18 września 2026

Z IMPETEM W GŁĄB


Odświeżyłem sobie kilka dawno nie słuchanych płyt, bo przecież po to się je zbiera, żeby do nich powracać. To jest właśnie ta przewaga muzyki nad książkami, że do muzyki wraca się o wiele częściej, niż do książek. Te po jednokrotnej lekturze, wędrują na półki, przyjmując rolę eksponatów. Stąd też sensowniej jest lokować pieniądze w płyty i korzystać z nich kiedy tylko najdzie nas na to ochota. Co prawda przy dużej kolekcji większość płyt także pozostaje w blokach startowych, ale wciąż dużo łatwiej i szybciej można się z nimi zapoznać niż ze wspomnianą książką.  


Bywa czasem tak, że nie wracamy do pewnych płyt przez długie lata. Powody mogą być różne. Wystarczy jednak mały impuls by zmienić ten stan rzeczy. Nagle, w jednej sekundzie, czujemy niepohamowaną potrzebę sięgnięcia po jakiś album. Czasem jest to jakaś piosenka usłyszana w audycji radiowej, innym razem jakiś artykuł lub rekomendacja dziennikarska i już w człowieku zapala się iskra, która roznieca pożar. Niegdyś w radiu usłyszałem nagranie Swimming Horses Siouxsie & The Banshees, o którym to zdążyłem na przestrzeni lata zapomnieć i po powrocie do domu czym prędzej wyjąłem z półki album "Hyaena" (1984). Musiałem tego posłuchać, choćby nie wiem co. Nie jest to moja ulubiona płyta Zuzki i jej Strzyg,  ma jednak kilka interesujących momentów, z których warto zdmuchnąć kurz. Poza tym to jedyny studyjny album, na którym obowiązki gitarzysty pełni Robert Smith.


Z kolei za sprawą bootlegu "What's End, Start" grupy Rubicon powróciłem do ich drugiej i zarazem ostatniej płyty "Room 101" (1995). Niegdyś przeze mnie odrzuconej by po latach posypać głowę popiołem i docenić te nagrania. To właśnie dzięki niej, życzliwiej spojrzałem na nurt grunge, którego nigdy nie byłem szczególnym fanem. Rubicon jest więc dla mnie takim łącznikiem muzycznych światów. Pomostem między mrokiem gotyckiego rocka, a surowością i brudem grunge'u. Szkoda, że zespół zakończył działalność, bo miał potencjał do rozwinięcia tej konwencji. Niestety historia zakończyła się nieco przedwcześnie i już raczej nie ma co liczyć na kolejne rozdziały.


Jak pewnie wiecie, lubię konfrontować się z albumami powszechnie uznawanymi za słabe. Płytami, którymi pogardzają "prawdziwi fani", bo przecież każdy z nas ma swoje uszy, swój gust i swoje preferencje. Gdy objąłem wzrokiem swoją kolekcje płyt Killing Joke, postanowiłem poddać się działaniu impulsu i posłuchać płyty, na którą mam w danym momencie największą ochotę. Padło na "Outside The Gate" (1988), czyli album, który w klasyfikacji fanów ląduje zazwyczaj na szarym końcu. Osobiście uwielbiam to ejtisowe brzmienie Killing Joke, ten śpiew Jaza, pełen zaangażowania, a niekiedy i romantyzmu jak choćby w My Love Of This Land. To właśnie w tym utworze odnajduję pierwiastki swojego jestestwa. To właśnie takie elementy budują moją osobę i sprawiają, że serce trzepocze niczym flaga na wietrze. Dziś już chyba nie ma na to szans by zespół zanurzył się w podobnej toni, ale pomarzyć zawsze wolno.


Myślę o tym by jesienią częściej zaglądać do swoich zbiorów. By zrzucić z siebie presję przesłuchiwania nieprzesłuchanych płyt. By być w zgodzie z tym co mi aktualnie w duszy gra. Muzyka wszak ma sprawiać przyjemność, a nie być przykrym obowiązkiem czy też przymusem. Zanurzmy się więc w naszych prywatnych archiwach muzycznych, biorąc sobie do serca słowa ze starej reklamy proszku do prania i pójdźmy z impetem w głąb.


Jakub Karczyński


13 września 2026

KONCERTY W STEREO


Życie bywa zaskakujące i to jest właśnie w nim piękne, że wymyka się ono schematom. Niekiedy zadaje kłam naszym deklaracjom i postawom. Przekonuję się o tym za każdym razem, gdy decyduję się na zakup płyty koncertowej. Nie żadnego DVD, a zwyczajnego CD. Musicie bowiem wiedzieć, że nie jestem jakimś wielkim entuzjastą ani oglądania, ani słuchania zapisów koncertów. Może wpływ ma na to fakt, że nie mam z takim występem żadnych relacji. Nie było mnie tam, nie przeżyłem tego, w związku z czym nie mam łączników emocjonalnych, które sprawiłyby, że moje serce żywiej zacznie pompować krew. Jednakże są i wyjątki, jak choćby koncert The Cure transmitowany na żywo w telewizji, który to obejrzałem z autentycznym zaciekawieniem. Wracając jednak do płyt CD, to choć deklaruję się jako osoba, która nie przepada za płytami koncertowymi, nie oznacza, że nie kupuję takowych wydawnictw. Co zatem sprawia, że wyciągam po nie rękę? Zazwyczaj wpływ na to ma moje uwielbienie do danego zespołu, czasem atrakcyjna cena (jak w przypadku płyty The Alarm "Greatest Hits Live" - 9,99 zł), a czasem czynniki, których nie jestem w stanie objąć żadnymi kategoriami.

Jakby tego było mało, w ostatnim czasie zakupiłem nawet koncertowy bootleg. Takich wydawnictw to już w ogóle z założenia nie zbieram. Bootleg to rzecz przeznaczona dla najbardziej zagorzałych fanów, którzy muszą mieć niemal wszystko, co spłodzili ich ulubieńcy. Osobiście nie mam takich ciągot, ale jak widać od każdej reguły jest też i wyjątek. Nieoficjalny koncert grupy Rubicon, zarejestrowany w 1992 roku, to rzecz nie tylko warta uwagi, ale i posiadania. Zacznijmy od tego, że zespół Rubicon w czasie swej działalności nagrał zaledwie dwie płyty i żadna z nich nie była wydawnictwem koncertowym*. Już sam ten fakt sprawia, że mamy niepowtarzalną okazję usłyszeć to jak grupa prezentowała się na żywo. Rubicon jak wiecie lub nie wiecie, powstał po rozpadzie Fields Of The Nephilim. Carl McCoy poszedł własną drogą, a pozostali muzycy zatrudnili na wokal Andy'ego Delany i rozpoczęli działalność pod nowym szyldem. Ich debiut "What Start's, Ends" (1992) to rzecz dziś już mocno przykurzona, ale kto zna, ten wie, jak świetne nuty na nim zestawiono. Rubicon nie starał się być kopią Fields Of The Nephilim. Poszli swoją drogą, porzucając gotyckie brzmienia na rzecz alternatywy, bliższej dokonaniom Pearl Jam i scenie grunge, który w tym czasie był na fali. Zrobili to jednak po swojemu i choć nie udało im się utrzymać na powierzchni, to pozostawili po sobie dwa niezwykle interesujące albumy. Rzeczony bootleg uchwycił ich tuż po wydaniu debiutu, stąd też mamy tu program z owej płyty, ale i dwa nagrania, których próżno na nim szukać - New One, które na Discogsie opisane jest jako Standing Alone oraz Chains występujące tamże jako Chains Are Gone. Właśnie takie smaczki dodają takim wydawnictwom wartości i sprawiają, że wracamy do nich tych chętniej. Na słowa szczególnego uznania zasługuje jakość nagrań, które jak na bootleg prezentują się nadzwyczaj dobrze. Widać, że ten kto przyłożył do tego rękę, musiał mieć dostęp do konsolety realizatorskiej. Być może to sam realizator utrwalił ten występ pokątnie, by mieć pamiątkę, a może przyświecały mu bardziej merkantylne pobudki. Tego już się nie dowiemy. Na Discogsie ktoś w komentarzach do tego wydawnictwa dopisał, że koncert ten odbył się dnia 30 listopada w Niemczech, w mieście Essen. Podał nawet miejsce - Zeche Carl. Sprawdziłem co to za miejsce i wyszło, że to ośrodek kultury założony przez Radę Essen, w dawnej kopalni węgla. Działa ponoć po dziś dzień.


Jako lekturę na tegoroczną jesień polecam cykl Southern Reach, na który to składają się cztery tomy. Pierwszym jest "Anihilacja", opowiadająca o tajemniczej strefie X, która pochłania coraz większe połacie naszej planety. Jedenaście ekspedycji wysłanych do strefy, zakończyły się śmiercią lub szaleństwem jej uczestników. Dwunasta ma być inna. Postapokaliptyczne pejzaże, tajemnicza budowla, poczucie zagrożenia i wszechobecna nieufność, to tylko niewielki wyciąg z tego co na was tu czeka. Jestem świeżo po lekturze pierwszego tomu i z przyjemnością zanurzę się w kolejnym. Zachęcam przyjrzeć się temu cyklowi. Może i was pochłonie.


Z kolei od siostry otrzymałem rekomendację by zapoznać się z książką "Ai_gorytm". Dobrze się składa, bowiem od pewnego czasu, odczuwałem potrzebę przeczytania jakiejś książki science-fiction, a w księgarniach niestety ten gatunek przegrywa z fantasy. Poza klasykami w rodzaju Asimova, Dicka czy Lema, raczej ze świecą szukać nowych autorów. Szkoda, bowiem science-fiction daje dużo ciekawsze możliwości fabularne, ale przy okazji jest też nieco bardziej wymagająca. Być może właśnie w tym tkwi szkopuł jej mniejszej popularności wśród czytelników.

 

* W 1993 roku ukazało się co prawda wydawnictwo "Live At Onsnabruck City Hall 2.4.93", ale było ono przeznaczone wyłącznie dla członków fanklubu. Wydano to w formie kasety magnetofonowej, której wytłoczono zaledwie 200 kopii, więc dziś jest to sporej wartości unikat. Czy pojawiło się też w innych formatach? Tego nie wiem, ale obstawiam, że w związku z niewielkim nakładem, mogło się ono ograniczyć tylko do kasety magnetofonowej.       

 

04 września 2026

DWA OBLICZA ANJI



Tegoroczne lato nie było szczególnie upalne, choć nie znaczy to, że nie było kiedy przyciemnić swej karnacji. Najbardziej pamiętnym dla mnie dniem pozostaje dziewiętnasty dzień czerwca, kiedy to w Poznaniu odbywał się Pyrkon, a ja szykowałem się do wyjazdu do Wrocławia na koncert Anji Huwe. Wyjazd do stolicy Dolnego Śląska, obfitował w wiele atrakcji. Niestety część z nich była niezamierzona, ale to tylko pokazuje, że rzeczywistość ma czasem swój scenariusz względem naszych planów. Nie da się mieć wszystkiego pod kontrolą, więc zamiast złorzeczyć, warto czasem poddać się temu co przynosi nam los. Niekiedy bywa to dużo ciekawsze, od tego co sami sobie założyliśmy. Jako osoba dość dobrze zorganizowana, zadbałem z wyprzedzeniem o wykupienie przejazdów w obie strony oraz zarezerwowałem sobie nocleg tuż przy wrocławskim rynku. Na dworzec kolejowy w Poznaniu dotarłem bez większych trudności i to pomimo zalania Poznania przez miłośników fantastyki. Żar lał się z nieba, a na peronie czekało już dość liczne grono pasażerów. Oczekiwanie na pociąg nieco się przedłużało, ale chyba nikt nie mógł przypuszczać, że będziemy tam jeszcze stać blisko 90 minut. Gdy już się wtoczył na stację nie za bardzo było się z czego cieszyć. Nie dość, że załoga poinformowała nas o awarii klimatyzacji, to jeszcze mieliśmy zwiększyć opóźnienie z powodu awarii lokomotywy. Podstawienie nowej i jej asymilacja z częścią wagonową trwało jakiejś pół godziny, które w zupełności wystarczyło, aby krew w człowieku zawrzała. Gdy usłyszeliśmy gwizdek konduktora informujący o odjeździe, ucieszyliśmy się w duchu, że oto trudności zostały przezwyciężone. Tego typu sytuacje sprzyjają przełamywaniu lodów między pasażerami więc w przedziale dość szybko zapanowała luźniejsza atmosfera. Pasażer siedzący obok zagadnął mnie o koszulkę Bauhausu, w której to zmierzałem do Wrocławia. Sam podzielił się swoimi preferencjami muzycznymi więc dość szybko znaleźliśmy wspólny język. Kiedy myśleliśmy już, że wyczerpaliśmy limit pecha, tuż przed samym Wrocławiem zemdlała jedna z pasażerek stojących w korytarzu. Na szczęście pasażerowie stanęli na wysokości zadania i udzielili pomocy. Po odzyskaniu przytomności przez pasażerkę, nie było z nią żadnego logicznego kontaktu, więc konduktorzy zadecydowali o wezwaniu karetki, stąd też musieliśmy poczekać na jej przyjazd. Gdy pociąg wtoczył się wreszcie na swoją stację docelową, miałem ochotę ucałować ziemię niczym minister Siwiec ziemię kaliską. Sama droga do miejsca noclegu też nie należała do przyjemności, bo spacer w upalnym słońcu potrafi wykończyć nawet najwytrwalszego zawodnika. Bez zbędnej zwłoki zostawiłem swój bagaż w zarezerwowanym hostelu i udałem się do Starego Klasztoru. Odległość była niewielka więc w ciągu dziesięciu minut dotarłem na miejsce co w zupełności wystarczyło bym wyglądał jakbym przemierzył Odrę wpław. Wybawieniem okazała się dobrze klimatyzowana sala, która w mgnieniu oka pomogła mi w powrocie do ustawień fabrycznych. 


Gdy dotarłem na miejsce, na scenie już rozgościł się Closterkeller, który wystąpił z krótkim akustycznym setem obejmującym debiutancką płytę "Purple" (1990), "Cyan" (1996), "Argento" (2025) oraz dwie anglojęzyczne ciekawostki (In My Country  Somewhere Inbetween). Widziałem już wiele ich koncertów, ale ten śmiało mogę zaliczyć do tych jednych z najlepszych. Jakże cudownie zabrzmiały nagrania z tych wczesnych płyt. Były momenty, że miałem nawet gęsią skórkę i z pewnością nie była to zasługa klimatyzacji. Na scenie poza Anją, jej synem Adamem, Krzysztofem Najmanem i Gerardem Klawe wystąpił także Mariusz Kumala. Ten skład gwarantuje nie tylko najwyższą jakość artystyczną, ale i niezapomniane emocje. Anja zapowiedziała na jesień wznowienie albumu "Cyan", który to z przyczyn prawnych musiał zostać nagrany na nowo. Była to jedyna opcja, aby płyta znów pojawiła się na rynku. Zgromadzeni fani, mogli tego wieczora wysłuchać dwóch kompozycji z albumu, który w tym roku świętuje swoje trzydziestolecie. Były to Desperado oraz  Smutek spełnionej baśni. Po cichu liczyłem na to, że sięgną też po Ziemię obiecaną, która to od lat jest moim faworytem, jeśli chodzi o to wydawnictwo. Niestety, plan na ten koncert nie przewidywał tej kompozycji, ale liczę na to, że zawitają do Poznania w ramach promocji "Cyan". Ciekawostką był też fakt, że pośród publiki był też Paweł Pieczyński, który niegdyś stworzył z zespołem między innymi album "Cyan".


Podczas koncertu Closterkellera rozpętała się na zewnątrz potężna burza, która zapewniła nam niesamowity klimat. Trzaskające okiennice poruszane porywistym wiatrem sprawiały, że nastrój grozy dodatkowo potęgował emocje. Po czymś takim Anja Huwe zadanie miała już ułatwione. Nie to, żeby potrzebowała jakiejś taryfy ulgowej, bo przecież jak udowodnił nam ten wieczór, doskonale wie co zrobić by uwieść publikę. W tym miejscu powinniśmy pokłonić się Monie Mur, która nie tylko wspierała ją na scenie, ale także przekonała Anję by powróciła na scenę. Zgromadzeni tego dnia we wrocławskim Starym Klasztorze, jak mniemam podzielą moją opinię, że była to słuszna decyzja. Pomimo upływu lat, Anja ma w sobie to coś, co hipnotyzuje i przyciąga uwagę widza. Może dziś jej wizerunek nie jest już tak drapieżny jak za czasów X-mal Deutschland, ale wciąż świetnie się ją ogląda. Niemniej to nie walory wizualne liczyły się tego wieczoru, a jej głos i kompozycje, które zabrzmiały ze sceny. Jak można się domyślić, poza utworami z jej solowej płyty "Codes" (2023), usłyszeliśmy też całkiem sporo kompozycji X-Mal Deutschland i to właśnie one stanowiły trzon tego koncertu. Czego tam nie było. Z debiutu zabrzmiały między innymi Qual, Geheimnis, Young Man, Orient, Boomerang. Z "Tocsin" (1984) mieliśmy zaledwie wyciąg dwóch utworów w postaci Mondlicht oraz Augen Blick. Na albumie "Viva" (1987) też nie zabawiliśmy zbyt długo. Reprezentowały go również tylko dwie kompozycje Eisengrau i Polarlicht. Jeśli na sali byli miłośnicy płyty "Devils" (1989), to tego wieczora musieli obejść się smakiem. Z ciekawostek warto odnotować pojawienie się utworu Incubus Succubus, Allein, które to możecie odnaleźć na wznowionej niedawno płycie z wczesnymi singlami grupy. Znalazło się także miejsce na kompozycję Autumn pochodzącą z EP-ki "Sequenz" jak i cover zespołu Mod On w postaci nagrania Eden. Szczerze mówiąc w ogóle nie kojarzę tej grupy, ale internet podpowiada, że to Szwajcarzy, którzy niegdyś grali post punk, a dziś ponoć powędrowali w rejony zarezerwowane dla alternatywnego rocka. Widać musiał to być zespół bliski sercu Anji Huwe, skoro zdecydowała się wykonać ich cover. Cieszę się, że dotarłem na jej występ, bowiem była okazja nadrobić zaległość z ubiegłego roku, kiedy to gościła na festiwalu Soundedit. Wtedy jednak mogłem wybrać się tylko na jeden z trzech dni, więc wybór padł na The Chameleons. Dobrze się jednak stało, że Anja wróciła do nas na kolejne występy, bo patrząc po żywych i entuzjastycznych reakcjach wrocławskiej publiczności, wciąż ma u nas spore grono fanów. 


Gdybym mógł cofnąć się w czasie do lat osiemdziesiątych, z pewnością chciałbym zobaczyć koncert X-Mal Deutschland. Myślę, że byłoby to niezwykłe doświadczenie. Niestety, póki co, takie podróże dostępne są wyłącznie w filmach. Na wyciągnięcie ręki są za to koncerty Anji Huwe. Jeśli nie mieliście jeszcze okazji tego doświadczyć, to nie zwlekajcie, bo przecież nasi idole nie młodnieją. Przyjdzie więc i taki moment, że będziecie pluć sobie w brodę, rozpamiętując niewykorzystane okazje, które nie będą miały już szans na spełnienie. Będąc tego wieczoru w Starym Klasztorze, udało mi się poczuć cząstkę tej dawnej magii, tak w przypadku Closterkellera jak i Anji Huwe. Cieszę się, że mogłem uchwycić fragment tego dawnego świata i emocji, które pozostaną w mej pamięci na długie lata.


Jakub Karczyński

  

29 sierpnia 2026

BYLE DO JESIENI


Gdy jedni rozpaczają, że lato nieubłagalnie dobiega końca, ja żegnam je bez zbytniego żalu. Jakoś tak się w ostatnich latach dziwnie plecie, że w tym okresie odczuwam największe zmęczenie, brak weny i w ogóle jakieś takie zniechęcenie. Dopiero wraz z nadejściem jesieni moje akumulatory znów zaczynają pracować na pełnych obrotach. Muzyka też jakby nabierała większych rumieńców, a płyty, które tak pieczołowicie gromadziłem, wreszcie dostępują należnej im uwagi. Tegoroczna jesień powinna być obfita w muzyczne zbiory. Oczywiście będą to zapewne same starocie, bo muzyczne premiery jakoś nie rozpalają mojej wyobraźni. Prędzej już wznowienia jak choćby album Snake Corpse "Smother Earth" (1990), który 16 października po latach nieobecności nareszcie powróci na rynek. Póki co, dostępny jest preorder, niestety wysyłka obejmuje wyłącznie teren Stanów Zjednoczonych. Z zapewnień wydawcy (Iconoclassic Records), album ma być dostępny także i dla innych części świata. Wznowienie debiutu zakupiłem poprzez stronę Amazona, liczę więc, że za jakiś czas pojawi się na ich stronach także "Smother Earth".  To w końcu tam znajduje się utwór Colder Than The Kiss czyli utwór, który otworzył mi bramy do ich muzycznego królestwa.   

Tymczasem cieszę się jak dziecko, że do mej kolekcji płyt grupy Wipers, dołączyły albumy "The Herd" (1996) oraz amerykańskie tłoczenie "Follow Blind" (1987). Co prawda posiadam już jej piękną reedycję, ale jak to mówią, stare wydania mają w sobie ten niezaprzeczalny urok i przede wszystkim duszę. Cóż szkodzi mieć je obie na półce? Wipers to klasa sama w sobie, stąd też żaden miłośnik post punku nie może przejść obok ich dorobku obojętnie. Na ich twórczość powoływał się między innymi Kurt Cobain. Co ciekawe, Greg Sage, czyli pomysłodawca i mózg zespołu, tworząc Wipers założył sobie, że będzie on miał charakter wyłącznie studyjny. Mieli ambicję nagrać piętnaście płyt w dziesięć lat oraz żyć w cieniu medialnego flesza, dzięki czemu chcieli wytworzyć wokół siebie aurę tajemniczości. Celem tych działań miało być pobudzenie wyobraźni słuchacza i sprawienie by bardziej zaangażował się on w proces słuchania muzyki. Sage podchodził do tej materii niezwykle poważnie, uważając, że skoro jest ona dziedziną sztuki, to nie można traktować jej jak towar. Planował także samodzielnie wydawać albumy The Wipers w stworzonej przez siebie wytwórni Trap Records, ale ostatecznie związali się z Park Avenue Records, licząc na zdobycie nieco większej rozpoznawalności. Z punkowej prostoty pierwszych albumów, płynnie przeszli do post punku, poszerzając tym samym krąg swych odbiorców. Dziś słusznie uważani są za jedną z ciekawszych punkowych załóg, którzy wypracowali sobie tak charakterystyczne brzmienie, że nie sposób ich z nikim pomylić. Całkiem nieźle jak na zespół, który miał ambicję egzystować w cieniu.


Jakub Karczyński


PS Przypominam, że cały czas można też stawiać wirtualne kawy dla "Czarnych słońc". Chętnych do udzielenia mi takowego wsparcia odsyłam pod ten adres https://buycoffee.to/czarne-slonca. Oczywiście jest to całkowicie dobrowolna forma docenienia mojej pracy. Fajnie jak jest, ale też nie uzależniam od niej działalności tego bloga. Każdemu, kto jednak decyduje się na takowe wsparcie serdecznie dziękuję.
 

03 sierpnia 2026

TELEWIZYJNE CIĘCIA

Uwielbiam Television, uważam, że ich płyta "Marquee Moon" (1977) jest pozycją zjawiskową, którą każdy interesujący się muzyką alternatywną, powinien posłuchać przynajmniej raz. Albumem tym udowodnili, że potrafią przekraczać nie tylko muzyczne granice, ale i otwierać drzwi do innych światów.  Szkoda, że pozostawili po sobie zaledwie trzy wydawnictwa. Gdy w grudniu 2025 pisałem o zespole jak i solowych poczynaniach Toma, nie myślałem, że po siedmiu miesiącach znów powrócę na ten szlak. Nie było jakiegoś szczególnego impulsu. Przeglądając stos płyt do przesłuchania, wyjąłem z niego album "Warm And Cool" (1992), który jakoś tak dobrze mnie nastroił, że z ciekawości zacząłem przeszukiwać internet pod kątem solowych płyt Toma. Szybko okazało się, że w serwisach aukcyjnych pojawiły się albumy, których nie miałem na swej półce. Płytę "Dreamtime" (1981) nabyłem bez większego zastanowienia, bo i stan jak i cena w pełni zgadzały się z moimi oczekiwaniami. Z kolei "Flash Light" (1987), który dotąd widywałem tylko na winylu, w końcu objawił się także w postaci CD. Choć cena oscylująca wokół kwoty sto złotych nie była w stanie mnie zniechęcić, to już nędzny stan nośnika już jak najbardziej. Próby negocjacji ceny nie przyniosły większych efektów, więc odpuściłem. Rozpalona wyobraźnia zaprowadziła mnie na niezawodnego Discogsa, gdzie bez większego problemu odnalazłem nieco tańszy egzemplarz i do tego w dużo lepszym stanie. Minusem był jednak stan okładek, które zostały ponacinane. Pomyślałem jednak, że lepsza nieco uszkodzona okładka, niż zacinająca się płyta. Mam jednak nadzieję, że cięcia nie były dokonywane ręką jakiegoś barbarzyńcy. Niszczenie dóbr kultury to rzecz, która nie mieści mi się w głowie. Nie ma na to usprawiedliwienia. Usłyszałem ostatnio, że wykupuje się stare książki naukowe z antykwariatów by uczynić na nich AI. Efektem tej nauki są setki pociętych i zniszczonych książek, które po takiej nauce nadają się już tylko na makulaturę. Obawiam się, że karmimy potwora, który w niedługim czasie stanie się naszym przekleństwem. Gdyby przyznawano nagrody w kategorii generowania problemów, ludzkość byłaby niekwestionowanym mistrzem. Nic dziwnego, że największym zagrożeniem dla naszej planety jesteśmy właśnie my.    


Jakub Karczyński


23 lipca 2026

GARŚĆ PRZEBIŚNIEGÓW


Gdy decydowałem się wziąć udział w kolejnej akcji crowdfundingowej, zdawałem sobie doskonale sprawę z tego, że na jej efekty trzeba będzie nieco poczekać. Ile? Tego nigdy nie wiadomo. Może kilka miesięcy, a może i ponad pół roku. Czas jednak nie stanowił problemu. Godziłem się z tym i dawałem artyście komfort pracy, aby mógł bez zbytniej presji realizować swoją wizję. Nagrodą miały być dwa albumy Handful Of Snowdrops. Na pierwszy, miały złożyć się premierowe kompozycje, zebrane pod szyldem "Any Moment Now" (2026), a drugi miał na celu wznowienie płyty "III" (2015), tyle że w nieco odmiennej formie. Jean-Pierre zdecydował, aby wydać go w takiej formie, w jakiej sobie pierwotnie wymarzył. Dołożył więc do niego zawartość EP-ki "+", a na finał zafundował nam cover Backdoor grupy Clan Of Xymox. Czyż można wyobrazić sobie piękniejsze zwieńczenie? Choć znałem tę płytę na wylot, to dziś muszę uczyć się jej na nowo. Tego typu zabiegi niosą ze sobą pewne ryzyko. Słuchaczowi przyzwyczajonemu do określnej kolejności utworów, trudno będzie się przestawić na nowe tory. Wiem co piszę, bo z podobnych względów nie udało mi się pokochać dwupłytowej edycji płyty "Marbles" (2004) Marillion, chociaż pierwotny zamysł zakładał właśnie taką formę. Zespół jednak nie dostał zielonego światła, aby zrealizować swój koncept, stąd też zdecydowali się na edycję jednopłytową. I jak dla mnie był to strzał w dziesiątkę. Ta zwarta forma uwydatniła wszystkie atuty tej płyty. Jak będzie z nową wersją płyty "III" (2026)? Czas pokaże, niemniej cieszę się, że w końcu mam nagrania, których do tej pory mi brakowało. Najbliższe dni upłyną mi więc na zgłębianiu tego wydawnictwa, które z dumą włączam już w poczet swej kolekcji.  


Jakub Karczyński

15 lipca 2026

# a to słabe: THE CURE - WILD MOOD SWINGS (1996)


Gdy 1996 roku ukazywała się płyta "Wild Mood Swings", bardziej od muzyki zajmowały mnie kolejne komiksy o Batmanie, Supermanie i Spider-manie, kupowane w lokalnym kiosku. Nie miałem nawet pojęcia, że istnieje taki zespół jak The Cure. Zaistniał on w mej świadomości kilka lat później i stał się istotną częścią mego życia. Poznawałem więc dorobek zespołu z pozycji kogoś, kto spóźnił się na pociąg, więc chcąc go złapać, musi gnać na złamanie karku w kierunku następnej stacji. Ta pogoń trwała kilka lat, nim udało mi się zgromadzić i poznać całą dyskografię grupy. Muzykę poznawałem z kolejnych płyt, zdobywanych z niemałym trudem. Zamawiało się je w sklepie płytowym, lecz nie było pewności, że właścicielowi uda się ją zdobyć w hurtowni. Takie to były czasy. Może nieco siermiężne, ale za to jakie ekscytujące. Gdy już poznałem cały nabożny kanon, który polecali fani na forum thecure.pl, przyszedł czas by sięgnąć i po te albumy odsądzane od czci i wiary. Nie pamiętam już czy najpierw sięgnąłem po "The Top" (1984) czy jednak pierwszy był "Wild Mood Swings", ale faktem jest, że nie wzbraniałem się przed nimi jakoś szczególnie mocno. Być może wpływ na to miał mój krótki staż, a może głowa, której nie przygniatał ciężar oczekiwań. Wcisnąłem więc przycisk play i dałem się porwać szalonemu klaunowi z okładki.

Zdjęcie przeciętej głowy klauna na tle jasnożółtego tła, jest tyleż nietypowe, co niepokojące. Wygląda jak przedmiot z miejsca zbrodni, pozostawiony tam przez jakiegoś psychopatę. Tytuł płyty również nie pozostawia wątpliwości, że balansujemy na granicy dwóch światów. Między radością, a smutkiem. Taka rozpiętość emocjonalna może być trudna do okiełznania, ale przecież The Cure są mistrzami w żonglowaniu tak radością jak i smutkiem. Pytanie tylko czy ścieg łączący obie te połowy nie jest czasem zbyt widoczny.

Lata dziewięćdziesiąte nie były dobrym czasem dla The Cure. Opublikowali zaledwie trzy pełnoprawne albumy, ale świat muzycznych dźwięków Roberta Smitha coraz mniej przystawał do otaczającej go rzeczywistości. Artystyczny i komercyjny sukces płyty "Wish" (1992) przyszedł w ostatnim możliwym momencie. Myślę, że dwa lata później ta sztuczka już by się nie udała. Cztery lata jakie dzieli "Wish" od "Wild Mood Swings" to przepaść, której albo Robert nie zauważył albo świadomie ją zignorował licząc na to, że zespół z taką pozycją jak The Cure, nie musi obawiać się zmian muzycznych wiatrów. Błąd. Jeśli po premierze albumu "Wish", Smith mógł czuć jeszcze komfort stabilności, tak po eksplozji brit popu, grunt zaczął usuwać mu się spod stóp. Chyba pierwszy raz w historii ansambl Smitha stał się niemodny i odstawiony na boczny tor. Czy nagrywając "Wild Mood Swings", Robert czuł co się święci? Niewykluczone, choć nie posądzałbym go o zbytni koniunkturalizm. Wiele zespołów chcąc nadążyć za zmianami dostosowywało swą muzykę czy brzmienie do tego co było aktualnie popularne. Skutek był zazwyczaj marny. Smith nie zaparł się swego stylu, choć kierunek w jakim podążył, mógł momentami jeśli nie zszokować to zapewne zadziwić najwierniejszych fanów. Konia z rzędem temu, kto przewidział kierunek zmian. Po stricte rockowym albumie "Wish", otrzymaliśmy coś co odwoływało się tak do spuścizny Bowiego, The Beatles jak i dźwięków z wytwórni Motown czy tradycji bossa novy. Na upartego można i dorzucić muzykę meksykańską by dopełnić obrazu całości. Przyznacie, że ten karkołomny szpagat miał małe szanse powodzenia. A jednak się udał. Nie w sensie komercyjnym, bo płyta nie powtórzyła sukcesu poprzedniczki. W dniu premiery też nie zebrała entuzjastycznych recenzji, a jednak po latach album ten bardziej zyskuje niż traci. Otrzymaliśmy album, którego zamysł był jakby powieleniem formuły eklektyzmu jaki otrzymaliśmy na "Kiss Me, Kiss Me, Kiss Me" (1987). Tylko czy ktokolwiek czekał na kontynuację? Zawieśmy to pytanie na moment w próżni i przyjrzyjmy się zawartości krążka.

Zaczyna się całkiem zwyczajnie od trzęsienia ziemi w postaci nagrania Want. The Cure potrafią tak w początki jak i w zakończenia, więc można by pomyśleć, że oto znów przemierzamy dobrze znany nam szlak. Want to utwór o nienasyconym pragnieniu posiadania. O tym, że wciąż nam mało alkoholu, narkotyków, miłości, seksu, sławy, ale i bólu, strachu oraz kłamstw. To chorobliwe nienasycenie sprawia, że nigdy nie osiągamy szczęścia, do którego dążymy. Są na tym świecie rzeczy, których jednak nie jesteśmy w stanie zdobyć jak choćby więcej nadziei czy czasu. Ta nieustanna pogoń jest w gruncie rzeczy bezcelowa, bo króliczek, którego gonimy, to tylko nieuchwytny cień, majaczący nam gdzieś na horyzoncie.  Pierwsza lampka ostrzegawcza załącza się nam już przy nagraniu numer dwa, gdzie Robert śpiewa w taki sposób, w jaki nigdy wcześniej, ani później już nie śpiewał. Brzmi to dość osobliwie, a sama kompozycja również jakoś szczególnie nie błyszczy. To jeden z dwóch utworów, których pozbyłbym się z tego albumu bez większego żalu. Sądzę nawet, że płyta zyskałaby na wartości. Złe wrażenie szybko zaciera jednak This Is A Lie, w którym to zespół uderza w nieco bardziej melancholijne tony. Z zadumy szybko jednak wyrywają nas kolejne nagrania - The 13th Strange Attraction - emanujące jakimś takim letnim rozluźnieniem. The 13th musiał być niezłym szokiem dla fanów w 1996 roku, gdy The Cure wydało go jako singiel. Rytmy bossa novy, jakieś trąbki, to przecież nie jest anturaż The Cure, a mimo to, wyszli z tego starcia obronną ręką. Zatwardziali fani pewnie do dziś kręcą nosem, ale przecież świat nie zaczyna i nie kończy się na "Seventeen Seconds" (1980), "Faith" (1981) czy "Pornography" (1982). Po latach dużo łatwiej jest zaakceptować szaleństwa zaserwowane nam  na "Wild Mood Swings", a być może nawet zapałać jakimś żywszym uczuciem do tej płyty. Osobiście nigdy nie miałem problemu z tym albumem. Może nie ustawiłbym go w jednym rzędzie z "Disintegration" (1989), ale już z "Kiss Me Kiss Me Kiss Me" jak najbardziej tak. W ogóle uważam, że "Wild Mood Swings", to taki brat bliźniak tej płyty. Ani gorszy, ani lepszy. Z pewnością jednak nie tak dobrze znany jak jego starszy brat. Odnoszę wrażenie, że te kilka nietypowych singli, przesłoniło niektórym fanom całą resztę płyty. Gdybyśmy wyłączyli je poza nawias, to otrzymalibyśmy klasyczny album The Cure, gdzie żywe, rockowe granie przeplata się z melancholią. Czy można zbyć obojętnością takie utwory jak Numb, Trap czy Treasure? Czy można mienić się fanem The Cure nie znając Want, jednego z najlepszych albumowych otwieraczy? No i w końcu, czy można żyć ze świadomością, że w obrazku, na który spoglądamy, brak kilku istotnych puzzli? Nie wyobrażam sobie by zabrakło w nim Numb, prawdziwej perły finalizującej album "Wild Mood Swings". To jedno z najbardziej poruszających nagrań, które warto odkryć na swój własny użytek. 

Sądzę, że po dwudziestu latach jakie minęło od wydania tejże płyty, śmiało można już zdjąć z niej odium, na które szczerze mówiąc, wcale sobie nie zasłużyła. Dostrzeżmy w końcu, że brzydkie kaczątko za jakie dotychczas je mieliśmy, nigdy takowym nie było. Co sprawiło, że nie ujrzano w nim pięknego, białego łabędzia? Może po prostu płyta nie trafiła w swój czas, a może była momentami zbyt radykalnym odejściem od kolein, jakie wyżłobiło w naszych głowach przez lata The Cure. Cokolwiek by to nie było, niechaj sprawiedliwości stanie się zadość. Jeśli macie w zasięgu ręki ten album, proponuję zdmuchnąć dziś z niego kurz i ponownie udać się do tego wesołego miasteczka. Może tym razem klaun okaże się być milszy, zakupione baloniki nie ulecą w dal, a przejażdżka na karuzeli łańcuchowej nie wywróci wam żołądka na drugą stronę. By się tego dowiedzieć, trzeba ponownie zakupić bilet. Czy masz w sobie tyle odwagi?


Jakub Karczyński

23 czerwca 2026

DARK DECAY FESTIVAL


Ciemność widzę, ciemność! Ten kultowy tekst pochodzący z "Seksmisji" poza walorami humorystycznymi idealnie pasowałby mi też jako reklama nadchodzącego festiwalu Dark Decay. Pierwsza edycja tej imprezy odbędzie się już za dwa dni w Poznaniu. Między 25 - 27 czerwca klub "2Progi" (Al. Niepodległości 36) wezmą we władanie wszelkiej maści strzygi, zombie i nietoperze, a scenę obejmą:

Soror Dolorosa (FR)

Selofan (GR)

Psyche (CA)

Christ vs Warhol (US)

Days Of Sorrow (DE)

Chaos International* (GB/PL)

Date At Midnight (IT)

This Eternal Decay (IT)

Soft Scent (IT)

Ductape (TR)

Aux Animaux (SE)

Kurschatten (DE)

Bragolin (NL)

Rosengarden Funeral Party (US)

After The Sin (PL)

Poza koncertami będzie też okazja do rozruszania na parkiecie swych zesztywniałych kości. O odpowiednie naoliwienie stawów, zadba grupa doborowych DJ-ów. Nikt zatem na Dark Decay nie powinien się nudzić. Jeśli jeszcze nie zakupiliście biletów, to macie ostatnią szansę by zrobić to nieco taniej, niż w dniu festiwalu. W pogodzie najbliższe dni zapowiadają się niezwykle upalnie, natomiast w "2Progach" powieje chłodem jakiego jeszcze tam nie widziano. Polecam zajrzeć.


Jakub Karczyński


* Z powodów zdrowotnych występ zespołu No More został odwołany. W jego miejsce pojawi się Chaos International.

18 czerwca 2026

TRADYCJA


Jutro czeka mnie voyage, voyage do Wrocławia na występ Anji Huwe. Przed niespełna rokiem, jechałem do Wrocka na Public Image Ltd, a teraz by obejrzeć inną legendę, tworzącą niegdyś Xmal Deutschland. Pomału robi się z tego piękna tradycja. Anja w ostatnim czasie dość często pojawia się w Polsce. Była jedną z gwiazd ostatniej edycji festiwalu Soundedit, ale wtedy nasze ścieżki się nie przecięły. Mając do wyboru tylko jeden festiwalowy dzień, zdecydowałem się na ten, gdzie grali The Chameleons, Fields Of The Nephilim i 1984. Wychodzi na to, że postawiłem na właściwego konia, bo to co mnie ominęło w ubiegłym roku, będzie okazja nadrobić już jutro. Oczywiście nie wszystko, bo przecież Gavin Friday też przeszedł mi wtedy koło nosa, czego ogromnie żałuję. Może jeszcze będzie kiedyś okazja go zobaczyć. W tym roku za to ostrzę sobie zęby na The Wolfgang Press i Marca Almonda, którzy uświetnią tegoroczną edycję Soundedit. 

Wracając jednak do Anji Huwe, to jej powrót na scenę, to zasługa Mony Mur. To ona przekonała ją by wrócić do śpiewania, za co wszyscy powinniśmy być jej dozgonnie wdzięczni. Gdyby nie ona, nie powstałaby przecież solowa płyta Anji "Codes" (2024), w której to Mona miała także swój udział. To właśnie ten album będzie promować jutro nasza bohaterka, ale zapewne znajdzie się też i miejsce dla kilku utworów jej macierzystej formacji. Miejsce, w którym wystąpi - Stary Klasztor, to wprost idealna lokalizacja dla takiej muzyki. Miałem przyjemność oglądać tam i Wayne'a Husseya jak i Clan Of Xymox, a teraz przyjdzie i czas na Anję Huwe. Supportem będzie rodzimy Closterkeller i jest to jak najbardziej zrozumiała decyzja, bowiem swój pseudonim, Anja Orthodox zawdzięcza właśnie Anji Huwe. Closterkeller w początkach działalności mocno inspirował się takim falowym graniem. Szkoda, że dziś płyną już w zupełnie innym kierunku, bo co by nie mówić o grupie Closterkeller, to faktem jest, że wykonała ona niesamowitą pracę, dzięki której gotyk wdarł się do polskich domostw. Czy to dobrze, czy to źle, niechaj każdy rozsądzi sam. Tymczasem ja wracam do przesłuchiwania płyt Xmal Deutschland, Anji Huwe i może zdmuchnę w końcu kurz z płyty "Argento" (2025). Lepszej okazji już chyba nie będzie, by zmierzyć się z ostatnim albumem Closterkellera.  


Jakub Karczyński 

12 czerwca 2026

MEMENTO MORI DANCE CLUB


Niezwykle rzadko zdarza mi się sięgać po muzykę folkową, a tym bardziej poświęcić jej parę słów na blogu. Piętnaście lat wstecz było nieco inaczej, bowiem fascynowały mnie tego typu dźwięki. Jednym z obowiązkowych punktów był dla mnie festiwal Ethno Port, który w tamtym czasie odbywał się w Starym Korycie Warty. Przy pięknej pogodzie, można było się tam poczuć niezwykle komfortowo i zapomnieć na chwilę, że jesteśmy w środku miasta. Atmosfera pełnego wyluzowania, wokół uśmiechnięci i roztańczeni ludzie, a na scenie artyści z różnych stron świata. Chodziło się tam na wszystko, bo przecież mało kto znał tych twórców. I właśnie ta podróż w nieznane, stanowiła o wielkiej sile tego festiwalu. Ethno Port wciąż gra, tyle tylko, że zmienił miejsce. Teraz urzęduje w Centrum Kultury Zamek. Zmiana ta na tyle mnie oburzyła i zniesmaczyła, że obraziłem się na festiwal i nie uczestniczę już w tym wydarzeniu. Może jeszcze kiedyś tam zawitam, ale póki co mam inne priorytety jak choćby pierwszą edycję trzydniowego festiwalu Dark Decay. Jest to mój absolutny priorytet, więc reszta musi zejść na dalszy plan. Muzyka folkowa jednak chcąc nie chcąc, wdziera się ostatnio w moje życie coraz śmielej. Zaczęło się od zakupu "Pisma folkowego", z którego to chciałem zaczerpnąć nieco świeżych informacji, o tym co teraz rozpala wyobraźnię folkowych dziennikarzy. Jednak to nie tam natknąłem się na zespół, który przyciągnął moją uwagę najpierw nazwą, później okładką, a na koniec muzyką. Przeglądając przypadkiem ofertę pewnego sklepu internetowego, mój wzrok zatrzymał się na tej intrygującej nazwie. Sam koncept był również na tyle frapujący i tak odległy od tego wszystkiego z czym mamy zazwyczaj do czynienia w muzyce popularnej, że nie mogłem przejść obok tego obojętnie. Pomysł by w pieśniach religijnych odkrywać ich taneczny pierwiastek, jest tyleż szalony co intrygujący. Nie chodzi tu jednak o muzykę dyskotekową, lecz o polonezy i mazurki, które to podrywały niegdyś ludziom nogi do tańca. Zestawienie tych z pozoru nieprzystających do siebie elementów, dało niesamowity efekt. Właśnie czegoś takiego oczekuję od polskiej muzyki. Nie powielania anglosaskich wzorców, które może i robią wrażenie, ale w żaden sposób nie wytyczają nowych dróg. Cieszę się, że nie brak w naszym kraju otwartych głów, gotowych przemierzać mało uczęszczane szlaki. Nie jest to muzyka, do której będziemy wracać dzień w dzień, jak do letnich przebojów. Tu potrzebne jest skupienie i odpowiednie warunki. Deszczowe, pochmurne lato lub jesienna słota, będą tu najlepszymi sprzymierzeńcami. Dajcie się namówić na tę podróż. Kto wie, może odkryjecie coś, czego nie spodziewaliście się znaleźć. To właśnie jest piękno muzyki.


Jakub Karczyński


PS Zainteresowanych wsparciem "Czarnych słońc" odsyłam pod ten adres:  https://buycoffee.to/czarne-slonca. Zachęcam też do aktywności w komentarzach, bo właśnie tę formę wsparcia cenię sobie najbardziej. Za każde dobre słowo z góry serdecznie dziękuję. 


31 maja 2026

CIERPLIWY ŁOWCA


"Szukam wciąż okazji i je mam" śpiewał niegdyś Lech Janerka i bywają takie chwile, że mogę podpisać się pod tymi słowami. Oczywiście w przypadku płyt, nie zawsze uda się upolować coś w okazyjnej cenie, ale cierpliwość w tym przypadku niekiedy bardzo popłaca. Zdaję sobie sprawę, że każdy z nas, gdy już coś dojrzy, chciałby to od razu mieć. Sam tak mam, ale niekiedy pozwalam pewnym płytom się nieco odleżeć w koszyku, zanim otworzę portfel. Tak było w przypadku albumu "Volunteer" (1988) grupy Sham 69. Miałem ją na swej liście życzeń, ale jej cena nie była na tyle okazyjna, bym skusił się na natychmiastowy zakup. Przyszpiliłem ją do swej tablicy i skierowałem wzrok na inne, potencjalnie atrakcyjne obiekty. Niekiedy udaje się doczekać chwili, gdy sprzedawcy zniechęceni zbyt długim oczekiwaniem na kupca, obniżają nieco cenę, bo przecież każdy wie, że CCC - cena czyni cuda. W tym wypadku jednak tak nie było. Oferta trzyma się dzielnie do dziś dnia, ale w międzyczasie wyrosła jej konkurencja, która oferowała to wydawnictwo dwadzieścia złotych taniej. No i tu już nie było się nad czym zastanawiać. Szybko wymieniłem ze sprzedającym kilka istotnych dla mnie informacji i sfinalizowałem zakup. Jak się okazało, był to strzał w dziesiątkę. I to podwójny. Po pierwsze, płyta okazała się być w idealnej kondycji, a dołączona do niej poligrafia nie nosiła absolutnie żadnych śladów używania. Nawet stopery nie były odbite na książeczce, więc wnoszę, że ktoś bardzo dbał o ten album. Stan zachowania płyty to jedno, ale zbiór kompozycji jakie się tu znalazły, to prawdziwy cream de la cream. Oczywiście piszę to z pozycji laika, który dopiero zaczyna poznawać dorobek tego zespołu. Nie wiem, które albumy są cenione przez fanów, a które nieco mniej, ale może tak jest lepiej. Przynajmniej mam szansę wyrobić sobie własny pogląd na dorobek tej kapeli. "Volunteer" brzmi w mych uszach nad wyraz dobrze. Właściwie nie ma tu chybionych strzałów. Wszystko brzmi niezwykle przebojowo, ale są utwory, które zdecydowanie wysuwają się na czoło tego peletonu. Do tego grona zaliczyłbym Outside The Warehouse, którego wstęp kojarzy mi się z sensacyjnym kinem lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych. Pamiętacie może taki film z czasów ery VHS jak "Chains" (1989)? Grupka znajomych w drodze na koncert, chcąc skrócić sobie drogę, zapędza się omyłkowo do dzielnicy, którą kontroluje gang. Wplątują się w pewien konflikt i sami stają się celem gangu. Chronią się w opuszczonym magazynie by przeczekać tam noc, ale nieopatrznie zdradzają gangowi swoje położenie. Tak oto zaczyna się walka o przetrwanie. Miałem niegdyś ten film na taśmie VHS, nagrany razem z filmem "Moto diabły" (1989). Wtedy bardziej przemawiał do mnie ten ostatni obraz, w którym to grupa żołnierzy na motorach, walczy w wietnamskiej dżungli z dzikusami. Ich celem jest uwolnienie pojmanych kolegów oraz zdobycie złota, odkrytego przypadkiem w jednej z jaskiń. Świetne kino akcji, którego dziś nieco brakuje. Z kolei film "Chains" pamiętam jak przez mgłę. Był bardzo mroczny, brutalny i chyba nie należało pokazywać go dziesięciolatkom, ale wtedy takimi rzeczami nikt się nie przejmował. "Koszmar z ulicy wiązów"(1984)? "Egzorcysta" (1973)? "Martwica mózgu" (1992)?  Proszę bardzo. Oglądaj do woli. Aż skóra cierpnie jak pomyślę sobie, co wtedy lądowało w domowych odtwarzaczach. O dziwo, nie odbiło się to negatywnie na mojej psychice, niemniej nie pozwoliłbym swoim dzieciakom na tego typu rozrywkę. W temacie filmów stawiamy tu kropkę i wracamy na główny szlak, czyli do zawartości muzycznej albumu "Volunteer". Poza świetnym otwarciem (Outside The Warehouse), mamy tu też nagranie o potencjale radiowego singla - Wallpaper, które płynnie przechodzi w nie mniej przebojowe Mr Know It All. Świetnie wypada też As Black As Sheep, będący czymś na kształt ballady. Takich udanych nagrań mamy tu co nie miara, ale polecam zwrócić szczególną uwagę na kompozycję Bastard Club oraz nagranie tytułowe, które pięknie finalizują ten jakże udany album. Okazuje się, że nie trzeba nagrywać dźwiękowych kolosów ciągnących się w nieskończoność, by stworzyć dzieła warte odnotowania w muzycznych encyklopediach. W przypadku płyty "Volunteer" wystarczyło trzydzieści pięć minut. Dobrze znać umiar, bowiem jak uczy życie, lepszy niedosyt niż przesyt.

Debiutancki album byłego wokalisty The Undertones, był również na mym celowniku od dłuższego czasu i podobnie jak "Volunteer", musiał nieco poczekać, nim trafił do mojej płytoteki. Był on ostatnim brakującym elementem układanki, który to domykał dyskografię Feargala. Muzyka zawarta na tejże płycie, porusza się w obszarze eleganckiego popu. Próżno szukać tu punkowego brudu i szorstkości. Tutaj wszystko jest dopięte na ostatni guzik, gładkie i wymuskane. Za produkcję odpowiadał David Stewart z Eurythmics, a za partie smyczkowe sam Michael Kamen, więc o żadnej zadziorności nie może być tu mowy. Zazwyczaj omijam takie albumy szerokim łukiem, ale przez wzgląd na Feargala zrobiłem wyjątek. Słuchając tej płyty przychodzą mi do głowy skojarzenia z drogą jaką przebył Phil Collins z Genesis. On również na swych solowych płytach, poszedł w zupełnie innym kierunku muzycznym, odcinając się niejako od tego co robił przez lata w Genesis. Ktoś powie, że tak trzeba, jeśli chce się pracować na swój rachunek. Pełna zgoda, niemniej w uszach słuchaczy może pojawić się pewien dysonans. Pamiętam jak Tomek Beksiński narzekał na solową twórczość Collinsa, nie mogąc znieść w jego muzyce nadmiernego wyeksponowania instrumentów dętych. Doskonale go rozumiem, bo ja również nie należę do grona entuzjastów tego typu brzmień. W przypadku Feargala nieco łatwiej zaakceptować mi ten gładziutki pop, choć gdyby był to album nie powiązany z The Undertones, to pewnie w ogóle bym się nim nie zainteresował. Myślę, że bardziej pasowałaby on do płytoteki Patrica Batemana, bohatera książki jak i filmu "American Psycho". Dlaczego? Patrick lubił elegancki pop, gdzie wszystko jest na wysoki połysk. W mojej opinii, muzyka zawarta na debiucie Feargala jest jak dobrze skrojony garnitur, tyle tylko, że nie każdy dobrze w nim wygląda. Osobiście preferuję bardziej nieformalny strój. Co by jednak nie mówić o tej płycie, to nie można nie docenić faktu, że pochodzący z niej utwór A Good Heart okupował szczyty list przebojów nie tylko w Anglii, ale także Irlandii, Belgii, Holandii, a nawet w Australii. To bezsprzecznie jego największy hit, choć mnie dużo bardziej podobają się nagrania Ghost Train czy Ashes And Diamonds. Sam album też radził sobie całkiem nieźle. Największe uznanie i odbiór miał w Holandii i w Australii, notując kolejno szóste i siódme miejsce na listach najlepiej sprzedających się płyt. Jeśli więc macie ochotę zanurzyć się w świecie eleganckiego popu, to albumy Feargala powinny wam się spodobać. Mnie jednak niesie dalej, do krain i dźwięków oplecionych dzikością. Do miejsc, w których zamiast wygodnych skórkowych kanap, otrzymacie w najlepszym wypadku miejsce na pniu ściętego drzewa.


Jakub Karczyński


PS Tradycyjnie przypominam o linku prowadzącym do wirtualnej kawy. Zainteresowanych wsparciem mojej pisaniny odsyłam po ten adres:  https://buycoffee.to/czarne-slonca.Za każde dobre słowo jak i wsparcie z góry serdecznie dziękuję. 
 

21 maja 2026

KAPU KAI - REBORN (2026)


Oczekiwanie bywa ekscytujące, jeśli osadzone jest w stosunkowo krótkiej perspektywie czasu. Gorzej, gdy przychodzi nam zmagać się z nim zbyt długo, wtedy uczucie ekscytacji stopniowo gaśnie. Z czasem tracimy wiarę w jego realizację i zapominamy na co żeśmy tak niecierpliwie czekali. Bywa jednak i tak, że przedmiot naszej atencji, tak bardzo rozpala naszą wyobraźnię, że nawet czas przestaje mieć aż takie znaczenie. Godzimy się z tym i żyjemy sobie jak gdyby nigdy nic, co jakiś czas wracając myślą do pożądanego przedmiotu. Tak też było w przypadku pewnej płyty.    
  

"Być może Mary tak dużo myślała o  opuszczonym ogrodzie, ponieważ nie miała nic innego do roboty. Była strasznie ciekawa, jak on wygląda.


Te słowa pochodzące z książki "Tajemniczy ogród", zdają się doskonale korespondować z uczuciem jakie towarzyszyło mi podczas oczekiwania na debiutancką płytę zielonogórskiego Kapu Kai. Od momentu, gdy usłyszałem pierwsze dźwięki, zachodziłem w głowę, jak też będą prezentować się pozostałe rozdziały tej historii. Póki jednak nie otrzymaliśmy klucza/płyty, mogliśmy bazować jedynie na domysłach, wyobrażać sobie, w którym kierunku podąży muzyczna wyobraźnia twórców. Wraz z początkiem maja mam już w swych dłoniach klucz, dzięki któremu mogłem nareszcie przekroczyć próg ogrodu. 


"Długo patrzyła na klucz. (...) Jeśli to klucz do zamkniętego ogrodu, to postara się znaleźć furtkę i zobaczy, co się tam dzieje za murem i co się stało z tymi krzakami róż. Pragnęła ten ogród zobaczyć także dlatego, że od tak dawna był zamknięty.


Wchodząc tam miałem za przewodnika myśl Williama Butlera Yeatsa  - Stąpaj ostrożnie, gdyż stąpasz po moich marzeniach, choć po wysłuchaniu tej płyty, nie sądzę by zespół potrzebował jakiejś taryfy ulgowej. Muzyka zawarta na płycie "Reborn" (2026), choć dopiero co zakwitła, brzmi nad wyraz dojrzale i profesjonalnie. Próżno szukać w niej fałszywych nut i nieporadności cechującą debiutantów. Nawet jeśli jeszcze nie wszystkie kompozycje trafiają w sam środek tarczy, to i tak jest to jeden z najlepiej rokujących zespołów. Oni mają wizję swojej muzyki, czyli coś o czym nie ma pojęcia większość debiutantów. I choć jeszcze zdarza im się czasami pobłądzić w tym ogrodzie (Swallow), to nigdy nie jest to droga prowadząca na manowce. Może momentami warto byłby postawić na nieco bardziej "przebojowe" motywy muzyczne, na filmowy rozmach i przestrzeń, tak jak choćby w In The Night, który skromnymi środkami świetnie buduje podskórne napięcie. Wyobraźmy sobie, że David Lych zaprasza do współpracy Lanę Del Rey i wspólnie odnajdują miejsce, gdzie muzyka pop przecina drogę alternatywie. Może właśnie w tym tkwi klucz do serc słuchaczy, który pozwoli zainteresować sobą większe grono odbiorców. Wierzę, że ich muzyczna intuicja zaprowadzi nas jeszcze w wiele pięknych i tajemniczych miejsc.   

Cieszy mnie też fakt, że w końcu doczekaliśmy się płyty, która nie jest zakotwiczona w polskiej rzeczywistości, nie tapla się w naszym bagienku i nie rozgrzebuje narodowych ran. Wznosi się ponad to, zabierając słuchacza w niesamowitą podróż. Jej uniwersalność sprawia, że mogłaby zostać nagrana tak w Europie, na Wyspach Brytyjskich czy Stanach Zjednoczonych. Świetnie nadawałaby się też do zilustrowania jakiegoś filmu i to najlepiej takiego zrealizowanego w Hollywood. Gdyby David Lynch byłby wciąż wśród żywych, to nie mam żadnych wątpliwości, że zakochałby się w tych dźwiękach. Muzyka Kapu Kai jest opleciona lynchowskim mrokiem, który sączy się w niespieszny sposób do naszych serc i dusz. Jej onirycznych charakter sprawia, że obcujemy z czymś niezwykle delikatnym i ulotnym. Jest niczym poranna mgła, unosząca się nad wrzosowiskami. Nie sposób ją pochwycić, a jednak trudno zaprzeczyć jej istnieniu. Albumu "Reborn" najlepiej doświadczać w nocy. To właśnie wtedy rozkwita najpełniej i najpiękniej. Zarezerwujcie sobie na niego czas, bo to płyta wymagający kontemplacji. Trzeba jej stworzyć odpowiednie warunki, aby ją zrozumieć i docenić. Nie pamiętam kiedy ostatnio ciarki przebiegały przez me ciało, ale słuchając takiego In The Night, doświadczyłem tego uczucia kilkukrotnie. To zdecydowanie jeden z najmocniejszych punktów tego albumu, a przecież nie jedyny, bo równie wiele piękna odnajdziecie w kompozycjach Today czy Satruday Roses. Ten ostatni utwór został okraszony fenomenalnym klipem, który tylko podsyca wyobraźnię odbiorcy. Artyzm najwyższej próby. Widać, że zespół wie gdzie zmierza i realizuje to z chirurgiczną precyzją. Mam nadzieję, że album ten odbije się szerokim echem, a medialny reflektor rzuci na nich nieco światła, bo zasługują na to jak mało kto. Przed nimi ogrom pracy, zwłaszcza tej pozamuzycznej, ale chcąc zaistnieć, trzeba wygospodarować też czas na wywiady, social media i tym podobne sprawy. Bez tych działań, artysta choćby stworzył najpiękniejszą muzykę, skazany jest na niszowość. Trzymam więc za nich mocno kciuki i liczę na to, że ich kariera nabierze tempa, a małe kluby zamienią się wkrótce na koncertowe hale.  

Podsumowując. Debiutancki album Kapu Kai zawstydza. Właśnie tak. Zawstydza rodzimych artystów, którzy mogą tylko spoglądać z zazdrością na kunszt, artystyczną wizję i dojrzałość. Zawstydza też polskie społeczeństwo, które w większości nie doceni i nie zrozumie fenomenu tej płyty. Nie znaczy to jednak, że nie mamy obsiewać nasionami tej muzycznej grządki. Ona choć na razie skromna, wyda kiedyś plon, który będzie zaczynem inspirującym przyszłych twórców. Musi jednak upłynąć nieco wody w Warcie, zanim nasze społeczeństwo wyrwie się z rąk przaśnego disco polo, prostackiego rapu czy "Męskiego grania". Jeśli teoria ewolucji sprawdza się też na niwie kultury, to wierzę, że i oni odnajdą kiedyś klucz do tego tajemniczego ogrodu.


Jakub Karczyński
  

06 maja 2026

HEY HO! LET'S GO!


Piękny wiosenny dzień zmobilizował mnie do opuszczenia swej krypty. Wsiadłem więc w tramwaj nr 1, który po niespełna dwudziestu minutach, dowiózł mnie w okolice ronda Jana Nowaka Jeziorańskiego. Stamtąd czekał mnie jeszcze kilkunastominutowy spacer, zwieńczony przekroczeniem progu sklepu na ulicy Polnej 22. To właśnie tam mieści się "Longplay", do którego zaglądam od czasu do czasu, by wzbogacić swoją płytotekę. Co prawda w ofercie sklepu dominują winyle, ale i kompaktów tam nie brak. Przejrzałem sobie niespiesznie interesujące mnie kategorie, mając nadzieję znaleźć pośród nich coś przy czym pojawiłby się w mym oku jakiś błysk. Niestety większość rzeczy, albo już posiadam, albo też znajdują się poza strefą moich zainteresowań. Gdy już zaczynałem tracić nadzieję, natknąłem się na pewnego "japończyka". Kolekcjonerzy płyt wiedzą w czym rzecz, jednakże osobom niewtajemniczonym należy się słówko wyjaśnienia. "Japończyk", jak nietrudno się domyślić, wskazuje nam na kraj pochodzenia płyty. Takie wydania charakteryzują się nie tylko paskami obi, ale i lepszą jakością dźwięku, a niekiedy także dodatkową zawartością muzyczną. Z tej też przyczyny są one niezwykle pożądane przez kolekcjonerów. Nigdy jakoś nie miałem zapędów audiofilskich, ale tym razem postanowiłem zmierzyć się z tymi japońskimi edycjami. Punk rock może nie jest najlepszym gatunkiem do oceniania jakości dźwięku, ale cóż poradzić skoro już tak się przydarzyło. Bez zbytniego entuzjazmu wrzuciłem na talerz swojego remastera, by po kilku chwilach załączyć wersję japońską. Myślałem, że trzeba mieć ucho niezwykle wrażliwe na dźwięki, takie co to usłyszy odgłos upadającej szpilki w zakładach szwalniczych pracujących pełną parą, aby dostrzec różnicę. Ku mojemu zdziwieniu, nawet średnio wyrobione ucho, da radę zauważyć różnicę. Japończyk jest jakby selektywniejszy, co w przypadku jazgotliwego punk rocka ma niebagatelne znaczenie. Szkoda, że to nie Japończycy ustalają standardy brzmień na nośnikach, bo jak widać znają się na tej robocie jak nikt inny. To co dla przeciętnego Japończyka jest standardem, dla nas jest luksusem, za który musimy dodatkowo płacić. Wspominałem powyżej, że wersje z krzaczkami, czasem posiadają dodatkowe utwory, które to stanowią nie lada gratkę dla kolekcjonerów. Próżno ich szukać na pozostałych edycjach przeznaczonych na inne rynki. To taka nagroda za wierność tradycyjnym nośnikom, które w Japonii wciąż trzymają się mocno. Lech Wałęsa mówił niegdyś, że Polska będzie drugą Japonią, ale mówiąc to, nie miał chyba na myśli rynku płytowego. Swoją drogą byłoby fajnie, gdybyśmy dorównali w tym aspekcie Japończykom. Może czas więc zakasać rękawy i wziąć się za pracę u podstaw. Kto wie, może kiedyś to Polska będzie wyznaczać standardy w tej materii i to do nas będą puszczać zalotnie oko kolekcjonerzy. Zatem - Hey Ho! Let's Go!


Jakub Karczyński


PS Dla chętnych, wklejam link do wsparcia mojej pracy https://buycoffee.to/czarne-slonca Ta symboliczna kawa, to nie tylko motywacja do cięższej pracy, ale i realne wsparcie, które pozwala mi uczestniczyć w koncertach, poznawać nowe jak i stare płyty, o których to możecie poczytać na łamach "Czarnych słońc". Serdeczne dzięki więc, dla tych, którzy zdecydowali się udzielić mi takowego wsparcia.

25 kwietnia 2026

TOWARZYSTWO TANECZNE


W ostatniej audycji Micka Mercera pojawiło się kilka nagrań The Danse Society, w tym nagranie My Heart z debiutanckiej płyty. Przyznam szczerze, że w moim prywatnym rankingu ich najlepszych płyt, szczyt od lat okupuje ich drugi album "Heaven Is Waiting" (1983). Debiut jakoś nie zaskarbił sobie mojej atencji i stał sobie przez długie lata na półce, nie niepokojony przez nikogo. Impuls od Micka spowodował, że stanąłem do ponownej konfrontacji z tym materiałem. Tym razem już maksymalnie skupiony, by wyłapać to czego wcześniej nie udało mi się dostrzec. Aby wzmocnić siłę odbioru posłużyłem się słuchawkami, dzięki którym łatwiej jest wyłapać to co dzieje się na drugim, a czasem i na trzecim planie. Słucham więc sobie tego materiału i zachodzę w głowę gdzie ja wcześniej miałem uszy. Przecież tu aż roi się od mrocznych brzmień, które może nie powalają przebojowością, ale za to tworzą niesamowitą atmosferę. Momentami czuć tu echa Joy Division, ale przecież nie ma w tym nic złego. Co prawda, w dalszym ciągu płytą pierwszego wyboru, będzie dla mnie album "Heaven Is Waiting", ale debiut zyskał w moim rankingu kilka dodatkowych punktów. Zerknąłem sobie do recenzji tej płyty na moim blogu, by zobaczyć jak wówczas ją postrzegałem. Pod większością stwierdzeń wciąż mógłbym się podpisać, ale bywają i takie, przy których już bym tak kategorycznie nie obstawał. To tylko pokazuje, że pisanie recenzji nie ma większego sensu. Są one zapisem danej chwili, emocji jakie wówczas nam towarzyszyły i okoliczności. Nie ma więc sensu kruszyć o nie kopii. Poza tym każdy z nas przefiltrowuje muzykę przez własne preferencje muzyczne, stąd też nie ma czegoś takiego jak obiektywna recenzja. Dlatego też nie podchodźmy do nich śmiertelnie poważnie, bo jak głosi stare powiedzenie, gdzie dwóch Polaków tam trzy opinie.  

Jakub Karczyński

22 kwietnia 2026

MICK


Ostatnio niedzielne wieczory spędzam w towarzystwie Micka Mercera. Mick obecny jest co prawda tylko głosem, który sączy się z radia, ale za to dostarcza dużo świetnej muzyki. Jego audycji można słuchać w streamingu pomiędzy 21:00 - 24:00 i jest absolutnie obowiązkową lekcją dla każdego szanującego się gotha. Zacznijmy jednak od prezentacji Micka Mercera, bo choć wykonuje swoją pracę o dawien dawna, to jednak nie zyskał takiej rozpoznawalności poza Wyspami jak John Peel. Mick jest tym dla sceny gotyckiej czym u nas jest/był  Marek Wiernik dla sceny punkowej. Opisywał narodziny sceny gotyckiej w swym zinie Panache, następnie szerzył swoją pasję na łamach ogólnokrajowego pisma Zigzag. Napisał też kilka książek poświęconych temu zjawisku. Szkoda, że nikt nie zdecydował się dokonać ich przekładu na język polski. W dobie wzrastającego zainteresowania muzyką gotycką, myślę, że byłby to całkiem rozsądny i zrozumiały ruch. Pozostają więc nam audycje Micka, w których to wyławia on całą rzeszę mniej lub bardziej rozpoznawalnych kapel. Śledzący go na facebooku mogli ostatnio przeczytać recenzję EP-ki naszego gotyckiego dobra narodowego w postaci grupy Miguel & The Living Dead. Jak widać macki Mercera sięgają nawet tu. Pomimo upływu czasu, wciąż jest żądny nowej muzyki. Nie zamknął się w mauzoleum jak wielu starszej daty dziennikarzy, którzy słuchają już tylko tych piosenek, które już raz słyszeli. W ostatnim programie, wyłowiłem kilka interesujących kapel jak choćby Pneumania, Mouth Ulceres, Antipole & Pedro Code czy Sister Ghost. Po wysłuchaniu nagrania Crashland Sister Ghost, odszukałem profil zespołu na Bandcamp i zakupiłem sobie ich EP-kę "Oracle". Choćby dla tego jednego utworu musiałem ją mieć. Cudo, przywodzące mi nieco na myśl dokonania All About Eve, których płytami byłem swego czasu zafascynowany. Wciąż ich bardzo lubię, choć dawno nie słuchałem. Może to właśnie ten moment by sięgnąć po ich muzykę, która wypełni mi czas oczekiwania na EP-kę. Kłaniam się niniejszym Mickowi w pas, dziękując za świetną audycję, jak i odkrycie nowych terytoriów dźwiękowych. Nadstawcie uszu w najbliższą niedzielę. Wszelkie niezbędne informacje znajdziecie na profilu Micka na Facebooku.


Jakub Karczyński


PS Osoby zainteresowane postawieniem mi wirtualnej kawy serdecznie zapraszam pod ten adres https://buycoffee.to/czarne-slonca. Wsparcie na zasadzie co łaska. Niezależnie od tego macie cały czas nieograniczony dostęp do całej zawartości bloga. Rozważam jednak uhonorowanie w jakiś szczególny sposób moich darczyńców. Pomysł zakiełkował, teraz tylko czekać na jego rozkwit.

14 kwietnia 2026

KONCERTÓWKA


Po blisko trzech miesiącach od złożenia zamówienia, w miniony czwartek, żona znalazła w skrzynce pocztowe awizo. Doskonale wiedziałem co się za nim kryje. Przesyłka nadana w Anglii, wreszcie dotarła do celu. Co prawda, na jej odbiór musiałem poczekać do dnia następnego, ale czymże jest te kilkanaście godzin. Przypomina mi się w tym momencie scena z warsztatu samochodowego w "Co mi zrobisz jak mnie złapiesz". Skoro czekałem już te dziewięćdziesiąt dni, to na jeden dzień zwłoki mogę sobie jeszcze pozwolić. Czytelnicy o skłonnościach matematycznych mogą policzyć sobie jaka to będzie strata procentowa, a humaniści mogą spokojnie czytać dalej. Wszak wiedza ta, nikomu do niczego potrzebna dziś nie będzie. Gdy tylko nastał nowy dzień, a Poczta Polska otworzyła wrota swej placówki, przekroczyłem jej próg wraz z kilkoma emerytami, którzy skoro świt załatwiają wszystkie swoje sprawy. W dobie paczkomatów, odwiedzam pocztę już tylko incydentalnie. Właściwie gdyby nie przesyłki międzynarodowe spoza UE, za które pobierane jest cło oraz urzędowa korespondencja od państwa, to instytucja ta mogłaby dla mnie nie istnieć. Świat się na tyle zmienił, że wiele z funkcji pocztowych przejęły prywatne podmioty, które wywiązują się ze swych zdań dużo lepiej. No, ale nie o poczcie miało być, a o przesyłce z Anglii. 

Po wyjęciu zawartości z koperty, mogłem już odetchnąć, że album "Alive" od Public Image Limited dotarł bezpiecznie do stacji końcowej. Swoją drogą, to nie wiem czy w Anglii nie mają kopert bąbelkowych czy może zawartość przesyłek traktowana jest tam z należytym szacunkiem, ale dość powiedzieć, że album dotarł do mnie bez jakichkolwiek uszkodzeń. Pytanie czy byłoby tak, gdyby wydano go w plastikowym pudełku, a nie w kartoniku. Jeśli już jesteśmy przy formie wydania, to jest ona niezwykle skromna. Zabrakło nawet nazwy i tytułu płyty na grzbiecie. Książeczka dołączona do wydawnictwa to chyba zbyt szumna nazwa, bo to zaledwie dwie strony wypełnione w większości małymi zdjęciami. Na szczęście znalazło się też miejsce na listę nagrań oraz przedstawienie bohaterów biorących czynny udział w nagraniu tej płyty. Za to niezwykle oszczędne w formie wydawnictwo, przyszło mi zapłacić w przeliczeniu na złotówki coś koło 150 zł. Jeśli doliczymy cło w wysokości 33 zł, to wychodzi nam cena jak za porządnego winyla. Sami przyznacie, że to lekka przesada, ale tłumaczę sobie to niskim nakładem, a jak wiadomo im mniejsza liczba kopii, tym więcej trzeba zapłacić za wytłoczenie egzemplarza. Sądzę jednak, że wraz z upływem czasu, wartość kolekcjonerska tego wydawnictwa będzie tylko rosła. Wpływ na to ma fakt, że nie zostało to wpuszczone do masowej sprzedaży, wielkość nakładu jak sądzę była symboliczna, stąd też każdy kto ma ten album w swojej kolekcji, niechaj na niego chucha i dmucha. Na album składa się trzynaście kompozycji zarejestrowanych podczas ubiegłorocznej trasy. Dwa nagrania pochodzą z wrocławskiego koncertu, na którym to miałem przyjemność być. Jest to więc dla mnie tym bardziej ważne wydawnictwo, do którego przyjemnie będzie wrócić za kilka lat. Na albumie "Alive" odnajdziecie takie killery jak Home, World Destruction, This Is Not A Love Song, Death Disco, Warrior, Public Image czy choćby Rise. Słucha się tego znakomicie, a nagrania choć pochodzą z różnych miast, tworzą spójną całość. Jeśli jednak chcielibyście się przekonać jak to wygląda na żywo, to wkrótce będzie szansa. Już w maju PIL przyjedzie do Polski na cztery koncerty. Zagrają w Gdańsku, Poznaniu, Warszawie i Krakowie. Sprawdźcie co John i jego koledzy mają do zaproponowania swoim fanom na żywo. Jeśli lubisz szalony świat dźwięków Johna Lydona, to nie może cię tam zabraknąć. Kto wie, kiedy nadarzy się kolejna taka okazja.


Jakub Karczyński


PS Wirtualna kawa wsparcia dostępna niezmiennie pod adresem https://buycoffee.to/czarne-slonca. Serdeczne podziękowania dla Pana Piotra, za docenienie mojej pracy. Miło widzieć, że ta moja pisanina jest komuś do czegoś potrzebna. Abstrahując od kawowego wsparcia, to najbardziej cieszy mnie interakcja z Wami. Zostawiajcie więc swoje komentarze, dzielcie się przemyśleniami jak i ciekawymi historiami sprzed lat. Niech to miejsce tętni życiem.  

08 kwietnia 2026

W OKU LUNETY


Mądrością myśliwego jest to by być w odpowiednim miejscu i czasie. Tylko to gwarantuje, że łowy będą udane, a spiżarnia nie będzie świecić pustkami. Trzeba wiedzieć gdzie się zaczaić, a jakie rejony można sobie odpuścić. Warto też wiedzieć na co chce się zapolować, by broń sprostała postawionemu przed nią zadaniu. Bywa jednak i tak, że w oku lunety pojawi się osobnik, którego nie spodziewaliśmy się tu spotkać. Czasu do namysłu jest niewiele, bo może się okazać, że w lesie jest więcej myśliwych, którzy wzięli na cel tenże obiekt. Strzelać czy może poczekać i wrócić w to miejsce za kilka dni z odpowiednią bronią? Szybka kalkulacja i myśl, że w kieszeni spodni został jeszcze jakiś nabój z poprzedniego polowania, który w razie czego powinien powalić ofiarę. Nie ma co zwlekać. Czas podnieść broń, wycelować, spojrzeć dla pewności w lunetę, wyrównać oddech i oddać strzał. Huk podrywa okoliczne ptactwo z drzew by po chwili w miejscu polowania zaległa cisza. Ofiara nie miała najmniejszych szans na ucieczkę. Myślę, że nawet nie zdawała sobie sprawy z zagrożenia. Czas zapakować ją na pakę pickupa i zawieźć trofeum do domu. 

Na szczęście w tym przypadku obyło się bez rozlewu krwi. Strzał o, którym chcę napisać parę słów, oddałem w kierunku srebrnej płyty, a nie zwierzęcia. Szczerze mówiąc, nie planowałem tego polowania, ale czasem zwierzyna sama podejdzie pod broń, no i jak tu nie skorzystać z okazji. Wyznaję zasadę piłkarską, że niewykorzystane okazje się mszczą, więc lepiej nie ryzykować. Z głośników rozbrzmiewa właśnie beztytułowy debiut Escape With Romeo i powiem, że jestem nim urzeczony. Co prawda, słucham go dopiero trzeci raz, ale już zdążyłem wyłapać tu kilka na tyle interesujących nut, że daje tej płycie duży kredyt zaufania. To właśnie tu znajduje się utwór Somebody, który to stał się dość sporym przebojem i zarazem wizytówką grupy. Mnie jednak dużo bardziej do gustu przypadło nagranie Sleepwalkers, które to jest prawdziwą ozdobą tej płyty. Jest w nim jakiś taki magnetyzm, który każe mi wracać do niego raz za razem. Równie świetnie wypada kolejne nagranie Don't Turn Away, które na albumie znajdziemy w dwóch odsłonach. Jedno z nich to tak zwany hidden track, który różni się tym, że jest o trzy minuty dłuższy od oficjalnej wersji albumowej. Ukryty jest na samym końcu płyty, tuż po nagraniu Coma Beach. Muzycznie album spowinowacony jest to nieco z Pink Turns Blue, ale nie powinno to chyba nikogo dziwić, wszak lider Escape With Romeo (Thomas Elbern), był niegdyś gitarzystą i kompozytorem tejże grupy. Entuzjaści twórczości Pink Turns Blue mogą więc brać w ciemno płyty Escape With Romeo, a fani tych ostatnich nie powinni poczuć rozczarowania zgłębiając dorobek Pink Turns Blue. No może z wyjątkiem albumu "Eremite" (1989), który jest dość wymagający i nie polecałbym nikomu zaczynać od niego swej podróży, aby nie zakończyć przedwcześnie tej znajomości. W przypadku Escape With Romeo wystrzegałbym się albumu "Blast Of Silence" (1996), który może dać mylny obraz twórczości tejże grupy. Jego taneczny podkład jakoś nie skleja mi się zupełnie z zawartością muzyczną. Tak jakby muzycy na siłę chcieli połączyć ogień z wodą. Najgorsze w tym wszystkim jest to, że podczas tych prób, nie zorientowali się, że to po prostu niewykonalne. Zdecydowanie lepiej zacząć od debiutu lub płyty "Love Alchemy" (2002), które dość dobrze nakreślą nam stylistyczne ramy, w jakich zamyka się twórczość grupy. Jeśli nie mieliście jeszcze okazji zapoznać się z ich muzyką, to zachęcam do wykonania pierwszego kroku. Jak to mówią, lepiej późno, niż wcale.  


Jakub Karczyński


21 marca 2026

FABRYKA MUZYKI KALENDARZOWEJ


Wiosna!!! Tak, tak, to już dziś przychodzi witać nam tę jedną z najpiękniejszych pór roku. Wkrótce soczysta zieleń wypełni zaokienne krajobrazy, a ptaki zaprezentują nam swój repertuar, nad którym to tak pieczołowicie pracowały przez całą jesień i zimę. Wsłuchajmy się w niego, bo niesie ze sobą mnóstwo nadziei, radości i szczęścia, które każdemu z nas na pewno się przydadzą. W domu jednakże zalecam wygrzebać z półek płyty "Seasons End" (1989) Marillion oraz "Colour Of Spring" (1986) Talk Talk, bo to dwa najpiękniejsze albumy tego świata, idealnie komponujące się z wiosną. Tyle w nich światła, pozytywnej energii, ale i zadumy, więc nie ma co się dziwić, że rok rocznie powracają na wiosenną playlistę. "Seasons End" to pierwszy album Marillion, gdzie obowiązki wokalne przejął Steve Hogarth. Wejście w buty po tak charyzmatycznym wokaliście jakim był Fish, było nie lada wyzwaniem. Z perspektywy lat uważam, że Steve sprostał temu zadaniu, czego nie można powiedzieć o wielu fanach, którzy po tej wolcie, odwrócili się od zespołu. Sam Tomasz Beksiński był zdegustowany tym albumem. Muzyka wprawdzie mu się podobała, ale wokal Steve'a nie przypadł mu do gustu. Ciekawe co dziś powiedziałby o Marillion. Czy wciąż obstawałby przy swoim, czy może zmieniłby zdanie, wszak takim albumom jak "Marbles" (2004) trudno odmówić piękna. Także tego wokalnego. Po latach najczęściej powracam właśnie do "Marbles" i "Seasons End", z którymi to mam wiele pięknych wspomnień. Towarzyszyły mi one w czasie studiów, gdy dopiero poznawałem różne odcienie muzyki, chcąc znaleźć w niej swoją bezpieczną przystań. Często zabierałem je w podróż autobusami PKS, którymi to wracałem do rodzinnego miasta. "Seasons End" była także ze mną w studenckim radiu. 

Przed dwudziestu laty, wraz z moim kolegą mieliśmy przyjemność zasiąść przed mikrofonem w Radiu Afera, gdzie przez pół roku prezentowaliśmy muzykę kojarzącą się nam z porami roku. Program nazywał się "Fabryka muzyki kalendarzowej" i dawał nam mnóstwo radości. Prezentowaliśmy tam tak różnorodne dźwięki, że ciężko byłoby znaleźć dla nich jakiś wspólny mianownik. Od Marka Grechuty poprzez The Cure do Slayera. Niestety, nasze ambicje i radiowe umiejętności leżały na dwóch różnych biegunach, stąd też nie zagrzaliśmy tam długo miejsca. Wspominam jednak o tym, bo album "Seasons End" tak jakoś mi się z tą audycją kojarzy. Co prawda wyemitowaliśmy tam tylko Easter, ale jakoś to właśnie on, skleił mi się z tym programem najbardziej. Przed mikrofon powróciłem jeszcze na kilka zastępstw, ale były to już tylko audycje incydentalne. Dzięki tej krótkotrwałej przygodzie, przekonałem się, że to nie radio, a pisanie jest tym, w czym mogę się w pełni wyrazić. Musiało minąć jednak jeszcze pięć długich lat nim "Czarne słońca" wzeszły nad horyzont. 

Dziś jednak cieszmy się wiosną, słuchajmy muzyki i łapmy pierwsze promienie wiosennego słońca. To właśnie one naładują nam akumulatory, wleją w nasze serca optymizm i dadzą zastrzyk pozytywnej energii na resztę roku. Czegoż więc mamy sobie życzyć w ten sobotni dzień? Pięknej i długiej wiosny.


Jakub Karczyński

11 marca 2026

STIV


Czasem człowiek znajduje płytę, której nie szukał. Mało tego, nie miałem nawet świadomości jej istnienia, więc siłą rzeczy nie spędzała mi ona snu z powiek.  Jednak jako fan The Lords Of The New Church, nie mogłem przejść obojętnie koło solowej płyty Stiva Batorsa. Nie było się nad czym zastanawiać, bo przecież w każdej chwili ktoś mógł mi ją zgarnąć sprzed nosa. Ryzyk fizyk jak to mówią. Najwyżej mi się nie spodoba. Zresztą jej cena nie była zbytnio wygórowana i stanowiła połowę tego, co dziś musielibyście zapłacić za ten album tyle, że na nie na CD, a na kasecie magnetofonowej. Kilka dni oczekiwania i listonosz dostarczył przesyłkę pod właściwy adres. Czy warto było czekać? Jeszcze jak. Płyta "Disconnected" (1980)*, to świetne uzupełnienie dorobku jego macierzystej formacji. Zresztą to jedyny album jaki wyszedł za życia Stiva. Materiał został nagrany w 1980 roku, czyli jeszcze przed powołaniem do życia grupy The Lords Of The New Church. Wcześniej Stiv występował w The Dead Boys, otarł się też o tak uznane grupy jak The Damned czy Sham 69. Z tym ostatnim zespołem nie miałem jeszcze przyjemności się zaznajomić, ale podjąłem już pierwsze kroki, by zmienić ten stan rzeczy. Póki co, na razie z odtwarzacza nie wyganiam Stiva. Niech nacieszy jeszcze me uszy. Wielka szkoda, że to jedyne wydawnictwo Stiva, choć istniała też realna szansa na kolejne albumy. Po rozpadzie The Lords Of The New Church, Stiv wyjechał do Paryża, gdzie rozpoczął nagrywać kolejny album. Jak doskonale wiemy, nie ukończył go, gdyż uległ tam wypadkowi, który w konsekwencji doprowadził do jego śmierci. To co udało mu się zarejestrować, zebrano i wydano w 1996 roku na pośmiertnym albumie "Last Race". Jest to jednak już bardziej ciekawostka dla fanów, a nie koncepcyjny album artysty, więc możemy sobie tylko wyobrażać jak mógłby wyglądać. Tym bardziej warto więc odkurzyć płytę "Disconnected" i zanurzyć się w jej zawartości. To rzecz nie tylko dla zatwardziałych szalikowców grupy The Lords Of The New Church, ale i dla wszystkich tych, który cenią sobie świetne melodie. Fani z pewnością nie powinni pominąć tej płyty na swej drodze. a reszta świata niech chociaż posłucha.


Jakub Karczyński


* Moja edycja płyty CD ma błędny spis utworów zamieszczony na tylnej okładce. Według rozpiski, na pozycji numer dwa, powinna znajdować się kompozycja Too Much To Dream, która w rzeczywistości znajduje się pod ścieżką numer sześć. Niejako w nagrodę otrzymujemy też dwa dodatkowe nagrania na pozycji dziesięć i jedenaście (Circumstantial Evidence oraz It's Cold Outside), które nie zostały ujęte w ewidencji. Być może ktoś zorientował się w pomyłce, bo zdecydowano się wydrukować poprawną listę nagrań na samej płycie CD, co jest praktyką raczej niespotykaną. 
 
Kawowe wsparcie dostępne pod stałym adresem. Tym małym gestem motywujecie mnie do jeszcze cięższej i efektywniejszej pracy. Jeśli macie chęć dorzucić się do skarbonki, to serdecznie zapraszam pod ten adres:  https://buycoffee.to/czarne-slonca Za każdy dowód wsparcia (komentarz, kawa) jestem niezwykle wdzięczny i zobowiązany.

05 marca 2026

PŁYTOWE SEKRETY


Nabywanie płyt z drugiej ręki, niesie ze sobą zawsze element niepewności co do jakości nośnika, stanu zachowania poligrafii jak i jego oryginalności. To ryzyko, które trzeba podjąć, chcąc zdobyć albumy, których próżno szukać już w oficjalnej dystrybucji. Wygrzebywanie płyt z prywatnych kolekcji, ma w sobie czasami jeszcze pewien walor, o którym słów kilka poniżej. Pomysłem na ten wpis, była sytuacja sprzed kilku dni, gdy chcąc sprawdzić stan tylnej okładki albumu "Autogeddon" (1994), wyjąłem tackę na płytę. Nie spodziewałem się tam ujrzeć niczego poza rzeczoną okładka, tymczasem jej poprzedni właściciel, świadomie czy też nie, postanowił zrobić z niej kapsułę czasu. Przyznam, że bardzo lubię tego typu znaleziska, bo dostarczają nam cenne informacje nie tylko na temat samej płyty, ale i nakreślają nam portret właściciela. Wiedza ta, nie ma na celu nikomu zaszkodzić, lecz wyjawić nam miejsce i okoliczności nabycia danej płyty. I tak, znaleziony w pudełku paragon oraz potwierdzenie płatności z karty, pozwoliły mi ustalić, że album ten został zakupiony w "Selectadisc" w Londynie, w dniu 17 stycznia 1998 roku. Nabywca o imieniu Russell, nabył najprawdopodobniej dwie płyty, lecz paragon nie zdradza szczegółów. W latach dziewięćdziesiątych, wiele sklepów posługiwało się najprostszymi kasami fiskalnymi, które drukowały tylko niezbędne minimum informacyjne. Stąd też paragon z "Selectadisc" zdradza nam kwoty, lecz nie nazwy nabytych towarów. Sądząc po cenach, musiały to być płyty wyprzedażowe. Średnik kurs funta brytyjskiego w tym dniu wynosił 5,54, więc Russel zostawił w sumie w sklepie niecałe 70 złotych. Płatności dokonano kartą Delta, co może wskazywać zarówno na turystę ze Stanów jak i mieszkańca Wysp Brytyjskich. W tym temacie nie mam stu procentowej pewności. Swoją drogą, zobaczcie sami ile informacji można wyczytać z jednego paragonu i potwierdzenia płatności. Zostawmy już jednak Rusella i przyjrzyjmy się sklepowi, w którym to dokonano zakupu owych płyt.

"Selectadisc" to obiekt, którego próżno dziś już szukać na mapie Londynu. Znajdziecie go jednak na okładce płyty "(What's The Story) Morning Glory?" grupy Oasis. Widać go po lewej stronie ulicy. Warto też przyjrzeć się okładce reedycji, która przedstawia jej obecny widok. Co prawda "Selectadisc" zniknęło już z krajobrazu Berwick Street, ale spójrzcie tylko co mieści się po drugiej stronie ulicy. Bez większego problemu można dostrzec szyld sklepu "Sister Ray", z którego to dotarła do mnie niedawno płyta T.S.O.L. "Beneath The Shadows" (1982). Jak widać życie nie znosi próżni i w miejsce jednego sklepu z płytami powstał kolejny, który niejako kontynuuje tę piękną tradycję. Jeśli kiedyś zawitam w te strony, z pewnością do niego zajrzę, bo czuję, że skrywa on w sobie mnóstwo muzycznych skarbów, które warto byłoby mieć na swej półce. Póki co, pozostaje mi odwiedzić moje lokalne sklepy z płytami, które również potrzebują naszego wsparcia.


Jakub Karczyński