17 stycznia 2026

ZŁAMANE OBIETNICE

Na ścianach, w biurach i urzędach zawisły nowe kalendarze. Rok 2026 stał się faktem. Każdy z nas rozpoczął go na swój sposób. Jedni z większym, inni z mniejszym przytupem. Część z nas zrobiła sobie zapewne nawet jakieś postanowienia noworoczne, których z większą lub mniejszą konsekwencją będą się ich trzymać. Osobiście nigdy w takie rzeczy się nie bawiłem bo nie widziałem w tym większego sensu. To trochę tak jakbym założył sobie w styczniu, że w tym roku będę kupował mniej płyt. No bzdura, sam wiem po sobie, że jak tylko znajdę interesujący mnie album, to mój mózg wyprodukuje odpowiednio wiarygodne i logiczne usprawiedliwienie, abym wszedł w jego posiadanie. Przykład? Proszę bardzo. Gdy natknąłem się niedawno na boks The Lords Of The New Church zbierający pierwsze płyty grupy, to choć rozsądek starał się walczyć z sercem, to i tak ten pojedynek przegrał. Koronny argument rozsądku zawsze jest ten sam. To stanowczo za drogo. A jakim arsenałem środków dysponuje serce? Pierwszy. To wspaniała okazja pozyskać trzy płyty za jednym zamachem. Po podzieleniu wartości boksu na poszczególne płyty nie jest wcale, aż tak drogo. Drugi. Jeden, ale za to konkretny zakup. Najwyżej nic więcej już w tym miesiącu nie kupisz. To mój ulubiony argument, którym oszukuje mnie serce. Zawsze się na niego łapię, a po kilku dniach orientuję się, że nie dotrzymałem danego sobie słowa. Trzeci. Taka okazja może się więcej nie powtórzyć. Spójrz na Discogs, tam ta oferta jest dużo droższa, a jak doliczysz sobie koszty przesyłki to już w ogóle robi się kosmos. Cztery. To jedyna taka okazja by nabyć te płyty w takiej formie. Każda z nich zapakowana jest w plastikowe pudełko, a nie w jakieś badziewne digipaki. Przecież kochasz plastikowe pudełka. Piąte. Jeśli nie kupisz ty, z pewnością zrobi to ktoś inny, a potem będziesz tego żałował. No sami powiedzcie czy w obliczu takiego naporu argumentów można nie pęknąć? Ja już wymiękam przy drugim, a co dopiero gdy otrzymuję promocję wiązaną. Problem w tym, że moje serce dość szybko ulega emocjom. Wystarczy, że przeczytam jakiś interesujący wywiad, gdzie ktoś wspomni o walorach jakiegoś albumu, a już dostaję od serca e-maila zatytułowanego "zerknij na Allegro, może ktoś sprzedaje". Idź za głosem serca mówią i ja idę jak ta owieczka prowadzona na rzeź tyle tylko, że zamiast smutku, w oczach pojawia się niezdrowa ekscytacja. Tak było w przypadku Meluzyny (wywiad w "Chaos w mojej głowie") oraz grupy Gotterdammerung (wywiad w zinie "Cold"). Czasem jednak sam prowokuję poszukiwania, a niekiedy wpadam w sieci zastawione przez algorytmy, które sprytnie podsuwają mi swoje propozycje. Jak wiadomo sprofilowane są one pod kątem tego w co ostatnio klikaliśmy lub oglądaliśmy. Efektem tych wszystkich działań są kolejne płyty, które zasilają moją kolekcję i sprawiają, że odczuwam autentyczną radość na samą myśl o i przesłuchiwaniu. 

Co zatem padło moim łupem? Trzypłytowy boks The Lords Of The New Church, który jest absolutnym obowiązkiem dla fanów, którzy chcą zgłębić regularne albumy tej formacji, a nie tylko bazować na składankach. Cieszy mnie szczególnie fakt, że na płytach nie ma żadnych dogrywek w postaci wersji live czy nie daj boże remiksów. Tylko sama esencja. Tylko tyle i aż tyle. Wygrzebałem też  debiutancki album holenderskiej grupy Gotterdammerung, z którą to wcześniej nie miałem przyjemności obcować. Nazwa nie była mi obca, ale jakoś nigdy nie zdarzyło mi się posłuchać choćby fragmentu ich muzyki. Teraz w końcu nadeszła ta chwila. Sięgnąłem do zina Cold, w którym to ukazał się wywiad z zespołem przeprowadzony przez Tomasza Zrąbkowskiego późniejszego redaktora naczelnego nieodżałowanego czasopisma Zine. Z jego treści dość szybko wywnioskowałem jakimi albumami w dyskografii Gotterdammerung warto się zainteresować. Dodatkową rekomendacją były dla mnie odnośniki muzyczne wskazujące na powinowactwo z muzyką Red Lorry Yellow Lorry, Play Dead, a nawet z The Sisters Of Mercy. Ta iskra wystarczyła, aby w mojej głowie rozgorzał pożar, który to ugasić mógł tylko album "A Body And Birthmark" (1994). Szybki internetowy rekonesans sprawił, że po kilku dniach mogłem cieszyć się już muzyką. Nie jest to materiał łatwy w odbiorze, ale myślę, że warto poświęcić mu swój czas. Właśnie przedzieram się przez jego kolce, dostrajam swoją wrażliwość by złapać jak najwięcej wspólnych fal. Czas pokaże jaki był tego skutek. 

Poza zakupami internetowymi staram się raz na jakiś czas zaglądać do sklepów stacjonarnych. Zimowa aura może nie zachęca do opuszczania domostw, ale jednak czego się nie robi dla muzyki. W planach miałem jeszcze zregenerowanie dwóch płyt, ale jak się okazało punkt, gdzie do tej pory to robiłem nie świadczy już od roku takich usług. No tak, chętnych pewnie było tyle co kot napłakał. Szkoda, bo czasami zdarzy mi się zakupić płyty, które choć grają to jednak nie wyglądają zbyt dobrze. Takie odświeżenie dobrze im robiło, a i dawało pewność, że album nie tylko zyska na wartości, ale i dłużej posłuży. Udałem się więc w drogę do sklepu płytowego zlokalizowanego na Starym Rynku. W podcieniach mieści się najbardziej klimatyczny zakątek dla miłośników muzyki, w jakim kiedykolwiek byłem. "Fripp", o którym tu już wielokrotnie wspominałem oferuje szeroką gamę muzyki, choć jazz i klasyka są zdecydowanie na uprzywilejowanych pozycjach. Nie brak tam jednak rocka oraz alternatywnych brzmień. Jeśli szukacie skarbów wydanych w latach dziewięćdziesiątych, to jest duże prawdopodobieństwo, że je tam znajdziecie. Mnie zwabił tam akurat album "Exaudia" (2022) Lisy Gerrard. Postanowiłem się z nim w końcu skonfrontować, choć nie jestem specjalnym entuzjastą solowych płyt Lisy. Tym razem jednak uparcie powracała do mnie myśl o zakupie tej płyty, aż w końcu jej uległem. Myślę, że styczniowa aura z zaokiennym śniegiem będzie jej sprzyjać. 

Jako odskocznię od melancholii polecam zajrzeć na płytę "Electriclarryland" (1996) Butthole Surfers. Przyznacie, że nazwę mają zjawiskową. Powstała ona przez przypadek, gdy spiker zapomniał jak nazywa się zespół, który miał za chwilę wystąpić i zapowiedział ich nazwą jednego z ich utworów. Zespołowi spodobało się to tak bardzo, że postanowili od tej pory występować pod tym właśnie szyldem. Co ich do tego skłoniło? Może chcieli na koncertach usłyszeć tłum skandujący Surferzy odbytu!!! Surferzy odbytu!!! Surferzy odbytu!!! Przyznaję, że chyba też nie oparłbym się tej pokusie. 
By zatopić się w tej muzyce, trzeba spuścić nieco powietrza ze swego balonika, przymrużyć nieco oczy a wtedy wejdziecie w to jak przysłowiowy nóż w masło. O zespole usłyszałem za sprawą facebookowego profilu Tomasza Zrąbkowskiego, o którym to szepnąłem już słówko powyżej. Co jakiś czas poleca on płyty warte przesłuchania, a ja chętnie korzystam z tych rekomendacji. Co prawda tego albumu, o którym pisał nie udało mi się zdobyć, ale płyta "Electriclarryland" też wydaje mi się dobrym strzałem. Co prawda nie mam jeszcze rozeznania jakie płyty są bardziej cenione przez fanów, a jakie uchodzą za te mniej udane, ale po kilku przesłuchaniach tej płyty, parę utworów już zakotwiczyło w mym uchu. Skrzypcowe zakończenie Cough Syrup przywodzi mi na myśl płyty New Model Army, gdy także oni sięgali po ten instrument. Z kolei nagranie Pepper pojawiło się nawet na liście Billboard 200 osiągając trzydziestą pierwszą lokatę więc chyba to całkiem dobry prognostyk.

Na koniec zostawiłem sobie dwie płyty Brytyjczyków z The Rose Of Avalanche, których to dwa ostatnie albumy są już w mym posiadaniu od pewnego czasu. Brakowało mi zatem tych trzech pierwszych. Gdy więc natrafiłem na składankę albumowych singli pomyślałem, że na początek powinna wystarczyć. Jak to mówią lepszy rydz niż nic. Zakupiłem więc rzeczoną płytę, a po kilku dniach dostaję informację od sprzedającego, że ma on jeszcze w swych zbiorach ich debiutancki album. Oczy zapłonęły mi żywym ogniem, który ugasić mógł tylko debiut The Rose Of Avalanche. He, he, he. Historia lubi się powtarzać, niemniej nie było nad czym się zastanawiać, bo i pieniądze za obie płyty raczej symboliczne. Będzie czego słuchać w tych pierwszych dniach nowego roku. 

Pięknie zaczyna się ten rok i po cichu liczę, że napięcie będzie narastać jak u Hitchcocka. Martwi tylko fakt, że skończyło się miejsce na regałach. Może czas przewietrzyć trochę płytotekę, a może po prostu dołożę kolejny segment, choć w miejsca w domu coraz mniej.


Jakub Karczyński


PS W kąciku literackim dziś jedna, ale za to niezwykle obszerna pozycja, która powinna zainteresować szczególnie osoby zgłębiające temat muzyki rockowej zza żelaznej kurtyny. Może pamiętacie książkę "Oczami radzieckiej zabawki" jaką przed laty wydał Konstanty Usenko. Tym razem otrzymujemy spojrzenie Amerykanki, która wzięła sobie za cel spopularyzowanie radzieckiej muzyki rockowej lat osiemdziesiątych. W obliczu agresji Rosji na Ukrainę, temat może niezbyt popularny, ale abstrahując od polityki, myślę, że warto sięgać po tego typu publikacje, bo jeśli o zachodnim rocku wiemy dość dużo, to wiedza na temat muzyki w demoludach nie jest tak spopularyzowana. Tu mamy wgląd do samego serca imperium zła, w którym to rock, nie miał łatwego życia.  
 

PS2 Przypominam nienachalnie o kawowym wsparciu, którego można udzielić "Czarnym słońcom" na stronie https://buycoffee.to/czarne-slonca
 

26 grudnia 2025

TEDDY (1960 - 2025)


Nie planowałem już niczego publikować w tym roku, ale informacja jaka do mnie niedawno dotarła, wymusiła na mnie niejako ten wpis. W dniu 26 grudnia odszedł od nas Perry Bamonte, gitarzysta i klawiszowiec związany z The Cure. Miał on swój wkłada w takie albumy jak "Wish" (1992), "Wild Mood Swings" (1996), "Bloodflowers" (2000) czy "The Cure" (2004). Lubiłem jego gitarę w The Cure, a i wizerunkowo pasował do zespołu dużo lepiej niż Reeves Gabriels. Gdy byłem niedawno na kinowej premierze koncertu "The Show Of The Lost World", zwróciłem uwagę na rzecz, która chyba umknęła uwadze większości odbiorców. Gdy Robert z Simonem władali sceną, skupiając na sobie uwagę publiczności, a Gabriels krzesał ogień z gitary, w kącie sceny niemal niewidoczny Perry był cieniem samego siebie. Stał smutny, nie nawiązywał kontaktu z publicznością i co istotne, dogrywał partie głębokiego tła. Dźwięki niemal niezauważalne. Pomyślałem sobie, że to cholernie smutne. Byłem nawet nieco zły na zespół, że tak go potraktowali. Choć na scenie odbywał się show, ja uparcie powracałem myślami do Perry'ego. Starałem wyłowić się te nieliczne fragmenty, gdy kamera łapała go w kadr i zachodziłem w głowę czemu taki smutek bije z jego twarzy. Wtedy nawet przez myśl mi nie przeszło, że oglądam go po raz ostatni. Nie zdawałem sobie sprawy, że chorował. Zresztą w komunikacie jaki pojawił się w sieci pisano, o krótkiej chorobie. Czy będąc tam na scenie już o niej wiedział czy frapowały go inne sprawy? Tego nie wiem, ale przykro było patrzeć jak człowiek, który niegdyś definiował brzmienie zespołu, niknie w mroku. Zapamiętajmy go jednak takiego jakim był w teledysku do Friday I'm In Love, bo z tego co piszą osoby, które go znały, ten obraz jest bliższy prawdy. Spoczywaj w pokoju "Teddy".


Jakub Karczyński  

22 grudnia 2025

ZNAK CZASÓW


Ostatnie dni tego roku upływają mi na słuchaniu muzyki. Przedzieram się przez wszystkie te starocie, które udało mi się wygrzebać tak w sklepach stacjonarnych jak i w internecie w minionych dwunastu miesiącach. Nowości? Tego akurat u mnie niewiele. Myślę, że dałbym radę je zliczyć na palcach obu rąk. Jakoś nie mam potrzeby gonić za nowościami, ale też specjalnie się przed nimi nie wzbraniam. Jak się  przytrafią to dobrze, a jeśli nie przetną mego muzycznego szlaku, to też nic złego się nie stanie. Może po prostu muszą poczekać na bardziej dogodną chwilę, gdy poczuję wewnętrzną potrzebę by wziąć je na cel. Póki co, o wiele bardziej cieszą mnie takie strzały jak dwie pierwsze płyty True Sound Of Liberty, debiut Comsat Angels, który to właśnie został wznowiony, czy creme de la creme w postaci płyty "Disconnected" (1980) Stiva Batorsa czyli jedynego solowego albumu jaki powstał za życia Batorsa. Jego artystyczny żywot został zakończony w Paryżu, gdzie Stiv jadąc motocyklem został potrącony przez samochód. Sądząc, że nie odniósł poważniejszych ran, udał się do domu, w którym to zmarł we śnie, na skutek urazu mózgu. Miał zaledwie czterdzieści lat i zapewne wiele muzycznych planów przed sobą. Życie pisze jednak czasami takie scenariusze, do których nigdy nie chcielibyśmy zaglądać. A jednak powstają, czy nam się to podoba czy nie. 

Idźmy jednak po śladach żywych. Jak pewnie zauważyliście od pewnego czasu mam zajawkę na muzykę grupy True Sound Of Liberty. Algorytmy facebookowe musiały jakoś się o tym dowiedzieć, bo podsunęły mi pod nos ofertę najnowszego numeru "Chaos w mojej głowie". To fanzin z kręgów anarcho-punkowych, piszący nie tylko o muzyce, ale i sprawach społecznych. Wydany jest on w naprawdę imponującej formie. Ponad 200 stron formatu A4, gęstej od treści, musi robić wrażenie i robi. Spokojna głowa, "Czarne słońca" nie staną się stroną poświęconej muzyce hc punk. Po co więc zakupiłem tego zina? To co przyciągnęło mój wzrok to informacja o gruntownym omówieniu dyskografii T.S.O.L. oraz wywiad z Jackiem Grishamem, pierwszym wokalistą grupy. Wyskoczyłem więc z pięćdziesięciu złotych by móc zagłębić się w lekturze. Gdy odebrałem przesyłkę przypomniałem sobie czasy, gdy kupowałem fin zine Cold, który do dziś darzę wielkim uznaniem. Żałuję, że jego czas dobiegł już końca. Brakuje mi obecnie takiego fan zinu, omawiającej zarówno dorobek legendarnych kapel post punkowych jak i trzymający rękę na muzycznym pulsie współczesności. Zespołów przecież nie brak. Mało tego, uważam, że scena ta stała się w ostatnich latach dużo aktywniejsza. Na koncertach widać sporo młodych ludzi, którzy szczelnie wypełniają klubowe przestrzenie. Pytanie tylko jakie ma to przełożenie na zakup płyt i fan zinów.  Tu już chyba nie jest tak kolorowo. Drukowany fan zin w dobie internetu nie jest już chyba na tyle atrakcyjny dla młodych ludzi by się o niego zabijać. Teraz przecież wszystkie informacje na wyciągnięcie ręki, a przecież nie zawsze tak było. Pokolenia dorastające w latach osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych, doskonale pamiętają, że podstawowym źródłem informacji była prasa, ziny, radio lub wiadomości przekazywane sobie z ust do ust. Pamiętacie z jakim namaszczeniem traktowało się każdy zdobyty fan zine, gazetę czy też płytę? Przypominało to trochę obcowanie z największą świętością tego świata. A dziś? Czy jest jeszcze miejsce dla drukowanych zinów? Choć serce pragnie udzielić twierdzącej odpowiedzi, to głowa podpowiada mi coś zgoła innego. Niemniej gdybym miał wokół siebie grono takich zapaleńców jak ja, to chętnie dołożyłbym swoje pióro do takiej inicjatywy. Tylko czy znalazłoby się tylu odbiorców, którzy byliby w stanie zapewnić zinowi egzystencję? Wątpliwa sprawa, zważywszy na fakt, że prasa jest dziś w tak wielkim dołku, że za moment poszczególne gazety zaczną machać nam białymi flagami na pożegnanie. Znak czasów. 

Przy okazji pozyskiwania kolejnych płyt True Sound Of Liberty wyzbierałem też muzyczne okruszki jakie rozsypały się wokół tej nazwy. Chodzi głównie o dorobek Grishama, który po odejściu z macierzystego zespołu realizował się w takich formacjach jak Tender Fury czy Joykiller. Zrobiłem szybki rekonesans po Allegro i wyłowiłem za grosze drugi album Tender Fury zatytułowany "Garden Of Evil" (1990), a także płytę "Static" (1996) Joykiller czyli kolejnej formacji, którą stworzył Grisham po rozpadzie Tender Fury. Będą to zapewne ostatnie albumy, które dołączą do mojej kolekcji w tym roku. Teraz tylko trzeba znaleźć nieco czasu na ich przesłuchanie.

Na koniec chciałbym życzyć Wam radosnych świąt, spędzonych w gronie najbliższych. Spożytkujcie dobrze ten czas, ciesząc się swoją obecnością, rozmawiając o rzeczach, na które nie znajdujemy czasu w przeciągu roku. Nie zapomnijcie o dobrej muzyce, ciekawej lekturze, którymi można urozmaicić sobie święta w czasie wolnym od rozmów. Niech te ostatnie dni roku przyniosą Wam odrobinę wytchnienia i relaksu, na który to z pewnością każdy z nas zasłużył. Wesołych Świąt !!!  


Jakub Karczyński

08 grudnia 2025

DZIEWICA KONSEKROWANA


WOW!!! Taka mniej więcej myśl zaświtała w mej głowie, gdy rozpakowałem przesyłkę nadaną w ostatnich dniach listopada z Londynu. Lądyn? Nie ma takiego miasta. Jest Lądek, Lądek Zdrój ... U nas nie ma, ale w Anglii już jak najbardziej i w owym mieście, na 75 Berwick Street, mieści się pewien sklep. Zwie się Sister Ray, a w ofercie jego muzyka zaklęta w winylowych i plastikowych nośnikach. Jeden ze srebrnych dysków wylądował niedawno u mnie. Paczkę dostarczył pod drzwi listonosz, inkasując jedenaście złotych i pięćdziesiąt groszy. Niemal mnie przepraszał wzrokiem za tę opłatę, ale przecież to nie jego wina, lecz wszystkich tych Anglików, którzy wspaniałomyślnie postanowili wyjść z Unii Europejskiej. Chyba nie do końca zdawali sobie sprawę z tego co robią, bo dziś nastroje na Wyspach dalekie są od entuzjazmu. Zostawmy jednak politykę i wróćmy do zawartości przesyłki. Zastanawiacie się pewnie skąd u mnie ten entuzjazm po otwarciu paczki. Czy zaskoczyła mnie jej zawartość? Ani trochę, przecież doskonale wiedziałem co jest w środku. Moją uwagę zwróciło coś zgoła innego. Zanim do tego dojdziemy, cofnijmy się jednak nieco w czasie. Jak zapewne pamiętacie, w jednym z niedawnych wpisów dzieliłem się wrażeniami po odsłuchaniu albumu "Strange Love" grupy True Sound Of Liberty. Żaliłem się, że nie udało mi się pozyskać dwóch pierwszych płyt, od których to warto rozpocząć przygodę z tym zespołem. Długo nie musiałem jednak wylewać łez, bo zdobyłem oba wydawnictwa. Co prawda przesyła z Portugalii, w której wnętrzu tkwi debiut, jeszcze do mnie nie dotarła, ale za to angielska poczta spisała się na medal. Gdy już zajrzałem do wnętrza i wyjąłem płytę nie od razu zorientowałem się w czym rzecz. Dopiero chwilę później mój mózg skontaktował się z kim trzeba, aby w głowie zaświtała mi myśl: Ej, zaraz, zaraz. Ta płyta ma oryginalną folię. Mało tego, posiada nawet oryginalne zabezpieczenia antykradzieżowe z epoki, a do tego na froncie widnieje naklejka Tower Import Rock. Tak, tak, to był import zza wielkiej wody. Edycja, której stałem się dumnym właścicielem, powstała w Kanadzie. Szybki rzut oka na stronę Discogs, pozwoli wam uświadomić sobie fakt, że ten album przeleżał w dziewiczym stanie trzydzieści dwa lata !!! Aż, żal zrywać tę folię, ale pewnie na dniach przyjdzie mi to zrobić. Będę delikatny. Obiecuję.  


Jakub Karczyński  

05 grudnia 2025

UCIECZKA W CIEŃ


Niedawno trafiła w moje ręce instrumentalny album "Warm And Cool" (1992). Tom Verlaine zawarł na nim improwizowaną muzykę instrumentalną. Zabieg dość ryzykowny i już na starcie skazujący album na niszowość. Tak jakby artysta celowo usuwał się nim w cień. Przypomina to trochę solowy album Marka Hollisa, na którym to artysta zaprezentował tak minimalistyczną odsłonę swej muzyki, że słuchacz miał wrażenie, że każda kolejna nuta może być tą ostatnią. W przypadku płyty "Warm And Cool" odnoszę wrażenie jakby była to symfonia nie tyle znikania, ale wycofywania się w cień. Czyżby dopadło Toma rozczarowanie? Choć gitarzystą był nieprzeciętnym, to jednak na polu solowej twórczości, nigdy nie udało mu zdystansować sukcesów swojej macierzystej formacji (Television). Wszyscy doskonale pamiętają zjawiskową płytę "Marquee Moon" (1977), która do dziś dnia pozostaje niedoścignioną nie tylko w dyskografii grupy, ale i w ogóle w historii muzyki. Mając tego świadomość, trudno dziwić się artyście, że poszedł własną drogą nie oglądając się na rankingi popularności czy nawet słuchaczy. Tylko absolutna wierność swemu wewnętrznemu kompasowi dźwięków, mogła uczynić go artystą prawdziwie niezależnym. Wiązało się to rzecz jasna z działalnością skierowaną tylko do najzagorzalszych fanów. Tom nie szukał taniego poklasku, nie spoufalał się z młodymi, modnymi artystami, aby ogrzać się w ich blasku i przypomnieć o sobie nowemu pokoleniu. Słuchacze są więc skazani na odkrywanie go na własną rękę, co niekoniecznie musi być wadą, ponieważ samodzielne znaleziska docenia się jakoś bardziej. Pytanie tylko ilu takich śmiałków obierze ten kurs? Czy dotrą gdzieś dalej poza dorobek Television? Czy dane będzie im zdmuchnąć kurz z płyt Toma i posłuchać muzyki jak grała mu w sercu na początku solowej ścieżki, jak i tej, której poświęcił się w ostatnich latach życia? 

Podobnie jak większość słuchaczy, zanim zacząłem zgłębiać solową twórczość Toma, zaczynałem od płyt Television. Moja podróż nie zaczęła się od pomnikowego debiutu, lecz od płyty "Television" (1992). Dlaczego akurat od niej? To kwestia przypadku. W czasach studenckich zdarzało mi się pomagać właścicielowi sklepu płytowego, gdy ten chciał sobie odpocząć tak od pracy jak i od Poznania. Zostawiał wtedy swój sklep pod moją opieką. Możliwość wejścia w tak zwane buty sprzedawcy płyt, było dla mnie niczym spełnienie marzeń. Jako, że ruch był raczej niewielki, to miałem czas by przesłuchać sobie niektóre z płyt, które to ludzie oddawali w komis. Jedną z takich płyt był właśnie wyżej wspomniany album. Pamiętam, że spodobał mi się na tyle, że słuchałem go dość intensywnie przez kilka kolejnych dni. Największe wrażenie zrobiła na mnie kompozycja Call Mr Lee, która to śmiało mogłaby znaleźć na ich debiucie. To ta sama intensywność i poziom emocji ocierających się o twórczy geniusz. Nic dziwnego, że po jej wysłuchaniu dość szybko powziąłem decyzję o zakupie tej płyty. Zdecydowałem się jednak na nowy egzemplarz, gdyż ten komisowy, nie był w najlepszej kondycji. Zasiał on jednak w mym sercu ziarno, które wkrótce wydało plon. Kolejnym przystankiem w dyskografii grupy, jeśli wierzyć pamięci, był album "Marquee Moon" i to już było odkrycie iście epokowe. Następnie "Adventure" (1978), które choć dobre, to jednak nie dorównywało genialnemu debiutowi, o co trudno mieć do zespołu pretensje. Niestety podróż pod banderą Television zakończyła się po wydaniu zaledwie trzech albumów. Dla nienasyconych fanów pozostały więc rzecz jasna solowe albumy Toma oraz pozostałych muzyków, którzy po rozpadzie grupy zdecydowali się pójść własną ścieżką. Póki co, skupiam się na dorobku Verlaine'a, ale nie jest powiedziane, że za jakiś czas nie wyruszę w dalszą podróż. Taki to już los kolekcjonera płyt.


Jakub Karczyński
 

30 listopada 2025

JAŚ ZGNIŁEK ORAZ WIEDŹMA Z BLAIR


W piątek 28 dnia listopada gruchnęła informacja, że Public Image Ltd. przyjedzie na cztery koncerty do Polski. Szczęśliwe miasta to Gdańsk (12.05.2026), Poznań (13.05.2026), Warszawa (15.05.2026) i  Kraków (16.05.2026). Choć widziałem ich niedawno we Wrocławiu, to i tak cieszę się na te koncerty, licząc po cichu, że wrócą do nas z nieco zmienionym repertuarem. Gdyby w Poznaniu zagrali The Order Of Death, byłbym najszczęśliwszym człowiekiem pod słońcem. To właśnie od tego nagrania zaczęła się moja przygoda z tą grupą. Pewnie już kiedyś wspominałem w jakich okolicznościach natknąłem się na to nagranie, ale nie zawadzi przypomnieć. Było to jakoś na drugim lub trzecim roku studiów, gdy w me ręce wpadł "soundrack" do filmu The Blair Witch Project. Celowo słowo soundtrack ująłem w cudzysłów, bowiem jeśli widzieliście ten film, to doskonale wiecie, że nie było tam żadnej muzyki. Obraz stylizowany na dokument, pokazywał grupkę przyjaciół, realizujących dokument o wiedźmie. Aby nadać mu cechy wiarygodności, reżyser zdecydował się nie tylko na innowacyjną kampanię reklamową, sugerującą, że wydarzyło się to na prawdę, ale i nie dogrywania żadnej muzyki, która to obnażyłaby jego kłamstwo. Skąd więc wziął się soundtrack? Jeśli pamiętacie, to studenci na miejsce dotarli samochodem, który to po ich zaginięciu odnaleziono, a w nim była ponoć kaseta z ulubionymi utworami Josha. To proste, ale jakże genialne posunięcie, pozwoliło stworzyć i wydać tę ścieżkę dźwiękową, bez konieczności narażania się na podejrzliwość ze strony widzów. Jeśli macie tę płytę na swojej półce to wiecie jacy artyści dołożyli tu swoje trzy grosze. Jeśli nie, to trzymajcie się krzeseł, bowiem na płycie usłyszycie zarówno tak znane grupy jak Bauhaus, Type O Negative, Laibach, Public Image Ltd., ale i te nieco mniej utytułowane jak The Creatures, Tones On Tail, Skinny Puppy czy Afghan Whigs. Całości słucha się nad wyraz dobrze. Przyglądając się okładce książeczki z pewnością nie umknie waszej uwadze napis Dedykowane pamięci Heather, Mike'a, a szczególnie Josha, którego doskonały gust muzyczny zainspirował ten album. R.I.P. Poniżej wklejono zdjęcie Josha, więc wszystko wyglądało bardzo wiarygodnie. Oczywiście z czasem sprawa się wydała, ale ciekawi mnie co czuli ludzie, którzy wybierali się na ten seans w przekonaniu, że idą oglądać prawdziwy dokument. Jak sądzę, ich odbiór tego obrazu był sugestywniejszy, bo co innego obejrzeć sobie wymyślony przez scenarzystę film, a co innego reportaż, który wydarzył się naprawdę. Co prawda film robi wrażenie tylko za pierwszym razem, kiedy jeszcze nie wiemy co się wydarzy, za to muzykę możemy odkrywać wielokrotnie. 


Jakub Karczyński

  

23 listopada 2025

ZANIKAJĄCA FALA DŹWIĘKU


Na horyzoncie kolejne urodziny Tomka Beksińskiego, które obchodzić będziemy bez głównego zainteresowanego. Aż trudno uwierzyć, że od jego śmierci minęło już dwadzieścia pięć lat. Ta cisza w eterze jest chyba najbardziej dojmująca, o czym zaświadczą z pewnością jego słuchacze. Zapewne wielu z nich zastanawiało się lub wciąż zastanawia, co by było gdyby dzień 24 grudnia 1999 roku zakończyłby się nieco inaczej. Gdyby kolejnego dnia Tomek otworzył oczy, zaliczył swoje poranne rutyny i przeżył ten jak i kolejne dni, miesiące i lata. Czy wciąż pracowałby w radiu? Czego by dziś słuchał? No i przede wszystkim czy wciąż byłbym zagorzałym przeciwnikiem komputerów? 

Słuchając dziś ostatniej płyty The Legendary Pink Dots, myślę o tym czy by mu się ona podobała. Pamiętam przecież, że ich muzyka była mu niezwykle bliska, ale czy nadal by tak było? Ciekaw jestem czy pisywałby felietony i recenzje do Teraz Rocka. Co by napisał o nowej płycie Różowych Kropek, Lacrimosie czy też o Closterkellerze? Jak przyjąłby tak długo wyczekiwaną płytę The Cure, no i kogo by dziś promował w swych audycjach? Czy jego programy wciąż byłby tak popularne, czy może ustąpiłyby miejsca innym? Tak wiele pytań ciśnie się człowiekowi do głowy, na które nigdy już nie poznamy odpowiedzi. Kropka jaka została postawiona w dniu 24 grudnia 1999 roku, z pewnością nie była różowa. Była czarna. Tak czarna jak czarna może być rozpacz i śmierć. A jednak pomimo urwanego kadru, ta podróż wciąż trwa. Trwa w umysłach słuchaczy, którzy nie zapomnieli nie tylko o niezwykłych audycjach Tomka, ale i o nim samym. Gdybyśmy znali radiową falę na jakiej nadaje teraz Tomek, z pewnością niejeden z nas nastawiłby uszu by posłuchać audycji o miłości, cierpieniu, mroku, ale i o tych momentach szczęścia, które każdy z nas przeżywa w większym bądź mniejszym zakresie. Niestety, wiedza ta ukryta jest za grubym murem. Tak wielkim jak ten, o którym śpiewał Roger Waters na płycie "The Wall" (1979). Za mgłą nie gorszą, niż ta z filmu Carpentera, której nigdy już nie przenikniemy, choćbyśmy nie wiadomo jak bardzo się starali.


Jakub Karczyński


PS Jeśli chciałbyś udzielić mi wsparcia kawowego, możesz zrobić to pod poniższym adresem: https://buycoffee.to/czarne-slonca. Za każde wsparcie serdecznie dziękuję.