Gdy 1996 roku ukazywała się płyta "Wild Mood Swings", bardziej od muzyki zajmowały mnie kolejne komiksy o Batmanie, Supermanie i Spider-manie, kupowane w lokalnym kiosku. Nie miałem nawet pojęcia, że istnieje taki zespół jak The Cure. Zaistniał on w mej świadomości kilka lat później i stał się istotną częścią mego życia. Poznawałem więc dorobek zespołu z pozycji kogoś, kto spóźnił się na pociąg, więc chcąc go złapać, musi gnać na złamanie karku w kierunku następnej stacji. Ta pogoń trwała kilka lat, nim udało mi się zgromadzić i poznać całą dyskografię grupy. Muzykę poznawałem z kolejnych płyt, zdobywanych z niemałym trudem. Zamawiało się je w sklepie płytowym, lecz nie było pewności, że właścicielowi uda się ją zdobyć w hurtowni. Takie to były czasy. Może nieco siermiężne, ale za to jakie ekscytujące. Gdy już poznałem cały nabożny kanon, który polecali fani na forum thecure.pl, przyszedł czas by sięgnąć i po te albumy odsądzane od czci i wiary. Nie pamiętam już czy najpierw sięgnąłem po "The Top" (1984) czy jednak pierwszy był "Wild Mood Swings", ale faktem jest, że nie wzbraniałem się przed nimi jakoś szczególnie mocno. Być może wpływ na to miał mój krótki staż, a może głowa, której nie przygniatał ciężar oczekiwań. Wcisnąłem więc przycisk play i dałem się porwać szalonemu klaunowi z okładki.
Zdjęcie przeciętej głowy klauna na tle jasnożółtego tła, jest tyleż nietypowe, co niepokojące. Wygląda jak przedmiot z miejsca zbrodni, pozostawiony tam przez jakiegoś psychopatę. Tytuł płyty również nie pozostawia wątpliwości, że balansujemy na granicy dwóch światów. Między radością, a smutkiem. Taka rozpiętość emocjonalna może być trudna do okiełznania, ale przecież The Cure są mistrzami w żonglowaniu tak radością jak i smutkiem. Pytanie tylko czy ścieg łączący obie te połowy nie jest czasem zbyt widoczny.
Lata dziewięćdziesiąte nie były dobrym czasem dla The Cure. Opublikowali zaledwie trzy pełnoprawne albumy, ale świat muzycznych dźwięków Roberta Smitha coraz mniej przystawał do otaczającej go rzeczywistości. Artystyczny i komercyjny sukces płyty "Wish" (1992) przyszedł w ostatnim możliwym momencie. Myślę, że dwa lata później ta sztuczka już by się nie udała. Cztery lata jakie dzieli "Wish" od "Wild Mood Swings" to przepaść, której albo Robert nie zauważył albo świadomie ją zignorował licząc na to, że zespół z taką pozycją jak The Cure, nie musi obawiać się zmian muzycznych wiatrów. Błąd. Jeśli po premierze albumu "Wish", Smith mógł czuć jeszcze komfort stabilności, tak po eksplozji brit popu, grunt zaczął usuwać mu się spod stóp. Chyba pierwszy raz w historii ansambl Smitha stał się niemodny i odstawiony na boczny tor. Czy nagrywając "Wild Mood Swings", Robert czuł co się święci? Niewykluczone, choć nie posądzałbym go o zbytni koniunkturalizm. Wiele zespołów chcąc nadążyć za zmianami dostosowywało swą muzykę czy brzmienie do tego co było aktualnie popularne. Skutek był zazwyczaj marny. Smith nie zaparł się swego stylu, choć kierunek w jakim podążył, mógł momentami jeśli nie zszokować to zapewne zadziwić najwierniejszych fanów. Konia z rzędem temu, kto przewidział kierunek zmian. Po stricte rockowym albumie "Wish", otrzymaliśmy coś co odwoływało się tak do spuścizny Bowiego, The Beatles jak i dźwięków z wytwórni Motown czy tradycji bossa novy. Na upartego można i dorzucić muzykę meksykańską by dopełnić obrazu całości. Przyznacie, że ten karkołomny szpagat miał małe szanse powodzenia. A jednak się udał. Nie w sensie komercyjnym, bo płyta nie powtórzyła sukcesu poprzedniczki. W dniu premiery też nie zebrała entuzjastycznych recenzji, a jednak po latach album ten bardziej zyskuje niż traci. Otrzymaliśmy album, którego zamysł był jakby powieleniem formuły eklektyzmu jaki otrzymaliśmy na "Kiss Me, Kiss Me, Kiss Me" (1987). Tylko czy ktokolwiek czekał na kontynuację? Zawieśmy to pytanie na moment w próżni i przyjrzyjmy się zawartości krążka.
Zaczyna się całkiem zwyczajnie od trzęsienia ziemi w postaci nagrania Want. The Cure potrafią tak w początki jak i w zakończenia, więc można by pomyśleć, że oto znów przemierzamy dobrze znany nam szlak. Want to utwór o nienasyconym pragnieniu posiadania. O tym, że wciąż nam mało alkoholu, narkotyków, miłości, seksu, sławy, ale i bólu, strachu oraz kłamstw. To chorobliwe nienasycenie sprawia, że nigdy nie osiągamy szczęścia, do którego dążymy. Są na tym świecie rzeczy, których jednak nie jesteśmy w stanie zdobyć jak choćby więcej nadziei czy czasu. Ta nieustanna pogoń jest w gruncie rzeczy bezcelowa, bo króliczek, którego gonimy, to tylko nieuchwytny cień, majaczący nam gdzieś na horyzoncie. Pierwsza lampka ostrzegawcza załącza się nam już przy nagraniu numer dwa, gdzie Robert śpiewa w taki sposób, w jaki nigdy wcześniej, ani później już nie śpiewał. Brzmi to dość osobliwie, a sama kompozycja również jakoś szczególnie nie błyszczy. To jeden z dwóch utworów, których pozbyłbym się z tego albumu bez większego żalu. Sądzę nawet, że płyta zyskałaby na wartości. Złe wrażenie szybko zaciera jednak This Is A Lie, w którym to zespół uderza w nieco bardziej melancholijne tony. Z zadumy szybko jednak wyrywają nas kolejne nagrania - The 13th i Strange Attraction - emanujące jakimś takim letnim rozluźnieniem. The 13th musiał być niezłym szokiem dla fanów w 1996 roku, gdy The Cure wydało go jako singiel. Rytmy bossa novy, jakieś trąbki, to przecież nie jest anturaż The Cure, a mimo to, wyszli z tego starcia obronną ręką. Zatwardziali fani pewnie do dziś kręcą nosem, ale przecież świat nie zaczyna i nie kończy się na "Seventeen Seconds" (1980), "Faith" (1981) czy "Pornography" (1982). Po latach dużo łatwiej jest zaakceptować szaleństwa zaserwowane nam na "Wild Mood Swings", a być może nawet zapałać jakimś żywszym uczuciem do tej płyty. Osobiście nigdy nie miałem problemu z tym albumem. Może nie ustawiłbym go w jednym rzędzie z "Disintegration" (1989), ale już z "Kiss Me Kiss Me Kiss Me" jak najbardziej tak. W ogóle uważam, że "Wild Mood Swings", to taki brat bliźniak tej płyty. Ani gorszy, ani lepszy. Z pewnością jednak nie tak dobrze znany jak jego starszy brat. Odnoszę wrażenie, że te kilka nietypowych singli, przesłoniło niektórym fanom całą resztę płyty. Gdybyśmy wyłączyli je poza nawias, to otrzymalibyśmy klasyczny album The Cure, gdzie żywe, rockowe granie przeplata się z melancholią. Czy można zbyć obojętnością takie utwory jak Numb, Trap czy Treasure? Czy można mienić się fanem The Cure nie znając Want, jednego z najlepszych albumowych otwieraczy? No i w końcu, czy można żyć ze świadomością, że w obrazku, na który spoglądamy, brak kilku istotnych puzzli? Nie wyobrażam sobie by zabrakło w nim Numb, prawdziwej perły finalizującej album "Wild Mood Swings". To jedno z najbardziej poruszających nagrań, które warto odkryć na swój własny użytek.
Sądzę, że po dwudziestu latach jakie minęło od wydania tejże płyty, śmiało można już zdjąć z niej odium, na które szczerze mówiąc, wcale sobie nie zasłużyła. Dostrzeżmy w końcu, że brzydkie kaczątko za jakie dotychczas je mieliśmy, nigdy takowym nie było. Co sprawiło, że nie ujrzano w nim pięknego, białego łabędzia? Może po prostu płyta nie trafiła w swój czas, a może była momentami zbyt radykalnym odejściem od kolein, jakie wyżłobiło w naszych głowach przez lata The Cure. Cokolwiek by to nie było, niechaj sprawiedliwości stanie się zadość. Jeśli macie w zasięgu ręki ten album, proponuję zdmuchnąć dziś z niego kurz i ponownie udać się do tego wesołego miasteczka. Może tym razem klaun okaże się być milszy, zakupione baloniki nie ulecą w dal, a przejażdżka na karuzeli łańcuchowej nie wywróci wam żołądka na drugą stronę. By się tego dowiedzieć, trzeba ponownie zakupić bilet. Czy masz w sobie tyle odwagi?
Jakub Karczyński

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz