26 września 2019

WAYNE HUSSEY - WROCŁAW 08.09.2019

Nie jestem wielkim entuzjastą solowej twórczości Wayna Husseya. Uważam, że nie dorównuje ona temu co tworzy z The Mission. Nawet najnudniejszy album tej formacji bije na głowę najlepszą z solowy płyt Wayne'a. Stąd też nie czułem wielkiej potrzeby by zameldować się we Wrocławiu w ósmym dniu września. Wszystko zmieniło się za namową mojego bardzo dobrego kolegi, który zmotywował mnie odpowiednio do tego wyjazdu. Pojechałbym z nim nawet na Modern Talking, gdyby mnie o to poprosił, bo czasem ważniejsze od celu jest towarzystwo w jakim się przebywa. I tak też jest w tym przypadku. Zameldowaliśmy się na poznańskim dworcu o ustalonej godzinie, po czym ruszyliśmy w podróż do stolicy Dolnego Śląska. Choć nasz kraj z okien pociągu nie prezentuje się zbyt okazale, to nie zmienia to faktu, że uwielbiam podróżować tym środkiem transportu. Jest w tym coś niesamowitego, jakaś nieokreślona magia.

Tego dnia we Wrocławiu pogoda była bardzo przyjemna, zachęcała wręcz do spacerów i zwiedzania. Nie mieliśmy jednak zbyt wiele czasu by odpowiednio docenić uroki tego miasta bo trzeba było odebrać klucze do wynajętego mieszkania oraz zjeść jeszcze coś na szybko. Szczęśliwie się stało, że miejsce naszego noclegu mieściło się zaledwie cztery minuty drogi od "Starego Klasztoru", w którym to tego dnia miał odbyć się kameralny koncert lidera The Mission.

W murach tejże świątyni pojawiliśmy się chwilę przed czasem. Przejrzeliśmy stoisko z marketingiem, gdzie poza płytami, znaleźć można było autobiografię Wayne'a Husseya, którą to przyjechał promować do naszego kraju. Pokaźna to pozycja i z pewnością warta przeczytania, ale jej cena (100 zł) nieco ostudziła mój zapał. Stwierdziłem, że poczekam, może kiedyś pojawi się w polskim tłumaczeniu, a jeśli nie, to wyszperam ją później na jakiejś internetowej aukcji.

Zanim scenę we władanie objął Wayne, wrocławska publiczność mogła podziwiać Ashtona Nyte z grupy The Awakening. Zaprezentował się on również w odsłonie akustycznej, będąc uzbrojonym wyłącznie w gitarę. Jego głęboki głos, makijaż jak i strój jako żywo przywodził mi na myśl wokalistę HIM - Ville Valo, przez co występ ten potraktowałem nieco z przymrużeniem oka. Chociaż takie Back To Wonderland mogło się podobać tak jak i przywołanie kompozycji The Sound Of Silence duetu Simon & Garfunkel, którą co tu dużo mówić, naprawdę trudno jest zepsuć. Publiczności chyba się podobało, czemu dawała wyraz oklaskami. Nie mając jednak poglądu na twórczość Ashtona, trudno mi ocenić, które utwory wypadły lepiej, a które gorzej. Zamiast więc porównywać, zdam się na swoje odczucia i skojarzenia. Muzyka w największym stopniu przywodziła mi na myśl tak grupę HIM jak i twórczość Johnny'ego Cash'a. Z naszego krajowego podwórka podrzuciłbym też nazwę projektu Me And That Man, w którym to Adam "Nergal" Darski i John Porter przemierzali dokładnie te same amerykańskie szlaki. Ashton zabawiał publiczność około godziny, po czym ustąpił pola swemu bardziej doświadczonemu koledze. Widać było, że panowie dobrze czują się w swoim towarzystwie bo żartom nie było końca.

W sali gotyckiej, gdzie odbywał się ten występ zgromadziło się około stu osób. Część zajęła miejsca siedzące, pozostali podziwiali występy na stojąco. Kameralną atmosferę zapewniało nie tylko niewielkie grono odbiorców, ale też i sam wystrój miejsca jak i sceny. Artyści byli dosłownie na wyciągnięcie ręki więc bez problemu można było po koncercie zamienić kilka zdań jak i sfotografować się z każdym z nich.



Gdy Wayne pierwszy raz trącił struny swojej gitary nie sądziłem, że oto rozpoczynamy niemal trzygodzinną podróż muzyczną. Chyba nikt się tego nie spodziewał. Mało tego, mając taką wiedzę z pewnością zakupiłbym miejsce siedzące i nie narażał swego kręgosłupa na taki wysiłek. Hussey zaskoczył mnie nieco swym wyglądem bowiem nie spodziewałem się go ujrzeć w długich włosach oraz w stylizacji przypominającej w takim samym stopniu barda co kloszarda. Butelka wina dopełniała idealnie ten obraz. Mniejsza jednak o wygląd. Najważniejsza tego wieczora była przecież muzyka, a ta była niezwykle różnorodna i wielobarwna. Wayne sięgał zarówno do swojego solowego dorobku, opartego w dużej mierze na coverach jak i do twórczości swojej macierzystej formacji. Było chyba też coś spoza płyt, ale nie jestem teraz w stanie sobie tego przypomnieć. Skupmy się więc na tych bardziej znanych kompozycjach wśród, których były takie perełki jak A Night Like This z repertuaru The Cure, Mr. Pleasant The Kinks jak i bardzo oszczędna i wyciszona wersja Personal Jesus Depeche Mode. Nie zabrakło również utworów z katalogu The Mission jak choćby Wasteland, Like A Child Again, Keep It In The Family, I'm Falling, Absolution czy Amelia. Z ostatniej solowej płyty Wayne wydobył dla nas Nothing Left Between Us i Wither On The Wine. Więcej grzechów nie pamiętam, ale od czego jest Internet. Szczątkowa set lista z Wrocławia wrzucona do sieci nie ułatwia sprawy, ale zajrzałem na rozpiskę koncertu z Pragi, gdzie Hussey wystąpił dzień wcześniej i od razu pamięć się polepszyła. Podobnie jak tam, także i u nas wybrzmiały Jade oraz Dragonfly. Rzut oka na inne rozpiski pozwolił wydobyć jeszcze z mojej pamięć coś takiego jak My Love Will Protect You, które to zostało opublikowane na singlu wraz z kompozycją Marian The Sisters Of Mercy w 2016 roku. Jeśli już przy tej grupie jesteśmy, to wydaje mi się, że pojawiło się też wspomniane nagranie Marian, po które Hussey sięga dość ochoczo na swej trasie. Najwięcej jednak radości sprawił publiczności bis, na który to złożył się sztandarowy hit Misjonarzy jakim jest Butterfly On A Wheel. Ta jakże piękna kompozycja, zagrana przez Wayne'a na klawiszach, stanowiła idealną puentę tego wieczora. Nic więcej nie trzeba było już dodawać. Zresztą chyba nikt, kto był na tym koncercie, nie opuszczał sali rozczarowany. Ten blisko trzygodzinny koncert, pomieścił naprawdę sporo kompozycji. Osobiście uważam, że lepszym rozwiązaniem byłaby kondensacja i skrócenie występu do dwóch godzin bo w pewnych momentach odczuwałem znużenie, zwłaszcza przy tych mniej znanych utworach. Na szczęście nie był to stan permanentny, stąd też całość oceniam bardzo pozytywnie. Ciekawie było uczestniczyć w tego typu koncercie, gdzie człowiek czuł się jak na spotkaniu w gronie najbliższych przyjaciół. Wayne był bardzo towarzysko usposobiony, zagadywał do publiczności, która chyba jednak średnio rozumiała język angielski. Dało się to wyczuć, a i artysta zorientował się co jest grane, gdy jego pytaniom odpowiadała głucha cisza. Kiepsko to wypadło i pozostawiło taki lekki niesmak, ale cóż zrobić. Na szczęście Wayne nie zniechęcił się tym faktem i dalej odgrywał swój repertuar. Miejmy nadzieję, że na kolejnych występach w naszym kraju podciągniemy się w tej materii byśmy nie musieli chować się za rumieńcem zawstydzenia. Wszak dobry kontakt z publicznością w przypadku takich występów to podstawa. Tworzy on nie tylko dobry grunt na przyszłość, ale i rozluźnia atmosferę.

Jakub Karczyński

PS Może pamiętacie, a może nie, ale przed wyjazdem na koncert marzyło mi się, aby zrobić sobie wspólne zdjęcie z Waynem Husseyem i udało mi się zrealizować to założenie. Cierpliwie zaczekałem wraz z kilkoma innymi osobami, aż Wayne odpocznie chwilę po występie. Oczekiwanie nie poszło na marne. Długo nie trwało jak wyszedł do nas by podpisywać płyty i pozować do zdjęć. Choćby dla tych krótkich chwil spędzonych w towarzystwie Wayne'a, warto było pofatygować się do stolicy Dolnego Śląska, aby mieć co wspominać na stare lata.
 

18 września 2019

KRYPTY I KRÓLICZE NORY

W ostatnim czasie odkrywam bardzo dużo ciekawych rzeczy, które nie tylko wzbogacają moją płytotekę, ale i poszerzają wiedzę o muzyce, której jestem wierny od wielu, wielu lat. Żałuję tylko, że takich samych sukcesów nie mam na polu nowo powstającej muzyki. Co prawda jest jeszcze do nadrobienie kilka tegorocznych premier, ale ich ilość można policzyć na palcach jednej ręki norweskiego drwala. Nie spędza mi to jednak snu z powiek, skoro w zamian otrzymuję takie perełki jak choćby pierwszy solowy album lidera Echo & The Bunnymen. Ian McCulloch na swym "Candleland" (1989) sięga absolutnych szczytów swojej kreatywności kompozytorskiej. I cóż z tego, że płyta ta ma na swym karku równą trzydziestkę skoro pomimo upływu tylu lat wciąż świetnie się jej słucha. Jeśli lubicie twórczość Echo & The Bunnymen to obowiązkowo powinniście zapoznać się z zawartością tego albumu. Melancholia i przebojowość wymieszały się tu w doskonałych proporcjach. Już pierwsze dźwięki świetnie nastrajają na tę muzyczną podróż, a później wcale nie jest gorzej. 

Jeśli już przy grupie Echo & The Bunnymen jesteśmy to właśnie ukazały się sesje jakie zespół zarejestrował dla Johna Peela między latami 1979 a 1983. Premiera albumu początkowo wyznaczona była na grudzień, ale ni z gruszki ni z pietruszki płyta pojawiła się już we wrześniu. Takie zaskoczenia to ja lubię, gorzej gdy premiery odwlekane są w nieskończoność wystawiając cierpliwość fanów na próbę. 

Z pewnością nikt nie narzeka na informację jaka obiegła media w ostatnim czasie. Otóż grupa Bauhaus postanowiła reaktywować się w pełnym składzie. To co jeszcze do niedawna wydawało się nieprawdopodobne, dziś stało się faktem. Nie wnikam w motywy tej reaktywacji. Chciałbym wierzyć, że stoją za tym potrzeby artystyczne, ale nie wykluczone, że ponownie stoi za tym chęć zarobienia na dawnej sławie. Zresztą już w 2008 roku przy okazji wydania płyty "Go Away White", któryś z członków zespołu bez owijania w bawełnę stwierdził, że za tą reaktywacją stoi wyłącznie dolar. Nie uważał też by było to coś zdrożnego. Powód dobry jak setki innych. Może tak, może nie. Niech każdy sam rozsądzi. Tymczasem mam nadzieję, że poza koncertami, grupa przymierza się też do nagrania nowego albumu. Przez te lata z pewnością nieco pomysłów się nagromadziło. Dobrze by było podzielić się nimi z fanami, którzy z pewnością chętnie wymienią swoją narodową walutę na płytę sygnowaną napisem Bauhaus. Panowie, na moje złotówki możecie liczyć.

 
Jakub Karczyński


13 września 2019

NEW MODEL ARMY - FROM HERE (2019)

Jest taki sławny obraz Eugène Delacroix zatytułowany "Wolność wiodąca lud na barykady". Obraz ten wykorzystała swego czasu grupa Coldplay, aby zilustrować okładkę swego czwartego albumu choć rewolucyjny charakter tego dzieła bardziej pasuje mi jednak do twórczości New Model Army. Oni to bowiem mają charyzmę i energię by pociągnąć lud na owe barykady. Coldplay co najwyżej może pociągnąć nas ku rozpaczy powodowanej coraz większą komercjalizacją swej muzyki i utratą wiarygodności. Stąd też może i zapełniają oni dziś stadiony, ale muzyka jaką oferują wyzbyta jest szczerości i autentyczności. To solidnie skrojony produkt, mający przynieść jak największe zyski. Z pewnością nie da się tego samego powiedzieć o grupie New Model Army. Oni nigdy nie zasmakowali stadionowej popularności, ale za to trudno odmówić im wiarygodności. Niemal każda ich płyta ma w sobie moc poruszania tak ludzkich serc jak i umysłów. Nie bez przyczyny mówi się, że muzyka New Model Army, potrafi porwać ludzi na barykady, ale czy wciąż ma w sobie tę moc?

Pozwólcie, że z udzieleniem odpowiedzi na to pytanie nieco się jeszcze wstrzymam. Zanim odkryjemy wszystkie karty, spójrzmy nieco wstecz. Pisałem swego czasu, że w przypadku New Model Army, album "Strange Brotherhood" (1999) zakończył dla mnie pewien etap w ich karierze. Mógłbym napisać, że to ostatni klasyczny album tej formacji, który porządnie mną wstrząsnął, ale wiem, że tą perspektywę trudno uznać za obiektywną. Jednak z mojego punktu widzenia tak to właśnie się przedstawia. Mam wrażenie jakby zagubili w kolejnych latach pewien ważny element, dzięki, któremu wznosili się na wyżyny swego geniuszu. Owszem wciąż nagrywali bardzo dobre albumy, ale coraz mniej na nich było tej dawnej nośności i rzeczy, które można by opieczętować stęplem z napisem "hymn". Brakowało mi też tak genialnych ballad jak choćby Lullaby, która pomimo upływu dwudziestu lat wciąż jest bezkonkurencyjna. Dość jednak tego biadolenia, przyjrzyjmy się wreszcie najnowszemu dziełu sprokurowanemu przez New Model Army.

"From Here" na tle poprzednich dwóch albumów, jawi się jako ich logiczna kontynuacja. Nawet forma wydana - digibook - pozwala spleść ze sobą te albumy. Nie to jest jednak ważne, a  sama zawartość muzyczna. Gdy zespół ujawnił pierwszy singiel, pomyślałem sobie, że przed laty mieli wiele lepszych strzałów w tej kategorii, ale postanowiłem nie nastawiać się negatywnie do tej płyty. Pierwsze odsłuchy wypadły bez tak zwanego efektu WOW, ale pomyślałem sobie, że może trzeba dać temu albumowi nieco więcej czasu. Co ciekawe utwór Never Arriving, który wytypowano na singla, w zestawieniu z resztą albumu wypadł nad wyraz dobrze. W dalszym ciągu twierdzę, że z roli jaką mu powierzono wywiązał się średnio, ale pozbawiony tego ciężaru i presji, ma w sobie na tyle dużo uroku, że zapisuję go do jasnych stron tego wydawnictwa. Gdyby to ode mnie zależało, skierowałbym do promocji dużo bardziej nośne Where I Am, które jako jedyne ma w sobie singlowy potencjał. Nie jest to co prawda ten poziom co dajmy na to 51st State czy Poison Street, ale i tak jest nieźle. W ogóle pierwsze trzy nagrania z tego albumu świetnie nastrajają na dalszą podróż. Justin Sullivan śpiewa tak jak zwykle, w sposób bardzo zaangażowany, ale też i uduchowiony. Słuchając tej płyty od razu wyczujesz, że masz do czynienia z muzyką, która ma w sobie głębię, nie jest sezonową wydmuszką, która zachwyca wyglądem, ale tak naprawdę nie ma nam nic do zaproponowania. Tutaj teksty nie służą wypełnianiu przestrzeni, ale są po to być coś słuchaczowi zakomunikować. Tak było kiedyś, tak jest też i teraz. New Model Army wciąż są tym samym zespołem, ale nie nagrywają takich samych płyt. Każda ma swój indiwidualny rys, który odróżnia ją od reszty. "From Here" kojarzy mi się z naturą, filozofią, melancholią, kosmosem i przemijaniem. Wszystie te elementy zawierają się w okładce, która w mojej opinii doskonale ilustruje zawartość albumu. Płyta z tego co zdążyłem się zorientować zbiera bardzo dobre recenzje. Co odważniejsi recenzenci przyrównują ją nawet do ich szczytowego osiągnięcia w postaci "Thunder And Consolation" (1989) [osobiście wolę bardziej jej starszą siostrę o imieniu "The Ghost Of Cain" (1986)], ale uważam, że są to opinie na wyrost. Mogę się zgodzić, że "From Here" jest albumem bardzo dobrym, ale do wybitności to mu jednak nieco brakuje. Tak jak nie mam większych zastrzeżeń do pierwszej połowy tejże płyty, tak wszystko to co po Where I Am, już nie wzbudza u mnie takiego entuzjazmu. Wygląda to tak jakby grupa wystrzelała się już ze swych najlepszych pomysłów, przez co nie starczyło naboi na spektakularny finał. Bywa i tak. Pocieszające jest to, że naprawdę niewiele zabrakło by stworzyć rzecz godną ich najwspanialszych dokonań. Jest to jednak dobry prognostyk na przyszłość, który wlewa w me serce optymizm i wiarę w to, że najlepsze być może dopiero przed nami.

New Model Army pchają swój wózek już od tak wielu lat, że aż dziw bierze, że nie opadli jeszcze z sił. Wytrwałość godna podziwu zważywszy na fakt, że nigdy nie przebili się do masowej świadomości. Wyrobili sobie jednak na tyle solidną pozycję, że ze świecą szukać osób, które powiedziałby coś złego na temat ich twórczości. Wiarygodność to chyba pierwsza rzecz, która przychodzi do głowy, gdy myśli się o tej grupie i z pewnością nie brak jej także na najnowszym albumie "From Here". Życzyłbym każdemu by po czterdziestu latach działalności na scenie był w takiej formie jak Justin Sullivan i mógł bez obaw spoglądać w lustro. New Model Army wciąż stoją na straży swych zasad i niezmiennie od wielu lat starają się być dla słuchaczy takim moralnym kompasem. Czasy się zmieniają, rządy upadają, a oni niczym latarnia morska wciąż trwają i wskazują kierunek wszystkim tym, którzy zbłądzili w zbyt gęstej mgle. Choćby za to należy im się dozgonny szacunek i wieczna chwała.

Jakub Karczyński
   

04 września 2019

WAYNE HUSSEY - SALAD DAZE TOUR


W najbliższą niedzielę do stolicy Dolnego Śląska zawita Wayne Hussey, lider The Mission i były członek The Sisters Of Mercy. Dzień później pojawi się w Toruniu*. Zaprezentuje on najprawdopodobniej poza kompozycjami The Mission także repertuar ze swych solowych płyt. Koncert będzie miał charakter kameralnego występu. Odbędzie się on w Starym Klasztorze w Sali Gotyckiej (Wrocław) oraz w Hard Rock Pub Pamela (Toruń). Zwłaszcza pierwsza z lokalizacji zdaje się być odpowiednim miejscem dla tego typu muzyki. Pretekstem do przyjazdu nie jest bynajmniej żadne muzyczne dzieło Wayne'a a biografia zatytułowana "Salad Daze", którą to będzie można zakupić tak we Wrocławiu jak i w Toruniu. Występ lidera The Mission poprzedzi Ashton Nyte z The Awakening.

Bilety w cenie 60 zł dostępne w sprzedaży internetowej jak i przed koncertem. W dniu występu ich cena wzrośnie jednak do 80 zł. Miejsca siedzące (Wrocław) zostały już wykupione, pozostały wyłącznie miejsca stojące.

* Pierwotnie Hussey miał zagrać w Warszawie, ale koncert został odwołany i przeniesiony do Torunia. Powody takiej decyzji nie są znane.