31 maja 2026

CIERPLIWY ŁOWCA


"Szukam wciąż okazji i je mam" śpiewał niegdyś Lech Janerka i bywają takie chwile, że mogę podpisać się pod tymi słowami. Oczywiście w przypadku płyt, nie zawsze uda się upolować coś w okazyjnej cenie, ale cierpliwość w tym przypadku niekiedy bardzo popłaca. Zdaję sobie sprawę, że każdy z nas, gdy już coś dojrzy, chciałby to od razu mieć. Sam tak mam, ale niekiedy pozwalam pewnym płytom się nieco odleżeć w koszyku, zanim otworzę portfel. Tak było w przypadku albumu "Volunteer" (1988) grupy Sham 69. Miałem ją na swej liście życzeń, ale jej cena nie była na tyle okazyjna, bym skusił się na natychmiastowy zakup. Przyszpiliłem ją do swej tablicy i skierowałem wzrok na inne, potencjalnie atrakcyjne obiekty. Niekiedy udaje się doczekać chwili, gdy sprzedawcy zniechęceni zbyt długim oczekiwaniem na kupca, obniżają nieco cenę, bo przecież każdy wie, że CCC - cena czyni cuda. W tym wypadku jednak tak nie było. Oferta trzyma się dzielnie do dziś dnia, ale w międzyczasie wyrosła jej konkurencja, która oferowała to wydawnictwo dwadzieścia złotych taniej. No i tu już nie było się nad czym zastanawiać. Szybko wymieniłem ze sprzedającym kilka istotnych dla mnie informacji i sfinalizowałem zakup. Jak się okazało, był to strzał w dziesiątkę. I to podwójny. Po pierwsze, płyta okazała się być w idealnej kondycji, a dołączona do niej poligrafia nie nosiła absolutnie żadnych śladów używania. Nawet stopery nie były odbite na książeczce, więc wnoszę, że ktoś bardzo dbał o ten album. Stan zachowania płyty to jedno, ale zbiór kompozycji jakie się tu znalazły, to prawdziwy cream de la cream. Oczywiście piszę to z pozycji laika, który dopiero zaczyna poznawać dorobek tego zespołu. Nie wiem, które albumy są cenione przez fanów, a które nieco mniej, ale może tak jest lepiej. Przynajmniej mam szansę wyrobić sobie własny pogląd na dorobek tej kapeli. "Volunteer" brzmi w mych uszach nad wyraz dobrze. Właściwie nie ma tu chybionych strzałów. Wszystko brzmi niezwykle przebojowo, ale są utwory, które zdecydowanie wysuwają się na czoło tego peletonu. Do tego grona zaliczyłbym Outside The Warehouse, którego wstęp kojarzy mi się z sensacyjnym kinem lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych. Pamiętacie może taki film z czasów ery VHS jak "Chains" (1989)? Grupka znajomych w drodze na koncert, chcąc skrócić sobie drogę, zapędza się omyłkowo do dzielnicy, którą kontroluje gang. Wplątują się w pewien konflikt i sami stają się celem gangu. Chronią się w opuszczonym magazynie by przeczekać tam noc, ale nieopatrznie zdradzają gangowi swoje położenie. Tak oto zaczyna się walka o przetrwanie. Miałem niegdyś ten film na taśmie VHS, nagrany razem z filmem "Moto diabły" (1989). Wtedy bardziej przemawiał do mnie ten ostatni obraz, w którym to grupa żołnierzy na motorach, walczy w wietnamskiej dżungli z dzikusami. Ich celem jest uwolnienie pojmanych kolegów oraz zdobycie złota, odkrytego przypadkiem w jednej z jaskiń. Świetne kino akcji, którego dziś nieco brakuje. Z kolei film "Chains" pamiętam jak przez mgłę. Był bardzo mroczny, brutalny i chyba nie należało pokazywać go dziesięciolatkom, ale wtedy takimi rzeczami nikt się nie przejmował. "Koszmar z ulicy wiązów"(1984)? "Egzorcysta" (1973)? "Martwica mózgu" (1992)?  Proszę bardzo. Oglądaj do woli. Aż skóra cierpnie jak pomyślę sobie, co wtedy lądowało w domowych odtwarzaczach. O dziwo, nie odbiło się to negatywnie na mojej psychice, niemniej nie pozwoliłbym swoim dzieciakom na tego typu rozrywkę. W temacie filmów stawiamy tu kropkę i wracamy na główny szlak, czyli do zawartości muzycznej albumu "Volunteer". Poza świetnym otwarciem (Outside The Warehouse), mamy tu też nagranie o potencjale radiowego singla - Wallpaper, które płynnie przechodzi w nie mniej przebojowe Mr Know It All. Świetnie wypada też As Black As Sheep, będący czymś na kształt ballady. Takich udanych nagrań mamy tu co nie miara, ale polecam zwrócić szczególną uwagę na kompozycję Bastard Club oraz nagranie tytułowe, które pięknie finalizują ten jakże udany album. Okazuje się, że nie trzeba nagrywać dźwiękowych kolosów ciągnących się w nieskończoność, by stworzyć dzieła warte odnotowania w muzycznych encyklopediach. W przypadku płyty "Volunteer" wystarczyło trzydzieści pięć minut. Dobrze znać umiar, bowiem jak uczy życie, lepszy niedosyt niż przesyt.

Debiutancki album byłego wokalisty The Undertones, był również na mym celowniku od dłuższego czasu i podobnie jak "Volunteer", musiał nieco poczekać, nim trafił do mojej płytoteki. Był on ostatnim brakującym elementem układanki, który to domykał dyskografię Feargala. Muzyka zawarta na tejże płycie, porusza się w obszarze eleganckiego popu. Próżno szukać tu punkowego brudu i szorstkości. Tutaj wszystko jest dopięte na ostatni guzik, gładkie i wymuskane. Za produkcję odpowiadał David Stewart z Eurythmics, a za partie smyczkowe sam Michael Kamen, więc o żadnej zadziorności nie może być tu mowy. Zazwyczaj omijam takie albumy szerokim łukiem, ale przez wzgląd na Feargala zrobiłem wyjątek. Słuchając tej płyty przychodzą mi do głowy skojarzenia z drogą jaką przebył Phil Collins z Genesis. On również na swych solowych płytach, poszedł w zupełnie innym kierunku muzycznym, odcinając się niejako od tego co robił przez lata w Genesis. Ktoś powie, że tak trzeba, jeśli chce się pracować na swój rachunek. Pełna zgoda, niemniej w uszach słuchaczy może pojawić się pewien dysonans. Pamiętam jak Tomek Beksiński narzekał na solową twórczość Collinsa, nie mogąc znieść w jego muzyce nadmiernego wyeksponowania instrumentów dętych. Doskonale go rozumiem, bo ja również nie należę do grona entuzjastów tego typu brzmień. W przypadku Feargala nieco łatwiej zaakceptować mi ten gładziutki pop, choć gdyby był to album nie powiązany z The Undertones, to pewnie w ogóle bym się nim nie zainteresował. Myślę, że bardziej pasowałaby on do płytoteki Patrica Batemana, bohatera książki jak i filmu "American Psycho". Dlaczego? Patrick lubił elegancki pop, gdzie wszystko jest na wysoki połysk. W mojej opinii, muzyka zawarta na debiucie Feargala jest jak dobrze skrojony garnitur, tyle tylko, że nie każdy dobrze w nim wygląda. Osobiście preferuję bardziej nieformalny strój. Co by jednak nie mówić o tej płycie, to nie można nie docenić faktu, że pochodzący z niej utwór A Good Heart okupował szczyty list przebojów nie tylko w Anglii, ale także Irlandii, Belgii, Holandii, a nawet w Australii. To bezsprzecznie jego największy hit, choć mnie dużo bardziej podobają się nagrania Ghost Train czy Ashes And Diamonds. Sam album też radził sobie całkiem nieźle. Największe uznanie i odbiór miał w Holandii i w Australii, notując kolejno szóste i siódme miejsce na listach najlepiej sprzedających się płyt. Jeśli więc macie ochotę zanurzyć się w świecie eleganckiego popu, to albumy Feargala powinny wam się spodobać. Mnie jednak niesie dalej, do krain i dźwięków oplecionych dzikością. Do miejsc, w których zamiast wygodnych skórkowych kanap, otrzymacie w najlepszym wypadku miejsce na pniu ściętego drzewa.


Jakub Karczyński


PS Tradycyjnie przypominam o linku prowadzącym do wirtualnej kawy. Zainteresowanych wsparciem mojej pisaniny odsyłam po ten adres:  https://buycoffee.to/czarne-slonca.Za każde dobre słowo jak i wsparcie z góry serdecznie dziękuję. 
 

21 maja 2026

KAPU KAI - REBORN (2026)


Oczekiwanie bywa ekscytujące, jeśli osadzone jest w stosunkowo krótkiej perspektywie czasu. Gorzej, gdy przychodzi nam zmagać się z nim zbyt długo, wtedy uczucie ekscytacji stopniowo gaśnie. Z czasem tracimy wiarę w jego realizację i zapominamy na co żeśmy tak niecierpliwie czekali. Bywa jednak i tak, że przedmiot naszej atencji, tak bardzo rozpala naszą wyobraźnię, że nawet czas przestaje mieć aż takie znaczenie. Godzimy się z tym i żyjemy sobie jak gdyby nigdy nic, co jakiś czas wracając myślą do pożądanego przedmiotu. Tak też było w przypadku pewnej płyty.    
  

"Być może Mary tak dużo myślała o  opuszczonym ogrodzie, ponieważ nie miała nic innego do roboty. Była strasznie ciekawa, jak on wygląda.


Te słowa pochodzące z książki "Tajemniczy ogród", zdają się doskonale korespondować z uczuciem jakie towarzyszyło mi podczas oczekiwania na debiutancką płytę zielonogórskiego Kapu Kai. Od momentu, gdy usłyszałem pierwsze dźwięki, zachodziłem w głowę, jak też będą prezentować się pozostałe rozdziały tej historii. Póki jednak nie otrzymaliśmy klucza/płyty, mogliśmy bazować jedynie na domysłach, wyobrażać sobie, w którym kierunku podąży muzyczna wyobraźnia twórców. Wraz z początkiem maja mam już w swych dłoniach klucz, dzięki któremu mogłem nareszcie przekroczyć próg ogrodu. 


"Długo patrzyła na klucz. (...) Jeśli to klucz do zamkniętego ogrodu, to postara się znaleźć furtkę i zobaczy, co się tam dzieje za murem i co się stało z tymi krzakami róż. Pragnęła ten ogród zobaczyć także dlatego, że od tak dawna był zamknięty.


Wchodząc tam miałem za przewodnika myśl Williama Butlera Yeatsa  - Stąpaj ostrożnie, gdyż stąpasz po moich marzeniach, choć po wysłuchaniu tej płyty, nie sądzę by zespół potrzebował jakiejś taryfy ulgowej. Muzyka zawarta na płycie "Reborn" (2026), choć dopiero co zakwitła, brzmi nad wyraz dojrzale i profesjonalnie. Próżno szukać w niej fałszywych nut i nieporadności cechującą debiutantów. Nawet jeśli jeszcze nie wszystkie kompozycje trafiają w sam środek tarczy, to i tak jest to jeden z najlepiej rokujących zespołów. Oni mają wizję swojej muzyki, czyli coś o czym nie ma pojęcia większość debiutantów. I choć jeszcze zdarza im się czasami pobłądzić w tym ogrodzie (Swallow), to nigdy nie jest to droga prowadząca na manowce. Może momentami warto byłby postawić na nieco bardziej "przebojowe" motywy muzyczne, na filmowy rozmach i przestrzeń, tak jak choćby w In The Night, który skromnymi środkami świetnie buduje podskórne napięcie. Wyobraźmy sobie, że David Lych zaprasza do współpracy Lanę Del Rey i wspólnie odnajdują miejsce, gdzie muzyka pop przecina drogę alternatywie. Może właśnie w tym tkwi klucz do serc słuchaczy, który pozwoli zainteresować sobą większe grono odbiorców. Wierzę, że ich muzyczna intuicja zaprowadzi nas jeszcze w wiele pięknych i tajemniczych miejsc.   

Cieszy mnie też fakt, że w końcu doczekaliśmy się płyty, która nie jest zakotwiczona w polskiej rzeczywistości, nie tapla się w naszym bagienku i nie rozgrzebuje narodowych ran. Wznosi się ponad to, zabierając słuchacza w niesamowitą podróż. Jej uniwersalność sprawia, że mogłaby zostać nagrana tak w Europie, na Wyspach Brytyjskich czy Stanach Zjednoczonych. Świetnie nadawałaby się też do zilustrowania jakiegoś filmu i to najlepiej takiego zrealizowanego w Hollywood. Gdyby David Lynch byłby wciąż wśród żywych, to nie mam żadnych wątpliwości, że zakochałby się w tych dźwiękach. Muzyka Kapu Kai jest opleciona lynchowskim mrokiem, który sączy się w niespieszny sposób do naszych serc i dusz. Jej onirycznych charakter sprawia, że obcujemy z czymś niezwykle delikatnym i ulotnym. Jest niczym poranna mgła, unosząca się nad wrzosowiskami. Nie sposób ją pochwycić, a jednak trudno zaprzeczyć jej istnieniu. Albumu "Reborn" najlepiej doświadczać w nocy. To właśnie wtedy rozkwita najpełniej i najpiękniej. Zarezerwujcie sobie na niego czas, bo to płyta wymagający kontemplacji. Trzeba jej stworzyć odpowiednie warunki, aby ją zrozumieć i docenić. Nie pamiętam kiedy ostatnio ciarki przebiegały przez me ciało, ale słuchając takiego In The Night, doświadczyłem tego uczucia kilkukrotnie. To zdecydowanie jeden z najmocniejszych punktów tego albumu, a przecież nie jedyny, bo równie wiele piękna odnajdziecie w kompozycjach Today czy Satruday Roses. Ten ostatni utwór został okraszony fenomenalnym klipem, który tylko podsyca wyobraźnię odbiorcy. Artyzm najwyższej próby. Widać, że zespół wie gdzie zmierza i realizuje to z chirurgiczną precyzją. Mam nadzieję, że album ten odbije się szerokim echem, a medialny reflektor rzuci na nich nieco światła, bo zasługują na to jak mało kto. Przed nimi ogrom pracy, zwłaszcza tej pozamuzycznej, ale chcąc zaistnieć, trzeba wygospodarować też czas na wywiady, social media i tym podobne sprawy. Bez tych działań, artysta choćby stworzył najpiękniejszą muzykę, skazany jest na niszowość. Trzymam więc za nich mocno kciuki i liczę na to, że ich kariera nabierze tempa, a małe kluby zamienią się wkrótce na koncertowe hale.  

Podsumowując. Debiutancki album Kapu Kai zawstydza. Właśnie tak. Zawstydza rodzimych artystów, którzy mogą tylko spoglądać z zazdrością na kunszt, artystyczną wizję i dojrzałość. Zawstydza też polskie społeczeństwo, które w większości nie doceni i nie zrozumie fenomenu tej płyty. Nie znaczy to jednak, że nie mamy obsiewać nasionami tej muzycznej grządki. Ona choć na razie skromna, wyda kiedyś plon, który będzie zaczynem inspirującym przyszłych twórców. Musi jednak upłynąć nieco wody w Warcie, zanim nasze społeczeństwo wyrwie się z rąk przaśnego disco polo, prostackiego rapu czy "Męskiego grania". Jeśli teoria ewolucji sprawdza się też na niwie kultury, to wierzę, że i oni odnajdą kiedyś klucz do tego tajemniczego ogrodu.


Jakub Karczyński
  

06 maja 2026

HEY HO! LET'S GO!


Piękny wiosenny dzień zmobilizował mnie do opuszczenia swej krypty. Wsiadłem więc w tramwaj nr 1, który po niespełna dwudziestu minutach, dowiózł mnie w okolice ronda Jana Nowaka Jeziorańskiego. Stamtąd czekał mnie jeszcze kilkunastominutowy spacer, zwieńczony przekroczeniem progu sklepu na ulicy Polnej 22. To właśnie tam mieści się "Longplay", do którego zaglądam od czasu do czasu, by wzbogacić swoją płytotekę. Co prawda w ofercie sklepu dominują winyle, ale i kompaktów tam nie brak. Przejrzałem sobie niespiesznie interesujące mnie kategorie, mając nadzieję znaleźć pośród nich coś przy czym pojawiłby się w mym oku jakiś błysk. Niestety większość rzeczy, albo już posiadam, albo też znajdują się poza strefą moich zainteresowań. Gdy już zaczynałem tracić nadzieję, natknąłem się na pewnego "japończyka". Kolekcjonerzy płyt wiedzą w czym rzecz, jednakże osobom niewtajemniczonym należy się słówko wyjaśnienia. "Japończyk", jak nietrudno się domyślić, wskazuje nam na kraj pochodzenia płyty. Takie wydania charakteryzują się nie tylko paskami obi, ale i lepszą jakością dźwięku, a niekiedy także dodatkową zawartością muzyczną. Z tej też przyczyny są one niezwykle pożądane przez kolekcjonerów. Nigdy jakoś nie miałem zapędów audiofilskich, ale tym razem postanowiłem zmierzyć się z tymi japońskimi edycjami. Punk rock może nie jest najlepszym gatunkiem do oceniania jakości dźwięku, ale cóż poradzić skoro już tak się przydarzyło. Bez zbytniego entuzjazmu wrzuciłem na talerz swojego remastera, by po kilku chwilach załączyć wersję japońską. Myślałem, że trzeba mieć ucho niezwykle wrażliwe na dźwięki, takie co to usłyszy odgłos upadającej szpilki w zakładach szwalniczych pracujących pełną parą, aby dostrzec różnicę. Ku mojemu zdziwieniu, nawet średnio wyrobione ucho, da radę zauważyć różnicę. Japończyk jest jakby selektywniejszy, co w przypadku jazgotliwego punk rocka ma niebagatelne znaczenie. Szkoda, że to nie Japończycy ustalają standardy brzmień na nośnikach, bo jak widać znają się na tej robocie jak nikt inny. To co dla przeciętnego Japończyka jest standardem, dla nas jest luksusem, za który musimy dodatkowo płacić. Wspominałem powyżej, że wersje z krzaczkami, czasem posiadają dodatkowe utwory, które to stanowią nie lada gratkę dla kolekcjonerów. Próżno ich szukać na pozostałych edycjach przeznaczonych na inne rynki. To taka nagroda za wierność tradycyjnym nośnikom, które w Japonii wciąż trzymają się mocno. Lech Wałęsa mówił niegdyś, że Polska będzie drugą Japonią, ale mówiąc to, nie miał chyba na myśli rynku płytowego. Swoją drogą byłoby fajnie, gdybyśmy dorównali w tym aspekcie Japończykom. Może czas więc zakasać rękawy i wziąć się za pracę u podstaw. Kto wie, może kiedyś to Polska będzie wyznaczać standardy w tej materii i to do nas będą puszczać zalotnie oko kolekcjonerzy. Zatem - Hey Ho! Let's Go!


Jakub Karczyński


PS Dla chętnych, wklejam link do wsparcia mojej pracy https://buycoffee.to/czarne-slonca Ta symboliczna kawa, to nie tylko motywacja do cięższej pracy, ale i realne wsparcie, które pozwala mi uczestniczyć w koncertach, poznawać nowe jak i stare płyty, o których to możecie poczytać na łamach "Czarnych słońc". Serdeczne dzięki więc, dla tych, którzy zdecydowali się udzielić mi takowego wsparcia.