29 sierpnia 2026

BYLE DO JESIENI


Gdy jedni rozpaczają, że lato nieubłagalnie dobiega końca, ja żegnam je bez zbytniego żalu. Jakoś tak się w ostatnich latach dziwnie plecie, że w tym okresie odczuwam największe zmęczenie, brak weny i w ogóle jakieś takie zniechęcenie. Dopiero wraz z nadejściem jesieni moje akumulatory znów zaczynają pracować na pełnych obrotach. Muzyka też jakby nabierała większych rumieńców, a płyty, które tak pieczołowicie gromadziłem, wreszcie dostępują należnej im uwagi. Tegoroczna jesień powinna być obfita w muzyczne zbiory. Oczywiście będą to zapewne same starocie, bo muzyczne premiery jakoś nie rozpalają mojej wyobraźni. Prędzej już wznowienia jak choćby album Snake Corpse "Smother Earth" (1990), który 16 października po latach nieobecności nareszcie powróci na rynek. Póki co, dostępny jest preorder, niestety wysyłka obejmuje wyłącznie teren Stanów Zjednoczonych. Z zapewnień wydawcy (Iconoclassic Records), album ma być dostępny także i dla innych części świata. Wznowienie debiutu zakupiłem poprzez stronę Amazona, liczę więc, że za jakiś czas pojawi się na ich stronach także "Smother Earth".  To w końcu tam znajduje się utwór Colder Than The Kiss czyli utwór, który otworzył mi bramy do ich muzycznego królestwa.   

Tymczasem cieszę się jak dziecko, że do mej kolekcji płyt grupy Wipers, dołączyły albumy "The Herd" (1996) oraz amerykańskie tłoczenie "Follow Blind" (1987). Co prawda posiadam już jej piękną reedycję, ale jak to mówią, stare wydania mają w sobie ten niezaprzeczalny urok i przede wszystkim duszę. Cóż szkodzi mieć je obie na półce? Wipers to klasa sama w sobie, stąd też żaden miłośnik post punku nie może przejść obok ich dorobku obojętnie. Na ich twórczość powoływał się między innymi Kurt Cobain. Co ciekawe, Greg Sage, czyli pomysłodawca i mózg zespołu, tworząc Wipers założył sobie, że będzie on miał charakter wyłącznie studyjny. Mieli ambicję nagrać piętnaście płyt w dziesięć lat oraz żyć w cieniu medialnego flesza, dzięki czemu chcieli wytworzyć wokół siebie aurę tajemniczości. Celem tych działań miało być pobudzenie wyobraźni słuchacza i sprawienie by bardziej zaangażował się on w proces słuchania muzyki. Sage podchodził do tej materii niezwykle poważnie, uważając, że skoro jest ona dziedziną sztuki, to nie można traktować jej jak towar. Planował także samodzielnie wydawać albumy The Wipers w stworzonej przez siebie wytwórni Trap Records, ale ostatecznie związali się z Park Avenue Records, licząc na zdobycie nieco większej rozpoznawalności. Z punkowej prostoty pierwszych albumów, płynnie przeszli do post punku, poszerzając tym samym krąg swych odbiorców. Dziś słusznie uważani są za jedną z ciekawszych punkowych załóg, którzy wypracowali sobie tak charakterystyczne brzmienie, że nie sposób ich z nikim pomylić. Całkiem nieźle jak na zespół, który miał ambicję egzystować w cieniu.


Jakub Karczyński


PS Przypominam, że cały czas można też stawiać wirtualne kawy dla "Czarnych słońc". Chętnych do udzielenia mi takowego wsparcia odsyłam pod ten adres https://buycoffee.to/czarne-slonca. Oczywiście jest to całkowicie dobrowolna forma docenienia mojej pracy. Fajnie jak jest, ale też nie uzależniam od niej działalności tego bloga. Każdemu, kto jednak decyduje się na takowe wsparcie serdecznie dziękuję.
 

03 sierpnia 2026

TELEWIZYJNE CIĘCIA

Uwielbiam Television, uważam, że ich płyta "Marquee Moon" (1977) jest pozycją zjawiskową, którą każdy interesujący się muzyką alternatywną, powinien posłuchać przynajmniej raz. Albumem tym udowodnili, że potrafią przekraczać nie tylko muzyczne granice, ale i otwierać drzwi do innych światów.  Szkoda, że pozostawili po sobie zaledwie trzy wydawnictwa. Gdy w grudniu 2025 pisałem o zespole jak i solowych poczynaniach Toma, nie myślałem, że po siedmiu miesiącach znów powrócę na ten szlak. Nie było jakiegoś szczególnego impulsu. Przeglądając stos płyt do przesłuchania, wyjąłem z niego album "Warm And Cool" (1992), który jakoś tak dobrze mnie nastroił, że z ciekawości zacząłem przeszukiwać internet pod kątem solowych płyt Toma. Szybko okazało się, że w serwisach aukcyjnych pojawiły się albumy, których nie miałem na swej półce. Płytę "Dreamtime" (1981) nabyłem bez większego zastanowienia, bo i stan jak i cena w pełni zgadzały się z moimi oczekiwaniami. Z kolei "Flash Light" (1987), który dotąd widywałem tylko na winylu, w końcu objawił się także w postaci CD. Choć cena oscylująca wokół kwoty sto złotych nie była w stanie mnie zniechęcić, to już nędzny stan nośnika już jak najbardziej. Próby negocjacji ceny nie przyniosły większych efektów, więc odpuściłem. Rozpalona wyobraźnia zaprowadziła mnie na niezawodnego Discogsa, gdzie bez większego problemu odnalazłem nieco tańszy egzemplarz i do tego w dużo lepszym stanie. Minusem był jednak stan okładek, które zostały ponacinane. Pomyślałem jednak, że lepsza nieco uszkodzona okładka, niż zacinająca się płyta. Mam jednak nadzieję, że cięcia nie były dokonywane ręką jakiegoś barbarzyńcy. Niszczenie dóbr kultury to rzecz, która nie mieści mi się w głowie. Nie ma na to usprawiedliwienia. Usłyszałem ostatnio, że wykupuje się stare książki naukowe z antykwariatów by uczynić na nich AI. Efektem tej nauki są setki pociętych i zniszczonych książek, które po takiej nauce nadają się już tylko na makulaturę. Obawiam się, że karmimy potwora, który w niedługim czasie stanie się naszym przekleństwem. Gdyby przyznawano nagrody w kategorii generowania problemów, ludzkość byłaby niekwestionowanym mistrzem. Nic dziwnego, że największym zagrożeniem dla naszej planety jesteśmy właśnie my.    


Jakub Karczyński


23 lipca 2026

GARŚĆ PRZEBIŚNIEGÓW


Gdy decydowałem się wziąć udział w kolejnej akcji crowdfundingowej, zdawałem sobie doskonale sprawę z tego, że na jej efekty trzeba będzie nieco poczekać. Ile? Tego nigdy nie wiadomo. Może kilka miesięcy, a może i ponad pół roku. Czas jednak nie stanowił problemu. Godziłem się z tym i dawałem artyście komfort pracy, aby mógł bez zbytniej presji realizować swoją wizję. Nagrodą miały być dwa albumy Handful Of Snowdrops. Na pierwszy, miały złożyć się premierowe kompozycje, zebrane pod szyldem "Any Moment Now" (2026), a drugi miał na celu wznowienie płyty "III" (2015), tyle że w nieco odmiennej formie. Jean-Pierre zdecydował, aby wydać go w takiej formie, w jakiej sobie pierwotnie wymarzył. Dołożył więc do niego zawartość EP-ki "+", a na finał zafundował nam cover Backdoor grupy Clan Of Xymox. Czyż można wyobrazić sobie piękniejsze zwieńczenie? Choć znałem tę płytę na wylot, to dziś muszę uczyć się jej na nowo. Tego typu zabiegi niosą ze sobą pewne ryzyko. Słuchaczowi przyzwyczajonemu do określnej kolejności utworów, trudno będzie się przestawić na nowe tory. Wiem co piszę, bo z podobnych względów nie udało mi się pokochać dwupłytowej edycji płyty "Marbles" (2004) Marillion, chociaż pierwotny zamysł zakładał właśnie taką formę. Zespół jednak nie dostał zielonego światła, aby zrealizować swój koncept, stąd też zdecydowali się na edycję jednopłytową. I jak dla mnie był to strzał w dziesiątkę. Ta zwarta forma uwydatniła wszystkie atuty tej płyty. Jak będzie z nową wersją płyty "III" (2026)? Czas pokaże, niemniej cieszę się, że w końcu mam nagrania, których do tej pory mi brakowało. Najbliższe dni upłyną mi więc na zgłębianiu tego wydawnictwa, które z dumą włączam już w poczet swej kolekcji.  


Jakub Karczyński

15 lipca 2026

# a to słabe: THE CURE - WILD MOOD SWINGS (1996)


Gdy 1996 roku ukazywała się płyta "Wild Mood Swings", bardziej od muzyki zajmowały mnie kolejne komiksy o Batmanie, Supermanie i Spider-manie, kupowane w lokalnym kiosku. Nie miałem nawet pojęcia, że istnieje taki zespół jak The Cure. Zaistniał on w mej świadomości kilka lat później i stał się istotną częścią mego życia. Poznawałem więc dorobek zespołu z pozycji kogoś, kto spóźnił się na pociąg, więc chcąc go złapać, musi gnać na złamanie karku w kierunku następnej stacji. Ta pogoń trwała kilka lat, nim udało mi się zgromadzić i poznać całą dyskografię grupy. Muzykę poznawałem z kolejnych płyt, zdobywanych z niemałym trudem. Zamawiało się je w sklepie płytowym, lecz nie było pewności, że właścicielowi uda się ją zdobyć w hurtowni. Takie to były czasy. Może nieco siermiężne, ale za to jakie ekscytujące. Gdy już poznałem cały nabożny kanon, który polecali fani na forum thecure.pl, przyszedł czas by sięgnąć i po te albumy odsądzane od czci i wiary. Nie pamiętam już czy najpierw sięgnąłem po "The Top" (1984) czy jednak pierwszy był "Wild Mood Swings", ale faktem jest, że nie wzbraniałem się przed nimi jakoś szczególnie mocno. Być może wpływ na to miał mój krótki staż, a może głowa, której nie przygniatał ciężar oczekiwań. Wcisnąłem więc przycisk play i dałem się porwać szalonemu klaunowi z okładki.

Zdjęcie przeciętej głowy klauna na tle jasnożółtego tła, jest tyleż nietypowe, co niepokojące. Wygląda jak przedmiot z miejsca zbrodni, pozostawiony tam przez jakiegoś psychopatę. Tytuł płyty również nie pozostawia wątpliwości, że balansujemy na granicy dwóch światów. Między radością, a smutkiem. Taka rozpiętość emocjonalna może być trudna do okiełznania, ale przecież The Cure są mistrzami w żonglowaniu tak radością jak i smutkiem. Pytanie tylko czy ścieg łączący obie te połowy nie jest czasem zbyt widoczny.

Lata dziewięćdziesiąte nie były dobrym czasem dla The Cure. Opublikowali zaledwie trzy pełnoprawne albumy, ale świat muzycznych dźwięków Roberta Smitha coraz mniej przystawał do otaczającej go rzeczywistości. Artystyczny i komercyjny sukces płyty "Wish" (1992) przyszedł w ostatnim możliwym momencie. Myślę, że dwa lata później ta sztuczka już by się nie udała. Cztery lata jakie dzieli "Wish" od "Wild Mood Swings" to przepaść, której albo Robert nie zauważył albo świadomie ją zignorował licząc na to, że zespół z taką pozycją jak The Cure, nie musi obawiać się zmian muzycznych wiatrów. Błąd. Jeśli po premierze albumu "Wish", Smith mógł czuć jeszcze komfort stabilności, tak po eksplozji brit popu, grunt zaczął usuwać mu się spod stóp. Chyba pierwszy raz w historii ansambl Smitha stał się niemodny i odstawiony na boczny tor. Czy nagrywając "Wild Mood Swings", Robert czuł co się święci? Niewykluczone, choć nie posądzałbym go o zbytni koniunkturalizm. Wiele zespołów chcąc nadążyć za zmianami dostosowywało swą muzykę czy brzmienie do tego co było aktualnie popularne. Skutek był zazwyczaj marny. Smith nie zaparł się swego stylu, choć kierunek w jakim podążył, mógł momentami jeśli nie zszokować to zapewne zadziwić najwierniejszych fanów. Konia z rzędem temu, kto przewidział kierunek zmian. Po stricte rockowym albumie "Wish", otrzymaliśmy coś co odwoływało się tak do spuścizny Bowiego, The Beatles jak i dźwięków z wytwórni Motown czy tradycji bossa novy. Na upartego można i dorzucić muzykę meksykańską by dopełnić obrazu całości. Przyznacie, że ten karkołomny szpagat miał małe szanse powodzenia. A jednak się udał. Nie w sensie komercyjnym, bo płyta nie powtórzyła sukcesu poprzedniczki. W dniu premiery też nie zebrała entuzjastycznych recenzji, a jednak po latach album ten bardziej zyskuje niż traci. Otrzymaliśmy album, którego zamysł był jakby powieleniem formuły eklektyzmu jaki otrzymaliśmy na "Kiss Me, Kiss Me, Kiss Me" (1987). Tylko czy ktokolwiek czekał na kontynuację? Zawieśmy to pytanie na moment w próżni i przyjrzyjmy się zawartości krążka.

Zaczyna się całkiem zwyczajnie od trzęsienia ziemi w postaci nagrania Want. The Cure potrafią tak w początki jak i w zakończenia, więc można by pomyśleć, że oto znów przemierzamy dobrze znany nam szlak. Want to utwór o nienasyconym pragnieniu posiadania. O tym, że wciąż nam mało alkoholu, narkotyków, miłości, seksu, sławy, ale i bólu, strachu oraz kłamstw. To chorobliwe nienasycenie sprawia, że nigdy nie osiągamy szczęścia, do którego dążymy. Są na tym świecie rzeczy, których jednak nie jesteśmy w stanie zdobyć jak choćby więcej nadziei czy czasu. Ta nieustanna pogoń jest w gruncie rzeczy bezcelowa, bo króliczek, którego gonimy, to tylko nieuchwytny cień, majaczący nam gdzieś na horyzoncie.  Pierwsza lampka ostrzegawcza załącza się nam już przy nagraniu numer dwa, gdzie Robert śpiewa w taki sposób, w jaki nigdy wcześniej, ani później już nie śpiewał. Brzmi to dość osobliwie, a sama kompozycja również jakoś szczególnie nie błyszczy. To jeden z dwóch utworów, których pozbyłbym się z tego albumu bez większego żalu. Sądzę nawet, że płyta zyskałaby na wartości. Złe wrażenie szybko zaciera jednak This Is A Lie, w którym to zespół uderza w nieco bardziej melancholijne tony. Z zadumy szybko jednak wyrywają nas kolejne nagrania - The 13th Strange Attraction - emanujące jakimś takim letnim rozluźnieniem. The 13th musiał być niezłym szokiem dla fanów w 1996 roku, gdy The Cure wydało go jako singiel. Rytmy bossa novy, jakieś trąbki, to przecież nie jest anturaż The Cure, a mimo to, wyszli z tego starcia obronną ręką. Zatwardziali fani pewnie do dziś kręcą nosem, ale przecież świat nie zaczyna i nie kończy się na "Seventeen Seconds" (1980), "Faith" (1981) czy "Pornography" (1982). Po latach dużo łatwiej jest zaakceptować szaleństwa zaserwowane nam  na "Wild Mood Swings", a być może nawet zapałać jakimś żywszym uczuciem do tej płyty. Osobiście nigdy nie miałem problemu z tym albumem. Może nie ustawiłbym go w jednym rzędzie z "Disintegration" (1989), ale już z "Kiss Me Kiss Me Kiss Me" jak najbardziej tak. W ogóle uważam, że "Wild Mood Swings", to taki brat bliźniak tej płyty. Ani gorszy, ani lepszy. Z pewnością jednak nie tak dobrze znany jak jego starszy brat. Odnoszę wrażenie, że te kilka nietypowych singli, przesłoniło niektórym fanom całą resztę płyty. Gdybyśmy wyłączyli je poza nawias, to otrzymalibyśmy klasyczny album The Cure, gdzie żywe, rockowe granie przeplata się z melancholią. Czy można zbyć obojętnością takie utwory jak Numb, Trap czy Treasure? Czy można mienić się fanem The Cure nie znając Want, jednego z najlepszych albumowych otwieraczy? No i w końcu, czy można żyć ze świadomością, że w obrazku, na który spoglądamy, brak kilku istotnych puzzli? Nie wyobrażam sobie by zabrakło w nim Numb, prawdziwej perły finalizującej album "Wild Mood Swings". To jedno z najbardziej poruszających nagrań, które warto odkryć na swój własny użytek. 

Sądzę, że po dwudziestu latach jakie minęło od wydania tejże płyty, śmiało można już zdjąć z niej odium, na które szczerze mówiąc, wcale sobie nie zasłużyła. Dostrzeżmy w końcu, że brzydkie kaczątko za jakie dotychczas je mieliśmy, nigdy takowym nie było. Co sprawiło, że nie ujrzano w nim pięknego, białego łabędzia? Może po prostu płyta nie trafiła w swój czas, a może była momentami zbyt radykalnym odejściem od kolein, jakie wyżłobiło w naszych głowach przez lata The Cure. Cokolwiek by to nie było, niechaj sprawiedliwości stanie się zadość. Jeśli macie w zasięgu ręki ten album, proponuję zdmuchnąć dziś z niego kurz i ponownie udać się do tego wesołego miasteczka. Może tym razem klaun okaże się być milszy, zakupione baloniki nie ulecą w dal, a przejażdżka na karuzeli łańcuchowej nie wywróci wam żołądka na drugą stronę. By się tego dowiedzieć, trzeba ponownie zakupić bilet. Czy masz w sobie tyle odwagi?


Jakub Karczyński

23 czerwca 2026

DARK DECAY FESTIVAL


Ciemność widzę, ciemność! Ten kultowy tekst pochodzący z "Seksmisji" poza walorami humorystycznymi idealnie pasowałby mi też jako reklama nadchodzącego festiwalu Dark Decay. Pierwsza edycja tej imprezy odbędzie się już za dwa dni w Poznaniu. Między 25 - 27 czerwca klub "2Progi" (Al. Niepodległości 36) wezmą we władanie wszelkiej maści strzygi, zombie i nietoperze, a scenę obejmą:

Soror Dolorosa (FR)

Selofan (GR)

Psyche (CA)

Christ vs Warhol (US)

Days Of Sorrow (DE)

Chaos International* (GB/PL)

Date At Midnight (IT)

This Eternal Decay (IT)

Soft Scent (IT)

Ductape (TR)

Aux Animaux (SE)

Kurschatten (DE)

Bragolin (NL)

Rosengarden Funeral Party (US)

After The Sin (PL)

Poza koncertami będzie też okazja do rozruszania na parkiecie swych zesztywniałych kości. O odpowiednie naoliwienie stawów, zadba grupa doborowych DJ-ów. Nikt zatem na Dark Decay nie powinien się nudzić. Jeśli jeszcze nie zakupiliście biletów, to macie ostatnią szansę by zrobić to nieco taniej, niż w dniu festiwalu. W pogodzie najbliższe dni zapowiadają się niezwykle upalnie, natomiast w "2Progach" powieje chłodem jakiego jeszcze tam nie widziano. Polecam zajrzeć.


Jakub Karczyński


* Z powodów zdrowotnych występ zespołu No More został odwołany. W jego miejsce pojawi się Chaos International.

18 czerwca 2026

TRADYCJA


Jutro czeka mnie voyage, voyage do Wrocławia na występ Anji Huwe. Przed niespełna rokiem, jechałem do Wrocka na Public Image Ltd, a teraz by obejrzeć inną legendę, tworzącą niegdyś Xmal Deutschland. Pomału robi się z tego piękna tradycja. Anja w ostatnim czasie dość często pojawia się w Polsce. Była jedną z gwiazd ostatniej edycji festiwalu Soundedit, ale wtedy nasze ścieżki się nie przecięły. Mając do wyboru tylko jeden festiwalowy dzień, zdecydowałem się na ten, gdzie grali The Chameleons, Fields Of The Nephilim i 1984. Wychodzi na to, że postawiłem na właściwego konia, bo to co mnie ominęło w ubiegłym roku, będzie okazja nadrobić już jutro. Oczywiście nie wszystko, bo przecież Gavin Friday też przeszedł mi wtedy koło nosa, czego ogromnie żałuję. Może jeszcze będzie kiedyś okazja go zobaczyć. W tym roku za to ostrzę sobie zęby na The Wolfgang Press i Marca Almonda, którzy uświetnią tegoroczną edycję Soundedit. 

Wracając jednak do Anji Huwe, to jej powrót na scenę, to zasługa Mony Mur. To ona przekonała ją by wrócić do śpiewania, za co wszyscy powinniśmy być jej dozgonnie wdzięczni. Gdyby nie ona, nie powstałaby przecież solowa płyta Anji "Codes" (2024), w której to Mona miała także swój udział. To właśnie ten album będzie promować jutro nasza bohaterka, ale zapewne znajdzie się też i miejsce dla kilku utworów jej macierzystej formacji. Miejsce, w którym wystąpi - Stary Klasztor, to wprost idealna lokalizacja dla takiej muzyki. Miałem przyjemność oglądać tam i Wayne'a Husseya jak i Clan Of Xymox, a teraz przyjdzie i czas na Anję Huwe. Supportem będzie rodzimy Closterkeller i jest to jak najbardziej zrozumiała decyzja, bowiem swój pseudonim, Anja Orthodox zawdzięcza właśnie Anji Huwe. Closterkeller w początkach działalności mocno inspirował się takim falowym graniem. Szkoda, że dziś płyną już w zupełnie innym kierunku, bo co by nie mówić o grupie Closterkeller, to faktem jest, że wykonała ona niesamowitą pracę, dzięki której gotyk wdarł się do polskich domostw. Czy to dobrze, czy to źle, niechaj każdy rozsądzi sam. Tymczasem ja wracam do przesłuchiwania płyt Xmal Deutschland, Anji Huwe i może zdmuchnę w końcu kurz z płyty "Argento" (2025). Lepszej okazji już chyba nie będzie, by zmierzyć się z ostatnim albumem Closterkellera.  


Jakub Karczyński 

12 czerwca 2026

MEMENTO MORI DANCE CLUB


Niezwykle rzadko zdarza mi się sięgać po muzykę folkową, a tym bardziej poświęcić jej parę słów na blogu. Piętnaście lat wstecz było nieco inaczej, bowiem fascynowały mnie tego typu dźwięki. Jednym z obowiązkowych punktów był dla mnie festiwal Ethno Port, który w tamtym czasie odbywał się w Starym Korycie Warty. Przy pięknej pogodzie, można było się tam poczuć niezwykle komfortowo i zapomnieć na chwilę, że jesteśmy w środku miasta. Atmosfera pełnego wyluzowania, wokół uśmiechnięci i roztańczeni ludzie, a na scenie artyści z różnych stron świata. Chodziło się tam na wszystko, bo przecież mało kto znał tych twórców. I właśnie ta podróż w nieznane, stanowiła o wielkiej sile tego festiwalu. Ethno Port wciąż gra, tyle tylko, że zmienił miejsce. Teraz urzęduje w Centrum Kultury Zamek. Zmiana ta na tyle mnie oburzyła i zniesmaczyła, że obraziłem się na festiwal i nie uczestniczę już w tym wydarzeniu. Może jeszcze kiedyś tam zawitam, ale póki co mam inne priorytety jak choćby pierwszą edycję trzydniowego festiwalu Dark Decay. Jest to mój absolutny priorytet, więc reszta musi zejść na dalszy plan. Muzyka folkowa jednak chcąc nie chcąc, wdziera się ostatnio w moje życie coraz śmielej. Zaczęło się od zakupu "Pisma folkowego", z którego to chciałem zaczerpnąć nieco świeżych informacji, o tym co teraz rozpala wyobraźnię folkowych dziennikarzy. Jednak to nie tam natknąłem się na zespół, który przyciągnął moją uwagę najpierw nazwą, później okładką, a na koniec muzyką. Przeglądając przypadkiem ofertę pewnego sklepu internetowego, mój wzrok zatrzymał się na tej intrygującej nazwie. Sam koncept był również na tyle frapujący i tak odległy od tego wszystkiego z czym mamy zazwyczaj do czynienia w muzyce popularnej, że nie mogłem przejść obok tego obojętnie. Pomysł by w pieśniach religijnych odkrywać ich taneczny pierwiastek, jest tyleż szalony co intrygujący. Nie chodzi tu jednak o muzykę dyskotekową, lecz o polonezy i mazurki, które to podrywały niegdyś ludziom nogi do tańca. Zestawienie tych z pozoru nieprzystających do siebie elementów, dało niesamowity efekt. Właśnie czegoś takiego oczekuję od polskiej muzyki. Nie powielania anglosaskich wzorców, które może i robią wrażenie, ale w żaden sposób nie wytyczają nowych dróg. Cieszę się, że nie brak w naszym kraju otwartych głów, gotowych przemierzać mało uczęszczane szlaki. Nie jest to muzyka, do której będziemy wracać dzień w dzień, jak do letnich przebojów. Tu potrzebne jest skupienie i odpowiednie warunki. Deszczowe, pochmurne lato lub jesienna słota, będą tu najlepszymi sprzymierzeńcami. Dajcie się namówić na tę podróż. Kto wie, może odkryjecie coś, czego nie spodziewaliście się znaleźć. To właśnie jest piękno muzyki.


Jakub Karczyński


PS Zainteresowanych wsparciem "Czarnych słońc" odsyłam pod ten adres:  https://buycoffee.to/czarne-slonca. Zachęcam też do aktywności w komentarzach, bo właśnie tę formę wsparcia cenię sobie najbardziej. Za każde dobre słowo z góry serdecznie dziękuję.