" (2023), usłyszeliśmy też całkiem sporo kompozycji X-Mal Deutschland i to właśnie one stanowiły trzon tego koncertu. Czego tam nie było. Z debiutu zabrzmiały między innymi Qual, Geheimnis, Young Man, Orient, Boomerang. Z "Tocsin" (1984) mieliśmy zaledwie wyciąg dwóch utworów w postaci Mondlicht oraz Augen Blick. Na albumie "Viva" (1987) też nie zabawiliśmy zbyt długo. Reprezentowały go również tylko dwie kompozycje Eisengrau i Polarlicht. Jeśli na sali byli miłośnicy płyty "Devils" (1989), to tego wieczora musieli obejść się smakiem. Z ciekawostek warto odnotować pojawienie się utworu Incubus Succubus, Allein, które to możecie odnaleźć na wznowionej niedawno płycie z wczesnymi singlami grupy. Znalazło się także miejsce na kompozycję Autumn pochodzącą z EP-ki "Sequenz" jak i cover zespołu Mod On w postaci nagrania Eden. Szczerze mówiąc w ogóle nie kojarzę tej grupy, ale internet podpowiada, że to Szwajcarzy, którzy niegdyś grali post punk, a dziś ponoć powędrowali w rejony zarezerwowane dla alternatywnego rocka. Widać musiał to być zespół bliski sercu Anji Huwe, skoro zdecydowała się wykonać ich cover. Cieszę się, że dotarłem na jej występ, bowiem była okazja nadrobić zaległość z ubiegłego roku, kiedy to gościła na festiwalu Soundedit. Wtedy jednak mogłem wybrać się tylko na jeden z trzech dni, więc wybór padł na The Chameleons. Dobrze się jednak stało, że Anja wróciła do nas na kolejne występy, bo patrząc po żywych i entuzjastycznych reakcjach wrocławskiej publiczności, wciąż ma u nas spore grono fanów.
Gdybym mógł cofnąć się w czasie do lat osiemdziesiątych, z pewnością chciałbym zobaczyć koncert X-Mal Deutschland. Myślę, że byłoby to niezwykłe doświadczenie. Niestety, póki co, takie podróże dostępne są wyłącznie w filmach. Na wyciągnięcie ręki są za to koncerty Anji Huwe. Jeśli nie mieliście jeszcze okazji tego doświadczyć, to nie zwlekajcie, bo przecież nasi idole nie młodnieją. Przyjdzie więc i taki moment, że będziecie pluć sobie w brodę, rozpamiętując niewykorzystane okazje, które nie będą miały już szans na spełnienie. Będąc tego wieczoru w Starym Klasztorze, udało mi się poczuć cząstkę tej dawnej magii, tak w przypadku Closterkellera jak i Anji Huwe. Cieszę się, że mogłem uchwycić fragment tego dawnego świata i emocji, które pozostaną w mej pamięci na długie lata.
Jakub Karczyński
