"Szukam wciąż okazji i je mam" śpiewał niegdyś Lech Janerka i bywają takie chwile, że mogę podpisać się pod tymi słowami. Oczywiście w przypadku płyt, nie zawsze uda się upolować coś w okazyjnej cenie, ale cierpliwość w tym przypadku niekiedy bardzo popłaca. Zdaję sobie sprawę, że każdy z nas, gdy już coś dojrzy, chciałby to od razu mieć. Sam tak mam, ale niekiedy pozwalam pewnym płytom się nieco odleżeć w koszyku, zanim otworzę portfel. Tak było w przypadku albumu "Volunteer" (1988) grupy Sham 69. Miałem ją na swej liście życzeń, ale jej cena nie była na tyle okazyjna, bym skusił się na natychmiastowy zakup. Przyszpiliłem ją do swej tablicy i skierowałem wzrok na inne, potencjalnie atrakcyjne obiekty. Niekiedy udaje się doczekać chwili, gdy sprzedawcy zniechęceni zbyt długim oczekiwaniem na kupca, obniżają nieco cenę, bo przecież każdy wie, że CCC - cena czyni cuda. W tym wypadku jednak tak nie było. Oferta trzyma się dzielnie do dziś dnia, ale w międzyczasie wyrosła jej konkurencja, która oferowała to wydawnictwo dwadzieścia złotych taniej. No i tu już nie było się nad czym zastanawiać. Szybko wymieniłem ze sprzedającym kilka istotnych dla mnie informacji i sfinalizowałem zakup. Jak się okazało, był to strzał w dziesiątkę. I to podwójny. Po pierwsze, płyta okazała się być w idealnej kondycji, a dołączona do niej poligrafia nie nosiła absolutnie żadnych śladów używania. Nawet stopery nie były odbite na książeczce, więc wnoszę, że ktoś bardzo dbał o ten album. Stan zachowania płyty to jedno, ale zbiór kompozycji jakie się tu znalazły, to prawdziwy cream de la cream. Oczywiście piszę to z pozycji laika, który dopiero zaczyna poznawać dorobek tego zespołu. Nie wiem, które albumy są cenione przez fanów, a które nieco mniej, ale może tak jest lepiej. Przynajmniej mam szansę wyrobić sobie własny pogląd na dorobek tej kapeli. "Volunteer" brzmi w mych uszach nad wyraz dobrze. Właściwie nie ma tu chybionych strzałów. Wszystko brzmi niezwykle przebojowo, ale są utwory, które zdecydowanie wysuwają się na czoło tego peletonu. Do tego grona zaliczyłbym Outside The Warehouse, którego wstęp kojarzy mi się z sensacyjnym kinem lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych. Pamiętacie może taki film z czasów ery VHS jak "Chains" (1989)? Miałem go niegdyś nagranego na taśmie, razem z filmem "Moto diabły" (1989). Wtedy bardziej przemawiał do mnie ten ostatni obraz, w którym to grupa żołnierzy na motorach, walczy w wietnamskiej dżungli z dzikusami. Ich celem jest uwolnienie pojmanych kolegów oraz zdobycie złota, odkrytego przypadkiem w jednej z jaskiń. Świetne kino akcji, którego dziś nieco brakuje. Z kolei film "Chains" pamiętam jak przez mgłę. Był bardzo mroczny, brutalny i chyba nie należało pokazywać go dziesięciolatkom, ale wtedy takimi rzeczami nikt się nie przejmował. "Koszmar z ulicy wiązów"(1984)? "Egzorcysta" (1973)? "Martwica mózgu" (1992)? Proszę bardzo. Oglądaj do woli. Aż skóra cierpnie jak pomyślę sobie, co wtedy lądowało w domowych odtwarzaczach. O dziwo, nie odbiło się to negatywnie na mojej psychice, niemniej nie pozwoliłbym swoim dzieciakom na tego typu rozrywkę. W temacie filmów stawiamy tu kropkę i wracamy na główny szlak, czyli do zawartości muzycznej albumu "Volunteer". Poza świetnym otwarciem (Outside The Warehouse), mamy tu też nagranie o potencjale radiowego singla - Wallpaper, które płynnie przechodzi w nie mniej przebojowe Mr Know It All. Świetnie wypada też As Black As Sheep, będący czymś na kształt ballady. Takich udanych nagrań mamy tu co nie miara, ale polecam zwrócić szczególną uwagę na kompozycję Bastard Club oraz nagranie tytułowe, które pięknie finalizują ten jakże udany album. Okazuje się, że nie trzeba nagrywać dźwiękowych kolosów ciągnących się w nieskończoność, by stworzyć dzieła warte odnotowania w muzycznych encyklopediach. W przypadku płyty "Volunteer" wystarczyło trzydzieści pięć minut. Dobrze znać umiar, bowiem jak uczy życie, lepszy niedosyt niż przesyt.
Debiutancki album byłego wokalisty The Undertones, był również na mym celowniku od dłuższego czasu i podobnie jak "Volunteer", musiał nieco poczekać, nim trafił do mojej płytoteki. Był on ostatnim brakującym elementem układanki, który to domykał dyskografię Feargala. Muzyka zawarta na tejże płycie, porusza się w obszarze eleganckiego popu. Próżno szukać tu punkowego brudu i szorstkości. Tutaj wszystko jest dopięte na ostatni guzik, gładkie i wymuskane. Za produkcję odpowiadał Dave Stuart z Eurythmics i Michael Kamen, więc o żadnej zadziorności nie może być tu mowy. Zazwyczaj omijam takie albumy szerokim łukiem, ale przez wzgląd na Feargala zrobiłem wyjątek. Słuchając tej płyty przychodzą mi do głowy skojarzenia z drogą jaką przebył Phil Collins z Genesis. On również na swych solowych płytach, poszedł w zupełnie innym kierunku muzycznym, odcinając się niejako od tego co robił przez lata w Genesis. Ktoś powie, że tak trzeba, jeśli chce się pracować na swój rachunek. Pełna zgoda, niemniej w uszach słuchaczy może pojawić się pewien dysonans. Pamiętam jak Tomek Beksiński narzekał na solową twórczość Collinsa, nie mogąc znieść w jego muzyce nadmiernego wyeksponowania instrumentów dętych. Doskonale go rozumiem, bo ja również nie należę do grona entuzjastów tego typu brzmień. W przypadku Feargala nieco łatwiej zaakceptować mi ten gładziutki pop, choć gdyby był to album nie powiązany z The Undertones, to pewnie w ogóle bym się nim nie zainteresował. Myślę, że bardziej pasowałaby on do płytoteki Patrica Batemana, bohatera książki jak i filmu "American Psycho". Dlaczego? Patrick lubił elegancki pop, gdzie wszystko jest na wysoki połysk. W mojej opinii, muzyka zawarta na debiucie Feargala jest jak dobrze skrojony garnitur, tyle tylko, że nie każdy dobrze w nim wygląda. Osobiście preferuję bardziej nieformalny strój. Co by jednak nie mówić o tej płycie, to nie można nie docenić faktu, że pochodzący z niej utwór A Good Heart okupował szczyty list przebojów nie tylko w Anglii, ale także Irlandii, Belgii, Holandii, a nawet w Australii. To bezsprzecznie jego największy hit, choć mnie dużo bardziej podobają się nagrania Ghost Train czy Ashes And Diamonds. Sam album też radził sobie całkiem nieźle. Największe uznanie i odbiór miał w Holandii i w Australii, notując kolejno szóste i siódme miejsce na listach najlepiej sprzedających się płyt. Jeśli więc macie ochotę zanurzyć się w świecie eleganckiego popu, to albumy Feargala powinny wam się spodobać. Mnie jednak niesie dalej, do krain i dźwięków oplecionych dzikością. Do miejsc, w których zamiast wygodnych skórkowych kanap, otrzymacie w najlepszym wypadku miejsce na pniu ściętego drzewa.
Jakub Karczyński
PS Tradycyjnie przypominam o linku prowadzącym do wirtualnej kawy. Zainteresowanych wsparciem mojej pisaniny odsyłam po ten adres: https://buycoffee.to/czarne-slonca.Za każde dobre słowo jak i wsparcie z góry serdecznie dziękuję.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz