08 kwietnia 2026

W OKU LUNETY


Mądrością myśliwego jest to by być w odpowiednim miejscu i czasie. Tylko to gwarantuje, że łowy będą udane, a spiżarnia nie będzie świecić pustkami. Trzeba wiedzieć gdzie się zaczaić, a jakie rejony można sobie odpuścić. Warto też wiedzieć na co chce się zapolować, by broń sprostała postawionemu przed nią zadaniu. Bywa jednak i tak, że w oku lunety pojawi się osobnik, którego nie spodziewaliśmy się tu spotkać. Czasu do namysłu jest niewiele, bo może się okazać, że w lesie jest więcej myśliwych, którzy wzięli na cel tenże obiekt. Strzelać czy może poczekać i wrócić w to miejsce za kilka dni z odpowiednią bronią? Szybka kalkulacja i myśl, że w kieszeni spodni został jeszcze jakiś nabój z poprzedniego polowania, który w razie czego powinien powalić ofiarę. Nie ma co zwlekać. Czas podnieść broń, wycelować, spojrzeć dla pewności w lunetę, wyrównać oddech i oddać strzał. Huk podrywa okoliczne ptactwo z drzew by po chwili w miejscu polowania zaległa cisza. Ofiara nie miała najmniejszych szans na ucieczkę. Myślę, że nawet nie zdawała sobie sprawy z zagrożenia. Czas zapakować ją na pakę pickupa i zawieźć trofeum do domu. 

Na szczęście w tym przypadku obyło się bez rozlewu krwi. Strzał o, którym chcę napisać parę słów, oddałem w kierunku srebrnej płyty, a nie zwierzęcia. Szczerze mówiąc, nie planowałem tego polowania, ale czasem zwierzyna sama podejdzie pod broń, no i jak tu nie skorzystać z okazji. Wyznaję zasadę piłkarską, że niewykorzystane okazje się mszczą, więc lepiej nie ryzykować. Z głośników rozbrzmiewa właśnie beztytułowy debiut Escape With Romeo i powiem, że jestem nim urzeczony. Co prawda, słucham go dopiero trzeci raz, ale już zdążyłem wyłapać tu kilka na tyle interesujących nut, że daje tej płycie duży kredyt zaufania. To właśnie tu znajduje się utwór Somebody, który to stał się dość sporym przebojem i zarazem wizytówką grupy. Mnie jednak dużo bardziej do gustu przypadło nagranie Sleepwalkers, które to jest prawdziwą ozdobą tej płyty. Jest w nim jakiś taki magnetyzm, który każe mi wracać do niego raz za razem. Równie świetnie wypada kolejne nagranie Don't Turn Away, które na albumie znajdziemy w dwóch odsłonach. Jedno z nich to tak zwany hidden track, który różni się tym, że jest o trzy minuty dłuższy od oficjalnej wersji albumowej. Ukryty jest na samym końcu płyty, tuż po nagraniu Coma Beach. Muzycznie album spowinowacony jest to nieco z Pink Turns Blue, ale nie powinno to chyba nikogo dziwić, wszak lider Escape With Romeo (Thomas Elbern), był niegdyś gitarzystą i kompozytorem tejże grupy. Entuzjaści twórczości Pink Turns Blue mogą więc brać w ciemno płyty Escape With Romeo, a fani tych ostatnich nie powinni poczuć rozczarowania zgłębiając dorobek Pink Turns Blue. No może z wyjątkiem albumu "Eremite" (1989), który jest dość wymagający i nie polecałbym nikomu zaczynać od niego swej podróży, aby nie zakończyć przedwcześnie tej znajomości. W przypadku Escape With Romeo wystrzegałbym się albumu "Blast Of Silence" (1996), który może dać mylny obraz twórczości tejże grupy. Jego taneczny podkład jakoś nie skleja mi się zupełnie z zawartością muzyczną. Tak jakby muzycy na siłę chcieli połączyć ogień z wodą. Najgorsze w tym wszystkim jest to, że podczas tych prób, nie zorientowali się, że to po prostu niewykonalne. Zdecydowanie lepiej zacząć od debiutu lub płyty "Love Alchemy" (2002), które dość dobrze nakreślą nam stylistyczne ramy, w jakich zamyka się twórczość grupy. Jeśli nie mieliście jeszcze okazji zapoznać się z ich muzyką, to zachęcam do wykonania pierwszego kroku. Jak to mówią, lepiej późno, niż wcale.  


Jakub Karczyński


21 marca 2026

FABRYKA MUZYKI KALENDARZOWEJ


Wiosna!!! Tak, tak, to już dziś przychodzi witać nam tę jedną z najpiękniejszych pór roku. Wkrótce soczysta zieleń wypełni zaokienne krajobrazy, a ptaki zaprezentują nam swój repertuar, nad którym to tak pieczołowicie pracowały przez całą jesień i zimę. Wsłuchajmy się w niego, bo niesie ze sobą mnóstwo nadziei, radości i szczęścia, które każdemu z nas na pewno się przydadzą. W domu jednakże zalecam wygrzebać z półek płyty "Seasons End" (1989) Marillion oraz "Colour Of Spring" (1986) Talk Talk, bo to dwa najpiękniejsze albumy tego świata, idealnie komponujące się z wiosną. Tyle w nich światła, pozytywnej energii, ale i zadumy, więc nie ma co się dziwić, że rok rocznie powracają na wiosenną playlistę. "Seasons End" to pierwszy album Marillion, gdzie obowiązki wokalne przejął Steve Hogarth. Wejście w buty po tak charyzmatycznym wokaliście jakim był Fish, było nie lada wyzwaniem. Z perspektywy lat uważam, że Steve sprostał temu zadaniu, czego nie można powiedzieć o wielu fanach, którzy po tej wolcie, odwrócili się od zespołu. Sam Tomasz Beksiński był zdegustowany tym albumem. Muzyka wprawdzie mu się podobała, ale wokal Steve'a nie przypadł mu do gustu. Ciekawe co dziś powiedziałby o Marillion. Czy wciąż obstawałby przy swoim, czy może zmieniłby zdanie, wszak takim albumom jak "Marbles" (2004) trudno odmówić piękna. Także tego wokalnego. Po latach najczęściej powracam właśnie do "Marbles" i "Seasons End", z którymi to mam wiele pięknych wspomnień. Towarzyszyły mi one w czasie studiów, gdy dopiero poznawałem różne odcienie muzyki, chcąc znaleźć w niej swoją bezpieczną przystań. Często zabierałem je w podróż autobusami PKS, którymi to wracałem do rodzinnego miasta. "Seasons End" była także ze mną w studenckim radiu. 

Przed dwudziestu laty, wraz z moim kolegą mieliśmy przyjemność zasiąść przed mikrofonem w Radiu Afera, gdzie przez pół roku prezentowaliśmy muzykę kojarzącą się nam z porami roku. Program nazywał się "Fabryka muzyki kalendarzowej" i dawał nam mnóstwo radości. Prezentowaliśmy tam tak różnorodne dźwięki, że ciężko byłoby znaleźć dla nich jakiś wspólny mianownik. Od Marka Grechuty poprzez The Cure do Slayera. Niestety, nasze ambicje i radiowe umiejętności leżały na dwóch różnych biegunach, stąd też nie zagrzaliśmy tam długo miejsca. Wspominam jednak o tym, bo album "Seasons End" tak jakoś mi się z tą audycją kojarzy. Co prawda wyemitowaliśmy tam tylko Easter, ale jakoś to właśnie on, skleił mi się z tym programem najbardziej. Przed mikrofon powróciłem jeszcze na kilka zastępstw, ale były to już tylko audycje incydentalne. Dzięki tej krótkotrwałej przygodzie, przekonałem się, że to nie radio, a pisanie jest tym, w czym mogę się w pełni wyrazić. Musiało minąć jednak jeszcze pięć długich lat nim "Czarne słońca" wzeszły nad horyzont. 

Dziś jednak cieszmy się wiosną, słuchajmy muzyki i łapmy pierwsze promienie wiosennego słońca. To właśnie one naładują nam akumulatory, wleją w nasze serca optymizm i dadzą zastrzyk pozytywnej energii na resztę roku. Czegoż więc mamy sobie życzyć w ten sobotni dzień? Pięknej i długiej wiosny.


Jakub Karczyński

11 marca 2026

STIV


Czasem człowiek znajduje płytę, której nie szukał. Mało tego, nie miałem nawet świadomości jej istnienia, więc siłą rzeczy nie spędzała mi ona snu z powiek.  Jednak jako fan The Lords Of The New Church, nie mogłem przejść obojętnie koło solowej płyty Stiva Batorsa. Nie było się nad czym zastanawiać, bo przecież w każdej chwili ktoś mógł mi ją zgarnąć sprzed nosa. Ryzyk fizyk jak to mówią. Najwyżej mi się nie spodoba. Zresztą jej cena nie była zbytnio wygórowana i stanowiła połowę tego, co dziś musielibyście zapłacić za ten album tyle, że na nie na CD, a na kasecie magnetofonowej. Kilka dni oczekiwania i listonosz dostarczył przesyłkę pod właściwy adres. Czy warto było czekać? Jeszcze jak. Płyta "Disconnected" (1980)*, to świetne uzupełnienie dorobku jego macierzystej formacji. Zresztą to jedyny album jaki wyszedł za życia Stiva. Materiał został nagrany w 1980 roku, czyli jeszcze przed powołaniem do życia grupy The Lords Of The New Church. Wcześniej Stiv występował w The Dead Boys, otarł się też o tak uznane grupy jak The Damned czy Sham 69. Z tym ostatnim zespołem nie miałem jeszcze przyjemności się zaznajomić, ale podjąłem już pierwsze kroki, by zmienić ten stan rzeczy. Póki co, na razie z odtwarzacza nie wyganiam Stiva. Niech nacieszy jeszcze me uszy. Wielka szkoda, że to jedyne wydawnictwo Stiva, choć istniała też realna szansa na kolejne albumy. Po rozpadzie The Lords Of The New Church, Stiv wyjechał do Paryża, gdzie rozpoczął nagrywać kolejny album. Jak doskonale wiemy, nie ukończył go, gdyż uległ tam wypadkowi, który w konsekwencji doprowadził do jego śmierci. To co udało mu się zarejestrować, zebrano i wydano w 1996 roku na pośmiertnym albumie "Last Race". Jest to jednak już bardziej ciekawostka dla fanów, a nie koncepcyjny album artysty, więc możemy sobie tylko wyobrażać jak mógłby wyglądać. Tym bardziej warto więc odkurzyć płytę "Disconnected" i zanurzyć się w jej zawartości. To rzecz nie tylko dla zatwardziałych szalikowców grupy The Lords Of The New Church, ale i dla wszystkich tych, który cenią sobie świetne melodie. Fani z pewnością nie powinni pominąć tej płyty na swej drodze. a reszta świata niech chociaż posłucha.


Jakub Karczyński


* Moja edycja płyty CD ma błędny spis utworów zamieszczony na tylnej okładce. Według rozpiski, na pozycji numer dwa, powinna znajdować się kompozycja Too Much To Dream, która w rzeczywistości znajduje się pod ścieżką numer sześć. Niejako w nagrodę otrzymujemy też dwa dodatkowe nagrania na pozycji dziesięć i jedenaście (Circumstantial Evidence oraz It's Cold Outside), które nie zostały ujęte w ewidencji. Być może ktoś zorientował się w pomyłce, bo zdecydowano się wydrukować poprawną listę nagrań na samej płycie CD, co jest praktyką raczej niespotykaną. 
 
Kawowe wsparcie dostępne pod stałym adresem. Tym małym gestem motywujecie mnie do jeszcze cięższej i efektywniejszej pracy. Jeśli macie chęć dorzucić się do skarbonki, to serdecznie zapraszam pod ten adres:  https://buycoffee.to/czarne-slonca Za każdy dowód wsparcia (komentarz, kawa) jestem niezwykle wdzięczny i zobowiązany.

05 marca 2026

PŁYTOWE SEKRETY


Nabywanie płyt z drugiej ręki, niesie ze sobą zawsze element niepewności co do jakości nośnika, stanu zachowania poligrafii jak i jego oryginalności. To ryzyko, które trzeba podjąć, chcąc zdobyć albumy, których próżno szukać już w oficjalnej dystrybucji. Wygrzebywanie płyt z prywatnych kolekcji, ma w sobie czasami jeszcze pewien walor, o którym słów kilka poniżej. Pomysłem na ten wpis, była sytuacja sprzed kilku dni, gdy chcąc sprawdzić stan tylnej okładki albumu "Autogeddon" (1994), wyjąłem tackę na płytę. Nie spodziewałem się tam ujrzeć niczego poza rzeczoną okładka, tymczasem jej poprzedni właściciel, świadomie czy też nie, postanowił zrobić z niej kapsułę czasu. Przyznam, że bardzo lubię tego typu znaleziska, bo dostarczają nam cenne informacje nie tylko na temat samej płyty, ale i nakreślają nam portret właściciela. Wiedza ta, nie ma na celu nikomu zaszkodzić, lecz wyjawić nam miejsce i okoliczności nabycia danej płyty. I tak, znaleziony w pudełku paragon oraz potwierdzenie płatności z karty, pozwoliły mi ustalić, że album ten został zakupiony w "Selectadisc" w Londynie, w dniu 17 stycznia 1998 roku. Nabywca o imieniu Russell, nabył najprawdopodobniej dwie płyty, lecz paragon nie zdradza szczegółów. W latach dziewięćdziesiątych, wiele sklepów posługiwało się najprostszymi kasami fiskalnymi, które drukowały tylko niezbędne minimum informacyjne. Stąd też paragon z "Selectadisc" zdradza nam kwoty, lecz nie nazwy nabytych towarów. Sądząc po cenach, musiały to być płyty wyprzedażowe. Średnik kurs funta brytyjskiego w tym dniu wynosił 5,54, więc Russel zostawił w sumie w sklepie niecałe 70 złotych. Płatności dokonano kartą Delta, co może wskazywać zarówno na turystę ze Stanów jak i mieszkańca Wysp Brytyjskich. W tym temacie nie mam stu procentowej pewności. Swoją drogą, zobaczcie sami ile informacji można wyczytać z jednego paragonu i potwierdzenia płatności. Zostawmy już jednak Rusella i przyjrzyjmy się sklepowi, w którym to dokonano zakupu owych płyt.

"Selectadisc" to obiekt, którego próżno dziś już szukać na mapie Londynu. Znajdziecie go jednak na okładce płyty "(What's The Story) Morning Glory?" grupy Oasis. Widać go po lewej stronie ulicy. Warto też przyjrzeć się okładce reedycji, która przedstawia jej obecny widok. Co prawda "Selectadisc" zniknęło już z krajobrazu Berwick Street, ale spójrzcie tylko co mieści się po drugiej stronie ulicy. Bez większego problemu można dostrzec szyld sklepu "Sister Ray", z którego to dotarła do mnie niedawno płyta T.S.O.L. "Beneath The Shadows" (1982). Jak widać życie nie znosi próżni i w miejsce jednego sklepu z płytami powstał kolejny, który niejako kontynuuje tę piękną tradycję. Jeśli kiedyś zawitam w te strony, z pewnością do niego zajrzę, bo czuję, że skrywa on w sobie mnóstwo muzycznych skarbów, które warto byłoby mieć na swej półce. Póki co, pozostaje mi odwiedzić moje lokalne sklepy z płytami, które również potrzebują naszego wsparcia.


Jakub Karczyński

 

03 marca 2026

THE DAMNED - I'M NOT LIKE EVERYBODY ELSE (2026)


Śmierć Briana Jamesa zasmuciła zapewne wielu miłośników muzyki, ale najbardziej dotknęła jego najbliższych oraz co zrozumiałe, muzyków, z którym na przestrzeni lat wchodził w dłuższe lub krótsze kolaboracje. W pamięci fanów zapisał się jako członek zespołów Lords Of The New Church oraz The Damned i to właśnie ci drudzy, postanowili złożyć stosowny hołd swojemu zmarłemu koledze. Stworzyli listę dziesięciu piosenek, które ukształtowały Briana jako artystę i przepuścili je przez swoje potępieńcze filtry muzyczne. Efekty tych zmagań zostały utrwalone na albumie "I'm Not Like Everybody Else" (2026), który miał swoją premierę dwudziestego trzeciego dnia stycznia. Czy warto było czekać? W przypadku The Damned, zadawanie takich pytań powinno być obarczone karą dożywotniego więzienia.

Płytę zamówiłem w przedsprzedaży i niecierpliwie odliczałem dni do jej premiery. Apetyt zaostrzał mi singiel See Emily Play (Pink Floyd), który stanowił za doskonałą wizytówkę tego wydawnictwa. Rzekłbym nawet, że ma w sobie sporo uroku, przynależnego latom sześćdziesiątym. Zapewne jestem pierwszą osobą, która zestawiła słowo "uroczy" z muzyką The Damned lecz biorę to na klatę. Zresztą, wystarczy zrobić szybką analizę zebranych tu kompozycji, by zdać sobie sprawę, że na tym wydawnictwie dominują utwory z szóstej dekady dwudziestego wieku. Wyjątek stanowi tu nagranie The Stooges, zarejestrowane już w latach siedemdziesiątych. Zapewne nie tylko mnie nie było jeszcze wtedy na świecie, stąd też moje małe obycie z oryginałami. Z dziesięciu zgromadzonych tu nagrań, kojarzyłem zaledwie cztery. Dużo lepiej poszło mi z rozpoznawalnością samych zespołów, bo mamy tu i The Yardbirds, The Kinks, The Rolling Stones, Pink Floyd, The Stooges czy The Animals. Pokusiłem się na dotarcie do oryginałów i muszę przyznać, że wersje The Damned dość wiernie trzymają się pierwowzorów. Nie starali się wywrócić kompozycji na lewą stronę, zagrać ich w wersjach awangardowych, bo przecież nie taki był zamysł. Nadali im jednak ten swój charakterystyczny rock & rollowo gotycki sznyt, dzięki czemu nie mamy wątpliwości kto pociąga tu za sznurki. Wyszło nad wyraz dobrze, o czym zaświadcza fakt, że płyta ta nie wychodzi ostatnio u mnie z odtwarzacza. A jeśli już wychodzi, to dość szybko do niego wraca, co tylko utwierdza mnie w przekonaniu, że The Damned wyszło z tego starcia zwycięsko. Na koniec, warto jeszcze wspomnieć o pewnej ciekawostce. Ostatnim nagraniem na płycie jest cover The Rolling Stones, które jako jedyne jest zaprezentowane w wersji koncertowej. Powodem takie stanu rzeczy jest fakt, że na gitarze zagrał w nim nasz wielki nieobecny, któremu w ten sposób, zespół chciał oddać hołd.   

Czekałem na ten album z ogromnymi nadziejami i nie zawiodłem się. Może nie od razu między nami zaiskrzyło, ale gdy już ogień trafił na podatny grunt, to nie było takiej siły, która zdołałaby go ugasić. Jeśli szukacie czegoś co wyrwie was z zimowego marazmu, to koniecznie sięgnijcie po ten album. Zgromadzona tu energia nie tylko doda wam odpowiedniej dawki wigoru, ale i naładuje akumulatory przed nadchodzącą wiosną. The Damned rozpoczęli ten rok z animuszem, udowadniając, że stara gwardia wciąż wie jak przemieszczać pionki na tej szachownicy.


Jakub Karczyński

  

PS Pokłosiem i niebywałym sukcesem tego wydawnictwa jest fakt, że skłoniło mnie ono do sięgnięcia do oryginalnych twórców. Na pierwszy ogień idą The Kinks, a potem kto wie co dalej.

 

28 lutego 2026

PO CO CI TE PŁYTY?


Przestałem się mieścić z płytami więc na urodziny zażyczyłem sobie kolejny regał, aby było gdzie przyjmować kolejnych gości. Żona co prawda już załamuje ręce nad tą moją pasją, ale jak to mówią, czym skorupka za młodu nasiąknie, tym na starość trąci. Choć dla wielu moich znajomych płyty CD to jakiś przeżytek, to osobiście uważam, że ma on więcej zalet niż by się na pierwszy rzut oka wydawało. Nie deprecjonuję zalet streamingu, który oferuje sporą wygodę, ale mając do wyboru CD, winyla lub streaming, zawsze wybiorę CD. Co zatem oferuje nam płyta czego nie ma streaming czy winyl? 


1. Przede wszystkim WOLNOŚĆ. Mając w domu odtwarzacz CD i kolekcję płyt, to ty jesteś właścicielem muzyki. Nie musisz płacić comiesięcznego haraczu, a także nie jesteś na łasce serwisu, ani artystów, którzy w każdym momencie mogą wycofać z niego swoją muzykę. Do domowej kolekcji masz dostęp tylko ty i ewentualnie twoi najbliżsi.

2. BRAK REKLAM. Nie musisz nikomu nic płacić, aby nie emitowano ci reklam. Nikt z nas nie lubi nachalnych reklam, które współczesny świat stara się nam wpychać na wszelkie możliwe sposoby. Gdzie by się człowiek nie obrócił, wszędzie reklamy dlatego też przestrzeń, która jest ich pozbawiona jest szczególnie cenna.

3. INTERNET to nieodzowny element potrzebny by skorzystać z platform streamingowych. Jeśli go zabraknie, możecie sobie co najwyżej pomarzyć o słuchaniu muzyki. Innym irytującym aspektem jest chwilowa utrata sieci i oczekiwanie na jej powrót. Pół biedy, gdy jest to sytuacja jednostkowa, gorzej gdy tracimy ją średnio co pięć minut. Do słuchani muzyki z domowego stereo wystarczy prąd i kolekcja niezniszczonych płyt.   

4. CD to JAKOŚĆ dźwięku, która pozostaje niezmienna bez względu na upływający czas i eksploatację nośnika, czego nie można powiedzieć o czarnych płytach. Miłośnicy winyli cenią sobie ten nośnik ze względu na ciepłe, analogowe brzmienie, które ponoć najwierniej oddaje nagrany dźwięk. Może i racja, ale szczerze mówiąc, słuchając muzyki z płyt CD, nie martwi mnie sterylne, czyste brzmienie, bo skupiam się na kompozycjach, a nie na walorach dźwięku. Winylowe bractwo zapomina też, że każdy odsłuch winyla obniża jego jakość, czego nie można powiedzieć o użytkowaniu płyt CD.  

5. Namacalna GRAFIKA. W przeciwieństwie do mini graficzek wyświetlanych w serwisach streamingowych, płyty CD, a zwłaszcza winyle oferują nam piękne grafiki, które niejednokrotnie są małymi dziełami sztuki. Co ważne, można je podziwiać bez konieczności dostępu do internetu.

6. Aspekt KOLEKCJONERSKI, to kolejna wartość dodana do nośników fizycznych, który potrafi przerodzić się w życiową pasję. Zdobywanie kolejnych płyt, kompletowanie dyskografii ulubionych zespołów czy twórców, wyznacza nam cel, któremu próbujemy sprostać. Im rzadsza płyta tym więcej energii i środków potrzeba na jej zdobycie, ale gdy już nam się to uda, zyskujemy nie tylko kolejny nabytek do kolekcji, ale i ogrom satysfakcji. Przypomina to nieco polowanie, ale w odróżnieniu od niego, tutaj nikt nie traci życia lecz co najwyżej nieco pieniędzy.

7. SKUPIENIE uwagi. Słuchanie muzyki z fizycznych nośników wymaga od nas pewnego zaangażowania w ten proces. Oddajemy się temu podobnie jak lekturze książki, stąd też poświęcamy mu maksimum naszej uwagi. W przypadku słuchania muzyki z serwisów streamingowych o naszą percepcję walczą w tym czasie też inne aplikacje zainstalowane w telefonie.

8. Kolekcjonowanie płyt to także INWESTYCJA. Streaming wymusza nieustanne wydatkowanie pieniędzy użytkownika jeśli chce mieć on dostęp do jego zasobów, podczas gdy zakup płyty to wydatek jednorazowy. Zebrana w ten sposób kolekcja po latach może okazać się niezwykle cenna, z uwagi na fakt, że wiele z tych płyt nie będzie już dostępnych w powszechnym obiegu. Nawet jeśli zostaną wznowione, to i tak stare edycje są dla kolekcjonerów szczególnie cenne.

9. INWIGILACJA w dobie internetu to rzecz tak powszechna, że chyba już nikogo nie dziwi, że nasze wybory są skrupulatnie odnotowywane przez korporacje. Nie każdy jednak ma ochotę dzielić się każdym aspektem swojego życia, stąd też poszukiwanie azylu nie wydaje się niczym dziwnym. Muzyka słuchana z płyt CD czy winyli zapewnia nam całkowitą prywatność. No chyba, że mieszkamy w bloku i słuchamy muzyki wyjątkowo głośno przez ściany, sufit i podłogę. Wtedy to nasze preferencje muzyczne pozna kilku najbliższych sąsiadów. Gwarantuję że większość z nich zachowa tę wiedzę dla siebie, a tylko nieliczni podzielą się nią z dyspozytorem miejscowej policji. 

10. Płyty to także WSPOMNIENIA. Przechowują w sobie nie tylko muzykę, ale i niekiedy łączą się z przeszłością, przypominając nam o miejscach, ludziach czy okolicznościach ich zakupu. W przypadku serwisów streamingowych czy plików mp3 takowy łącznik po prostu nie ma racji bytu.   


Mam nadzieję, że dość dokładnie odpowiedziałem na pytanie zawarte w tytule tego posta i wyjaśniłem moją motywację w temacie zbierania płyt. Kto wie, może wydrukuję sobie najważniejsze hasła tego dekalogu na jakiejś koszulce i w razie pytania, obnażę ją jak nie przymierzając ekshibicjonista, by tym samym zaspokoić ciekawość pytającego. Może skłoni go to do refleksji nad światem w jakim przyszło nam żyć, gdzie prawo do prywatności gwałcone jest na każdy kroku, a nasze dane wędrują z rąk do rąk. Niby się na to godzimy udzielając zgód marketingowych, ale czy tego chcemy? Czy o takim świecie marzyliśmy? Czy czujemy się w nim bezpiecznie i komfortowo? Na te pytania, niech każdy odpowie sobie sam.

   

 Jakub Karczyński  


PS Jeśli chcielibyście wesprzeć moją działalność piśmienniczą, zachęcam do udzielenia kawowego wsparcia poprzez stronę BUYCOFFEE_CZARNE-SLONCA

24 lutego 2026

GDY SIĘ CZŁOWIEK SPIESZY ...


Są takie płyty, które zdają się być nieuchwytne. Albumy, o których się marzy, ale za diabła nigdzie nie można się na nie natknąć, a jak już gdzieś wystawią łeb, to zniechęcają swoją ceną. I tak na przestrzeni lat buduje się w głowie ich mitologia. Człowiek wyobraża sobie jak genialne nuty są tam zawarte i niemal płacze w poduszkę nad swoją niedolą. Wyobrażenia te jak wiadomo niewiele mają wspólnego z rzeczywistością, ale jednak podsycają w człowieku chęć posiadania owej muzyki. Na przestrzeni lat było wiele takich płyt, które niemal śniły mi się po nocach, a gdy już trafiały w moje ręce, okazywały się większym lub mniejszym rozczarowaniem. Były rzecz jasna i takie, które dźwigały ciężar oczekiwań jak choćby album The Sound "From The Lions Mouth" (1982), a ich zdobycie równało się niemal odnalezieniu Bursztynowej Komnaty lub złotego pociągu. Bywa jednak i tak, że człowiek traci czujność. Wiedziony wyobraźnią, podejmuje pochopne decyzje, których w normalnych warunkach by nie podjął. Wstyd się przyznać, ale w ostatnim czasie zaliczyłem dwie wtopy. Jedna większa, druga nieco mniejsza i nie tak bolesna. Ta mniejsza przydarzyła się mi się przed kilkoma dniami, gdy ból po usunięciu migdałków nie dawał mi w nocy spać. Postanowiłem więc zrekompensować sobie jakoś cierpienie, szukając w internecie rzadkich płyt. Nic tak przecież nie łagodzi bólu jak dobra muzyka. Zwłaszcza ta, która nie leży na co drugim straganie. Padło na album "Everything!" (1998) zespołu Tones On Tail. Jak wiadomo lub też nie, zespół ten powstał jako poboczny projekt Daniela Ash'a (Bauhaus), który do współpracy zaprosił Glenna Camplinga. Gdy Bauhaus wyzionął ducha, do projektu dołączył Kevin Haskins (Bauhaus) i tym samym twór nabrał ciała, stając się pełnoprawnym zespołem. Nagrali tylko jeden album zatytułowany "Pop" (1984), ale dzięki singlom mogli pozwolić sobie na wydanie kilku kompilacji. Gdybym zainteresował się ich dyskografią w należyty sposób, z pewnością uniknąłbym gafy. Otóż, jako człowiek zbierający wszystkie solowe albumy, stanowiące odnogi mych ulubionych formacji, sukcesywnie uzupełniam braki. Jeśli chodzi o Tones On Tail, to dotychczas miałem na półce wyłącznie płytę "Night Music" (1987), którą postrzegałem jako album studyjny. Ostrząc sobie zęby na płytę "Everything" również sądziłem, że to pełnoprawny, katalogowy album. W oczekiwaniu na przesyłkę, przejrzałem sobie w internecie ich dyskografię i w mig pojąłem rozmiar swej głupoty. Jak nietrudno się domyślić, obie posiadane przez mnie albumy to składanki. Szkoda, że nie zaznaczono tego na okładkach płyt, ale będzie to dla mnie nauczka na przyszłość, żeby robić skrupulatniejsze rozeznanie. Nie ma jednak co płakać nad rozlanym mlekiem, wszak nawet składanki różnią się między sobą tak grafiką jak i repertuarem. Dodatkowym atutem tej kompilacji jest fakt zamieszczenia na pierwszej płycie całej zawartości albumu "Pop" więc nazwa nie kłamała. Mamy tu absolutnie wszystko, co mieć powinniśmy na swej półce, jeśli chodzi o dorobek Tones On Tail. Sami widzicie, że warto zainteresować się tym wydawnictwem.

Gorzej ma się sprawa z kolejną płytą. Czas zatem na drugą, bardziej spektakularną wtopę. Coś takiego zdarzyło mi się po raz pierwszy i mam nadzieję, że ostatni. Dotychczasowe zakupy płytowe najczęściej realizowałem poprzez Allegro, Oldskul, Discogs, Serpent, Empik, Amazon czy OLX. Dochodziły do mnie jednak słuchy, że warto też zajrzeć na Vinted, gdzie także można trafić na ciekawe płyty. Od pomysłu do realizacji droga bywa niekiedy krótka, stąd też po szybkiej rejestracji dokonałem pierwszego zakupu. Płyta, która padła moim łupem, okazała się zaskakująco tania. Sam się dziwię, że już na tym etapie nie zapaliła mi się lampka ostrzegawcza. Pierwsze co mnie zaskoczyło, to fakt, że album przyjedzie do mnie z terytorium Rumunii. Sądziłem, że kupuję płytę od kogoś z Polski. Przyznaję, że nie sprawdziłem tego zbyt dokładnie. Czekałem więc cierpliwie i w końcu przyszedł ten dzień, gdy z paczkomatu odebrałem przesyłkę. Gdy przedarłem się przez opakowanie, mym oczom ukazał się on. Album "The Changeling" (1982) sygnowany przez Toyah czyli żonę Roberta Frippa (King Crimson), którym okazał się być zwykłym ruskim piratem. Na początku było zaskoczenie, wkurzenie i złość, ale gdy zerknąłem na opis produktu, szybko okazało się, że sprzedawca nie ukrywał jego nieautentyczności. To ja okazałem się zwykłym matołem, który wiedziony emocjami, wspiął się na wyżyny głupoty i oszukał sam siebie. Nie bądźcie zatem jak ja, czytajcie opisy, a unikniecie rozczarowań. I z tą życiową mądrością was dziś pozostawiam, życząc roztropności i rozwagi podczas przemierzania muzycznej dżungli.


Jakub Karczyński