30 października 2026

HALLOWEEN


Przed nami Halloween. Wiem, że nie wszyscy obchodzą, ale nawet jeśli komuś ta inicjatywa nie w smak, to przecież nie ma obowiązku brać w tym udziału. W głowie mi się nie mieści, gdy słyszę, że jeden imbecyl z drugim imbecylem, faszerują cukierki igłami, po czym rozdają je niczego nieświadomym dzieciom. Serio? Czy w imię jakiejś wyimaginowanej wojny kulturowej, gotowi jesteśmy krzywdzić dzieci, ryzykując ich zdrowiem czy życiem? Aż krew się w człowieku gotuje, gdy słyszy się o tego typu pomysłach. Zamiast wymyślać głupoty, może lepiej posłuchać muzyki, która ma ponoć moc łagodzenia obyczajów. By zatem nie wypaść z tematu, zaproponuję dziś kilka płyt, które mogą umilić nam tegoroczne Halloween. Sięgnijmy zatem do albumów, które może nie są płytami pierwszego wyboru, ale warto poświęcić im nieco uwagi.

1. The Cramps "Psychedelic Jungle" (1981) - kto jak kto, ale zespół The Cramps to wymarzony kandydat na imprezę pod auspicjami dyń, kościotrupów i nietoperzy. Gdyby ktoś miał problemy z wymyśleniem układu tanecznego, to warto obejrzeć sobie serial Wednesday (2022), gdzie bohaterka przy dźwiękach utworu Goo Goo Muck, "podpala" niemalże parkiet. Pomimo upływu tylu lat, muzyka The Cramps wciąż broni się świetnie. Mieszanka rock & rolla, horroru i nie mniej ważnego elementu jakim jest poczucie humoru, sprawiły, że The Cramps są dziś ikoną tego typu grania.

2. Aux Animaux "Body Horror" (2023) - oto jedno z moich tegorocznych odkryć z jakim wróciłem z festiwalu Dark Decay. Ten jednoosobowy projekt zauroczył mnie swymi syntetycznymi dźwiękami jak i niesamowitą ekspresją sceniczną. Mamy tu do czynienia z muzyką, która choć okryta mrokiem, świetnie sprawdzi się też na tanecznych parkietach. Nie brak tu jednakże i chwil wytchnienia, z myślą o tych, którzy od parkietowej ekwilibrystyki wolą podpierać ściany. 

3. Bratrstvo Luny "La Loba Antre Portas" (2011) - w tym miejscu mógłby pojawić się jakikolwiek album grupy XIII.Stoleti, ale jako że miało być nieco mniej przewidywalnie, sięgnąłem dziś po Bratrstvo Luny. Grają podobnie do swych bardziej znanych kolegów po fachu, śpiewają również po czesku więc zasadniczo otrzymujemy niemalże to samo. XIII.Stoleti są może nieco bardziej przebojowi, ale i tak warto posłuchać tego co proponuje Bratrstvo Luny. Ten gotycki rock choć nie grzeszy oryginalnością, powinien dobrze się sprawdzić podczas tegorocznego Halloween. W sam raz na samotny wieczór w swym zamczysku.

4. The Damned "Evil Spirits" (2018) - Halloween bez The Damned to jak pogrzeb bez nieboszczyka. No zwyczajnie czegoś brakuje. Płytą pierwszego wyboru jest tu rzecz jasna "Phantasmagoria" (1985), ale tym razem sięgniemy po bardziej współczesny dorobek zespołu, który wciąż przyprawia mnie o szybsze bicie serca. "Evil Spirits" już od pierwszych sekund wyjaśnia nam kto tu tak naprawdę rządzi na tym cmentarzu. Mroczny, przebojowy rock&roll przyprawiony punkowym sznytem, zdawał egzamin tak w latach osiemdziesiątych jak i obecnie. Duża klasa.

5. Miquel And The Living Dead "Alarm" (2005) - Polacy nie gęsi i swój horror rock mają. Mało tego, potrafią go zagrać w bardzo przekonujący i ciekawy sposób. Wkrótce nowa płyta, więc tym bardziej warto sięgnąć po to co już zespół stworzył. Ponoć "Alarm" jest tym najbardziej poważanym albumem, choć jeśli zdecydujecie się sięgnąć po jego następcę, to także nie powinniście poczuć uczucia zawodu. Kto jak kto, ale Miguel wie jak porozstawiać konkurencję po kątach.


Jakub Karczyński

    

21 października 2026

JESIENNY ROZKWIT


Jesień w rozkwicie. Za oknem jeszcze szarość, ale liczę na to, że wzorem poprzednich dni słońce odnajdzie drogę do naszych okien. Szeptem powiem, że piękną mamy w tym roku jesień. Mam nadzieję, że nie zapeszę. Co prawda festiwal barw w koronach drzew dobiega już końca, a i na kasztany nie mamy już raczej co liczyć. Te ostatnie zostały już skrzętnie wyzbierane przez przedszkolaków i na kolejne przyjdzie nam poczekać do przyszłego roku. Na szczęście z muzyką jest zgoła odmiennie. Jej nigdy nie brakuje. Właściwie odnoszę wrażenie, że jest jej niekiedy za dużo. Podobno od przybytku głowa nie boli, ale nadmiar może skutecznie przytłoczyć. Mniej znaczy więcej. To maksyma, której nieustannie się trzymam. Z czułością wspominam czasy, gdy każdy świstek prasowy, zin czy zdobyta płyta urastały do rangi trofeum. Choć czasy się zmieniły, ja po dziś dzień mam w sobie to pożądanie i szacunek do zdobytych rzeczy. Kwintesencją tego na zawsze pozostanie dla mnie wizyta we wrocławskim Empiku, gdzie pożerałem wzrokiem album, o grupie Bauhaus. Wtedy nie było mnie na niego stać, choć bardzo pragnąłem go mieć. Co prawda osłodziłem sobie nieco gorycz tej porażki jakimś mniejszym zakupem. Nie pamiętam już czy była to jakaś książka (może coś z trylogii Williama Gibsona?), gazeta "White Dwarf" (uwielbiałem gry RPG, bitewniaki, a zwłaszcza karciankę "Doom Trooper") czy może jeszcze coś innego. Czas skutecznie zatarł ten fakt w mojej pamięci, ale przedmiot pożądania wciąż jawi mi się wyraźnie, niczym współczesne zdjęcie. Po latach zakupiłem sobie pięknie ilustrowany album o grupie Bauhaus, który był nawet okazalszy od tego z mych wspomnień, niemniej tęsknimy zawsze za tym czego mieć nie możemy.


Jednym z takich muzycznych obiektów pożądania był dla mnie album "Pain Your Wagon" (1987) grupy Red Lorry Yellow Lorry. Oczywiście mówimy tu o wersji CD, bo tylko taka mnie interesuje. Długo przychodziło obchodzić mi się smakiem. Obiekt ten nawet nie pojawiał się w zasięgu mojego wzroku więc już nieco straciłem nadzieję. Wszystko zmieniło się przed paroma dniami, gdy wpisując frazę z nazwą zespołu, mym oczom ukazał się nieoczekiwanie on. Piękny, dostojny i majestatyczny, że tak pozwolę sobie nieco podkolorować rzeczywistość. Ze względu na swą unikatowość, trzeba było liczyć się ze sporym wydatkiem. Szczęśliwym zbiegiem okoliczności udało mi się w tym czasie spieniężyć pewien muzyczny box, który to komuś był bardziej potrzebny niż mnie. Skorzystałem też ze środków zgromadzonych na buycoffee, a także wypłaciłem zgromadzone zaskórniaki by móc w końcu wypełnić na półce tę lukę. Tym sposobem udało mi się zebrać całą dyskografię Red Lorry Yellow Lorry na płytach CD. Łatwo nie było, ale przecież w życiu najbardziej cenimy nie to co przychodzi bez trudu, lecz to na czym spoczywa nasz krew, pot i łzy. 


Innym ciekawym nabytkiem jest także książka "Dzienniki basowe" autorstwa Piotra Pawłowskiego. Cieszę się, że udało mi się ją dorwać, bo choć od jej premiery minęło zaledwie sześć lat, to jej nakład zdążył się już wyczerpać. Kto ma ten ma, a kto chce, ten musi szukać w antykwariatach lub poprzez platformy sprzedażowe. Traf chciał, że w ostatnim czasie przypomniałem sobie o tej pozycji i  dość szybko zwęszyłem jej trop. Cena choć nieco wyższa od tej okładkowej, to i tak dużo niższa od tej w jakiej widywałem ją na internetowych aukcjach. Nie było się więc nad czym zastanawiać bo przecież w każdej chwili ktoś mógł mnie ubiec. Jak się wkrótce okazało, po moim zakupie, tytuł ten zniknął ze strony antykwariatu. Dziś znów trzeba wytężać wzrok i nastawiać uszy by wychwycić szmer jej kartek. Jeśli się na nią natkniecie, to bierzcie w ciemno bo to naprawdę ciekawa lektura przybliżająca nam nieco postać autora i jego perypetie. Nie jest to typowa biografia, lecz raczej zbiór felietonów, przemyśleń i wspomnień byłego basisty Made In Poland. Warto odnotować też fakt, że książka nie jest wolna od poczucia humoru, co tylko dodaje jej jeszcze większego kolorytu. Niestety gdzieniegdzie można też napotkać niewielkie chochliki, które jednak w żaden sposób nie są w stanie zniweczyć przyjemności płynącej z lektury tej książki. 

   

Jakub Karczyński


15 października 2026

ESCAPE WITH ROMEO


Niemiecka scena gotycka wydała na świat co najmniej kilka zespołów, które warto oświetlić nieco większym promieniem światła. Gdyby pokusić się o stworzenie muzycznej jedenastki biorąc za wzór ich piłkarską kadrę narodową, to oprócz Xmal Deutschland, Pink Turns Blue czy Love Like Blood z pewnością nie mogłoby zabraknąć też i miejsca dla Escape With Romeo. Ten wywodzący się z Kolonii zespół już na swym debiucie udowodnił, że śmiało może konkurować z najlepszymi. Stylistycznie mamy tu nieodległą podróż muzyczną, w rejony penetrowane już przez Pink Turns Blue. Nie powinno to jednak dziwić, wszak Thomas Elbern - mózg Escape With Romeo, był założycielem i współtwórcą tamtej formacji. Na beztytułowym debiucie, Elbern objawił nam się jako niezwykle zdolny kompozytor, potrafiący tak zestawić nuty na pięciolinii, że wyrastały z nich niemałe przeboje. Dowodem na to niech będzie nagranie Somebody, którym zespół wstrzelił się nie tylko w gust muzyczny swoich przyszłych fanów, ale i zawojował  nim niezależne listy przebojów oraz muzyczne parkiety. Wśród moich faworytów jest także kompozycja Sleepwalkers, która zwróciła na siebie moją uwagę już przy pierwszym odsłuchu. Trudno mi tak jednoznacznie wskazać co tak mnie w niej urzekło. Może jakiś szczególny rodzaj melancholii, który potrąca w człowieku te najbardziej czułe struny i sprawia, że nie sposób jej się oprzeć. Z kolei Don't Turn Away to murowany kandydat na singla, który wżera się w ludzki mózg nie gorzej niż kwas solny. Ani się spostrzeżemy, a dźwięki refrenu niosą się już w naszej głowie i powracają o różnych porach dnia i nocy niczym echo. Warto też wyłowić z tej dźwiękowej studni utwór Outside From Your Parties. Kto wie, czy to nie najlepsza kompozycja na tym albumie, a na pewno jedna z tych dla których warto zakupić ten album. Jak widzicie nie brak tu świetnych kompozycji, które wraz z upływem czasu nie tracą nic na swej wartości. Wszak jak śpiewała Shirley Bassey - Diamonds Are Forever. Nieźle jak na debiutantów. Pozostaje żałować, że kamień rzucony do tego muzycznego stawu nie poniósł się dalej. Bramy głównego nurtu pozostały niewzruszone, choć napierała na nie fala naprawdę dobrych dźwięków. Muzyczny mainstream rządzi się jednak nieco innymi prawami i ma też zdecydowanie inne oczekiwania względem swoich gwiazd. Nie ma jednak co rozpaczać, bowiem droga jaką w przyszłości przebędą, ujmy im w żadnym wypadku nie przyniosła. Debiutancka płyta była świetną wizytówką, wypełnioną fantastycznymi melodiami, do której przyjemnie wrócić także i dziś.  

Escape With Romeo będzie można niedługo zobaczyć w Poznaniu, w ramach imprezy "Shadow Dance Party", gdzie oprócz nich, zaprezentuje się także grupa Fangs On Fur. Zarezerwujcie sobie dzień 31 października, bo taka okazja może się szybko nie powtórzyć.  


Jakub Karczyński



PS. Serdeczne podziękowania dla Pana Piotra Króla za wspieranie mej działalności na łamach "Czarnych słońc". Doceniając Pańskie zaangażowanie, chciałbym uhonorować Pana drobnym upominkiem muzycznym. Proszę odezwać się do mnie w wiadomości prywatnej na adres kiur@wp.pl podając dane kontaktowe. 

Jeśli i Wy chcielibyście wesprzeć mój blog, możecie to zrobić pod adresem: Czarne slonca buycoffee . Zachęcam też do aktywności w komentarzach, które to niezwykle ożywiają tę przestrzeń. Bez Was, istnienie tego bloga traci jakikolwiek sens. Dziękuję za to, że jesteście.

 

02 października 2026

POWRÓT THE WOLFGANG PRESS


Jeszcze dobrze nie opadł kurz po premierze "A 2nd Shape" (2024), a już od dziś można zakupić nowy album sygnowany logiem The Wolfgang Press. Co prawda oficjalna premiera miała miejsce 24 września, ale w Polsce fizyczne nośniki dostępne są dopiero od 2 października. Płyta zatytułowana "Asylum Variations" zawiera dziewięć zupełnie premierowych kompozycji. Tytuł albumu odnosi się do kompozycji Edwarda Elgara stworzonej na przełomie 1898 i 1899 roku. Utwór ten składa się z czternastu wariacji, z których to każda część odnosi się do konkretnej osoby z najbliższego kręgu znajomych kompozytora. The Wolfgang Press zdecydowali się nawiązać do tego dzieła, bowiem jak tłumaczy Michael Allen, dostrzegł on w stworzonych utworach pewną nić, łączącą wszystkie zebrane tu utwory. Stanowią one odpowiedź na coraz bardziej niestabilny i zmienny świat, tak w formie globalnej jak i lokalnej. "Asylium Variations" jest więc emocjonalną reakcją na zachodzące zmiany oraz próbą odnalezienia się w tym nowym świecie.

Polscy fani będą mieli też niepowtarzalną okazję zobaczyć zespół na tegorocznej edycji festiwalu Soundedit, gdzie wystąpią 24.10. w łódzkim klubie Wytwórnia. Jeśli gwiazdy ułożą się w odpowiedniej konstelacji, czarny kot nie przetnie mej drogi, to powinienem być jednym z tych szczęśliwców, którzy znajdą się pod sceną. Tego samego wieczora wystąpi Marc Almond, więc tym bardziej jestem zmobilizowany by stawić się tego dnia w Łodzi. 


Jakub Karczyński


PS Nienachalnie przypominam też o możliwości wsparcia "Czarnych Słońc" poprzez stronę buycoffee. Zainteresowanych odsyłam po ten link: https://buycoffee.to/czarne-slonca. Decyzja o udzieleniu wsparcia lub też nie, to indywidualna sprawa. Nie ma obowiązku, ani żadnego przymusu. Na pieniądzach świat się ani nie zaczyna, ani nie kończy. Równie ważne, a może i ważniejsze są dla mnie komentarze jakie tu zostawiacie. Dzięki temu budujecie razem ze mną to miejsce i sprawiacie, że jest jakieś życie na osiedlu. Zaglądajcie więc tu regularnie, dzielcie się przemyśleniami i wspierajcie artystów kupując ich płyty, bilety na koncerty, merch oraz książki. To właśnie takimi działaniami realnie wspieracie twórców i pozwalacie kulturze wzrastać w siłę.  


27 września 2026

# a to słabe: THE MISSION - BLUE (1996)


Połowa lat dziewięćdziesiątych to czas, gdy grupa The Mission nie nagrywała szczególnie wybitnych dzieł. Ze świecą szukać pewnie miłośników płyty "Blue" (1996) czy "Neverland"(1995). Albumy te nie zyskały aprobaty w oczach fanów i dziś mało kto już do nich wraca. Warto zaznaczyć, że lata dziewięćdziesiąte nie były szczególnie przyjazne muzyce gotyckiej. Wiele znakomitych zespołów zawiesiło działalność, a nowe kapele jeśli się już zawiązywały, nie były w stanie przekonać do siebie tak licznego grona jak ich mistrzowie. Uwaga słuchaczy skierowane była wtedy na zupełnie inne obszary dźwiękowe. Każdy, kto dorastał pod koniec lat dziewięćdziesiątych, doskonale pamięta co zaprzątało wtedy głowy nastolatków. Boysbandy oraz girlsbandy miały wtedy swoje pięć minut sławy i to właśnie ich plakaty dzieciaki wieszały sobie na ścianach. The Mission musieli przełknąć tę gorzką pigułkę, próbując utrzymać się jakoś na powierzchni. Na szczęście nie próbowali na siłę wpasować się w chwilową modę, nie udawali, że wciąż są nastolatkami, lecz stanęli do tej nierównej walki dzierżąc w dłoniach swe stare poczciwe instrumenty. 

W 1996 roku The Mission byli jak garnitur, który nie dość, że był już niemodny, to jeszcze brakowało w nim rękawów. Na szybko doszyto je z tego co było akurat pod ręką, ale choć materiał był niczego sobie, to garnitur jako całość nie prezentował się zbyt szykownie. Z dawnego składu ostał się tylko Wayne Hussey oraz perkusista Mick Brown. W miejsce brakujących rękawów doszyto Andy Cousina oraz Marka Gemini Thwaite'a, ale nie wskrzesiło to zespołowego ducha. Hussey pozyskał najemników, którzy mieli pomóc mu nagrać album, dzięki któremu mógłby się uwolnić od zobowiązań kontraktowych. Następca "Neverland", powstawał w pośpiechu. Hussey wziął na siebie ciężar stworzenia całego materiału, który zarejestrowano w studio w przeciągu dwóch tygodni. Rok po premierze "Neverland", fani mieli otrzymać kolejne dzieło sygnowane logiem The Mission. Tempo godne nastolatków. Niestety, pośpiech bywa złym doradcą, o czym dość szybko zespół przekonał się na własnej skórze. Wytypowany na pierwszego i jak się okazało jedynego singla nagranie Coming Home, nie spełniło pokładanych w nim nadziei. Recenzje wiały chłodem, a siedemdziesiąta druga pozycja na brytyjskiej liście przebojów chyba najdobitniej uzmysłowiła zespołowi, że tym razem ponieśli bolesną porażkę. Tym razem intuicja zwiodła ich na manowce. Utwór nie tylko nie okazał się reprezentatywny dla całej płyty, ale też nie był on szczególnie finezyjny. Wyzbyty dźwiękowego mistycyzmu, tak przecież charakterystycznego dla The Mission, nie spełnił oczekiwań fanów. Zamiast nęcącej zachęty był raczej antytezą singla, zniechęcającą fanów do sięgnięcia po cały album. Gdybym miał typować utwór do promocji, to zamiast Coming Home, postawiłbym na nagranie Bang Bang, które w moich uszach wypada dużo ciekawiej, niż rzeczony singiel. Ma przede wszystkim zadatki na przebój, czego nie można powiedzieć o Coming Home. Szczerze mówiąc, nie rozumiem co kierowało zespołem, że zdecydowali się właśnie na to nagranie, a nie jakiekolwiek inne. Spośród trzynastu kompozycji, wśród których nie brakowało i takich z singlowym potencjałem, postawili na najgorszą szkapę w tej gonitwie. Tym sposobem stracili starych fanów, nie zyskując nic w zamian. 

"Blue" uchodzi za jeden z najsłabszych, jeśli nie najsłabszy album z całej dyskografii The Misssion. Czy faktycznie jest, aż tak zły? Z pewnością Misjonarze nie wzbili się tu na wyżyny swych możliwości, ale też by oddać im sprawiedliwość, nie polegli na całej linii. Jest tu nieco interesujących dźwięków, które powinny mile połechtać ucho niejednego Misjonarza. Co powiecie na takie Drown In Blue? Przecież to The Mission w najlepszym stylu. Ze szczyptą melancholii, z zaangażowanym śpiewem Husseya i całkiem zgrabną melodią. Wracam do niego z dużą przyjemnością, podobnie jak do nagrania That Tears Shall Drown The Wind, w którym to wyczuwam nieco inspiracji muzyką Ennio Morricone. Może to za sprawą dźwięku tej harmonijki oraz gitary, które jak żywo przywodzą mi na myśl klasyczny obraz Sergio Leone "Pewnego razu na dzikim zachodzie" (1968). Po stronie zysków zapisałbym także kompozycje Dying Room oraz finalizującą Evermore And Again. Obie, choć na pozór nieco monotonne w brzmieniu, mają w sobie jakiś taki hipnotyzujący czar, który sprawia, że powracam do nich z prawdziwą przyjemnością. Są bardzo udanym zwieńczeniem tej nieco zapomnianej, a z pewnością niedocenianej płyty.

Recenzenci zarzucali albumowi archaiczność już w momencie wydania. W kontekście tego co było wtedy na muzycznym świeczniku  (britpop, eurodance, hip-hop), The Mission faktycznie brzmieli staroświecko, ale dziś nie ma to już większego znaczenia. Album "Blue" portretuje nam Misjonarzy w momencie, gdy wiele zespołów decydowało się na muzyczne eksperymenty jak choćby Metallica czy U2. The Mission także postanowili zmienić nieco swój styl, jednak nie zdecydowali się, aż na tak odważne eksperymenty jak ich koledzy. Wyzbyli się swej gotyckości, kierując się bardziej w stronę rocka alternatywnego i niestety rozminęli się z oczekiwaniami fanów. Po tym albumie The Mission zawiesił działalność. Złożyło się na to kilka czynników - zmęczenie, problemy w życiu prywatnym Wayne'a Husseya, brak dawnej chemii w zespole, a przede wszystkim zmieniający się rynek muzyczny. Gwoździem do trumny okazała się kiepska sprzedaż "Blue" oraz coraz gorsza frekwencja na koncertach grupy. Tak jak mówiłem, lata dziewięćdziesiąte były fatalnym czasem dla muzyki gotyckiej. Chcąc się nieco wpasować w aktualne mody, zespół zabrnął w ślepą uliczkę.     

"Blue" jest świadectwem czasów, gdy artyści chcąc utrzymać się w orbicie zainteresowań fanów, musieli iść czasami na muzyczny kompromis. Wpasowywać się w mody lub szukać "ucieczki do przodu" kreując nowe muzyczne trendy. "Blue", choć strzepnął z siebie całą tą gotyckość, nie uwiódł słuchaczy, ani nie wykreował nowych dróg. Album stał w pół kroku między tym co nowe, a tym z czego składało się ich muzyczne DNA. Myślę, że warto wziąć to pod uwagę, gdy decydujemy się na jego ocenę. Z perspektywy czasu sądzę, że płyta bardziej zyskuje niż traci. Choć nie jest to mój ulubiony album z katalogu Misjonarzy, to też nie mam większego problemu by przesłuchać go od deski do deski. Zachęcam by spojrzeć na niego nieco przychylniejszym okiem i zweryfikować po latach obiegowe opinie na jego temat. Wypłyńcie więc w morze i zarzućcie sieć. Może tym razem ryby będą miały nieco mniej szczęścia i zamiast uchodzić w głębiny, trafią w końcu na wasz talerz.


Jakub Karczyński

 

18 września 2026

Z IMPETEM W GŁĄB


Odświeżyłem sobie kilka dawno nie słuchanych płyt, bo przecież po to się je zbiera, żeby do nich powracać. To jest właśnie ta przewaga muzyki nad książkami, że do muzyki wraca się o wiele częściej, niż do książek. Te po jednokrotnej lekturze, wędrują na półki, przyjmując rolę eksponatów. Stąd też sensowniej jest lokować pieniądze w płyty i korzystać z nich kiedy tylko najdzie nas na to ochota. Co prawda przy dużej kolekcji większość płyt także pozostaje w blokach startowych, ale wciąż dużo łatwiej i szybciej można się z nimi zapoznać niż ze wspomnianą książką.  


Bywa czasem tak, że nie wracamy do pewnych płyt przez długie lata. Powody mogą być różne. Wystarczy jednak mały impuls by zmienić ten stan rzeczy. Nagle, w jednej sekundzie, czujemy niepohamowaną potrzebę sięgnięcia po jakiś album. Czasem jest to jakaś piosenka usłyszana w audycji radiowej, innym razem jakiś artykuł lub rekomendacja dziennikarska i już w człowieku zapala się iskra, która roznieca pożar. Niegdyś w radiu usłyszałem nagranie Swimming Horses Siouxsie & The Banshees, o którym to zdążyłem na przestrzeni lata zapomnieć i po powrocie do domu czym prędzej wyjąłem z półki album "Hyaena" (1984). Musiałem tego posłuchać, choćby nie wiem co. Nie jest to moja ulubiona płyta Zuzki i jej Strzyg,  ma jednak kilka interesujących momentów, z których warto zdmuchnąć kurz. Poza tym to jedyny studyjny album, na którym obowiązki gitarzysty pełni Robert Smith.


Z kolei za sprawą bootlegu "What's End, Start" grupy Rubicon powróciłem do ich drugiej i zarazem ostatniej płyty "Room 101" (1995). Niegdyś przeze mnie odrzuconej by po latach posypać głowę popiołem i docenić te nagrania. To właśnie dzięki niej, życzliwiej spojrzałem na nurt grunge, którego nigdy nie byłem szczególnym fanem. Rubicon jest więc dla mnie takim łącznikiem muzycznych światów. Pomostem między mrokiem gotyckiego rocka, a surowością i brudem grunge'u. Szkoda, że zespół zakończył działalność, bo miał potencjał do rozwinięcia tej konwencji. Niestety historia zakończyła się nieco przedwcześnie i już raczej nie ma co liczyć na kolejne rozdziały.


Jak pewnie wiecie, lubię konfrontować się z albumami powszechnie uznawanymi za słabe. Płytami, którymi pogardzają "prawdziwi fani", bo przecież każdy z nas ma swoje uszy, swój gust i swoje preferencje. Gdy objąłem wzrokiem swoją kolekcje płyt Killing Joke, postanowiłem poddać się działaniu impulsu i posłuchać płyty, na którą mam w danym momencie największą ochotę. Padło na "Outside The Gate" (1988), czyli album, który w klasyfikacji fanów ląduje zazwyczaj na szarym końcu. Osobiście uwielbiam to ejtisowe brzmienie Killing Joke, ten śpiew Jaza, pełen zaangażowania, a niekiedy i romantyzmu jak choćby w My Love Of This Land. To właśnie w tym utworze odnajduję pierwiastki swojego jestestwa. To właśnie takie elementy budują moją osobę i sprawiają, że serce trzepocze niczym flaga na wietrze. Dziś już chyba nie ma na to szans by zespół zanurzył się w podobnej toni, ale pomarzyć zawsze wolno.


Myślę o tym by jesienią częściej zaglądać do swoich zbiorów. By zrzucić z siebie presję przesłuchiwania nieprzesłuchanych płyt. By być w zgodzie z tym co mi aktualnie w duszy gra. Muzyka wszak ma sprawiać przyjemność, a nie być przykrym obowiązkiem czy też przymusem. Zanurzmy się więc w naszych prywatnych archiwach muzycznych, biorąc sobie do serca słowa ze starej reklamy proszku do prania i pójdźmy z impetem w głąb.


Jakub Karczyński


13 września 2026

KONCERTY W STEREO


Życie bywa zaskakujące i to jest właśnie w nim piękne, że wymyka się ono schematom. Niekiedy zadaje kłam naszym deklaracjom i postawom. Przekonuję się o tym za każdym razem, gdy decyduję się na zakup płyty koncertowej. Nie żadnego DVD, a zwyczajnego CD. Musicie bowiem wiedzieć, że nie jestem jakimś wielkim entuzjastą ani oglądania, ani słuchania zapisów koncertów. Może wpływ ma na to fakt, że nie mam z takim występem żadnych relacji. Nie było mnie tam, nie przeżyłem tego, w związku z czym nie mam łączników emocjonalnych, które sprawiłyby, że moje serce żywiej zacznie pompować krew. Jednakże są i wyjątki, jak choćby koncert The Cure transmitowany na żywo w telewizji, który to obejrzałem z autentycznym zaciekawieniem. Wracając jednak do płyt CD, to choć deklaruję się jako osoba, która nie przepada za płytami koncertowymi, nie oznacza, że nie kupuję takowych wydawnictw. Co zatem sprawia, że wyciągam po nie rękę? Zazwyczaj wpływ na to ma moje uwielbienie do danego zespołu, czasem atrakcyjna cena (jak w przypadku płyty The Alarm "Greatest Hits Live" - 9,99 zł), a czasem czynniki, których nie jestem w stanie objąć żadnymi kategoriami.

Jakby tego było mało, w ostatnim czasie zakupiłem nawet koncertowy bootleg. Takich wydawnictw to już w ogóle z założenia nie zbieram. Bootleg to rzecz przeznaczona dla najbardziej zagorzałych fanów, którzy muszą mieć niemal wszystko, co spłodzili ich ulubieńcy. Osobiście nie mam takich ciągot, ale jak widać od każdej reguły jest też i wyjątek. Nieoficjalny koncert grupy Rubicon, zarejestrowany w 1992 roku, to rzecz nie tylko warta uwagi, ale i posiadania. Zacznijmy od tego, że zespół Rubicon w czasie swej działalności nagrał zaledwie dwie płyty i żadna z nich nie była wydawnictwem koncertowym*. Już sam ten fakt sprawia, że mamy niepowtarzalną okazję usłyszeć to jak grupa prezentowała się na żywo. Rubicon jak wiecie lub nie wiecie, powstał po rozpadzie Fields Of The Nephilim. Carl McCoy poszedł własną drogą, a pozostali muzycy zatrudnili na wokal Andy'ego Delany i rozpoczęli działalność pod nowym szyldem. Ich debiut "What Start's, Ends" (1992) to rzecz dziś już mocno przykurzona, ale kto zna, ten wie, jak świetne nuty na nim zestawiono. Rubicon nie starał się być kopią Fields Of The Nephilim. Poszli swoją drogą, porzucając gotyckie brzmienia na rzecz alternatywy, bliższej dokonaniom Pearl Jam i scenie grunge, który w tym czasie był na fali. Zrobili to jednak po swojemu i choć nie udało im się utrzymać na powierzchni, to pozostawili po sobie dwa niezwykle interesujące albumy. Rzeczony bootleg uchwycił ich tuż po wydaniu debiutu, stąd też mamy tu program z owej płyty, ale i dwa nagrania, których próżno na nim szukać - New One, które na Discogsie opisane jest jako Standing Alone oraz Chains występujące tamże jako Chains Are Gone. Właśnie takie smaczki dodają takim wydawnictwom wartości i sprawiają, że wracamy do nich tych chętniej. Na słowa szczególnego uznania zasługuje jakość nagrań, które jak na bootleg prezentują się nadzwyczaj dobrze. Widać, że ten kto przyłożył do tego rękę, musiał mieć dostęp do konsolety realizatorskiej. Być może to sam realizator utrwalił ten występ pokątnie, by mieć pamiątkę, a może przyświecały mu bardziej merkantylne pobudki. Tego już się nie dowiemy. Na Discogsie ktoś w komentarzach do tego wydawnictwa dopisał, że koncert ten odbył się dnia 30 listopada w Niemczech, w mieście Essen. Podał nawet miejsce - Zeche Carl. Sprawdziłem co to za miejsce i wyszło, że to ośrodek kultury założony przez Radę Essen, w dawnej kopalni węgla. Działa ponoć po dziś dzień.


Jako lekturę na tegoroczną jesień polecam cykl Southern Reach, na który to składają się cztery tomy. Pierwszym jest "Anihilacja", opowiadająca o tajemniczej strefie X, która pochłania coraz większe połacie naszej planety. Jedenaście ekspedycji wysłanych do strefy, zakończyły się śmiercią lub szaleństwem jej uczestników. Dwunasta ma być inna. Postapokaliptyczne pejzaże, tajemnicza budowla, poczucie zagrożenia i wszechobecna nieufność, to tylko niewielki wyciąg z tego co na was tu czeka. Jestem świeżo po lekturze pierwszego tomu i z przyjemnością zanurzę się w kolejnym. Zachęcam przyjrzeć się temu cyklowi. Może i was pochłonie.


Z kolei od siostry otrzymałem rekomendację by zapoznać się z książką "Ai_gorytm". Dobrze się składa, bowiem od pewnego czasu, odczuwałem potrzebę przeczytania jakiejś książki science-fiction, a w księgarniach niestety ten gatunek przegrywa z fantasy. Poza klasykami w rodzaju Asimova, Dicka czy Lema, raczej ze świecą szukać nowych autorów. Szkoda, bowiem science-fiction daje dużo ciekawsze możliwości fabularne, ale przy okazji jest też nieco bardziej wymagająca. Być może właśnie w tym tkwi szkopuł jej mniejszej popularności wśród czytelników.

 

* W 1993 roku ukazało się co prawda wydawnictwo "Live At Onsnabruck City Hall 2.4.93", ale było ono przeznaczone wyłącznie dla członków fanklubu. Wydano to w formie kasety magnetofonowej, której wytłoczono zaledwie 200 kopii, więc dziś jest to sporej wartości unikat. Czy pojawiło się też w innych formatach? Tego nie wiem, ale obstawiam, że w związku z niewielkim nakładem, mogło się ono ograniczyć tylko do kasety magnetofonowej.