09 maja 2012

MROCZNE WIDMO


Dzięki Internetowi świat stał się globalną wioską. Tę banalną sentencję, możemy wyczytać nie tylko w socjologicznych książkach, ale i przekonać się o tym na własnej skórze. To co wydawało się nam odległe i nieosiągalne, za sprawą sieci, stało się dostępne na wyciągnięcie ręki. Przekonuję się o tym, ilekroć odbieram przesyłki z Wielkiej Brytanii, Stanów Zjednoczonych czy innych odległych zakątków świata. Gdyby nie Internet, zapewne moja płytoteka byłaby o wiele uboższa,  bo przecież pewne tytuły w naszym kraju zwyczajnie nie występują bądź nie są wznawiane.  Oczywiście, w dobie mp3-ójek wszystko można ściągnąć i pozyskać, ale co to za przyjemność. Jakoś nie potrafię zrozumieć wszystkich tych ludzi, dla których muzyka sprowadza się do wirtualnego pliku. Ktoś powie, że muzyka powinna bronić się sama, że nie potrzebuje żadnych ozdobników czy nawet formy fizycznej. Poniekąd można się z tym zgodzić, ale w całym tym postępie technologicznym  gubimy coś naprawdę ważnego. Zanika pewna aura niesamowitości, magii, swoiste rytuały, a przede wszystkim pasja. Wiedzą o tym wszyscy ci, którzy posiadają w swych domach adaptery, na których to odsłuchują bądź odsłuchiwali płyty winylowe. Pomijam oczywiście wszystkich tych DJ-ów, dla których winyl istnieje tylko po to by go zniszczyć, tworząc przy jego współudziale scratche. I choć zapewniają oni o swej miłości do winyla, to sądzę, że ta miłość jest jakaś chora i wypaczona by  nie rzec patologiczna. Jedyne co udało się tym współczesnym barbarzyńcom, to wskrzesić nośnik winylowy, którym szpanuje się teraz na imprezach. O wiele gorzej przedstawia się sytuacja płyt kompaktowych, których los wydaje się przesądzony.  Coraz mniej osób decyduje się na zakup srebrnych krążków, choć jeszcze w latach dziewięćdziesiątych panowało istne szaleństwo na ich punkcie. Ceny oczywiście do najniższych nie należały i w dalszym ciągu nie należą, choć sprzedaż leci na łeb na szyję. Dziwi ten upór wielkich koncernów, które jakby egzystowały w zupełnie innych realiach. Jeżeli nie zdecydują się na obniżkę cen, to jest niemal pewne, że pójdą z torbami. Nie trzeba być specjalistą od marketingu, by dostrzec widmo katastrofy, wystarczy rozejrzeć się po swoich znajomych. Ilu z nich kupuje jeszcze płyty? Osobiście znam tylko dwie osoby, które zbierają płyty i czerpią z nich autentyczną przyjemność. Wszyscy inni zadowalają się mp3-kami, bądź wystarcza im muzyka z youtube’a.  Zastanawiam się tylko nad jednym. Do czego takie osoby będą miały sentyment, bo przecież nie do mp3-ójek, do których nikt nie przywiązuje większej wagi. Wszystko wydaje się być teraz jednorazowe, a pasja kolekcjonowania i zdobywania białych kruków odleciała gdzieś w siną dal.
   
Jakub „Negative” Karczyński

24 kwietnia 2012

TIAMAT ZAPOWIADA NOWY ALBUM


Grupa Tiamat jest właśnie w trakcie nagrywania nowego albumu, zatytułowanego "The Scarred People". Rejestracja odbywa się w studiu Woodhouse w Hagen, pod okiem realizatora Siggi'ego Bemm'a. Dziesiąta w dyskografii Szwedów płyta, ma się pojawić w październiku tego roku, dzięki wytwórni Napalm Records. Więcej informacji odnośnie płyty, grupa ujawni w najbliższych tygodniach.

Jakub "Negative" Karczyński

21 kwietnia 2012

PRZESŁUCHANIE 06

Jakoś niezbyt dobrze rozpoczął się dla mnie ten muzyczny rok. Wszystko na co czekałem z wypiekami na twarzy, przyniosło mi zawód lub rozczarowanie. Oby tylko nie okazało się to złą wróżbą na resztę roku. Zacznijmy jednak od początku.

ANATHEMA "WEATHER SYSTEMS" (2012)


Najważniejszą premierą tego roku, była dla mnie Anathema. Po wyśmienitym albumie "We're Here Because We're Here" moje oczekiwania w stosunku do następcy wzrosły niesamowicie. To właśnie w "Weather Systems" upatrywałem potencjalnego kandydata na płytę roku. Niestety, po przesłuchaniu materiału już wiem, że tron przypadnie komuś innemu. Nowa płyta nie jest pozycją słabą, ona po prostu nie wytrzymuje konkurencji ze swą poprzedniczką. Nie brak tu pięknych utworów, ale nie mają one w sobie tej siły co choćby Dreaming Light, Everything czy Angels Walk Among Us. Największym mankamentem tej płyty jest brak przebojowości i zapadających w pamięć melodii. Albumu słucha się bardzo miło, ale od Anathemy wymagam już dziś czegoś więcej. Kto wie, może zbyt wysoko zawiesili sobie poprzeczkę, a może to moje oczekiwania były zbyt wygórowane? Jakkolwiek nie brzmi odpowiedź, faktem jest, że tym razem skok nie do końca się udał.

ocena: 7/10


KILLING JOKE "MMXII" (2012)


Na płyty sygnowane logiem Killing Joke zawsze czekam z niecierpliwością. Ogromnie ucieszyła mnie informacja, że po dwóch latach od premiery "Absolute Dissent", grupa planuje wydać nowy album. Oczekiwaniu towarzyszyła nadzieja na kolejne świetne nagrania. Niestety, chyba tak jak w przypadku Anathemy, przeszacowałem troszkę możliwości Killing Joke. Nowa płyta nie oferuje mi ani takich zastrzyków emocjonalnych, ani tak świetnych melodii, jak choćby płyty pokroju "Night Time", "Pandemonium" czy "Democracy". Nie skreślajmy jednak "MMXII", bo i ona zawiera kilka fajnych kompozycji jak choćby Pole Shift ze wspaniałą rolą klawiszy, skandowany Fema Camp czy singlowy In Cythera. Reszta albumu jest solidna, choć od takich gigantów jak Killing Joke, wymagam nieco więcej. Zdecydowanie na plus zaliczyć należy świetną produkcję z czystym i czytelnym brzmieniem. "Absolute Dissent" w tej kwestii wypadał dość surowo. Wiem, że dla niektórych to zaleta, ale mnie bardziej odpowiada klarowniejsze brzmienie. Szkoda, że za realizacją nie poszły równie wspaniałe utwory, choć zgrzeszyłbym gdybym powiedział o "MMXII", że to słaba płyta. Oni po prostu mają w swym dorobku kilka lepszych, a jak wiadomo apetyt rośnie w miarę jedzenia.

ocena: 7/10

Jakub "Negative" Karczyński

15 kwietnia 2012

ULTRAVOX - REAKTYWACJA


Dobra informacja dla wszystkich fanów nowego romantyzmu. W swym najsłynniejszym składzie, na rynek powraca grupa Ultravox. Od ukazania się ich ostatniej studyjnej płyty minęło już 28 lat, lecz jak widać ich historia jeszcze nie dobiegła końca. Na 28 maja 2012 roku, EMI zapowiada wydanie premierowego materiału zatytułowanego "Brilliant". Data ukazania się płyty zapewne nie jest przypadkowa. Na albumie znajdzie się dwanaście nowych utworów, których twórcami są: Midge Ure, Billy Currie, Chris Cross i Warren Cann. Znana jest już także lista utworów, która przedstawia się następująco:

     01. Live Again
     02. Flow
     03. Brilliant
     04. The Change
     05. Rise
     06. Remembering
     07. Hello
     08. This One
     09. Fall
     10. Let it Lie
     11. Satellite
     12. Contact
 
Po wydaniu płyty grupa planuje wyruszyć w trasę koncertową po Europie. Czy dotrą do Polski? Tego jeszcze nie wiadomo, ale trzymam za to mocno kciuki.
 
Jakub "Negative" Karczyński

13 kwietnia 2012

NEW MODEL ARMY "TODAY IS A GOOD DAY" (2009)


Wiosenne słońce bywa niezwykle inspirujące. Wraz z jego pierwszymi promieniami, budzi się też w człowieku jakaś taka pierwotna natura. Wraca wtedy chęć obcowania z przyrodą, cieszy figlarny wiatr, a deszcz niesie ze sobą nadzieję na wiosenną eksplozję  kolorów. Z tej też przyczyny, o tej porze roku, niezwykle smakuje mi muzyka o nieco folkowym charakterze. Jednym z takich ożywczych duchów jest dla mnie grupa New Model Army, której twórczość doskonale komponuje się z pogodą za oknem.

W tym roku płytą sygnującą nadejście cieplejszych dni, jest ostatni album w dyskografii Brytyjczyków. „Today Is A Good Day” (2009) w mojej ocenie, jest jeszcze bardziej udanym albumem, niż poprzedzający go „High” z 2007 roku. Przede wszystkim, więcej tu naprawdę pięknych i wpadających w ucho melodii, których nieco brakowało na poprzedniej płycie. Już pierwszy utwór nie pozostawia wątpliwości, że New Model Army nabrało wiatru w żagle i pokazuje nam się z jak najlepszej strony. Dynamiczne i mocne otwarcie, to tylko przedsmak emocji jakie na nas czekają. W kolejce już ustawia przepiękny Autumn z jakże sarkastycznym refrenem: „i wszystko jest piękne, ponieważ wszystko umiera”. Brzmi to niemal jak wers z piosenki Where The Wild Roses Grow Nick’a Cave’a: „wszystko co piękne musi umrzeć”, choć New Model Army uderzają w bardziej pogodne nuty. Gdy dołącza do tego chór, robi się wręcz sielankowo. Urzekająco brzmi również utwór Ocean Rising, choć opowieść snuta przez Justina Sullivan’a jest dość niepokojąca. Nie jest to jednak premierowa kompozycja. Pojawiła się już ona na solowej płycie Sullivan’a zatytułowanej „Navigating By The Stars” (2003) i wydaje mi się, że to właśnie tam, zabrzmiała najbardziej przekonująco i przejmująco. Wersja z „Today Is A Good Day” tylko nieznacznie jej ustępuje. Warto także zwrócić uwagę na tę dynamiczniejszą część płyty. Tutaj niepodzielnie rządzą wspomniany już utwór tytułowy, States Radio oraz niezwykle śpiewny Arm Yourselves And Run.  Każdy z nich to osobna historia, każdy dostarcza niesamowitych emocji i energii tak przecież pożądanej wiosną. Na koniec zostawiłem sobie utwór, którego refren wrył mi się tak głęboko w pamięć, że nuciłem go o różnej porze dnia i nocy. Mowa o utworze La Push, będącym chyba najbardziej przebojowym akcentem obok Arm Yourselves And Run. To właśnie te dwa utwory powinny wieńczyć ten album. Następujące po nich  Bad Harvest oraz  North Star nie mają już takiej siły i na tle reszty albumu wypadają wręcz blado. 

Płyta „Today Is A Good Day” przywraca New Model Army odpowiedni status oraz pozwala z optymizmem patrzeć w przyszłość. Z niecierpliwością wyglądam już kolejnego albumu.  Miejmy nadzieję, że nie każą nam na niego zbyt długo czekać, bowiem nikt niej jest w stanie oddać ducha walki, tęsknoty i zadumy tak jak robi to New Model Army. Za to przecież ich kochamy i trwamy wiernie przy ich boku.
 
Jakub „Negative” Karczyński
 

04 kwietnia 2012

TROPICIEL JESIENNYCH DŹWIĘKÓW

O szyby deszcz dzwoni, deszcz dzwoni jesienny
I pluszcze jednaki, miarowy, niezmienny,
Dżdżu krople padają i tłuką w me okno...
Jęk szklany... płacz szklany... a szyby w mgle mokną
I światła szarego blask sączy się senny...
O szyby deszcz dzwoni, deszcz dzwoni jesienny...
Leopold Staff "Deszcz jesienny"



Pomimo że w kalendarzu wiosna, moje poszukiwania muzyki jesiennej nie ustają. Właśnie do moich rąk trafiło kilka wspaniałych płyt, które to wymieniają się w odtwarzaczu. Jedną z nich jest płyta Davida Sylviana "Secrets Of The Beehive" (1987). Poszukiwałem tego albumu od chwili, gdy w programie "Nawiedzone Studio" wyemitowano utwór Forbidden Colours. Zrobił on na mnie na tyle duże wrażenie, że postanowiłem przyjrzeć się twórczości tego pana. Płyty, które trafiły do mych rąk trochę ostudziły ten zapał, choć zawsze zawierały jedną piosenkę, która przykuwała uwagę. Tropiąc utwór Forbidden Colours okazało się, że remasterowana wersja albumu "Secrets Of The Beehive" została pozbawiona tegoż nagrania. Zastąpiło je Promise (The Cult Of Eurydice), które już nie miało tego uroku. Pozostało zdobyć wersję pierwotną tego albumu. Poszukiwania trwały dobry rok, raz bardziej, raz mniej intensywnie. Dopiero pod koniec marca udało się zdobyć tę płytę i to za niewielkie pieniądze. Muzyka na niej zawarta na pewno lepiej będzie smakowała w ponure, jesienne dni czy też długie księżycowe noce. Nie odważyłbym się nastawiać jej w piękny, słoneczny dzień, bo te kilka nut sprawia, że liście opadają z drzew, a kolory samoistnie zanikają.

 
Zdecydowanie bardziej optymistycznie prezentuje się grupa Flesh For Lulu z albumem "Plastic Fantastic" (1989). Odkryłem ten zespół przez zupełny przypadek przesłuchując ich wcześniejszy album w sklepie płytowym. Była to płyta "Big Fun City" (1985) wraz z dograną EP-ką "Blue Sisters Swing". Muzyka na niej zawarta na tyle mi się spodobała, że postanowiłem ją zakupić. Trudno określić gatunek muzyki jaki wykonywali Flesh For Lulu. Pobrzmiewają tam echa muzyki punk wymieszanej z wczesnym, surowym gotykiem, a przyprawione jest to melodiami charakterystycznymi dla rockowej alternatywy. Mieszanka iście wybuchowa, ale o dziwo wszystko pięknie się zazębia. Nie brak w ich dorobku przebojowych i pięknych utworów. Przykładem może być album "Plastic Fantastic", który powinien spodobać się miłośnikom grania spod znaku Echo & Bunnymen czy Gene Loves Jezebel. O ile te dwa zespoły są jeszcze w naszym kraju dość znane, o tyle o Flesh For Lulu słyszeli tylko nieliczni. Warto zmienić ten stan rzeczy, bo pięknej muzyki nigdy dość.

Jakub "Negative" Karczyński

31 marca 2012

ŁAMANIE KOŁEM

Wczorajszy dzień był pełen wrażeń. Rozpoczął się od wycieczki do NBP, po okazjonalną monetę, wydaną na 50-lecie radiowej Trójki. Po nerwowym wyczekiwaniu w kolejce, udało mi się zdobyć kilka sztuk, zostawiając w zamian sześć dwuzłotówek. A wszystko to, na piętnaście minut przed zakończeniem wymiany.


Gdy ja zmierzałem do banku, w tym samym czasie, awizo do mojej skrzynki wrzucał listonosz. To co jednak czekało mnie późnym popołudniem na poczcie, to sztuka teatralna wystawiona przez samo życie. Zmierzając po odbiór przesyłki byłem przygotowany na kolejki, na powolną obsługę, ale nie na to, co miało wkrótce nastąpić. Przekraczając próg poczty zakląłem w duchu, widząc około dziesięciu osób stłoczonych na tak małym metrażu, że ledwie zdołałem się tam wcisnąć. Trudno, co robić - pomyślałem. Ustawiłem się grzecznie w ogonku i czekam pokornie na odbiór spodziewanej płyty. Czekam, czekam i czekam, a kolejka ani drgnie. Pani "w okienku" pospiesznie szuka listu, dla kobiety stojącej przy ladzie. Sprawdza półki, przegląda paczki i tak to sobie trwa. Mija pięć, dziesięć, piętnaście minut i już zaczynam się niecierpliwić, tak jak i te dziesięć osób przede mną. Okazało się, że poszukiwany list zaginął. Sytuacja robi się nerwowa, bo klientka ani myśli odejść od okienka bez swego listu. Pracownica poczty przegląda jeszcze raz wszystkie paczki, ale nie przynosi to efektu. Przeprasza panią za zaistniałą sytuację lecz klientka nawet nie chce tego słuchać. Temperatura podskakuje, kobieta o fizjonomii rasowej feministki, zaczyna ujadać na lewo i prawo. Nie ma opcji na to, by sytuacja rozwiązała się w przeciągu pięciu minut. Część klientów wychodzi, nie chcąc tracić czasu. W końcu za nieco ponad godzinę, poczta zakończy urzędowanie, a pani przy okienku zapowiedziała okupację do samego końca. Nie wiem dlaczego zdecydowałem się tam tkwić, ale chyba sprawiła to rzeczona płyta, którą chciałem sobie jeszcze tego dnia posłuchać. Czekam więc, a apokalipsa przetacza się przez pocztę. Nerwowe telefony, wyjaśnienia, przeprosiny i na końcu łzy urzędniczki pocztowej, która dopiero co rozpoczęła tu pracę. Żal mi się kobiety zrobiło i najchętniej kopnąłbym w zad tę faszystowską feministkę. Rozumiem, że zagubienie listu to rzecz karygodna, ale żeby zrobić taką jatkę to mi się w głowie nie mieści. Gdy już nasyciła się krwią i łzami, opuściła urząd zapowiadając, że do jutra sprawa ma być wyjaśniona, bo w przeciwnym wypadku ona tego tak nie zostawi. Po tym godzinnym spektaklu, dotarłem wreszcie do okienka. Odebrałem swą przesyłkę, uśmiechnąłem się delikatnie, co by kobiecie jakoś osłodzić te tortury i poszedłem do domu. Rozpakowałem przesyłkę lecz jakoś już nie potrafiłem się cieszyć z jej zawartości. Ilekroć teraz będę sięgał po płytę Flesh For Lulu "Plastic Fantastic", przed oczami będę miał twarz tej urzędniczki i jej łzy. Czy dla jednego, głupiego listu, warto tak sponiewierać człowieka?

Jakub "Negative" Karczyński