15 lipca 2026

# a to słabe: THE CURE - WILD MOOD SWINGS (1996)


Gdy 1996 roku ukazywała się płyta "Wild Mood Swings", bardziej od muzyki zajmowały mnie kolejne komiksy o Batmanie, Supermanie i Spider-manie, kupowane w lokalnym kiosku. Nie miałem nawet pojęcia, że istnieje taki zespół jak The Cure. Zaistniał on w mej świadomości kilka lat później i stał się istotną częścią mego życia. Poznawałem więc dorobek zespołu z pozycji kogoś, kto spóźnił się na pociąg, więc chcąc go złapać, musi gnać na złamanie karku w kierunku następnej stacji. Ta pogoń trwała kilka lat, nim udało mi się zgromadzić i poznać całą dyskografię grupy. Muzykę poznawałem z kolejnych płyt, zdobywanych z niemałym trudem. Zamawiało się je w sklepie płytowym, lecz nie było pewności, że właścicielowi uda się ją zdobyć w hurtowni. Takie to były czasy. Może nieco siermiężne, ale za to jakie ekscytujące. Gdy już poznałem cały nabożny kanon, który polecali fani na forum thecure.pl, przyszedł czas by sięgnąć i po te albumy odsądzane od czci i wiary. Nie pamiętam już czy najpierw sięgnąłem po "The Top" (1984) czy jednak pierwszy był "Wild Mood Swings", ale faktem jest, że nie wzbraniałem się przed nimi jakoś szczególnie mocno. Być może wpływ na to miał mój krótki staż, a może głowa, której nie przygniatał ciężar oczekiwań. Wcisnąłem więc przycisk play i dałem się porwać szalonemu klaunowi z okładki.

Zdjęcie przeciętej głowy klauna na tle jasnożółtego tła, jest tyleż nietypowe, co niepokojące. Wygląda jak przedmiot z miejsca zbrodni, pozostawiony tam przez jakiegoś psychopatę. Tytuł płyty również nie pozostawia wątpliwości, że balansujemy na granicy dwóch światów. Między radością, a smutkiem. Taka rozpiętość emocjonalna może być trudna do okiełznania, ale przecież The Cure są mistrzami w żonglowaniu tak radością jak i smutkiem. Pytanie tylko czy ścieg łączący obie te połowy nie jest czasem zbyt widoczny.

Lata dziewięćdziesiąte nie były dobrym czasem dla The Cure. Opublikowali zaledwie trzy pełnoprawne albumy, ale świat muzycznych dźwięków Roberta Smitha coraz mniej przystawał do otaczającej go rzeczywistości. Artystyczny i komercyjny sukces płyty "Wish" (1992) przyszedł w ostatnim możliwym momencie. Myślę, że dwa lata później ta sztuczka już by się nie udała. Cztery lata jakie dzieli "Wish" od "Wild Mood Swings" to przepaść, której albo Robert nie zauważył albo świadomie ją zignorował licząc na to, że zespół z taką pozycją jak The Cure, nie musi obawiać się zmian muzycznych wiatrów. Błąd. Jeśli po premierze albumu "Wish", Smith mógł czuć jeszcze komfort stabilności, tak po eksplozji brit popu, grunt zaczął usuwać mu się spod stóp. Chyba pierwszy raz w historii ansambl Smitha stał się niemodny i odstawiony na boczny tor. Czy nagrywając "Wild Mood Swings", Robert czuł co się święci? Niewykluczone, choć nie posądzałbym go o zbytni koniunkturalizm. Wiele zespołów chcąc nadążyć za zmianami dostosowywało swą muzykę czy brzmienie do tego co było aktualnie popularne. Skutek był zazwyczaj marny. Smith nie zaparł się swego stylu, choć kierunek w jakim podążył, mógł momentami jeśli nie zszokować to zapewne zadziwić najwierniejszych fanów. Konia z rzędem temu, kto przewidział kierunek zmian. Po stricte rockowym albumie "Wish", otrzymaliśmy coś co odwoływało się tak do spuścizny Bowiego, The Beatles jak i dźwięków z wytwórni Motown czy tradycji bossa novy. Na upartego można i dorzucić muzykę meksykańską by dopełnić obrazu całości. Przyznacie, że ten karkołomny szpagat miał małe szanse powodzenia. A jednak się udał. Nie w sensie komercyjnym, bo płyta nie powtórzyła sukcesu poprzedniczki. W dniu premiery też nie zebrała entuzjastycznych recenzji, a jednak po latach album ten bardziej zyskuje niż traci. Otrzymaliśmy album, którego zamysł był jakby powieleniem formuły eklektyzmu jaki otrzymaliśmy na "Kiss Me, Kiss Me, Kiss Me" (1987). Tylko czy ktokolwiek czekał na kontynuację? Zawieśmy to pytanie na moment w próżni i przyjrzyjmy się zawartości krążka.

Zaczyna się całkiem zwyczajnie od trzęsienia ziemi w postaci nagrania Want. The Cure potrafią tak w początki jak i w zakończenia, więc można by pomyśleć, że oto znów przemierzamy dobrze znany nam szlak. Want to utwór o nienasyconym pragnieniu posiadania. O tym, że wciąż nam mało alkoholu, narkotyków, miłości, seksu, sławy, ale i bólu, strachu oraz kłamstw. To chorobliwe nienasycenie sprawia, że nigdy nie osiągamy szczęścia, do którego dążymy. Są na tym świecie rzeczy, których jednak nie jesteśmy w stanie zdobyć jak choćby więcej nadziei czy czasu. Ta nieustanna pogoń jest w gruncie rzeczy bezcelowa, bo króliczek, którego gonimy, to tylko nieuchwytny cień, majaczący nam gdzieś na horyzoncie.  Pierwsza lampka ostrzegawcza załącza się nam już przy nagraniu numer dwa, gdzie Robert śpiewa w taki sposób, w jaki nigdy wcześniej, ani później już nie śpiewał. Brzmi to dość osobliwie, a sama kompozycja również jakoś szczególnie nie błyszczy. To jeden z dwóch utworów, których pozbyłbym się z tego albumu bez większego żalu. Sądzę nawet, że płyta zyskałaby na wartości. Złe wrażenie szybko zaciera jednak This Is A Lie, w którym to zespół uderza w nieco bardziej melancholijne tony. Z zadumy szybko jednak wyrywają nas kolejne nagrania - The 13th Strange Attraction - emanujące jakimś takim letnim rozluźnieniem. The 13th musiał być niezłym szokiem dla fanów w 1996 roku, gdy The Cure wydało go jako singiel. Rytmy bossa novy, jakieś trąbki, to przecież nie jest anturaż The Cure, a mimo to, wyszli z tego starcia obronną ręką. Zatwardziali fani pewnie do dziś kręcą nosem, ale przecież świat nie zaczyna i nie kończy się na "Seventeen Seconds" (1980), "Faith" (1981) czy "Pornography" (1982). Po latach dużo łatwiej jest zaakceptować szaleństwa zaserwowane nam  na "Wild Mood Swings", a być może nawet zapałać jakimś żywszym uczuciem do tej płyty. Osobiście nigdy nie miałem problemu z tym albumem. Może nie ustawiłbym go w jednym rzędzie z "Disintegration" (1989), ale już z "Kiss Me Kiss Me Kiss Me" jak najbardziej tak. W ogóle uważam, że "Wild Mood Swings", to taki brat bliźniak tej płyty. Ani gorszy, ani lepszy. Z pewnością jednak nie tak dobrze znany jak jego starszy brat. Odnoszę wrażenie, że te kilka nietypowych singli, przesłoniło niektórym fanom całą resztę płyty. Gdybyśmy wyłączyli je poza nawias, to otrzymalibyśmy klasyczny album The Cure, gdzie żywe, rockowe granie przeplata się z melancholią. Czy można zbyć obojętnością takie utwory jak Numb, Trap czy Treasure? Czy można mienić się fanem The Cure nie znając Want, jednego z najlepszych albumowych otwieraczy? No i w końcu, czy można żyć ze świadomością, że w obrazku, na który spoglądamy, brak kilku istotnych puzzli? Nie wyobrażam sobie by zabrakło w nim Numb, prawdziwej perły finalizującej album "Wild Mood Swings". To jedno z najbardziej poruszających nagrań, które warto odkryć na swój własny użytek. 

Sądzę, że po dwudziestu latach jakie minęło od wydania tejże płyty, śmiało można już zdjąć z niej odium, na które szczerze mówiąc, wcale sobie nie zasłużyła. Dostrzeżmy w końcu, że brzydkie kaczątko za jakie dotychczas je mieliśmy, nigdy takowym nie było. Co sprawiło, że nie ujrzano w nim pięknego, białego łabędzia? Może po prostu płyta nie trafiła w swój czas, a może była momentami zbyt radykalnym odejściem od kolein, jakie wyżłobiło w naszych głowach przez lata The Cure. Cokolwiek by to nie było, niechaj sprawiedliwości stanie się zadość. Jeśli macie w zasięgu ręki ten album, proponuję zdmuchnąć dziś z niego kurz i ponownie udać się do tego wesołego miasteczka. Może tym razem klaun okaże się być milszy, zakupione baloniki nie ulecą w dal, a przejażdżka na karuzeli łańcuchowej nie wywróci wam żołądka na drugą stronę. By się tego dowiedzieć, trzeba ponownie zakupić bilet. Czy masz w sobie tyle odwagi?


Jakub Karczyński

23 czerwca 2026

DARK DECAY FESTIVAL


Ciemność widzę, ciemność! Ten kultowy tekst pochodzący z "Seksmisji" poza walorami humorystycznymi idealnie pasowałby mi też jako reklama nadchodzącego festiwalu Dark Decay. Pierwsza edycja tej imprezy odbędzie się już za dwa dni w Poznaniu. Między 25 - 27 czerwca klub "2Progi" (Al. Niepodległości 36) wezmą we władanie wszelkiej maści strzygi, zombie i nietoperze, a scenę obejmą:

Soror Dolorosa (FR)

Selofan (GR)

Psyche (CA)

Christ vs Warhol (US)

Days Of Sorrow (DE)

Chaos International* (GB/PL)

Date At Midnight (IT)

This Eternal Decay (IT)

Soft Scent (IT)

Ductape (TR)

Aux Animaux (SE)

Kurschatten (DE)

Bragolin (NL)

Rosengarden Funeral Party (US)

After The Sin (PL)

Poza koncertami będzie też okazja do rozruszania na parkiecie swych zesztywniałych kości. O odpowiednie naoliwienie stawów, zadba grupa doborowych DJ-ów. Nikt zatem na Dark Decay nie powinien się nudzić. Jeśli jeszcze nie zakupiliście biletów, to macie ostatnią szansę by zrobić to nieco taniej, niż w dniu festiwalu. W pogodzie najbliższe dni zapowiadają się niezwykle upalnie, natomiast w "2Progach" powieje chłodem jakiego jeszcze tam nie widziano. Polecam zajrzeć.


Jakub Karczyński


* Z powodów zdrowotnych występ zespołu No More został odwołany. W jego miejsce pojawi się Chaos International.

18 czerwca 2026

TRADYCJA


Jutro czeka mnie voyage, voyage do Wrocławia na występ Anji Huwe. Przed niespełna rokiem, jechałem do Wrocka na Public Image Ltd, a teraz by obejrzeć inną legendę, tworzącą niegdyś Xmal Deutschland. Pomału robi się z tego piękna tradycja. Anja w ostatnim czasie dość często pojawia się w Polsce. Była jedną z gwiazd ostatniej edycji festiwalu Soundedit, ale wtedy nasze ścieżki się nie przecięły. Mając do wyboru tylko jeden festiwalowy dzień, zdecydowałem się na ten, gdzie grali The Chameleons, Fields Of The Nephilim i 1984. Wychodzi na to, że postawiłem na właściwego konia, bo to co mnie ominęło w ubiegłym roku, będzie okazja nadrobić już jutro. Oczywiście nie wszystko, bo przecież Gavin Friday też przeszedł mi wtedy koło nosa, czego ogromnie żałuję. Może jeszcze będzie kiedyś okazja go zobaczyć. W tym roku za to ostrzę sobie zęby na The Wolfgang Press i Marca Almonda, którzy uświetnią tegoroczną edycję Soundedit. 

Wracając jednak do Anji Huwe, to jej powrót na scenę, to zasługa Mony Mur. To ona przekonała ją by wrócić do śpiewania, za co wszyscy powinniśmy być jej dozgonnie wdzięczni. Gdyby nie ona, nie powstałaby przecież solowa płyta Anji "Codes" (2024), w której to Mona miała także swój udział. To właśnie ten album będzie promować jutro nasza bohaterka, ale zapewne znajdzie się też i miejsce dla kilku utworów jej macierzystej formacji. Miejsce, w którym wystąpi - Stary Klasztor, to wprost idealna lokalizacja dla takiej muzyki. Miałem przyjemność oglądać tam i Wayne'a Husseya jak i Clan Of Xymox, a teraz przyjdzie i czas na Anję Huwe. Supportem będzie rodzimy Closterkeller i jest to jak najbardziej zrozumiała decyzja, bowiem swój pseudonim, Anja Orthodox zawdzięcza właśnie Anji Huwe. Closterkeller w początkach działalności mocno inspirował się takim falowym graniem. Szkoda, że dziś płyną już w zupełnie innym kierunku, bo co by nie mówić o grupie Closterkeller, to faktem jest, że wykonała ona niesamowitą pracę, dzięki której gotyk wdarł się do polskich domostw. Czy to dobrze, czy to źle, niechaj każdy rozsądzi sam. Tymczasem ja wracam do przesłuchiwania płyt Xmal Deutschland, Anji Huwe i może zdmuchnę w końcu kurz z płyty "Argento" (2025). Lepszej okazji już chyba nie będzie, by zmierzyć się z ostatnim albumem Closterkellera.  


Jakub Karczyński 

12 czerwca 2026

MEMENTO MORI DANCE CLUB


Niezwykle rzadko zdarza mi się sięgać po muzykę folkową, a tym bardziej poświęcić jej parę słów na blogu. Piętnaście lat wstecz było nieco inaczej, bowiem fascynowały mnie tego typu dźwięki. Jednym z obowiązkowych punktów był dla mnie festiwal Ethno Port, który w tamtym czasie odbywał się w Starym Korycie Warty. Przy pięknej pogodzie, można było się tam poczuć niezwykle komfortowo i zapomnieć na chwilę, że jesteśmy w środku miasta. Atmosfera pełnego wyluzowania, wokół uśmiechnięci i roztańczeni ludzie, a na scenie artyści z różnych stron świata. Chodziło się tam na wszystko, bo przecież mało kto znał tych twórców. I właśnie ta podróż w nieznane, stanowiła o wielkiej sile tego festiwalu. Ethno Port wciąż gra, tyle tylko, że zmienił miejsce. Teraz urzęduje w Centrum Kultury Zamek. Zmiana ta na tyle mnie oburzyła i zniesmaczyła, że obraziłem się na festiwal i nie uczestniczę już w tym wydarzeniu. Może jeszcze kiedyś tam zawitam, ale póki co mam inne priorytety jak choćby pierwszą edycję trzydniowego festiwalu Dark Decay. Jest to mój absolutny priorytet, więc reszta musi zejść na dalszy plan. Muzyka folkowa jednak chcąc nie chcąc, wdziera się ostatnio w moje życie coraz śmielej. Zaczęło się od zakupu "Pisma folkowego", z którego to chciałem zaczerpnąć nieco świeżych informacji, o tym co teraz rozpala wyobraźnię folkowych dziennikarzy. Jednak to nie tam natknąłem się na zespół, który przyciągnął moją uwagę najpierw nazwą, później okładką, a na koniec muzyką. Przeglądając przypadkiem ofertę pewnego sklepu internetowego, mój wzrok zatrzymał się na tej intrygującej nazwie. Sam koncept był również na tyle frapujący i tak odległy od tego wszystkiego z czym mamy zazwyczaj do czynienia w muzyce popularnej, że nie mogłem przejść obok tego obojętnie. Pomysł by w pieśniach religijnych odkrywać ich taneczny pierwiastek, jest tyleż szalony co intrygujący. Nie chodzi tu jednak o muzykę dyskotekową, lecz o polonezy i mazurki, które to podrywały niegdyś ludziom nogi do tańca. Zestawienie tych z pozoru nieprzystających do siebie elementów, dało niesamowity efekt. Właśnie czegoś takiego oczekuję od polskiej muzyki. Nie powielania anglosaskich wzorców, które może i robią wrażenie, ale w żaden sposób nie wytyczają nowych dróg. Cieszę się, że nie brak w naszym kraju otwartych głów, gotowych przemierzać mało uczęszczane szlaki. Nie jest to muzyka, do której będziemy wracać dzień w dzień, jak do letnich przebojów. Tu potrzebne jest skupienie i odpowiednie warunki. Deszczowe, pochmurne lato lub jesienna słota, będą tu najlepszymi sprzymierzeńcami. Dajcie się namówić na tę podróż. Kto wie, może odkryjecie coś, czego nie spodziewaliście się znaleźć. To właśnie jest piękno muzyki.


Jakub Karczyński


PS Zainteresowanych wsparciem "Czarnych słońc" odsyłam pod ten adres:  https://buycoffee.to/czarne-slonca. Zachęcam też do aktywności w komentarzach, bo właśnie tę formę wsparcia cenię sobie najbardziej. Za każde dobre słowo z góry serdecznie dziękuję. 


31 maja 2026

CIERPLIWY ŁOWCA


"Szukam wciąż okazji i je mam" śpiewał niegdyś Lech Janerka i bywają takie chwile, że mogę podpisać się pod tymi słowami. Oczywiście w przypadku płyt, nie zawsze uda się upolować coś w okazyjnej cenie, ale cierpliwość w tym przypadku niekiedy bardzo popłaca. Zdaję sobie sprawę, że każdy z nas, gdy już coś dojrzy, chciałby to od razu mieć. Sam tak mam, ale niekiedy pozwalam pewnym płytom się nieco odleżeć w koszyku, zanim otworzę portfel. Tak było w przypadku albumu "Volunteer" (1988) grupy Sham 69. Miałem ją na swej liście życzeń, ale jej cena nie była na tyle okazyjna, bym skusił się na natychmiastowy zakup. Przyszpiliłem ją do swej tablicy i skierowałem wzrok na inne, potencjalnie atrakcyjne obiekty. Niekiedy udaje się doczekać chwili, gdy sprzedawcy zniechęceni zbyt długim oczekiwaniem na kupca, obniżają nieco cenę, bo przecież każdy wie, że CCC - cena czyni cuda. W tym wypadku jednak tak nie było. Oferta trzyma się dzielnie do dziś dnia, ale w międzyczasie wyrosła jej konkurencja, która oferowała to wydawnictwo dwadzieścia złotych taniej. No i tu już nie było się nad czym zastanawiać. Szybko wymieniłem ze sprzedającym kilka istotnych dla mnie informacji i sfinalizowałem zakup. Jak się okazało, był to strzał w dziesiątkę. I to podwójny. Po pierwsze, płyta okazała się być w idealnej kondycji, a dołączona do niej poligrafia nie nosiła absolutnie żadnych śladów używania. Nawet stopery nie były odbite na książeczce, więc wnoszę, że ktoś bardzo dbał o ten album. Stan zachowania płyty to jedno, ale zbiór kompozycji jakie się tu znalazły, to prawdziwy cream de la cream. Oczywiście piszę to z pozycji laika, który dopiero zaczyna poznawać dorobek tego zespołu. Nie wiem, które albumy są cenione przez fanów, a które nieco mniej, ale może tak jest lepiej. Przynajmniej mam szansę wyrobić sobie własny pogląd na dorobek tej kapeli. "Volunteer" brzmi w mych uszach nad wyraz dobrze. Właściwie nie ma tu chybionych strzałów. Wszystko brzmi niezwykle przebojowo, ale są utwory, które zdecydowanie wysuwają się na czoło tego peletonu. Do tego grona zaliczyłbym Outside The Warehouse, którego wstęp kojarzy mi się z sensacyjnym kinem lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych. Pamiętacie może taki film z czasów ery VHS jak "Chains" (1989)? Grupka znajomych w drodze na koncert, chcąc skrócić sobie drogę, zapędza się omyłkowo do dzielnicy, którą kontroluje gang. Wplątują się w pewien konflikt i sami stają się celem gangu. Chronią się w opuszczonym magazynie by przeczekać tam noc, ale nieopatrznie zdradzają gangowi swoje położenie. Tak oto zaczyna się walka o przetrwanie. Miałem niegdyś ten film na taśmie VHS, nagrany razem z filmem "Moto diabły" (1989). Wtedy bardziej przemawiał do mnie ten ostatni obraz, w którym to grupa żołnierzy na motorach, walczy w wietnamskiej dżungli z dzikusami. Ich celem jest uwolnienie pojmanych kolegów oraz zdobycie złota, odkrytego przypadkiem w jednej z jaskiń. Świetne kino akcji, którego dziś nieco brakuje. Z kolei film "Chains" pamiętam jak przez mgłę. Był bardzo mroczny, brutalny i chyba nie należało pokazywać go dziesięciolatkom, ale wtedy takimi rzeczami nikt się nie przejmował. "Koszmar z ulicy wiązów"(1984)? "Egzorcysta" (1973)? "Martwica mózgu" (1992)?  Proszę bardzo. Oglądaj do woli. Aż skóra cierpnie jak pomyślę sobie, co wtedy lądowało w domowych odtwarzaczach. O dziwo, nie odbiło się to negatywnie na mojej psychice, niemniej nie pozwoliłbym swoim dzieciakom na tego typu rozrywkę. W temacie filmów stawiamy tu kropkę i wracamy na główny szlak, czyli do zawartości muzycznej albumu "Volunteer". Poza świetnym otwarciem (Outside The Warehouse), mamy tu też nagranie o potencjale radiowego singla - Wallpaper, które płynnie przechodzi w nie mniej przebojowe Mr Know It All. Świetnie wypada też As Black As Sheep, będący czymś na kształt ballady. Takich udanych nagrań mamy tu co nie miara, ale polecam zwrócić szczególną uwagę na kompozycję Bastard Club oraz nagranie tytułowe, które pięknie finalizują ten jakże udany album. Okazuje się, że nie trzeba nagrywać dźwiękowych kolosów ciągnących się w nieskończoność, by stworzyć dzieła warte odnotowania w muzycznych encyklopediach. W przypadku płyty "Volunteer" wystarczyło trzydzieści pięć minut. Dobrze znać umiar, bowiem jak uczy życie, lepszy niedosyt niż przesyt.

Debiutancki album byłego wokalisty The Undertones, był również na mym celowniku od dłuższego czasu i podobnie jak "Volunteer", musiał nieco poczekać, nim trafił do mojej płytoteki. Był on ostatnim brakującym elementem układanki, który to domykał dyskografię Feargala. Muzyka zawarta na tejże płycie, porusza się w obszarze eleganckiego popu. Próżno szukać tu punkowego brudu i szorstkości. Tutaj wszystko jest dopięte na ostatni guzik, gładkie i wymuskane. Za produkcję odpowiadał David Stewart z Eurythmics, a za partie smyczkowe sam Michael Kamen, więc o żadnej zadziorności nie może być tu mowy. Zazwyczaj omijam takie albumy szerokim łukiem, ale przez wzgląd na Feargala zrobiłem wyjątek. Słuchając tej płyty przychodzą mi do głowy skojarzenia z drogą jaką przebył Phil Collins z Genesis. On również na swych solowych płytach, poszedł w zupełnie innym kierunku muzycznym, odcinając się niejako od tego co robił przez lata w Genesis. Ktoś powie, że tak trzeba, jeśli chce się pracować na swój rachunek. Pełna zgoda, niemniej w uszach słuchaczy może pojawić się pewien dysonans. Pamiętam jak Tomek Beksiński narzekał na solową twórczość Collinsa, nie mogąc znieść w jego muzyce nadmiernego wyeksponowania instrumentów dętych. Doskonale go rozumiem, bo ja również nie należę do grona entuzjastów tego typu brzmień. W przypadku Feargala nieco łatwiej zaakceptować mi ten gładziutki pop, choć gdyby był to album nie powiązany z The Undertones, to pewnie w ogóle bym się nim nie zainteresował. Myślę, że bardziej pasowałaby on do płytoteki Patrica Batemana, bohatera książki jak i filmu "American Psycho". Dlaczego? Patrick lubił elegancki pop, gdzie wszystko jest na wysoki połysk. W mojej opinii, muzyka zawarta na debiucie Feargala jest jak dobrze skrojony garnitur, tyle tylko, że nie każdy dobrze w nim wygląda. Osobiście preferuję bardziej nieformalny strój. Co by jednak nie mówić o tej płycie, to nie można nie docenić faktu, że pochodzący z niej utwór A Good Heart okupował szczyty list przebojów nie tylko w Anglii, ale także Irlandii, Belgii, Holandii, a nawet w Australii. To bezsprzecznie jego największy hit, choć mnie dużo bardziej podobają się nagrania Ghost Train czy Ashes And Diamonds. Sam album też radził sobie całkiem nieźle. Największe uznanie i odbiór miał w Holandii i w Australii, notując kolejno szóste i siódme miejsce na listach najlepiej sprzedających się płyt. Jeśli więc macie ochotę zanurzyć się w świecie eleganckiego popu, to albumy Feargala powinny wam się spodobać. Mnie jednak niesie dalej, do krain i dźwięków oplecionych dzikością. Do miejsc, w których zamiast wygodnych skórkowych kanap, otrzymacie w najlepszym wypadku miejsce na pniu ściętego drzewa.


Jakub Karczyński


PS Tradycyjnie przypominam o linku prowadzącym do wirtualnej kawy. Zainteresowanych wsparciem mojej pisaniny odsyłam po ten adres:  https://buycoffee.to/czarne-slonca.Za każde dobre słowo jak i wsparcie z góry serdecznie dziękuję. 
 

21 maja 2026

KAPU KAI - REBORN (2026)


Oczekiwanie bywa ekscytujące, jeśli osadzone jest w stosunkowo krótkiej perspektywie czasu. Gorzej, gdy przychodzi nam zmagać się z nim zbyt długo, wtedy uczucie ekscytacji stopniowo gaśnie. Z czasem tracimy wiarę w jego realizację i zapominamy na co żeśmy tak niecierpliwie czekali. Bywa jednak i tak, że przedmiot naszej atencji, tak bardzo rozpala naszą wyobraźnię, że nawet czas przestaje mieć aż takie znaczenie. Godzimy się z tym i żyjemy sobie jak gdyby nigdy nic, co jakiś czas wracając myślą do pożądanego przedmiotu. Tak też było w przypadku pewnej płyty.    
  

"Być może Mary tak dużo myślała o  opuszczonym ogrodzie, ponieważ nie miała nic innego do roboty. Była strasznie ciekawa, jak on wygląda.


Te słowa pochodzące z książki "Tajemniczy ogród", zdają się doskonale korespondować z uczuciem jakie towarzyszyło mi podczas oczekiwania na debiutancką płytę zielonogórskiego Kapu Kai. Od momentu, gdy usłyszałem pierwsze dźwięki, zachodziłem w głowę, jak też będą prezentować się pozostałe rozdziały tej historii. Póki jednak nie otrzymaliśmy klucza/płyty, mogliśmy bazować jedynie na domysłach, wyobrażać sobie, w którym kierunku podąży muzyczna wyobraźnia twórców. Wraz z początkiem maja mam już w swych dłoniach klucz, dzięki któremu mogłem nareszcie przekroczyć próg ogrodu. 


"Długo patrzyła na klucz. (...) Jeśli to klucz do zamkniętego ogrodu, to postara się znaleźć furtkę i zobaczy, co się tam dzieje za murem i co się stało z tymi krzakami róż. Pragnęła ten ogród zobaczyć także dlatego, że od tak dawna był zamknięty.


Wchodząc tam miałem za przewodnika myśl Williama Butlera Yeatsa  - Stąpaj ostrożnie, gdyż stąpasz po moich marzeniach, choć po wysłuchaniu tej płyty, nie sądzę by zespół potrzebował jakiejś taryfy ulgowej. Muzyka zawarta na płycie "Reborn" (2026), choć dopiero co zakwitła, brzmi nad wyraz dojrzale i profesjonalnie. Próżno szukać w niej fałszywych nut i nieporadności cechującą debiutantów. Nawet jeśli jeszcze nie wszystkie kompozycje trafiają w sam środek tarczy, to i tak jest to jeden z najlepiej rokujących zespołów. Oni mają wizję swojej muzyki, czyli coś o czym nie ma pojęcia większość debiutantów. I choć jeszcze zdarza im się czasami pobłądzić w tym ogrodzie (Swallow), to nigdy nie jest to droga prowadząca na manowce. Może momentami warto byłby postawić na nieco bardziej "przebojowe" motywy muzyczne, na filmowy rozmach i przestrzeń, tak jak choćby w In The Night, który skromnymi środkami świetnie buduje podskórne napięcie. Wyobraźmy sobie, że David Lych zaprasza do współpracy Lanę Del Rey i wspólnie odnajdują miejsce, gdzie muzyka pop przecina drogę alternatywie. Może właśnie w tym tkwi klucz do serc słuchaczy, który pozwoli zainteresować sobą większe grono odbiorców. Wierzę, że ich muzyczna intuicja zaprowadzi nas jeszcze w wiele pięknych i tajemniczych miejsc.   

Cieszy mnie też fakt, że w końcu doczekaliśmy się płyty, która nie jest zakotwiczona w polskiej rzeczywistości, nie tapla się w naszym bagienku i nie rozgrzebuje narodowych ran. Wznosi się ponad to, zabierając słuchacza w niesamowitą podróż. Jej uniwersalność sprawia, że mogłaby zostać nagrana tak w Europie, na Wyspach Brytyjskich czy Stanach Zjednoczonych. Świetnie nadawałaby się też do zilustrowania jakiegoś filmu i to najlepiej takiego zrealizowanego w Hollywood. Gdyby David Lynch byłby wciąż wśród żywych, to nie mam żadnych wątpliwości, że zakochałby się w tych dźwiękach. Muzyka Kapu Kai jest opleciona lynchowskim mrokiem, który sączy się w niespieszny sposób do naszych serc i dusz. Jej onirycznych charakter sprawia, że obcujemy z czymś niezwykle delikatnym i ulotnym. Jest niczym poranna mgła, unosząca się nad wrzosowiskami. Nie sposób ją pochwycić, a jednak trudno zaprzeczyć jej istnieniu. Albumu "Reborn" najlepiej doświadczać w nocy. To właśnie wtedy rozkwita najpełniej i najpiękniej. Zarezerwujcie sobie na niego czas, bo to płyta wymagający kontemplacji. Trzeba jej stworzyć odpowiednie warunki, aby ją zrozumieć i docenić. Nie pamiętam kiedy ostatnio ciarki przebiegały przez me ciało, ale słuchając takiego In The Night, doświadczyłem tego uczucia kilkukrotnie. To zdecydowanie jeden z najmocniejszych punktów tego albumu, a przecież nie jedyny, bo równie wiele piękna odnajdziecie w kompozycjach Today czy Satruday Roses. Ten ostatni utwór został okraszony fenomenalnym klipem, który tylko podsyca wyobraźnię odbiorcy. Artyzm najwyższej próby. Widać, że zespół wie gdzie zmierza i realizuje to z chirurgiczną precyzją. Mam nadzieję, że album ten odbije się szerokim echem, a medialny reflektor rzuci na nich nieco światła, bo zasługują na to jak mało kto. Przed nimi ogrom pracy, zwłaszcza tej pozamuzycznej, ale chcąc zaistnieć, trzeba wygospodarować też czas na wywiady, social media i tym podobne sprawy. Bez tych działań, artysta choćby stworzył najpiękniejszą muzykę, skazany jest na niszowość. Trzymam więc za nich mocno kciuki i liczę na to, że ich kariera nabierze tempa, a małe kluby zamienią się wkrótce na koncertowe hale.  

Podsumowując. Debiutancki album Kapu Kai zawstydza. Właśnie tak. Zawstydza rodzimych artystów, którzy mogą tylko spoglądać z zazdrością na kunszt, artystyczną wizję i dojrzałość. Zawstydza też polskie społeczeństwo, które w większości nie doceni i nie zrozumie fenomenu tej płyty. Nie znaczy to jednak, że nie mamy obsiewać nasionami tej muzycznej grządki. Ona choć na razie skromna, wyda kiedyś plon, który będzie zaczynem inspirującym przyszłych twórców. Musi jednak upłynąć nieco wody w Warcie, zanim nasze społeczeństwo wyrwie się z rąk przaśnego disco polo, prostackiego rapu czy "Męskiego grania". Jeśli teoria ewolucji sprawdza się też na niwie kultury, to wierzę, że i oni odnajdą kiedyś klucz do tego tajemniczego ogrodu.


Jakub Karczyński
  

06 maja 2026

HEY HO! LET'S GO!


Piękny wiosenny dzień zmobilizował mnie do opuszczenia swej krypty. Wsiadłem więc w tramwaj nr 1, który po niespełna dwudziestu minutach, dowiózł mnie w okolice ronda Jana Nowaka Jeziorańskiego. Stamtąd czekał mnie jeszcze kilkunastominutowy spacer, zwieńczony przekroczeniem progu sklepu na ulicy Polnej 22. To właśnie tam mieści się "Longplay", do którego zaglądam od czasu do czasu, by wzbogacić swoją płytotekę. Co prawda w ofercie sklepu dominują winyle, ale i kompaktów tam nie brak. Przejrzałem sobie niespiesznie interesujące mnie kategorie, mając nadzieję znaleźć pośród nich coś przy czym pojawiłby się w mym oku jakiś błysk. Niestety większość rzeczy, albo już posiadam, albo też znajdują się poza strefą moich zainteresowań. Gdy już zaczynałem tracić nadzieję, natknąłem się na pewnego "japończyka". Kolekcjonerzy płyt wiedzą w czym rzecz, jednakże osobom niewtajemniczonym należy się słówko wyjaśnienia. "Japończyk", jak nietrudno się domyślić, wskazuje nam na kraj pochodzenia płyty. Takie wydania charakteryzują się nie tylko paskami obi, ale i lepszą jakością dźwięku, a niekiedy także dodatkową zawartością muzyczną. Z tej też przyczyny są one niezwykle pożądane przez kolekcjonerów. Nigdy jakoś nie miałem zapędów audiofilskich, ale tym razem postanowiłem zmierzyć się z tymi japońskimi edycjami. Punk rock może nie jest najlepszym gatunkiem do oceniania jakości dźwięku, ale cóż poradzić skoro już tak się przydarzyło. Bez zbytniego entuzjazmu wrzuciłem na talerz swojego remastera, by po kilku chwilach załączyć wersję japońską. Myślałem, że trzeba mieć ucho niezwykle wrażliwe na dźwięki, takie co to usłyszy odgłos upadającej szpilki w zakładach szwalniczych pracujących pełną parą, aby dostrzec różnicę. Ku mojemu zdziwieniu, nawet średnio wyrobione ucho, da radę zauważyć różnicę. Japończyk jest jakby selektywniejszy, co w przypadku jazgotliwego punk rocka ma niebagatelne znaczenie. Szkoda, że to nie Japończycy ustalają standardy brzmień na nośnikach, bo jak widać znają się na tej robocie jak nikt inny. To co dla przeciętnego Japończyka jest standardem, dla nas jest luksusem, za który musimy dodatkowo płacić. Wspominałem powyżej, że wersje z krzaczkami, czasem posiadają dodatkowe utwory, które to stanowią nie lada gratkę dla kolekcjonerów. Próżno ich szukać na pozostałych edycjach przeznaczonych na inne rynki. To taka nagroda za wierność tradycyjnym nośnikom, które w Japonii wciąż trzymają się mocno. Lech Wałęsa mówił niegdyś, że Polska będzie drugą Japonią, ale mówiąc to, nie miał chyba na myśli rynku płytowego. Swoją drogą byłoby fajnie, gdybyśmy dorównali w tym aspekcie Japończykom. Może czas więc zakasać rękawy i wziąć się za pracę u podstaw. Kto wie, może kiedyś to Polska będzie wyznaczać standardy w tej materii i to do nas będą puszczać zalotnie oko kolekcjonerzy. Zatem - Hey Ho! Let's Go!


Jakub Karczyński


PS Dla chętnych, wklejam link do wsparcia mojej pracy https://buycoffee.to/czarne-slonca Ta symboliczna kawa, to nie tylko motywacja do cięższej pracy, ale i realne wsparcie, które pozwala mi uczestniczyć w koncertach, poznawać nowe jak i stare płyty, o których to możecie poczytać na łamach "Czarnych słońc". Serdeczne dzięki więc, dla tych, którzy zdecydowali się udzielić mi takowego wsparcia.