W 1996 roku The Mission byli jak garnitur, który nie dość, że był już niemodny, to jeszcze brakowało w nim rękawów. Na szybko doszyto je z tego co było akurat pod ręką, ale choć materiał był niczego sobie, to garnitur jako całość nie prezentował się zbyt szykownie. Z dawnego składu ostał się tylko Wayne Hussey oraz perkusista Mick Brown. W miejsce brakujących rękawów doszyto Andy Cousina oraz Marka Gemini Thwaite'a, ale nie wskrzesiło to zespołowego ducha. Hussey pozyskał najemników, którzy mieli pomóc mu nagrać album, dzięki któremu mógłby się uwolnić od zobowiązań kontraktowych. Następca "Neverland", powstawał w pośpiechu. Hussey wziął na siebie ciężar stworzenia całego materiału, który zarejestrowano w studio w przeciągu dwóch tygodni. Rok po premierze "Neverland", fani mieli otrzymać kolejne dzieło sygnowane logiem The Mission. Tempo godne nastolatków. Niestety, pośpiech bywa złym doradcą, o czym dość szybko zespół przekonał się na własnej skórze. Wytypowany na pierwszego i jak się okazało jedynego singla nagranie Coming Home, nie spełniło pokładanych w nim nadziei. Recenzje wiały chłodem, a siedemdziesiąta druga pozycja na brytyjskiej liście przebojów chyba najdobitniej uzmysłowiła zespołowi, że tym razem ponieśli bolesną porażkę. Tym razem intuicja zwiodła ich na manowce. Utwór nie tylko nie okazał się reprezentatywny dla całej płyty, ale też nie był on szczególnie finezyjny. Wyzbyty dźwiękowego mistycyzmu, tak przecież charakterystycznego dla The Mission, nie spełnił oczekiwań fanów. Zamiast nęcącej zachęty był raczej antytezą singla, zniechęcającą fanów do sięgnięcia po cały album. Gdybym miał typować utwór do promocji, to zamiast Coming Home, postawiłbym na nagranie Bang Bang, które w moich uszach wypada dużo ciekawiej, niż rzeczony singiel. Ma przede wszystkim zadatki na przebój, czego nie można powiedzieć o Coming Home. Szczerze mówiąc, nie rozumiem co kierowało zespołem, że zdecydowali się właśnie na to nagranie, a nie jakiekolwiek inne. Spośród trzynastu kompozycji, wśród których nie brakowało i takich z singlowym potencjałem, postawili na najgorszą szkapę w tej gonitwie. Tym sposobem stracili starych fanów, nie zyskując nic w zamian.
"Blue" uchodzi za jeden z najsłabszych, jeśli nie najsłabszy album z całej dyskografii The Misssion. Czy faktycznie jest, aż tak zły? Z pewnością Misjonarze nie wzbili się tu na wyżyny swych możliwości, ale też by oddać im sprawiedliwość, nie polegli na całej linii. Jest tu nieco interesujących dźwięków, które powinny mile połechtać ucho niejednego Misjonarza. Co powiecie na takie Drown In Blue? Przecież to The Mission w najlepszym stylu. Ze szczyptą melancholii, z zaangażowanym śpiewem Husseya i całkiem zgrabną melodią. Wracam do niego z dużą przyjemnością, podobnie jak do nagrania That Tears Shall Drown The Wind, w którym to wyczuwam nieco inspiracji muzyką Ennio Morricone. Może to za sprawą dźwięku tej harmonijki oraz gitary, które jak żywo przywodzą mi na myśl klasyczny obraz Sergio Leone "Pewnego razu na dzikim zachodzie" (1968). Po stronie zysków zapisałbym także kompozycje Dying Room oraz finalizującą Evermore And Again. Obie, choć na pozór nieco monotonne w brzmieniu, mają w sobie jakiś taki hipnotyzujący czar, który sprawia, że powracam do nich z prawdziwą przyjemnością. Są bardzo udanym zwieńczeniem tej nieco zapomnianej, a z pewnością niedocenianej płyty.
Recenzenci zarzucali albumowi archaiczność już w momencie wydania. W kontekście tego co było wtedy na muzycznym świeczniku (britpop, eurodance, hip-hop), The Mission faktycznie brzmieli staroświecko, ale dziś nie ma to już większego znaczenia. Album "Blue" portretuje nam Misjonarzy w momencie, gdy wiele zespołów decydowało się na muzyczne eksperymenty jak choćby Metallica czy U2. The Mission także postanowili zmienić nieco swój styl, jednak nie zdecydowali się, aż na tak odważne eksperymenty jak ich koledzy. Wyzbyli się swej gotyckości, kierując się bardziej w stronę rocka alternatywnego i niestety rozminęli się z oczekiwaniami fanów. Po tym albumie The Mission zawiesił działalność. Złożyło się na to kilka czynników - zmęczenie, problemy w życiu prywatnym Wayne'a Husseya, brak dawnej chemii w zespole, a przede wszystkim zmieniający się rynek muzyczny. Gwoździem do trumny okazała się kiepska sprzedaż "Blue" oraz coraz gorsza frekwencja na koncertach grupy. Tak jak mówiłem, lata dziewięćdziesiąte były fatalnym czasem dla muzyki gotyckiej. Chcąc się nieco wpasować w aktualne mody, zespół zabrnął w ślepą uliczkę.
"Blue" jest świadectwem czasów, gdy artyści chcąc utrzymać się w orbicie zainteresowań fanów, musieli iść czasami na muzyczny kompromis. Wpasowywać się w mody lub szukać "ucieczki do przodu" kreując nowe muzyczne trendy. "Blue", choć strzepnął z siebie całą tą gotyckość, nie uwiódł słuchaczy, ani nie wykreował nowych dróg. Album stał w pół kroku między tym co nowe, a tym z czego składało się ich muzyczne DNA. Myślę, że warto wziąć to pod uwagę, gdy decydujemy się na jego ocenę. Z perspektywy czasu sądzę, że płyta bardziej zyskuje niż traci. Choć nie jest to mój ulubiony album z katalogu Misjonarzy, to też nie mam większego problemu by przesłuchać go od deski do deski. Zachęcam by spojrzeć na niego nieco przychylniejszym okiem i zweryfikować po latach obiegowe opinie na jego temat. Wypłyńcie więc w morze i zarzućcie sieć. Może tym razem ryby będą miały nieco mniej szczęścia i zamiast uchodzić w głębiny, trafią w końcu na wasz talerz.
Jakub Karczyński






