21 maja 2026

KAPU KAI - REBORN (2026)


Oczekiwanie bywa ekscytujące, jeśli osadzone jest w stosunkowo krótkiej perspektywie czasu. Gorzej, gdy przychodzi nam zmagać się z nim zbyt długo, wtedy uczucie ekscytacji stopniowo gaśnie. Z czasem tracimy wiarę w jego realizację i zapominamy na co żeśmy tak niecierpliwie czekali. Bywa jednak i tak, że przedmiot naszej atencji, tak bardzo rozpala naszą wyobraźnię, że nawet czas przestaje mieć aż takie znaczenie. Godzimy się z tym i żyjemy sobie jak gdyby nigdy nic, co jakiś czas wracając myślą do pożądanego przedmiotu. Tak też było w przypadku pewnej płyty.    
  

"Być może Mary tak dużo myślała o  opuszczonym ogrodzie, ponieważ nie miała nic innego do roboty. Była strasznie ciekawa, jak on wygląda.


Te słowa pochodzące z książki "Tajemniczy ogród", zdają się doskonale korespondować z uczuciem jakie towarzyszyło mi podczas oczekiwania na debiutancką płytę zielonogórskiego Kapu Kai. Od momentu, gdy usłyszałem pierwsze dźwięki, zachodziłem w głowę, jak też będą prezentować się pozostałe rozdziały tej historii. Póki jednak nie otrzymaliśmy klucza/płyty, mogliśmy bazować jedynie na domysłach, wyobrażać sobie, w którym kierunku podąży muzyczna wyobraźnia twórców. Wraz z początkiem maja mam już w swych dłoniach klucz, dzięki któremu mogłem nareszcie przekroczyć próg ogrodu. 


"Długo patrzyła na klucz. (...) Jeśli to klucz do zamkniętego ogrodu, to postara się znaleźć furtkę i zobaczy, co się tam dzieje za murem i co się stało z tymi krzakami róż. Pragnęła ten ogród zobaczyć także dlatego, że od tak dawna był zamknięty.


Wchodząc tam miałem za przewodnika myśl Williama Butlera Yeatsa  - Stąpaj ostrożnie, gdyż stąpasz po moich marzeniach, choć po wysłuchaniu tej płyty, nie sądzę by zespół potrzebował jakiejś taryfy ulgowej. Muzyka zawarta na płycie "Reborn" (2026), choć dopiero co zakwitła, brzmi nad wyraz dojrzale i profesjonalnie. Próżno szukać w niej fałszywych nut i nieporadności cechującą debiutantów. Nawet jeśli jeszcze nie wszystkie kompozycje trafiają w sam środek tarczy, to i tak jest to jeden z najlepiej rokujących zespołów. Oni mają wizję swojej muzyki, czyli coś o czym nie ma pojęcia większość debiutantów. I choć jeszcze zdarza im się czasami pobłądzić w tym ogrodzie (Swallow), to nigdy nie jest to droga prowadząca na manowce. Może momentami warto byłby postawić na nieco bardziej "przebojowe" motywy muzyczne, na filmowy rozmach i przestrzeń, tak jak choćby w In The Night, który skromnymi środkami świetnie buduje podskórne napięcie. Wyobraźmy sobie, że David Lych zaprasza do współpracy Lanę Del Rey i wspólnie odnajdują miejsce, gdzie muzyka pop przecina drogę alternatywie. Może właśnie w tym tkwi klucz do serc słuchaczy, który pozwoli zainteresować sobą większe grono odbiorców. Wierzę, że ich muzyczna intuicja zaprowadzi nas jeszcze w wiele pięknych i tajemniczych miejsc.   

Cieszy mnie też fakt, że w końcu doczekaliśmy się płyty, która nie jest zakotwiczona w polskiej rzeczywistości, nie tapla się w naszym bagienku i nie rozgrzebuje narodowych ran. Wznosi się ponad to, zabierając słuchacza w niesamowitą podróż. Jej uniwersalność sprawia, że mogłaby zostać nagrana tak w Europie, na Wyspach Brytyjskich czy Stanach Zjednoczonych. Świetnie nadawałaby się też do zilustrowania jakiegoś filmu i to najlepiej takiego zrealizowanego w Hollywood. Gdyby David Lynch byłby wciąż wśród żywych, to nie mam żadnych wątpliwości, że zakochałby się w tych dźwiękach. Muzyka Kapu Kai jest opleciona lynchowskim mrokiem, który sączy się w niespieszny sposób do naszych serc i dusz. Jej onirycznych charakter sprawia, że obcujemy z czymś niezwykle delikatnym i ulotnym. Jest niczym poranna mgła, unosząca się nad wrzosowiskami. Nie sposób ją pochwycić, a jednak trudno zaprzeczyć jej istnieniu. Albumu "Reborn" najlepiej doświadczać w nocy. To właśnie wtedy rozkwita najpełniej i najpiękniej. Zarezerwujcie sobie na niego czas, bo to płyta wymagający kontemplacji. Trzeba jej stworzyć odpowiednie warunki, aby ją zrozumieć i docenić. Nie pamiętam kiedy ostatnio ciarki przebiegały przez me ciało, ale słuchając takiego In The Night, doświadczyłem tego uczucia kilkukrotnie. To zdecydowanie jeden z najmocniejszych punktów tego albumu, a przecież nie jedyny, bo równie wiele piękna odnajdziecie w kompozycjach Today czy Satruday Roses. Ten ostatni utwór został okraszony fenomenalnym klipem, który tylko podsyca wyobraźnię odbiorcy. Artyzm najwyższej próby. Widać, że zespół wie gdzie zmierza i realizuje to z chirurgiczną precyzją. Mam nadzieję, że album ten odbije się szerokim echem, a medialny reflektor rzuci na nich nieco światła, bo zasługują na to jak mało kto. Przed nimi ogrom pracy, zwłaszcza tej pozamuzycznej, ale chcąc zaistnieć, trzeba wygospodarować też czas na wywiady, social media i tym podobne sprawy. Bez tych działań, artysta choćby stworzył najpiękniejszą muzykę, skazany jest na niszowość. Trzymam więc za nich mocno kciuki i liczę na to, że ich kariera nabierze tempa, a małe kluby zamienią się wkrótce na koncertowe hale.  

Podsumowując. Debiutancki album Kapu Kai zawstydza. Właśnie tak. Zawstydza rodzimych artystów, którzy mogą tylko spoglądać z zazdrością na kunszt, artystyczną wizję i dojrzałość. Zawstydza też polskie społeczeństwo, które w większości nie doceni i nie zrozumie fenomenu tej płyty. Nie znaczy to jednak, że nie mamy obsiewać nasionami tej muzycznej grządki. Ona choć na razie skromna, wyda kiedyś plon, który będzie zaczynem inspirującym przyszłych twórców. Musi jednak upłynąć nieco wody w Warcie, zanim nasze społeczeństwo wyrwie się z rąk przaśnego disco polo, prostackiego rapu czy "Męskiego grania". Jeśli teoria ewolucji sprawdza się też na niwie kultury, to wierzę, że i oni odnajdą kiedyś klucz do tego tajemniczego ogrodu.


Jakub Karczyński
  

06 maja 2026

HEY HO! LET'S GO!


Piękny wiosenny dzień zmobilizował mnie do opuszczenia swej krypty. Wsiadłem więc w tramwaj nr 1, który po niespełna dwudziestu minutach, dowiózł mnie w okolice ronda Jana Nowaka Jeziorańskiego. Stamtąd czekał mnie jeszcze kilkunastominutowy spacer, zwieńczony przekroczeniem progu sklepu na ulicy Polnej 22. To właśnie tam mieści się "Longplay", do którego zaglądam od czasu do czasu, by wzbogacić swoją płytotekę. Co prawda w ofercie sklepu dominują winyle, ale i kompaktów tam nie brak. Przejrzałem sobie niespiesznie interesujące mnie kategorie, mając nadzieję znaleźć pośród nich coś przy czym pojawiłby się w mym oku jakiś błysk. Niestety większość rzeczy, albo już posiadam, albo też znajdują się poza strefą moich zainteresowań. Gdy już zaczynałem tracić nadzieję, natknąłem się na pewnego "japończyka". Kolekcjonerzy płyt wiedzą w czym rzecz, jednakże osobom niewtajemniczonym należy się słówko wyjaśnienia. "Japończyk", jak nietrudno się domyślić, wskazuje nam na kraj pochodzenia płyty. Takie wydania charakteryzują się nie tylko paskami obi, ale i lepszą jakością dźwięku, a niekiedy także dodatkową zawartością muzyczną. Z tej też przyczyny są one niezwykle pożądane przez kolekcjonerów. Nigdy jakoś nie miałem zapędów audiofilskich, ale tym razem postanowiłem zmierzyć się z tymi japońskimi edycjami. Punk rock może nie jest najlepszym gatunkiem do oceniania jakości dźwięku, ale cóż poradzić skoro już tak się przydarzyło. Bez zbytniego entuzjazmu wrzuciłem na talerz swojego remastera, by po kilku chwilach załączyć wersję japońską. Myślałem, że trzeba mieć ucho niezwykle wrażliwe na dźwięki, takie co to usłyszy odgłos upadającej szpilki w zakładach szwalniczych pracujących pełną parą, aby dostrzec różnicę. Ku mojemu zdziwieniu, nawet średnio wyrobione ucho, da radę zauważyć różnicę. Japończyk jest jakby selektywniejszy, co w przypadku jazgotliwego punk rocka ma niebagatelne znaczenie. Szkoda, że to nie Japończycy ustalają standardy brzmień na nośnikach, bo jak widać znają się na tej robocie jak nikt inny. To co dla przeciętnego Japończyka jest standardem, dla nas jest luksusem, za który musimy dodatkowo płacić. Wspominałem powyżej, że wersje z krzaczkami, czasem posiadają dodatkowe utwory, które to stanowią nie lada gratkę dla kolekcjonerów. Próżno ich szukać na pozostałych edycjach przeznaczonych na inne rynki. To taka nagroda za wierność tradycyjnym nośnikom, które w Japonii wciąż trzymają się mocno. Lech Wałęsa mówił niegdyś, że Polska będzie drugą Japonią, ale mówiąc to, nie miał chyba na myśli rynku płytowego. Swoją drogą byłoby fajnie, gdybyśmy dorównali w tym aspekcie Japończykom. Może czas więc zakasać rękawy i wziąć się za pracę u podstaw. Kto wie, może kiedyś to Polska będzie wyznaczać standardy w tej materii i to do nas będą puszczać zalotnie oko kolekcjonerzy. Zatem - Hey Ho! Let's Go!


Jakub Karczyński


PS Dla chętnych, wklejam link do wsparcia mojej pracy https://buycoffee.to/czarne-slonca Ta symboliczna kawa, to nie tylko motywacja do cięższej pracy, ale i realne wsparcie, które pozwala mi uczestniczyć w koncertach, poznawać nowe jak i stare płyty, o których to możecie poczytać na łamach "Czarnych słońc". Serdeczne dzięki więc, dla tych, którzy zdecydowali się udzielić mi takowego wsparcia.

25 kwietnia 2026

TOWARZYSTWO TANECZNE


W ostatniej audycji Micka Mercera pojawiło się kilka nagrań The Danse Society, w tym nagranie My Heart z debiutanckiej płyty. Przyznam szczerze, że w moim prywatnym rankingu ich najlepszych płyt, szczyt od lat okupuje ich drugi album "Heaven Is Waiting" (1983). Debiut jakoś nie zaskarbił sobie mojej atencji i stał sobie przez długie lata na półce, nie niepokojony przez nikogo. Impuls od Micka spowodował, że stanąłem do ponownej konfrontacji z tym materiałem. Tym razem już maksymalnie skupiony, by wyłapać to czego wcześniej nie udało mi się dostrzec. Aby wzmocnić siłę odbioru posłużyłem się słuchawkami, dzięki którym łatwiej jest wyłapać to co dzieje się na drugim, a czasem i na trzecim planie. Słucham więc sobie tego materiału i zachodzę w głowę gdzie ja wcześniej miałem uszy. Przecież tu aż roi się od mrocznych brzmień, które może nie powalają przebojowością, ale za to tworzą niesamowitą atmosferę. Momentami czuć tu echa Joy Division, ale przecież nie ma w tym nic złego. Co prawda, w dalszym ciągu płytą pierwszego wyboru, będzie dla mnie album "Heaven Is Waiting", ale debiut zyskał w moim rankingu kilka dodatkowych punktów. Zerknąłem sobie do recenzji tej płyty na moim blogu, by zobaczyć jak wówczas ją postrzegałem. Pod większością stwierdzeń wciąż mógłbym się podpisać, ale bywają i takie, przy których już bym tak kategorycznie nie obstawał. To tylko pokazuje, że pisanie recenzji nie ma większego sensu. Są one zapisem danej chwili, emocji jakie wówczas nam towarzyszyły i okoliczności. Nie ma więc sensu kruszyć o nie kopii. Poza tym każdy z nas przefiltrowuje muzykę przez własne preferencje muzyczne, stąd też nie ma czegoś takiego jak obiektywna recenzja. Dlatego też nie podchodźmy do nich śmiertelnie poważnie, bo jak głosi stare powiedzenie, gdzie dwóch Polaków tam trzy opinie.  

Jakub Karczyński

22 kwietnia 2026

MICK


Ostatnio niedzielne wieczory spędzam w towarzystwie Micka Mercera. Mick obecny jest co prawda tylko głosem, który sączy się z radia, ale za to dostarcza dużo świetnej muzyki. Jego audycji można słuchać w streamingu pomiędzy 21:00 - 24:00 i jest absolutnie obowiązkową lekcją dla każdego szanującego się gotha. Zacznijmy jednak od prezentacji Micka Mercera, bo choć wykonuje swoją pracę o dawien dawna, to jednak nie zyskał takiej rozpoznawalności poza Wyspami jak John Peel. Mick jest tym dla sceny gotyckiej czym u nas jest/był  Marek Wiernik dla sceny punkowej. Opisywał narodziny sceny gotyckiej w swym zinie Panache, następnie szerzył swoją pasję na łamach ogólnokrajowego pisma Zigzag. Napisał też kilka książek poświęconych temu zjawisku. Szkoda, że nikt nie zdecydował się dokonać ich przekładu na język polski. W dobie wzrastającego zainteresowania muzyką gotycką, myślę, że byłby to całkiem rozsądny i zrozumiały ruch. Pozostają więc nam audycje Micka, w których to wyławia on całą rzeszę mniej lub bardziej rozpoznawalnych kapel. Śledzący go na facebooku mogli ostatnio przeczytać recenzję EP-ki naszego gotyckiego dobra narodowego w postaci grupy Miguel & The Living Dead. Jak widać macki Mercera sięgają nawet tu. Pomimo upływu czasu, wciąż jest żądny nowej muzyki. Nie zamknął się w mauzoleum jak wielu starszej daty dziennikarzy, którzy słuchają już tylko tych piosenek, które już raz słyszeli. W ostatnim programie, wyłowiłem kilka interesujących kapel jak choćby Pneumania, Mouth Ulceres, Antipole & Pedro Code czy Sister Ghost. Po wysłuchaniu nagrania Crashland Sister Ghost, odszukałem profil zespołu na Bandcamp i zakupiłem sobie ich EP-kę "Oracle". Choćby dla tego jednego utworu musiałem ją mieć. Cudo, przywodzące mi nieco na myśl dokonania All About Eve, których płytami byłem swego czasu zafascynowany. Wciąż ich bardzo lubię, choć dawno nie słuchałem. Może to właśnie ten moment by sięgnąć po ich muzykę, która wypełni mi czas oczekiwania na EP-kę. Kłaniam się niniejszym Mickowi w pas, dziękując za świetną audycję, jak i odkrycie nowych terytoriów dźwiękowych. Nadstawcie uszu w najbliższą niedzielę. Wszelkie niezbędne informacje znajdziecie na profilu Micka na Facebooku.


Jakub Karczyński


PS Osoby zainteresowane postawieniem mi wirtualnej kawy serdecznie zapraszam pod ten adres https://buycoffee.to/czarne-slonca. Wsparcie na zasadzie co łaska. Niezależnie od tego macie cały czas nieograniczony dostęp do całej zawartości bloga. Rozważam jednak uhonorowanie w jakiś szczególny sposób moich darczyńców. Pomysł zakiełkował, teraz tylko czekać na jego rozkwit.

14 kwietnia 2026

KONCERTÓWKA


Po blisko trzech miesiącach od złożenia zamówienia, w miniony czwartek, żona znalazła w skrzynce pocztowe awizo. Doskonale wiedziałem co się za nim kryje. Przesyłka nadana w Anglii, wreszcie dotarła do celu. Co prawda, na jej odbiór musiałem poczekać do dnia następnego, ale czymże jest te kilkanaście godzin. Przypomina mi się w tym momencie scena z warsztatu samochodowego w "Co mi zrobisz jak mnie złapiesz". Skoro czekałem już te dziewięćdziesiąt dni, to na jeden dzień zwłoki mogę sobie jeszcze pozwolić. Czytelnicy o skłonnościach matematycznych mogą policzyć sobie jaka to będzie strata procentowa, a humaniści mogą spokojnie czytać dalej. Wszak wiedza ta, nikomu do niczego potrzebna dziś nie będzie. Gdy tylko nastał nowy dzień, a Poczta Polska otworzyła wrota swej placówki, przekroczyłem jej próg wraz z kilkoma emerytami, którzy skoro świt załatwiają wszystkie swoje sprawy. W dobie paczkomatów, odwiedzam pocztę już tylko incydentalnie. Właściwie gdyby nie przesyłki międzynarodowe spoza UE, za które pobierane jest cło oraz urzędowa korespondencja od państwa, to instytucja ta mogłaby dla mnie nie istnieć. Świat się na tyle zmienił, że wiele z funkcji pocztowych przejęły prywatne podmioty, które wywiązują się ze swych zdań dużo lepiej. No, ale nie o poczcie miało być, a o przesyłce z Anglii. 

Po wyjęciu zawartości z koperty, mogłem już odetchnąć, że album "Alive" od Public Image Limited dotarł bezpiecznie do stacji końcowej. Swoją drogą, to nie wiem czy w Anglii nie mają kopert bąbelkowych czy może zawartość przesyłek traktowana jest tam z należytym szacunkiem, ale dość powiedzieć, że album dotarł do mnie bez jakichkolwiek uszkodzeń. Pytanie czy byłoby tak, gdyby wydano go w plastikowym pudełku, a nie w kartoniku. Jeśli już jesteśmy przy formie wydania, to jest ona niezwykle skromna. Zabrakło nawet nazwy i tytułu płyty na grzbiecie. Książeczka dołączona do wydawnictwa to chyba zbyt szumna nazwa, bo to zaledwie dwie strony wypełnione w większości małymi zdjęciami. Na szczęście znalazło się też miejsce na listę nagrań oraz przedstawienie bohaterów biorących czynny udział w nagraniu tej płyty. Za to niezwykle oszczędne w formie wydawnictwo, przyszło mi zapłacić w przeliczeniu na złotówki coś koło 150 zł. Jeśli doliczymy cło w wysokości 33 zł, to wychodzi nam cena jak za porządnego winyla. Sami przyznacie, że to lekka przesada, ale tłumaczę sobie to niskim nakładem, a jak wiadomo im mniejsza liczba kopii, tym więcej trzeba zapłacić za wytłoczenie egzemplarza. Sądzę jednak, że wraz z upływem czasu, wartość kolekcjonerska tego wydawnictwa będzie tylko rosła. Wpływ na to ma fakt, że nie zostało to wpuszczone do masowej sprzedaży, wielkość nakładu jak sądzę była symboliczna, stąd też każdy kto ma ten album w swojej kolekcji, niechaj na niego chucha i dmucha. Na album składa się trzynaście kompozycji zarejestrowanych podczas ubiegłorocznej trasy. Dwa nagrania pochodzą z wrocławskiego koncertu, na którym to miałem przyjemność być. Jest to więc dla mnie tym bardziej ważne wydawnictwo, do którego przyjemnie będzie wrócić za kilka lat. Na albumie "Alive" odnajdziecie takie killery jak Home, World Destruction, This Is Not A Love Song, Death Disco, Warrior, Public Image czy choćby Rise. Słucha się tego znakomicie, a nagrania choć pochodzą z różnych miast, tworzą spójną całość. Jeśli jednak chcielibyście się przekonać jak to wygląda na żywo, to wkrótce będzie szansa. Już w maju PIL przyjedzie do Polski na cztery koncerty. Zagrają w Gdańsku, Poznaniu, Warszawie i Krakowie. Sprawdźcie co John i jego koledzy mają do zaproponowania swoim fanom na żywo. Jeśli lubisz szalony świat dźwięków Johna Lydona, to nie może cię tam zabraknąć. Kto wie, kiedy nadarzy się kolejna taka okazja.


Jakub Karczyński


PS Wirtualna kawa wsparcia dostępna niezmiennie pod adresem https://buycoffee.to/czarne-slonca. Serdeczne podziękowania dla Pana Piotra, za docenienie mojej pracy. Miło widzieć, że ta moja pisanina jest komuś do czegoś potrzebna. Abstrahując od kawowego wsparcia, to najbardziej cieszy mnie interakcja z Wami. Zostawiajcie więc swoje komentarze, dzielcie się przemyśleniami jak i ciekawymi historiami sprzed lat. Niech to miejsce tętni życiem.  

08 kwietnia 2026

W OKU LUNETY


Mądrością myśliwego jest to by być w odpowiednim miejscu i czasie. Tylko to gwarantuje, że łowy będą udane, a spiżarnia nie będzie świecić pustkami. Trzeba wiedzieć gdzie się zaczaić, a jakie rejony można sobie odpuścić. Warto też wiedzieć na co chce się zapolować, by broń sprostała postawionemu przed nią zadaniu. Bywa jednak i tak, że w oku lunety pojawi się osobnik, którego nie spodziewaliśmy się tu spotkać. Czasu do namysłu jest niewiele, bo może się okazać, że w lesie jest więcej myśliwych, którzy wzięli na cel tenże obiekt. Strzelać czy może poczekać i wrócić w to miejsce za kilka dni z odpowiednią bronią? Szybka kalkulacja i myśl, że w kieszeni spodni został jeszcze jakiś nabój z poprzedniego polowania, który w razie czego powinien powalić ofiarę. Nie ma co zwlekać. Czas podnieść broń, wycelować, spojrzeć dla pewności w lunetę, wyrównać oddech i oddać strzał. Huk podrywa okoliczne ptactwo z drzew by po chwili w miejscu polowania zaległa cisza. Ofiara nie miała najmniejszych szans na ucieczkę. Myślę, że nawet nie zdawała sobie sprawy z zagrożenia. Czas zapakować ją na pakę pickupa i zawieźć trofeum do domu. 

Na szczęście w tym przypadku obyło się bez rozlewu krwi. Strzał o, którym chcę napisać parę słów, oddałem w kierunku srebrnej płyty, a nie zwierzęcia. Szczerze mówiąc, nie planowałem tego polowania, ale czasem zwierzyna sama podejdzie pod broń, no i jak tu nie skorzystać z okazji. Wyznaję zasadę piłkarską, że niewykorzystane okazje się mszczą, więc lepiej nie ryzykować. Z głośników rozbrzmiewa właśnie beztytułowy debiut Escape With Romeo i powiem, że jestem nim urzeczony. Co prawda, słucham go dopiero trzeci raz, ale już zdążyłem wyłapać tu kilka na tyle interesujących nut, że daje tej płycie duży kredyt zaufania. To właśnie tu znajduje się utwór Somebody, który to stał się dość sporym przebojem i zarazem wizytówką grupy. Mnie jednak dużo bardziej do gustu przypadło nagranie Sleepwalkers, które to jest prawdziwą ozdobą tej płyty. Jest w nim jakiś taki magnetyzm, który każe mi wracać do niego raz za razem. Równie świetnie wypada kolejne nagranie Don't Turn Away, które na albumie znajdziemy w dwóch odsłonach. Jedno z nich to tak zwany hidden track, który różni się tym, że jest o trzy minuty dłuższy od oficjalnej wersji albumowej. Ukryty jest na samym końcu płyty, tuż po nagraniu Coma Beach. Muzycznie album spowinowacony jest to nieco z Pink Turns Blue, ale nie powinno to chyba nikogo dziwić, wszak lider Escape With Romeo (Thomas Elbern), był niegdyś gitarzystą i kompozytorem tejże grupy. Entuzjaści twórczości Pink Turns Blue mogą więc brać w ciemno płyty Escape With Romeo, a fani tych ostatnich nie powinni poczuć rozczarowania zgłębiając dorobek Pink Turns Blue. No może z wyjątkiem albumu "Eremite" (1989), który jest dość wymagający i nie polecałbym nikomu zaczynać od niego swej podróży, aby nie zakończyć przedwcześnie tej znajomości. W przypadku Escape With Romeo wystrzegałbym się albumu "Blast Of Silence" (1996), który może dać mylny obraz twórczości tejże grupy. Jego taneczny podkład jakoś nie skleja mi się zupełnie z zawartością muzyczną. Tak jakby muzycy na siłę chcieli połączyć ogień z wodą. Najgorsze w tym wszystkim jest to, że podczas tych prób, nie zorientowali się, że to po prostu niewykonalne. Zdecydowanie lepiej zacząć od debiutu lub płyty "Love Alchemy" (2002), które dość dobrze nakreślą nam stylistyczne ramy, w jakich zamyka się twórczość grupy. Jeśli nie mieliście jeszcze okazji zapoznać się z ich muzyką, to zachęcam do wykonania pierwszego kroku. Jak to mówią, lepiej późno, niż wcale.  


Jakub Karczyński


21 marca 2026

FABRYKA MUZYKI KALENDARZOWEJ


Wiosna!!! Tak, tak, to już dziś przychodzi witać nam tę jedną z najpiękniejszych pór roku. Wkrótce soczysta zieleń wypełni zaokienne krajobrazy, a ptaki zaprezentują nam swój repertuar, nad którym to tak pieczołowicie pracowały przez całą jesień i zimę. Wsłuchajmy się w niego, bo niesie ze sobą mnóstwo nadziei, radości i szczęścia, które każdemu z nas na pewno się przydadzą. W domu jednakże zalecam wygrzebać z półek płyty "Seasons End" (1989) Marillion oraz "Colour Of Spring" (1986) Talk Talk, bo to dwa najpiękniejsze albumy tego świata, idealnie komponujące się z wiosną. Tyle w nich światła, pozytywnej energii, ale i zadumy, więc nie ma co się dziwić, że rok rocznie powracają na wiosenną playlistę. "Seasons End" to pierwszy album Marillion, gdzie obowiązki wokalne przejął Steve Hogarth. Wejście w buty po tak charyzmatycznym wokaliście jakim był Fish, było nie lada wyzwaniem. Z perspektywy lat uważam, że Steve sprostał temu zadaniu, czego nie można powiedzieć o wielu fanach, którzy po tej wolcie, odwrócili się od zespołu. Sam Tomasz Beksiński był zdegustowany tym albumem. Muzyka wprawdzie mu się podobała, ale wokal Steve'a nie przypadł mu do gustu. Ciekawe co dziś powiedziałby o Marillion. Czy wciąż obstawałby przy swoim, czy może zmieniłby zdanie, wszak takim albumom jak "Marbles" (2004) trudno odmówić piękna. Także tego wokalnego. Po latach najczęściej powracam właśnie do "Marbles" i "Seasons End", z którymi to mam wiele pięknych wspomnień. Towarzyszyły mi one w czasie studiów, gdy dopiero poznawałem różne odcienie muzyki, chcąc znaleźć w niej swoją bezpieczną przystań. Często zabierałem je w podróż autobusami PKS, którymi to wracałem do rodzinnego miasta. "Seasons End" była także ze mną w studenckim radiu. 

Przed dwudziestu laty, wraz z moim kolegą mieliśmy przyjemność zasiąść przed mikrofonem w Radiu Afera, gdzie przez pół roku prezentowaliśmy muzykę kojarzącą się nam z porami roku. Program nazywał się "Fabryka muzyki kalendarzowej" i dawał nam mnóstwo radości. Prezentowaliśmy tam tak różnorodne dźwięki, że ciężko byłoby znaleźć dla nich jakiś wspólny mianownik. Od Marka Grechuty poprzez The Cure do Slayera. Niestety, nasze ambicje i radiowe umiejętności leżały na dwóch różnych biegunach, stąd też nie zagrzaliśmy tam długo miejsca. Wspominam jednak o tym, bo album "Seasons End" tak jakoś mi się z tą audycją kojarzy. Co prawda wyemitowaliśmy tam tylko Easter, ale jakoś to właśnie on, skleił mi się z tym programem najbardziej. Przed mikrofon powróciłem jeszcze na kilka zastępstw, ale były to już tylko audycje incydentalne. Dzięki tej krótkotrwałej przygodzie, przekonałem się, że to nie radio, a pisanie jest tym, w czym mogę się w pełni wyrazić. Musiało minąć jednak jeszcze pięć długich lat nim "Czarne słońca" wzeszły nad horyzont. 

Dziś jednak cieszmy się wiosną, słuchajmy muzyki i łapmy pierwsze promienie wiosennego słońca. To właśnie one naładują nam akumulatory, wleją w nasze serca optymizm i dadzą zastrzyk pozytywnej energii na resztę roku. Czegoż więc mamy sobie życzyć w ten sobotni dzień? Pięknej i długiej wiosny.


Jakub Karczyński