25 maja 2022

AMERYKAŃSKI SEN SZKOTÓW


Mówi się, że Irlandia ma U2, Walia The Alarm, a Szkocja Big Country. O U2 napisano już chyba wszystko, o The Alarm warto przypominać, a z grupą Big Country mam dość spory problem. Co prawda zakupiłem sobie ostatnio z ciekawości ich debiutancki album "The Crossing" (1983), ale nadal nie potrafię opowiedzieć się czy jestem bardziej za czym może przeciw. Zacznijmy może od tego, że nie jestem entuzjastą amerykańskiej muzyki (z drobnymi wyjątkami rzecz jasna), która co tu dużo mówić jest zwykle przesłodzona i nad wyraz grzeczna. Wyjątkiem rzecz jasna grupy z kręgu punk i okolic z zastrzeżeniem, że mamy tu na myśli protoplastów, a nie współczesne pop punkowe zespoły, które przedawkowały cukier w kostkach. Ameryka choć stworzyła muzykę punk to jest też twórcą kultury fast foodów i mam wrażenie, że z czasem pożeniła te dwie koncepcje co wydaje się dość absurdalnym posunięciem. O wiele lepiej z punk rockiem radzili sobie na Wyspach Brytyjskich stąd też dziś to właśnie Wielka Brytania dzierży sztandar zwycięstwa. Co ciekawe, za miarę muzycznego sukcesu uznawało się podbicie Ameryki stąd być może niektóre zespoły chcąc ułatwić sobie to zadanie przywdziewały atrybuty kojarzone z USA. Niejako wyzbywały się nieco swej brytyjskości przez co traciły też w mojej opinii swą wiarygodność. Sztandarowy przykładem jest dla mnie grupa Big Coutry. Niby brytyjska, niby korzystająca w swej muzyce z elementów  rodzimego folkloru, ale jakoś tak wszystko brzmi bardzo amerykańsko. Spójrzmy na logo grupy. Przecież to wypisz wymaluj czcionka w bardzo amerykańskim stylu. Taka trochę jakby ją wzięli z jakiegoś zapyziałego baru w Kansas. Już samo słowo country w nazwie wiele sugeruje, ale może to tylko kwestia przypadku. Gdy popatrzymy sobie na okładki ich płyt, których uroda pozostawia wiele do życzenia, to spostrzeżemy, że i grafika niektórych albumów także przesiąknięta jest tym stylem. Widać to zwłaszcza w przypadku takich płyt jak "The Seer" (1986), gdzie pojawia się orzeł bielik, który to jest symbolem narodowym Stanów Zjednoczonych. I tu ciekawostka ornitologiczna. Orzeł bielik nie jest orłem lecz ptakiem z rodziny jastrzębiowatych. Także tytuły płyt i piosenek niekiedy osadzają nas bezpośrednio w USA jak choćby płyta "The Buffalo Skinners" (1993) czy utwory The Selling Of America czy We're Not in Kansas. Nie wiem kto w zespole miał takie amerykańskie ciągoty i czym to było spowodowane, ale jak dla mnie wygląda mi to na zwykły koniunkturalizm. Jeśli jeszcze opłaciło się to przy pierwszej płycie, która była notowana na tamtejszej liście na wysokim osiemnastym miejscu, to kolejnej albumy nigdy już nie zdołały wznieść się ponad tę poprzeczkę. Dużo lepiej wiodło się im na Wyspach Brytyjskich, gdzie płyta "Steeltown" (1984) zawędrowała aż na sam szczyt, podczas gdy na liście Billboard 200 osiągnęła zaledwie siedemdziesiąte miejsce. Z czasem lądowali już na coraz odleglejszych pozycjach by w latach dziewięćdziesiątych całkowicie zniknąć z amerykańskiej listy. Zastanawiam się kto dziś pamięta o Big Country i czy ich muzyka jest jeszcze żywa za Wielką Wodą. Pewności nie mam, ale coś mi się zdaje, że cała para poszła w gwizdek.

Jakub Karczyński


23 maja 2022

VANGELIS (1943 - 2022)

Michael Ochs Archives

Od kilku dni przestrzeń wokół mnie wypełnia muzyka Vangelisa. Powód jest wszystkim doskonale znany. Ten niebywale zdolny kompozytor przeszedł w miniony wtorek stąd do wieczności. Ponoć odpowiedzialny był za to COVID-19, na który to leczono muzyka w Paryżu. Odszedł jeden z najwybitniejszych twórców, którego dzieła żyć będą w ludzkiej pamięci po kres naszych dni. Kiedy myślę o jego twórczości w pierwszej kolejności przychodzi mi na myśl ścieżka dźwiękowa do filmu "Blade Runner" (1994), którą noszę głęboko w sercu do dziś dnia. To bezsprzecznie jedno z najwybitniejszych osiągnięć Vangelisa, w mojej ocenie dużo lepsze niż "Rydwany ognia" (1981), za które to otrzymał nagrodę Oscara. Sam Vangelis mówił, że ma on w swym dorobku dzieła, które ceni zdecydowanie bardziej niż "Rydwany ognia". Myślę, że sporo w tym racji. Ja także dużo częściej wracam do takich płyt jak "Antarcitca" (1983), "L'Apocalypse des animaux" (1973), "Opera Sauvage" (1979), "Direct" (1988) czy "The City" (1990), niż do muzyki z "Rydwanów ognia". Oczywiście motyw przewodni jest naprawdę urzekający i to on głównie ciągnię tę płytę wzwyż. Nie można też pominąć milczeniem dwóch tematów Abraham's Theme oraz Eric's Theme, które również mają w sobie sporo uroku jednak tak jak pisałem powyżej, w przepastnej dyskografii Vangelisa znajdziecie mnóstwo piękniejszych rzeczy. Co by nie mówić miał on lekką rękę do tworzenia melodii, które zapadały słuchaczowi w pamięć. Ostatnio dość intensywnie słuchałem płyty "Rosetta" (2016), w której pobrzmiewa ten charakterystyczny dla niego dobrotliwy romantyzm. Czymże on jest? W moim odczuciu to coś co sprawia, że słuchając jego muzyki stajemy się lepszą wersją samego siebie. To coś co powoduje, że łagodniejemy i nabieramy odpowiedniej perspektywy do otaczających nas spraw. Jeśli muzyka może zmieniać ludzi i świat to właśnie tak ją sobie wyobrażam. Czy może być jakaś większa nobilitacja dla muzyka? Chyba nie. Żal więc, że przychodzi pisać nam już o nim w czasie przeszłym. Choć zgasł w nim płomień życia, to blask jego dorobku będzie jeszcze długo widoczny. Musimy tylko odpowiednio o niego zadbać. Spoczywaj zatem w pokoju elektroniczny architekcie.

Jakub Karczyński

18 maja 2022

U2 - WAR (1983)


Gdy myślę o wojnie, w głowie pojawiają mi się zdjęcia z podręczników szkolnych, kadry z telewizji, gdy trwała wojna z terroryzmem tocząca się na terenie Afganistanu czy Iraku. Echem niosą się także sugestywne i przerażające obrazy II wojny światowej z kart rodzimej literatury, którą to czytało się w czasach licealnych. Wszystko to jednak było zbyt odległe by odpowiednio zadziałało na wyobraźnie. Dopiero gdy wojna zapukała do drzwi naszego sąsiada, człowiek zaczyna odczuwać pewne sprawy jakoś tak bardziej. Wszystkie odległe do tej pory wojenne scenariusze, stały się nagle niezwykle realne i bliskie. Obyśmy nigdy nie doświadczyli wojennych okropieństw, które są dziś udziałem narodu ukraińskiego. Wspierajmy ich walkę na każdy możliwy sposób i ugaśmy to zarzewie wojny, które rozpalił Władimir Putin. Nie mam absolutnie żadnych złudzeń, że jego imperialny apetet jest dużo, dużo większy. Temat wojny poza tym, że pojawia się na kartach literatury i taśmach filmowych nie obcy jest też muzyce. Bez większego problemu odnajdziemy w niej nie tylko protest songi, ale i kompozycje o stricte antywojennej wymowie. W swoich zbiorach mam dwie takie płyty, które to przychodzą mi do głowych, gdy myślę o tej tematyce. Pierwszą jest album Pink Floyd "The Final Cut", który wywarł na mnie ogromne wrażenie, zwłaszcza warstwą liryczną, ale i muzyka nie ustępowała jej nawet na krok. Wiem, że nie jest to zbyt ceniona pozycja w ich dyskografii, ale to już nie mój problem. Drugim albumem jest trzecia płyta irlandczyków z U2, o wymownym tytule "War" (1983).

Przez długi czas muzyka tego kwartetu była mi obojętna, funkcjonowała gdzieś obok, poza strefą moich zainteresowań muzycznych. Dopiero od kilku lat zaczynam zżywać się z poszczególnymi płytami i kompozycjami. Co ciekawe, wielkie przeboje U2 to akurat najmniej interesująca mnie sfera stąd też wyławiam z ich płyt te mniej znane nagrania. Przed laty, gdy próbowałem zmierzyć się z albumem "War" miałem zupełnie odwrotne podejście. Pamiętam to rozczarowanie jakie towarzyszyło mi po jego wysłuchaniu. Pomyślałem sobie: Tylko dwa przeboje? Też mi wielka płyta. Jeśli ktoś rozpatruje U2 w takich kategoriach, to właściwie nie ma czego szukać na ich pierwszych wydawnictwach. Każdy kto jednak zainteresowany jest tym mniej komercyjnym obliczem zespołu, powinien posłuchać tego co tworzył ten kwartet z Dublina zanim słowo megalomania stało się synonimem U2. Płyta "War" zwraca uwagę przede wszystkim sugestywną okładką, na której to widzimy zbliżenie twarzy młodego chłopca z rękoma założonymi z tyłu głowy. To symbol niewinności skonfrontowany z okrucieństwami wojny. To też pierwsza płyta U2, która podejmuje tematy polityczne  przypominając wydarzenia z Krwawej niedzieli, gdy pokojowa manifestacja protestująca przeciwko nowemu prawu pozwalającemu internować każdego obywatela podejrzanego o terroryzm, została ostrzelana przez brytyjskie wojsko, w wyniku czego śmierć poniosło trzynaście osób. W większości byli to nastolatkowie. Incydent z 1972 roku ten był na tyle głośny, że po latach doczekał się ekranizacji, za którą odpowiadał Paul Greengrass. I tak też zaczyna się ta płyta. Nagranie Sunday Bloody Sunday to nie tylko świetne otwarcie płyty, ale i przebój, o którym słyszał chyba niemal każdy. Nie ma sensu rozpisywać się na jego temat bo przewałkowano go już tyle razy, że z resztek tego ciasta i tak nic już nie wypieczemy. Skupmy się więc na kolejnym nagraniu, w którym Bono dzieli się z nami swymi obawami życia w świecie, gdzie rozprzestrzenianie się broni jądrowej, a co za tym idzie widmo wojny atomowej, staje się coraz bardziej realne. Młodszym słuchaczom wypada przypomnieć, że gdy zespół nagrywał tę płytę był to czas tak zwanej zimnej wojny. Niemal pięćdziesiąt lat (1947 -1991) pernamentnego napięcia między komunistycznym Wschodem, a kapitalistycznym Zachodem. Polscy słuchacze z pewnością największą atencją darzą utwór New Years Day, który to odnosi się do czasu stanu wojennego, kiedy to internowano Lecha Wałęsę. Co ciekawe utwór ten przedstawia to wydarzenie z perspektywy jego żony, która oczekuje na uwolnienie męża. Pamiętam jak wielkie wrażenie zrobiła na Bono i kolegach akcja flaga, przygotowana przez polskich fanów w 2005 roku na stadionie w Chorzowie. W momencie, gdy zespół rozpoczął grać ten utwór publiczność wyjęła skrawki materiału w kolorach bieli (korona stadionu) i czerwieni (płyta), które utworzyły gigantyczną flagę. To jedna z tych chwil, które zostaną ze mną na zawsze. Wróćmy jednak do programu płyty. Nie będziemy jednak analizować każdego utworu z osobna bo rozkładanie płyty na czynniki pierwsze to strasznie żmudna i nudna robota. Poza tym nie za bardzo jest się tu do czego doczepić. Wszystko działa jak w szwajcarskim zegarku więc analiza działania poszczególnych elementów jest chyba zbyteczna. Dziwi mnie jednakowoż, że do masowej świadomości udało się przedostać tylko Sunday Bloody Sunday i New Years Day. Szansę na to miały przynajmniej jeszcze dwie kompozycje jak choćby Like A Song ... czy The Refugee. Niestety nie dostąpiły one zaszczytu wydania w formie singla. Zamiast nich wytypowano Two Hearts Beat As One oraz nagranie 40. W przypadku Two Hearts ... było to posunięcie jak najbardziej zasadne. Miało ono spore szanse zapisać się trwale w pamięci słuchaczy, ale wraz z upływem czasu popadało ono w coraz większe zapomnienie, aż zupełnie wypadło z koncertowych setlist. Z kolei 40 była przegrana już na samym starcie bo choć nie można odmówić jej uroku to jednak nijak nie nadaje się na singla. Nie dziwi więc fakt, że wydano go wyłącznie w Niemczech by promować występ U2 na Loreley Festival. Choć nie odnotowały go żadne listy przebojów, to utwór ten zrobił dość zawrotną karierę koncertową bowiem bardzo często zamykał on występy zespołu. Ponoć jest on piętnastym najczęściej granym utworem U2 co jest niebywałym wyczynem. Z pewnością takimi statystykami nie może pochwalić się nagranie Drowning Man, które to jak wieść niesie nie zostało zaprezentowane na żadnym koncercie. Przytaczam je tutaj jednak z innego powodu bowiem w chórkach udzielał się tu zespół The Coconuts, który to ubarwił swymi głosami również nagrania Red Light oraz Surrender. Nie wiem w jakich okolicznościach doszło do tej współpracy, ale wyszło to grupie ewidentnie na plus. Album zyskał na tym wielowymiarowości, ale nabrał także barw i być może dzięki temu stał się klasykiem tak w ramach dyskografii U2 jak i szeroko pojętej popkultury.

Album "War" to niewątpliwie prawdziwy diament, który jednak nie od razu rzucił na mnie swój urok. Dwa genialne single przyćmiły mi nieco resztę płyty, co przy pierwszym kontakcie dość mocno wpłynęło na moją ocenę. Musiało minąć nieco czasu bym docenił pozostałe nagrania i zżył się z nimi na dobre. Tak już niekiedy bywa, że do pewnych rzeczy trzeba nieco dojrzeć, a nawet wyzbyć się z głowy pewnych klisz i schematów, które nagromadziły się nam na przestrzeni lat. Osobiście przez dość długi czas opływałem twórczość U2 szerokim łukiem. Kojarzyłem ich głównie z tego co można było usłyszeć w radiu, ale dopiero gdy zanurzyłem się w zawartość ich regularnych płyt, odkryłem nieco inną twarz tego zespołu. Mniej komercyjną, mniej osłuchaną i przez to być może bardziej atrakcyjną. Przed kilkoma dniami, Bono obchodził swe sześćdziesiąte drugie urodziny. I choć upływający czas coraz bardziej znaczy jego twarz, to szczęśliwie oszczędza jego głos, który wciąż ma w sobie dawną moc. Czekam więc na kolejne płyty bo wiatru w żaglach jak pokazują koncerty z pewnością im nie brakuje.


Jakub Karczyński 

23 kwietnia 2022

WYPALANIE KOLORÓW


Mamy w końcu wiosnę. Z każdym dniem przybywa wokół liści na drzewach, a słońce coraz śmielej ogrzewa nasze ciała. Słoneczny blask pomimo wielu niewątpliwych walorów ma też pewien minus, o którym to słów kilka poniżej. Długo zastanawiałem się czy podejmować ten temat bo w gruncie rzeczy jest to sprawa dość błaha i być może dla czytelników nie ma ona zbyt wielkiego znaczenia. Z drugiej strony pomyślałem sobie, że skoro blog ten powstał z myślą o kolekcjonerach płyt to być może warto byłoby zwrócić na ten aspekt uwagę i tym samym ustrzec czyjeś zbiory przed tym zjawiskiem. O co chodzi? Tematem niniejszego wpisu będzie kwestia wypalania grzbietów płyt przez promienie słoneczne. Przyjrzyjcie się swoim płytom i sprawdźcie czy oba grzbiety są w identycznych kolorach. Jeśli jeden z nich jest dużo bledszy to znak, że i wy nie ustrzegliście się przed zgubnym działaniem słońca. Dla osób które to pieczołowicie starają się zachować swoją kolekcję płyt w jak najbardziej doskonałym stanie może to stanowić nie lada problem. Z tej też przyczyny rozpocząłem poszukiwanie nowych egzemplarzy, które to mogłyby zastąpić te, którym słońce odebrało barwy. Nie jest to jednak takie proste bo czasem trudno upolować identyczne wydanie. Nawet jak już się takowe znajdzie to i tak nie jest powiedziane, że poligrafia nie posiada innych uszkodzeń typu przecięty grzbiet lub ślady po wilgoci lub zalaniu. Niestety sprzedawcy rzadko kiedy informują o takich sprawach dlatego też ta zabawa to istne szaleństwo. Polecam więc zawczasu przestawić swoją kolekcję płyt poza obszar rażenia promieni słonecznych by uniknąć tego typu kłopotów. 

Pierwszym nabytkiem jest album grupy Fields Of The Nephilim "Elizium" (1990), który to robi na mnie wrażenie do dziś dnia. Poza tym to jedna z moich ulubionych płyt więc siłą rzeczy musiałem przywrócić jej dawny blask. Co prawda wydania te nie są identyczne bo mój stary egzemplarz wyszedł pod szyldem Beggars Banquet, a ten nowy nosi logo Rebel Records, które to podlegało pod SPV. Pierwsze to tłoczenie angielskie, drugie niemieckie. Gdy zestawi się ze sobą obie płyty zauważyć można nieznaczną różnicę w barwach, ale to już takie niuanse, na które to zwracają uwagę tylko takie świry jak ja. Poza tym wszystko inne jest identyczne więc nie pozostaje mi nic innego jak wrzucić płytę do odtwarzacza i przypomnieć sobie te dźwięki.


Jakub Karczyński   

03 kwietnia 2022

JEAN-PIERRE MERCIER (HANDFUL OF SNOWDROPS) - WYWIAD

Prawie równo rok po wywiadzie jakiego udzielił mi Andy Clegg miałem przyjemność porozmawiać z filarem kanadyjskiej formacji Handful Of Snowdrops. Jean-Pierre Mercier okazał się być niezwykle miłym i sympatycznym rozmówcą. Chociaż wiele z tego o czym mi opowiedział może wprowadzić nas w stan zadumy, a nawet smutku to warto wychwycić z tekstu także te drobne promyki nadziei. Szanowni czytelnicy, oto przed Wami Jean-Pierre Mercier.

Foto: Roch Lamontagne
Z okazji 30-lecia wydałeś dwupłytową reedycję „Dans l'Oeil de la Tempete”. Było to możliwe dzięki zbiórce na portalu Indiegogo. Czy byłeś zaskoczony tempem jak i sukcesem tej akcji?

Oczywiście że byłem! Zawsze jestem zaskoczony! Mimo że fani zawsze byli obecni przy każdej okazji, prawda jest taka, że jak na zespół, który istnieje od lat 80-tych, jest ich bardzo niewielu. Na świecie jest tylko kilku zagorzałych fanów HoS, ale na szczęście są oni niezwykle oddani. I za to jestem im bardzo wdzięczny. Wątpliwość jest integralną częścią mojego DNA. Mam poważne problemy z lękiem, a moja niska samoocena często działa na moją niekorzyść.

Słyszałem, że planujesz również wydać album "Blanc", który w chwili obecnej istnieje wyłącznie jako album cyfrowy. Czy nośniki fizyczne nadal są dla Ciebie ważne?

Ważne? Sam już nie wiem. Kiedy to piszę, kilka godzin temu skończyłem 58 lat, więc już trochę czasu minęło. Dla młodszych ludzi, którzy będą to czytać, to co powiem, nie będzie miało większego sensu jednakże gdyby nie te wielkie 12-calowe, gatefoldowe albumy z czasów mojej młodości, HoS  by nie istniał. Mimo że winyle wróciły do łask, to doświadczenie wydania wszystkich pieniędzy na album zespołu, o którym nigdy się nie słyszało, zabrania go do domu, przesłuchania go trzy lub cztery razy z rzędu, skanując w tym czasie oczami najdrobniejszy fragment tekstu oraz grafikę płyty jest dziś czymś czego już nie zaobserwujesz. Takie podejście do słuchania muzyki już po prostu nie istnieje. Nie może. Styl życia ludzi na to nie pozwala. W dzisiejszych czasach ludzie wybierają setki utworów na Crapify [pogardliwe określenie serwisu Spotify – dopisek własny] i jeśli nie lubią pierwszych pięciu sekund, przechodzą do następnych utworów. Minął czas, kiedy musiałeś dać muzyce szansę na rozkwitnięcie i zrozumienie jej subtelności! Mierząc wszystko obecną miarą, szybko okazałoby się, że wiele klasycznych albumów z przeszłości nie znalazłoby miejsca nawet na mało znanym blogu internetowym! To nawet nie jest śmieszne. Wyobraź sobie świat bez tych klasyków! Nie zrozum mnie źle, wciąż powstaje dużo dobrej muzyki, ale większość jest ultra sformatowana w bardzo wąskich gatunkach, co niespecjalnie mnie interesuje. Muzyka jak malowanie po numerkach. Dużo więcej wartości produkcyjnych, ale za to bardzo powierzchownych. W tym momencie muzyka mogłaby być zrobiona przez jakiś program sztucznej inteligencji i nie byłbym w stanie tego odróżnić!  Nośniki fizyczne były sposobem na głębsze poznanie muzyki, która wówczas była bardziej satysfakcjonująca niż jednorazowy szum w tle do joggingu, którym się stała. Oddzielenie muzyki od fizycznego nośnika sprawiło, że tysiące godzin pracy artysty stały się bezwartościowe. Nie miałbym nic przeciwko tak zwanej wygodzie przesyłania strumieniowego i ludziom czerpiącym korzyści z mojej pracy za darmo, gdyby właściciel mojego budynku zrezygnowałby z pobierania ode mnie czynszu, a właściciele sklepu spożywczego pozwoliliby mi tam robić zakupy bez konieczności płacenia za nie. Niestety tak nie jest. Zastanawiam się, co powiedzieliby ludzie, gdyby tak nie otrzymywali wynagrodzenia za swoją pracę? Oczywiście możesz odpowiedzieć, że muzyka to nie praca, tylko hobby! Jeśli jednak tak stawiasz sprawę, nie masz wtedy prawa narzekać na jakość muzyki. Mam wiele do powiedzenia w tej sprawie, ale na tym skończę.

Jeśli chodzi o "Blanc", to jedynym sposobem na jego fizyczne wydanie jest skorzystanie z tej samej drogi crowdfundingowej. A perspektywa wejścia na kolejną z nich napawa mnie tym samym niepokojem, który opisywałem wcześniej. Mógłbym to zrobić, ale ile razy mogę prosić o pomoc wciąż tych samych ludzi. I jest to zrozumiałe. Czy to jest to, co chciałabym robić dalej? Chociaż mój brat pomaga mi w logistyce wydawania mediów, HoS to jednoosobowa działalność. Jeśli na pierwszy rzut oka wszystko to wydaje się minimalną pracą, to zapewniam, że jest dokładnie odwrotnie. Nie robię się coraz młodszy, a każdy projekt wydaje się większy i bardziej stresujący! Dobra, poszedłem na skróty. Zawsze tak robię. Przepraszam za to.

HOS powstał w połowie lat 80-tych, kiedy muzyka została wydana na winylu, a później na CD. Dziś młodzi ludzie słuchają go za pośrednictwem streamingu. Czy myślisz, że tak wygląda przyszłość muzyki?

Ha ha. Myślę, że przypadkowo odpowiedziałem na to pytanie powyżej.  Cokolwiek bym nie napisał, każdy, kto dorastał z telefonem komórkowym w ręku, nie zrozumie tego. Rzeczy się zmieniają i będą się zmieniać, niezależnie od tego, czy nam się to podoba, czy nie. Wiele rzeczy jest teraz lepszych niż wtedy, gdy byłem młody, ale wiele jest też znacznie gorszych. Jest ogromna różnica między zmianą a postępem. W jakiś sposób te dwie koncepcje stały się jednym w zbiorowym umyśle. Jestem daleki od nostalgii. Nostalgia jest obecnie bardzo lukratywnym produktem. Czy zamieniłbym godziny spędzone na próbach dostrojenia się do stacji radiowej w środku nocy w nadziei, że usłyszę kolejne muzyczne arcydzieło, o którym nie miałem pojęcia, na raka społecznego, jakim jest Spotify? Bez chwili wahania. Możesz się ze mną nie zgadzać, nie ma w tym nic złego, nie uważam za gorszych ludzi, którzy nie podzielają mojej opinii. Crapify (bo tak powinno się nazywać to narzędzie) jest teraźniejszością muzyki, czy mi się to podoba, czy nie. Ale czy jest to jej przyszłość? Mam nadzieję, dla dobra muzyki i ludzkości, że tak nie jest. Jest to sprawa złożona i wielowarstwowa. To temat, który bardzo leży mi na sercu i mógłbym o nim mówić godzinami, ale nie mogę.

Internet daje nam obecnie dostęp do nieograniczonych zasobów muzycznych, ale też sprawia, że ​​słuchamy muzyki mniej uważnie. Robert Smith (The Cure) często posługuje się powiedzeniem, że „mniej znaczy więcej”. Nie sądzisz, że to dobry przepis na ten muzyczny nadmiar?

Wow, wygląda na to, że wyrobiłem sobie irytujący nawyk przewidywania twoich pytań! Tak, zdecydowanie. To, co początkowo wydawało się „demokratyzacją” muzyki, okazało się jej zwykłym zanieczyszczeniem. Nie mam ochoty wertować tysięcy utworów uporządkowanych według gatunków, aby znaleźć ten, który mi się podoba. Nie da się po prostu przebrnąć przez muzykę. Potrzebuje i zasługuje ona na szansę przekazania swojego przesłania. Znowu brzmię jak zdarta płyta. Oczywiście nikogo nie przekonam. Uwierz mi, próbowałem. Mój czas jest teraz zbyt cenny, aby go marnować na beznadziejną sprawę! Wydaje się, że ludzie dokonali wyboru. Wszystko, co mogę dodać, to: powodzenia! 

Foto: Roch Lamontagne
Jakiej muzyki słuchałeś w latach 80-tych, a czego słuchasz dzisiaj? Czy możesz polecić jakieś zespoły?

Uważam, że lata 70-te miały o wiele większy wpływ na moją muzykę niż lata 80-te. Bardzo wcześnie zasmakowałem w tym, co wtedy nazywano „krautrockiem”, wczesną muzyką elektroniczną i progresywnym rockiem. Jestem bardzo kiepski w sporządzaniu list, szczerze mówiąc, nie wiedziałbym, od czego zacząć i na czym skończyć. Tych zespołów jest po prostu zbyt wiele, zarówno tych z przeszłości jak i obecnych. Wymienienie tylko kilku nazw sprawiłoby wrażenie, że przedkładam je nad inne. Nie mogę stworzyć listy dziesięciu najlepszych, ponieważ nie byłbym w stanie stworzyć listy 100 najlepszych! Wydaje mi się, że ludzie skupiają się tylko na słuchaniu dwudziestu tych samych zespołów z lat osiemdziesiątych i to jest bardzo przygnębiające.

Jakie były początki Handful Of Snowdrops? Co was połączyło i dlaczego zakończyliście swoją muzyczną działalność w 1993 roku?

Ok, to pytanie, na które już kilka razy odpowiadałem! Postaram się to skrócić choć wiem, że mi się to nie uda. Na początku była to grupa przyjaciół o wspólnych upodobaniach i pragnieniu by coś się wydarzyło. To, że stworzyliśmy zespół było wymogiem ówczesnej technologii, która nie pozwalała mi zająć się wszystkimi sprawami samemu. Poza tym ciężko mi było nauczyć się grać na gitarze! Czas płynie, ludzie przychodzą i odchodzą, pojawiają się różnice artystyczne, sprawy życiowe, wiesz. Po kilku zmianach w składzie poczułem, że żeby coś się wydarzyło, nie będę miał innego wyjścia, jak zrobić to wszystko sam. Uwierz mi, ostatnią rzeczą, jakiej kiedykolwiek chciałem, to stanąć przed mikrofonem. Potem sprawy potoczyły się szybciej, pierwszy album, potem drugi. Jednak wydanie „Tempête” było obciążone wieloma problemami. Wydaje mi się, że firma Rough Trade, która miała zająć się dystrybucją albumu, znowu zbankrutowała. Nasza wytwórnia, C'est La Mort Record, również nie radziła sobie zbyt dobrze finansowo. Sytuacja była napięta. Prawie wszyscy w naszej „świcie” byli zainteresowani powtarzaniem tego co już zrobiliśmy w przeszłości. To mnie nie interesowało. Do tego czasu HoS istniał już od lat i pracował ciężej, niż możesz sobie wyobrazić. Zrozum, że Quebec City to nie Londyn! Nie było internetu ani telefonów komórkowych więc kiedy odrzucili demo na nasz trzeci album, po prostu powiedziałem innym, że ja z tym kończę. Nie miałam ani siły, ani ochoty, żeby zacząć wszystko od początku. Biznes muzyczny jest przygnębiający i frustrujący. Wydawanie albumów, które nagrało się rok wcześniej, nie sprawiało mi przyjemności i wykańczało mnie. Zawsze czułem się niezsynchronizowany.

Czy utrzymujesz kontakt z byłymi członkami HOS? Czy wiesz, co teraz robią?

Wszyscy jesteśmy w dobrych stosunkach, ale życie sprawiło, że niektórzy z nas oddalili się od siebie. Moje umiejętności społeczne nie są najlepsze. Nie jestem pewien, co robią w tym momencie, ale niektórzy tworzą muzykę sporadycznie dla zabawy. Tylko mój brat wciąż ma działający zespół, który nazywa się Sarajevo & Moi. Sprawdź ich!

Czy możesz ujawnić nadchodzące plany HOS?

Gdybym je miał, zrobiłbym to! Niestety wszystko sprowadza się do pieniędzy i czasu. Nienawidzę tych zasad, ale to nie ja je wymyśliłem. Potrzebuję obu tych rzeczy, a nie mam żadnej z nich. Mam za to mnóstwo muzyki, która bardzo chciałaby zostać wyprodukowana i nagrana.

Nie wiem ilu fanów ma w Polsce Handful Of Snowdrops, ale może chciałbyś im coś powiedzieć?

Z mojej listy wysyłkowej wynika, że mam ich kilku! Niewiele, ale jestem bardzo wdzięczny za każdą z tych osób. Pozostawię was ze słowami: bardzo dziękuję za troskę! A przyszłość będzie taka, jaką ją wspólnie stworzymy! W tej chwili nie wygląda ona dobrze. Ale możemy ją zmienić.

27 marca 2022

DO CZTERECH RAZY SZTUKA

Mówi się, że przysłowia są mądrością narodów i nie ma w tym za grosz przesady. Z powiedzeniami bywa czasem jednakże nieco inaczej. Przekonałem się o tym niedawno na własnej skórze. Gdy kupowałem w kwietniu 2021 roku płytę The Reegs "Return Of The Sea Monkeyes" (1991), nie przypuszczałem, że będzie z nią tyle zawirowań. Pierwsza próba okazała się nieskuteczna, bowiem wkrótce po złożeniu zamówienia, otrzymałem informację o jego anulowaniu z powodu braku dostępności tejże płyty. Cóż było robić? Przyjąłem ten fakt do wiadomości i na jakiś czas zapomniałem o tym albumie. Kolejną próbę podjąłem po około dziewięciu miesiącach, natrafiając na ofertę w dość rozsądnej cenie. Raz, dwa załatwiłem sprawę płatności i oczekiwałem na przesyłkę. W związku z tym, że miała ona nadejść z terenu Anglii, trzeba było liczyć się nie tylko z dłuższym czasem oczekiwania, ale i z opłatą celną. Nic to, odżałowałem te pieniądze, byle tylko mieć już ten album u siebie. Gorączkowo więc zaglądałem do skrzynki, licząc na to, że może to ów dzień, w którym to moje oczy ujrzą pocztowe awizo. Mijały dni, tygodnie, a przesyłki jak nie było tak nie ma. Zacząłem się już nieco niepokoić, bo przecież nie pierwszy to raz, gdy przesyłki giną w transporcie. Ślad się po nich urywa i szukaj bracie wiatru w polu. Gdy moje pokłady cierpliwości były już na wyczerpaniu, ktoś zlitował się nade mną i pozostawił w skrzynce owo awizo. Więc jednak dotarła, nie zaginęła. Ucieszony tą myślą, wyczekiwałem już kolejnego dnia, w którym to będzie możliwe odebranie owej przesyłki. Z samego rana, tuż przed pracą, udałem się do urzędu pocztowego, by niezwłocznie odebrać co moje. Jakież było moje zaskoczenie, gdy okazało się, że wraz z The Reegs, dotarła też inna płyta. Sprawdziłem zawartość przesyłek i pojechałem do pracy. Po przepracowaniu ośmiu godzin, czym prędzej wróciłem do domu, by móc dokonać pierwszego odsłuchu. Radość z poznawania płyty "Return Of The Sea Monkeys", trwała tak gdzieś do czwartej minuty siódmego utworu, kiedy to z głośników dobiegł mnie dźwięk zacinającej się płyty. Wyjąłem album z odtwarzacza, zlustrowałem go bacznie i dla pewności przetarłem go jedwabną szmatką. Niestety, moje zabiegi na nic się zdały. Płyta w dalszym ciągu nie chciała grać prawidłowo. Przyjrzałem się jej jeszcze raz i tym razem dojrzałem sedno problemu. Były to dwie niewielkie dziurki w powłoce zapisu, które nijak nie dawały o sobie zapomnieć. Taki defekt, skutecznie eliminował płytę. Zgłosiłem więc problem sprzedawcy, a ten przepraszając za niedogodności, nakazał odesłać wadliwy egzemplarz, obiecując zwrot środków. Tak też zrobiłem. Płyta wróciła więc do rodzimej Anglii, a moje pieniądze z powrotem na konto. Sprawa zakończyła się pozytywnie, lecz ja nadal pozostawałem bez płyty. Szybko więc namierzyłem kolejny egzemplarz w identycznej cenie i do tego zlokalizowany na terenie Francji, więc tym samym odchodziła kwestia opłaty celnej. Scenariusz znów ten sam. Szybka wpłata i nerwowe oczekiwanie na przesyłkę. Znów dni i tygodnie wlekły się niemiłosiernie, aż gdy dobrnęliśmy do miesiąca, postanowiłem skontaktować się ze sprzedającym. Niestety moje zapytania, pozostały bez jakiejkolwiek odpowiedzi. Pomyślałem sobie, że to jakiś oszust, a ja nie lubię dawać robić się w konia. Skontaktowałem się z PayPal, która pośredniczyła w płatności i dzięki bardzo miłej obsłudze, założyłem reklamację. Ponoć gwarantują zwrot środków, jeśli kontrahent nie wywiązuje się ze swych obowiązków. Nie mam powodów by im nie wierzyć, ale jak będzie, okaże się na dniach. Mój upór w temacie płyty The Reegs, ani na chwilę nie zelżał, więc zamówiłem kolejny egzemplarz, który po upływie kilku dni, znalazł swą bezpieczną przystań w moim domu. Tym razem obyło się bez komplikacji, bez długiego oczekiwania, no i co ważne bez opłaty celnej. Nie trzeba było więc fatygować się na pocztę, bowiem listonosz wrzucił przesyłkę do skrzynki. Jako że w tym samym czasie, zamawiałem również album "Night Music" (1987) grupy Tones On Tail, to tego dnia, zamiast jednej paczki, otrzymałem dwie. Zakończę więc ten tekst innym powiedzeniem mówiącym, że wszystko dobre, co dobrze się kończy.


Jakub Karczyński

23 marca 2022

CZAS PRZESZŁY DOKONANY


W ostatnim czasie natknąłem się na audycję Tomasza Budzyńskiego, która to emitowana jest co poniedziałek w Radiu Poznań. Informacja o niej wyświetliła mi się na Facebooku więc postanowiłem posłuchać kilku archiwalnych programów. Byłem ciekaw co też Tomkowi w duszy gra. Dotychczas kojarzyłem go jako wielbiciela New Model Army, Killing Joke oraz debiutu Pink Floyd. Nigdy nie byłem fanem Armii, a tym bardziej religijnej twórczości jaką prezentował 2M3TM, ale nie przeszkadzało mi to zainteresować się Tomkiem jako postacią, której to gust muzyczny jest w dużej części zbieżny z moim. Dzięki jego audycjom odkurzyłem choćby kilka płyt Cocteau Twins, których to nie słuchałem od wielu lat. Mało tego, dzięki Tomkowi załatałem także dziurę w dyskografii The Stranglers bowiem nie wiedzieć czemu do tej pory nie posiadałem w swej płytotece albumu "La Folie" (1981). Co prawda w tym murze brak jeszcze kilku cegieł, ale i na nie przyjdzie stosowny czas. 

Moja płytoteka wzbogaciła się ostatnio o kilka wspaniałych albumów. Jak łatwo się domyślić są to głównie starocie bo one cieszą mnie najbardziej i to na nie poluję. Poniżej krótki przegląd.

TUXEDOMOON "HOLY WARS" (1985) - nazwa tej grupy przewijała mi się co jakiś czas czy to w prasie muzycznej czy w rozmowach ze znajomym. O zespole wiedziałem tylko tyle co udało mi się wyczytać w internecie. Tuxedomoon choć tworzył w nurcie post punk nie bał się wkraczać na terytoria bardziej awangardowe stąd też ich płyty dalekie są od przewidywalności. Osobiście nie boję się takich wyzwań bowiem wnoszą one powiew świeżości i sprawiają, że muzyka to ekscytująca wyprawa w nieznane. Nadszedł więc czas by skonfrontować moje wyobrażenia z dźwiękami zapisanymi na tejże płycie.
 
CHRISTIAN DEATH "CATASTROPHE BALLET" (1984) - do Christian Death podchodziłem nieco jak pies do jeża. Amerykańska wersja muzyki goth zwana death rockiem była nieco bardziej surowa i nie od razu przypadła mi do gustu. Musiało minąć nieco czasu nim zrozumiałem, że to właśnie oni są najbliżej źródła, z którego wyrósł ten nurt muzyczny. To oni na kontynencie amerykańskim nieśli ten muzyczny kaganek, w którym to ogień wcześniej rozpaliły takie grupy jak Siouxsie And The Banshees czy Bauhaus.
 
MODERN ENGLISH "MESH & LACE" (1981) - w końcu mam ten album, na który to swego czasu ostrzyłem sobie zęby. Niestety wtedy zasobność mojego portfela okazała się niewystarczająca. Gdy w tamtym czasie odsłuchiwałem sobie jego zawartość z YouTube pomyślałem, że niekoniecznie muszę go mieć. Nie zagrał mi wtedy w uchu. Dopiero teraz, gdy zdobyłem go w wersji CD zabrzmiał tak jak powinien. Nie wiem czy to magia nośnika, ale to nie pierwsza taka sytuacja. Podobnie miałem z płytą "Theomania" (1988) grupy The Cassandra Complex więc coś chyba jest na rzeczy.

THE GATHERING "HOW TO MEASURE A PLANET?" (1998) - myślałem, że moje drogi z zespołem The Gathering rozeszły się definitywnie lata temu i zakotwiczył on już do kategorii "wspomnienia młodości". Należą do nich grupy, które niegdyś były ważne, a dziś ich płyty na półce spowija kurz. Gdy zobaczyłem ten album w pewnym sklepie internetowym, zrodziła się we mnie ciekawość bowiem to właśnie na nim zespół zdecydował się ponownie zmienić swój styl. Lubię takie albumy. Odważne, eksperymentalne za nic mając przyzwyczajenia stylistyczne swoich fanów.

IN THE NURSERY "SENSE" (1991) - przy zakupie tej płyty zadziałał z kolei splot kilku czynników. Po pierwsze zwykłej ciekawości, po drugie niskiej ceny oraz fascynacji płytami z początku lat dziewięćdziesiątych. In The Nursery poznałem za sprawą albumu "Blind Sound" (2011), który to usłyszałem pewnej nocy w radiowym eterze. Niestety wraz z upływem lat nazwa In The Nursery popadała u mnie w coraz większe zapomnienie. Dopiero za sprawą płyty "Sense" przypomniałem sobie o nich i postanowiłem dać im jeszcze jedną szansę.

 

Jakub Karczyński