27 września 2026

# a to słabe: THE MISSION - BLUE (1996)


Połowa lat dziewięćdziesiątych to czas, gdy grupa The Mission nie nagrywała szczególnie wybitnych dzieł. Ze świecą szukać pewnie miłośników płyty "Blue" (1996) czy "Neverland"(1995). Albumy te nie zyskały aprobaty w oczach fanów i dziś mało kto już do nich wraca. Warto zaznaczyć, że lata dziewięćdziesiąte nie były szczególnie przyjazne muzyce gotyckiej. Wiele znakomitych zespołów zawiesiło działalność, a nowe kapele jeśli się już zawiązywały, nie były w stanie przekonać do siebie tak licznego grona jak ich mistrzowie. Uwaga słuchaczy skierowane była wtedy na zupełnie inne obszary dźwiękowe. Każdy, kto dorastał pod koniec lat dziewięćdziesiątych, doskonale pamięta co zaprzątało wtedy głowy nastolatków. Boysbandy oraz girlsbandy miały wtedy swoje pięć minut sławy i to właśnie ich plakaty dzieciaki wieszały sobie na ścianach. The Mission musieli przełknąć tę gorzką pigułkę, próbując utrzymać się jakoś na powierzchni. Na szczęście nie próbowali na siłę wpasować się w chwilową modę, nie udawali, że wciąż są nastolatkami, lecz stanęli do tej nierównej walki dzierżąc w dłoniach swe stare poczciwe instrumenty. 

W 1996 roku The Mission byli jak garnitur, który nie dość, że był już niemodny, to jeszcze brakowało w nim rękawów. Na szybko doszyto je z tego co było akurat pod ręką, ale choć materiał był niczego sobie, to garnitur jako całość nie prezentował się zbyt szykownie. Z dawnego składu ostał się tylko Wayne Hussey oraz perkusista Mick Brown. W miejsce brakujących rękawów doszyto Andy Cousina oraz Marka Gemini Thwaite'a, ale nie wskrzesiło to zespołowego ducha. Hussey pozyskał najemników, którzy mieli pomóc mu nagrać album, dzięki któremu mógłby się uwolnić od zobowiązań kontraktowych. Następca "Neverland", powstawał w pośpiechu. Hussey wziął na siebie ciężar stworzenia całego materiału, który zarejestrowano w studio w przeciągu dwóch tygodni. Rok po premierze "Neverland", fani mieli otrzymać kolejne dzieło sygnowane logiem The Mission. Tempo godne nastolatków. Niestety, pośpiech bywa złym doradcą, o czym dość szybko zespół przekonał się na własnej skórze. Wytypowany na pierwszego i jak się okazało jedynego singla nagranie Coming Home, nie spełniło pokładanych w nim nadziei. Recenzje wiały chłodem, a siedemdziesiąta druga pozycja na brytyjskiej liście przebojów chyba najdobitniej uzmysłowiła zespołowi, że tym razem ponieśli bolesną porażkę. Tym razem intuicja zwiodła ich na manowce. Utwór nie tylko nie okazał się reprezentatywny dla całej płyty, ale też nie był on szczególnie finezyjny. Wyzbyty dźwiękowego mistycyzmu, tak przecież charakterystycznego dla The Mission, nie spełnił oczekiwań fanów. Zamiast nęcącej zachęty był raczej antytezą singla, zniechęcającą fanów do sięgnięcia po cały album. Gdybym miał typować utwór do promocji, to zamiast Coming Home, postawiłbym na nagranie Bang Bang, które w moich uszach wypada dużo ciekawiej, niż rzeczony singiel. Ma przede wszystkim zadatki na przebój, czego nie można powiedzieć o Coming Home. Szczerze mówiąc, nie rozumiem co kierowało zespołem, że zdecydowali się właśnie na to nagranie, a nie jakiekolwiek inne. Spośród trzynastu kompozycji, wśród których nie brakowało i takich z singlowym potencjałem, postawili na najgorszą szkapę w tej gonitwie. Tym sposobem stracili starych fanów, nie zyskując nic w zamian. 

"Blue" uchodzi za jeden z najsłabszych, jeśli nie najsłabszy album z całej dyskografii The Misssion. Czy faktycznie jest, aż tak zły? Z pewnością Misjonarze nie wzbili się tu na wyżyny swych możliwości, ale też by oddać im sprawiedliwość, nie polegli na całej linii. Jest tu nieco interesujących dźwięków, które powinny mile połechtać ucho niejednego Misjonarza. Co powiecie na takie Drown In Blue? Przecież to The Mission w najlepszym stylu. Ze szczyptą melancholii, z zaangażowanym śpiewem Husseya i całkiem zgrabną melodią. Wracam do niego z dużą przyjemnością, podobnie jak do nagrania That Tears Shall Drown The Wind, w którym to wyczuwam nieco inspiracji muzyką Ennio Morricone. Może to za sprawą dźwięku tej harmonijki oraz gitary, które jak żywo przywodzą mi na myśl klasyczny obraz Sergio Leone "Pewnego razu na dzikim zachodzie" (1968). Po stronie zysków zapisałbym także kompozycje Dying Room oraz finalizującą Evermore And Again. Obie, choć na pozór nieco monotonne w brzmieniu, mają w sobie jakiś taki hipnotyzujący czar, który sprawia, że powracam do nich z prawdziwą przyjemnością. Są bardzo udanym zwieńczeniem tej nieco zapomnianej, a z pewnością niedocenianej płyty.

Recenzenci zarzucali albumowi archaiczność już w momencie wydania. W kontekście tego co było wtedy na muzycznym świeczniku  (britpop, eurodance, hip-hop), The Mission faktycznie brzmieli staroświecko, ale dziś nie ma to już większego znaczenia. Album "Blue" portretuje nam Misjonarzy w momencie, gdy wiele zespołów decydowało się na muzyczne eksperymenty jak choćby Metallica czy U2. The Mission także postanowili zmienić nieco swój styl, jednak nie zdecydowali się, aż na tak odważne eksperymenty jak ich koledzy. Wyzbyli się swej gotyckości, kierując się bardziej w stronę rocka alternatywnego i niestety rozminęli się z oczekiwaniami fanów. Po tym albumie The Mission zawiesił działalność. Złożyło się na to kilka czynników - zmęczenie, problemy w życiu prywatnym Wayne'a Husseya, brak dawnej chemii w zespole, a przede wszystkim zmieniający się rynek muzyczny. Gwoździem do trumny okazała się kiepska sprzedaż "Blue" oraz coraz gorsza frekwencja na koncertach grupy. Tak jak mówiłem, lata dziewięćdziesiąte były fatalnym czasem dla muzyki gotyckiej. Chcąc się nieco wpasować w aktualne mody, zespół zabrnął w ślepą uliczkę.     

"Blue" jest świadectwem czasów, gdy artyści chcąc utrzymać się w orbicie zainteresowań fanów, musieli iść czasami na muzyczny kompromis. Wpasowywać się w mody lub szukać "ucieczki do przodu" kreując nowe muzyczne trendy. "Blue", choć strzepnął z siebie całą tą gotyckość, nie uwiódł słuchaczy, ani nie wykreował nowych dróg. Album stał w pół kroku między tym co nowe, a tym z czego składało się ich muzyczne DNA. Myślę, że warto wziąć to pod uwagę, gdy decydujemy się na jego ocenę. Z perspektywy czasu sądzę, że płyta bardziej zyskuje niż traci. Choć nie jest to mój ulubiony album z katalogu Misjonarzy, to też nie mam większego problemu by przesłuchać go od deski do deski. Zachęcam by spojrzeć na niego nieco przychylniejszym okiem i zweryfikować po latach obiegowe opinie na jego temat. Wypłyńcie więc w morze i zarzućcie sieć. Może tym razem ryby będą miały nieco mniej szczęścia i zamiast uchodzić w głębiny, trafią w końcu na wasz talerz.


Jakub Karczyński

 

18 września 2026

Z IMPETEM W GŁĄB


Odświeżyłem sobie kilka dawno nie słuchanych płyt, bo przecież po to się je zbiera, żeby do nich powracać. To jest właśnie ta przewaga muzyki nad książkami, że do muzyki wraca się o wiele częściej, niż do książek. Te po jednokrotnej lekturze, wędrują na półki, przyjmując rolę eksponatów. Stąd też sensowniej jest lokować pieniądze w płyty i korzystać z nich kiedy tylko najdzie nas na to ochota. Co prawda przy dużej kolekcji większość płyt także pozostaje w blokach startowych, ale wciąż dużo łatwiej i szybciej można się z nimi zapoznać niż ze wspomnianą książką.  


Bywa czasem tak, że nie wracamy do pewnych płyt przez długie lata. Powody mogą być różne. Wystarczy jednak mały impuls by zmienić ten stan rzeczy. Nagle, w jednej sekundzie, czujemy niepohamowaną potrzebę sięgnięcia po jakiś album. Czasem jest to jakaś piosenka usłyszana w audycji radiowej, innym razem jakiś artykuł lub rekomendacja dziennikarska i już w człowieku zapala się iskra, która roznieca pożar. Niegdyś w radiu usłyszałem nagranie Swimming Horses Siouxsie & The Banshees, o którym to zdążyłem na przestrzeni lata zapomnieć i po powrocie do domu czym prędzej wyjąłem z półki album "Hyaena" (1984). Musiałem tego posłuchać, choćby nie wiem co. Nie jest to moja ulubiona płyta Zuzki i jej Strzyg,  ma jednak kilka interesujących momentów, z których warto zdmuchnąć kurz. Poza tym to jedyny studyjny album, na którym obowiązki gitarzysty pełni Robert Smith.


Z kolei za sprawą bootlegu "What's End, Start" grupy Rubicon powróciłem do ich drugiej i zarazem ostatniej płyty "Room 101" (1995). Niegdyś przeze mnie odrzuconej by po latach posypać głowę popiołem i docenić te nagrania. To właśnie dzięki niej, życzliwiej spojrzałem na nurt grunge, którego nigdy nie byłem szczególnym fanem. Rubicon jest więc dla mnie takim łącznikiem muzycznych światów. Pomostem między mrokiem gotyckiego rocka, a surowością i brudem grunge'u. Szkoda, że zespół zakończył działalność, bo miał potencjał do rozwinięcia tej konwencji. Niestety historia zakończyła się nieco przedwcześnie i już raczej nie ma co liczyć na kolejne rozdziały.


Jak pewnie wiecie, lubię konfrontować się z albumami powszechnie uznawanymi za słabe. Płytami, którymi pogardzają "prawdziwi fani", bo przecież każdy z nas ma swoje uszy, swój gust i swoje preferencje. Gdy objąłem wzrokiem swoją kolekcje płyt Killing Joke, postanowiłem poddać się działaniu impulsu i posłuchać płyty, na którą mam w danym momencie największą ochotę. Padło na "Outside The Gate" (1988), czyli album, który w klasyfikacji fanów ląduje zazwyczaj na szarym końcu. Osobiście uwielbiam to ejtisowe brzmienie Killing Joke, ten śpiew Jaza, pełen zaangażowania, a niekiedy i romantyzmu jak choćby w My Love Of This Land. To właśnie w tym utworze odnajduję pierwiastki swojego jestestwa. To właśnie takie elementy budują moją osobę i sprawiają, że serce trzepocze niczym flaga na wietrze. Dziś już chyba nie ma na to szans by zespół zanurzył się w podobnej toni, ale pomarzyć zawsze wolno.


Myślę o tym by jesienią częściej zaglądać do swoich zbiorów. By zrzucić z siebie presję przesłuchiwania nieprzesłuchanych płyt. By być w zgodzie z tym co mi aktualnie w duszy gra. Muzyka wszak ma sprawiać przyjemność, a nie być przykrym obowiązkiem czy też przymusem. Zanurzmy się więc w naszych prywatnych archiwach muzycznych, biorąc sobie do serca słowa ze starej reklamy proszku do prania i pójdźmy z impetem w głąb.


Jakub Karczyński


13 września 2026

KONCERTY W STEREO


Życie bywa zaskakujące i to jest właśnie w nim piękne, że wymyka się ono schematom. Niekiedy zadaje kłam naszym deklaracjom i postawom. Przekonuję się o tym za każdym razem, gdy decyduję się na zakup płyty koncertowej. Nie żadnego DVD, a zwyczajnego CD. Musicie bowiem wiedzieć, że nie jestem jakimś wielkim entuzjastą ani oglądania, ani słuchania zapisów koncertów. Może wpływ ma na to fakt, że nie mam z takim występem żadnych relacji. Nie było mnie tam, nie przeżyłem tego, w związku z czym nie mam łączników emocjonalnych, które sprawiłyby, że moje serce żywiej zacznie pompować krew. Jednakże są i wyjątki, jak choćby koncert The Cure transmitowany na żywo w telewizji, który to obejrzałem z autentycznym zaciekawieniem. Wracając jednak do płyt CD, to choć deklaruję się jako osoba, która nie przepada za płytami koncertowymi, nie oznacza, że nie kupuję takowych wydawnictw. Co zatem sprawia, że wyciągam po nie rękę? Zazwyczaj wpływ na to ma moje uwielbienie do danego zespołu, czasem atrakcyjna cena (jak w przypadku płyty The Alarm "Greatest Hits Live" - 9,99 zł), a czasem czynniki, których nie jestem w stanie objąć żadnymi kategoriami.

Jakby tego było mało, w ostatnim czasie zakupiłem nawet koncertowy bootleg. Takich wydawnictw to już w ogóle z założenia nie zbieram. Bootleg to rzecz przeznaczona dla najbardziej zagorzałych fanów, którzy muszą mieć niemal wszystko, co spłodzili ich ulubieńcy. Osobiście nie mam takich ciągot, ale jak widać od każdej reguły jest też i wyjątek. Nieoficjalny koncert grupy Rubicon, zarejestrowany w 1992 roku, to rzecz nie tylko warta uwagi, ale i posiadania. Zacznijmy od tego, że zespół Rubicon w czasie swej działalności nagrał zaledwie dwie płyty i żadna z nich nie była wydawnictwem koncertowym*. Już sam ten fakt sprawia, że mamy niepowtarzalną okazję usłyszeć to jak grupa prezentowała się na żywo. Rubicon jak wiecie lub nie wiecie, powstał po rozpadzie Fields Of The Nephilim. Carl McCoy poszedł własną drogą, a pozostali muzycy zatrudnili na wokal Andy'ego Delany i rozpoczęli działalność pod nowym szyldem. Ich debiut "What Start's, Ends" (1992) to rzecz dziś już mocno przykurzona, ale kto zna, ten wie, jak świetne nuty na nim zestawiono. Rubicon nie starał się być kopią Fields Of The Nephilim. Poszli swoją drogą, porzucając gotyckie brzmienia na rzecz alternatywy, bliższej dokonaniom Pearl Jam i scenie grunge, który w tym czasie był na fali. Zrobili to jednak po swojemu i choć nie udało im się utrzymać na powierzchni, to pozostawili po sobie dwa niezwykle interesujące albumy. Rzeczony bootleg uchwycił ich tuż po wydaniu debiutu, stąd też mamy tu program z owej płyty, ale i dwa nagrania, których próżno na nim szukać - New One, które na Discogsie opisane jest jako Standing Alone oraz Chains występujące tamże jako Chains Are Gone. Właśnie takie smaczki dodają takim wydawnictwom wartości i sprawiają, że wracamy do nich tych chętniej. Na słowa szczególnego uznania zasługuje jakość nagrań, które jak na bootleg prezentują się nadzwyczaj dobrze. Widać, że ten kto przyłożył do tego rękę, musiał mieć dostęp do konsolety realizatorskiej. Być może to sam realizator utrwalił ten występ pokątnie, by mieć pamiątkę, a może przyświecały mu bardziej merkantylne pobudki. Tego już się nie dowiemy. Na Discogsie ktoś w komentarzach do tego wydawnictwa dopisał, że koncert ten odbył się dnia 30 listopada w Niemczech, w mieście Essen. Podał nawet miejsce - Zeche Carl. Sprawdziłem co to za miejsce i wyszło, że to ośrodek kultury założony przez Radę Essen, w dawnej kopalni węgla. Działa ponoć po dziś dzień.


Jako lekturę na tegoroczną jesień polecam cykl Southern Reach, na który to składają się cztery tomy. Pierwszym jest "Anihilacja", opowiadająca o tajemniczej strefie X, która pochłania coraz większe połacie naszej planety. Jedenaście ekspedycji wysłanych do strefy, zakończyły się śmiercią lub szaleństwem jej uczestników. Dwunasta ma być inna. Postapokaliptyczne pejzaże, tajemnicza budowla, poczucie zagrożenia i wszechobecna nieufność, to tylko niewielki wyciąg z tego co na was tu czeka. Jestem świeżo po lekturze pierwszego tomu i z przyjemnością zanurzę się w kolejnym. Zachęcam przyjrzeć się temu cyklowi. Może i was pochłonie.


Z kolei od siostry otrzymałem rekomendację by zapoznać się z książką "Ai_gorytm". Dobrze się składa, bowiem od pewnego czasu, odczuwałem potrzebę przeczytania jakiejś książki science-fiction, a w księgarniach niestety ten gatunek przegrywa z fantasy. Poza klasykami w rodzaju Asimova, Dicka czy Lema, raczej ze świecą szukać nowych autorów. Szkoda, bowiem science-fiction daje dużo ciekawsze możliwości fabularne, ale przy okazji jest też nieco bardziej wymagająca. Być może właśnie w tym tkwi szkopuł jej mniejszej popularności wśród czytelników.

 

* W 1993 roku ukazało się co prawda wydawnictwo "Live At Onsnabruck City Hall 2.4.93", ale było ono przeznaczone wyłącznie dla członków fanklubu. Wydano to w formie kasety magnetofonowej, której wytłoczono zaledwie 200 kopii, więc dziś jest to sporej wartości unikat. Czy pojawiło się też w innych formatach? Tego nie wiem, ale obstawiam, że w związku z niewielkim nakładem, mogło się ono ograniczyć tylko do kasety magnetofonowej.       

 

04 września 2026

DWA OBLICZA ANJI



Tegoroczne lato nie było szczególnie upalne, choć nie znaczy to, że nie było kiedy przyciemnić swej karnacji. Najbardziej pamiętnym dla mnie dniem pozostaje dziewiętnasty dzień czerwca, kiedy to w Poznaniu odbywał się Pyrkon, a ja szykowałem się do wyjazdu do Wrocławia na koncert Anji Huwe. Wyjazd do stolicy Dolnego Śląska, obfitował w wiele atrakcji. Niestety część z nich była niezamierzona, ale to tylko pokazuje, że rzeczywistość ma czasem swój scenariusz względem naszych planów. Nie da się mieć wszystkiego pod kontrolą, więc zamiast złorzeczyć, warto czasem poddać się temu co przynosi nam los. Niekiedy bywa to dużo ciekawsze, od tego co sami sobie założyliśmy. Jako osoba dość dobrze zorganizowana, zadbałem z wyprzedzeniem o wykupienie przejazdów w obie strony oraz zarezerwowałem sobie nocleg tuż przy wrocławskim rynku. Na dworzec kolejowy w Poznaniu dotarłem bez większych trudności i to pomimo zalania Poznania przez miłośników fantastyki. Żar lał się z nieba, a na peronie czekało już dość liczne grono pasażerów. Oczekiwanie na pociąg nieco się przedłużało, ale chyba nikt nie mógł przypuszczać, że będziemy tam jeszcze stać blisko 90 minut. Gdy już się wtoczył na stację nie za bardzo było się z czego cieszyć. Nie dość, że załoga poinformowała nas o awarii klimatyzacji, to jeszcze mieliśmy zwiększyć opóźnienie z powodu awarii lokomotywy. Podstawienie nowej i jej asymilacja z częścią wagonową trwało jakiejś pół godziny, które w zupełności wystarczyło, aby krew w człowieku zawrzała. Gdy usłyszeliśmy gwizdek konduktora informujący o odjeździe, ucieszyliśmy się w duchu, że oto trudności zostały przezwyciężone. Tego typu sytuacje sprzyjają przełamywaniu lodów między pasażerami więc w przedziale dość szybko zapanowała luźniejsza atmosfera. Pasażer siedzący obok zagadnął mnie o koszulkę Bauhausu, w której to zmierzałem do Wrocławia. Sam podzielił się swoimi preferencjami muzycznymi więc dość szybko znaleźliśmy wspólny język. Kiedy myśleliśmy już, że wyczerpaliśmy limit pecha, tuż przed samym Wrocławiem zemdlała jedna z pasażerek stojących w korytarzu. Na szczęście pasażerowie stanęli na wysokości zadania i udzielili pomocy. Po odzyskaniu przytomności przez pasażerkę, nie było z nią żadnego logicznego kontaktu, więc konduktorzy zadecydowali o wezwaniu karetki, stąd też musieliśmy poczekać na jej przyjazd. Gdy pociąg wtoczył się wreszcie na swoją stację docelową, miałem ochotę ucałować ziemię niczym minister Siwiec ziemię kaliską. Sama droga do miejsca noclegu też nie należała do przyjemności, bo spacer w upalnym słońcu potrafi wykończyć nawet najwytrwalszego zawodnika. Bez zbędnej zwłoki zostawiłem swój bagaż w zarezerwowanym hostelu i udałem się do Starego Klasztoru. Odległość była niewielka więc w ciągu dziesięciu minut dotarłem na miejsce co w zupełności wystarczyło bym wyglądał jakbym przemierzył Odrę wpław. Wybawieniem okazała się dobrze klimatyzowana sala, która w mgnieniu oka pomogła mi w powrocie do ustawień fabrycznych. 


Gdy dotarłem na miejsce, na scenie już rozgościł się Closterkeller, który wystąpił z krótkim akustycznym setem obejmującym debiutancką płytę "Purple" (1990), "Cyan" (1996), "Argento" (2025) oraz dwie anglojęzyczne ciekawostki (In My Country i  Somewhere Inbetween). Widziałem już wiele ich koncertów, ale ten śmiało mogę zaliczyć do tych jednych z najlepszych. Jakże cudownie zabrzmiały nagrania z tych wczesnych płyt. Były momenty, że miałem nawet gęsią skórkę i z pewnością nie była to zasługa klimatyzacji. Na scenie poza Anją, jej synem Adamem, Krzysztofem Najmanem i Gerardem Klawe wystąpił także Mariusz Kumala. Ten skład gwarantuje nie tylko najwyższą jakość artystyczną, ale i niezapomniane emocje. Anja zapowiedziała na jesień wznowienie albumu "Cyan", który to z przyczyn prawnych musiał zostać nagrany na nowo. Była to jedyna opcja, aby płyta znów pojawiła się na rynku. Zgromadzeni fani, mogli tego wieczora wysłuchać dwóch kompozycji z albumu, który w tym roku świętuje swoje trzydziestolecie. Były to Desperado oraz  Smutek spełnionej baśni. Po cichu liczyłem na to, że sięgną też po Ziemię obiecaną, która to od lat jest moim faworytem, jeśli chodzi o to wydawnictwo. Niestety, plan na ten koncert nie przewidywał tej kompozycji, ale liczę na to, że zawitają do Poznania w ramach promocji "Cyan". Ciekawostką był też fakt, że pośród publiki był też Paweł Pieczyński, który niegdyś stworzył z zespołem między innymi album "Cyan".


Podczas koncertu Closterkellera rozpętała się na zewnątrz potężna burza, która zapewniła nam niesamowity klimat. Trzaskające okiennice poruszane porywistym wiatrem sprawiały, że nastrój grozy dodatkowo potęgował emocje. Po czymś takim Anja Huwe zadanie miała już ułatwione. Nie to, żeby potrzebowała jakiejś taryfy ulgowej, bo przecież jak udowodnił nam ten wieczór, doskonale wie co zrobić by uwieść publikę. W tym miejscu powinniśmy pokłonić się Monie Mur, która nie tylko wspierała ją na scenie, ale także przekonała Anję by powróciła na scenę. Zgromadzeni tego dnia we wrocławskim Starym Klasztorze, jak mniemam podzielą moją opinię, że była to słuszna decyzja. Pomimo upływu lat, Anja ma w sobie to coś, co hipnotyzuje i przyciąga uwagę widza. Może dziś jej wizerunek nie jest już tak drapieżny jak za czasów X-mal Deutschland, ale wciąż świetnie się ją ogląda. Niemniej to nie walory wizualne liczyły się tego wieczoru, a jej głos i kompozycje, które zabrzmiały ze sceny. Jak można się domyślić, poza utworami z jej solowej płyty "Codes" (2023), usłyszeliśmy też całkiem sporo kompozycji X-Mal Deutschland i to właśnie one stanowiły trzon tego koncertu. Czego tam nie było. Z debiutu zabrzmiały między innymi Qual, Geheimnis, Young Man, Orient, Boomerang. Z "Tocsin" (1984) mieliśmy zaledwie wyciąg dwóch utworów w postaci Mondlicht oraz Augen Blick. Na albumie "Viva" (1987) też nie zabawiliśmy zbyt długo. Reprezentowały go również tylko dwie kompozycje Eisengrau i Polarlicht. Jeśli na sali byli miłośnicy płyty "Devils" (1989), to tego wieczora musieli obejść się smakiem. Z ciekawostek warto odnotować pojawienie się utworu Incubus Succubus, Allein, które to możecie odnaleźć na wznowionej niedawno płycie z wczesnymi singlami grupy. Znalazło się także miejsce na kompozycję Autumn pochodzącą z EP-ki "Sequenz" jak i cover zespołu Mod On w postaci nagrania Eden. Szczerze mówiąc w ogóle nie kojarzę tej grupy, ale internet podpowiada, że to Szwajcarzy, którzy niegdyś grali post punk, a dziś ponoć powędrowali w rejony zarezerwowane dla alternatywnego rocka. Widać musiał to być zespół bliski sercu Anji Huwe, skoro zdecydowała się wykonać ich cover. Cieszę się, że dotarłem na jej występ, bowiem była okazja nadrobić zaległość z ubiegłego roku, kiedy to gościła na festiwalu Soundedit. Wtedy jednak mogłem wybrać się tylko na jeden z trzech dni, więc wybór padł na The Chameleons. Dobrze się jednak stało, że Anja wróciła do nas na kolejne występy, bo patrząc po żywych i entuzjastycznych reakcjach wrocławskiej publiczności, wciąż ma u nas spore grono fanów. 


Gdybym mógł cofnąć się w czasie do lat osiemdziesiątych, z pewnością chciałbym zobaczyć koncert X-Mal Deutschland. Myślę, że byłoby to niezwykłe doświadczenie. Niestety, póki co, takie podróże dostępne są wyłącznie w filmach. Na wyciągnięcie ręki są za to koncerty Anji Huwe. Jeśli nie mieliście jeszcze okazji tego doświadczyć, to nie zwlekajcie, bo przecież nasi idole nie młodnieją. Przyjdzie więc i taki moment, że będziecie pluć sobie w brodę, rozpamiętując niewykorzystane okazje, które nie będą miały już szans na spełnienie. Będąc tego wieczoru w Starym Klasztorze, udało mi się poczuć cząstkę tej dawnej magii, tak w przypadku Closterkellera jak i Anji Huwe. Cieszę się, że mogłem uchwycić fragment tego dawnego świata i emocji, które pozostaną w mej pamięci na długie lata.


Jakub Karczyński

  

29 sierpnia 2026

BYLE DO JESIENI


Gdy jedni rozpaczają, że lato nieubłagalnie dobiega końca, ja żegnam je bez zbytniego żalu. Jakoś tak się w ostatnich latach dziwnie plecie, że w tym okresie odczuwam największe zmęczenie, brak weny i w ogóle jakieś takie zniechęcenie. Dopiero wraz z nadejściem jesieni moje akumulatory znów zaczynają pracować na pełnych obrotach. Muzyka też jakby nabierała większych rumieńców, a płyty, które tak pieczołowicie gromadziłem, wreszcie dostępują należnej im uwagi. Tegoroczna jesień powinna być obfita w muzyczne zbiory. Oczywiście będą to zapewne same starocie, bo muzyczne premiery jakoś nie rozpalają mojej wyobraźni. Prędzej już wznowienia jak choćby album Snake Corpse "Smother Earth" (1990), który 16 października po latach nieobecności nareszcie powróci na rynek. Póki co, dostępny jest preorder, niestety wysyłka obejmuje wyłącznie teren Stanów Zjednoczonych. Z zapewnień wydawcy (Iconoclassic Records), album ma być dostępny także i dla innych części świata. Wznowienie debiutu zakupiłem poprzez stronę Amazona, liczę więc, że za jakiś czas pojawi się na ich stronach także "Smother Earth".  To w końcu tam znajduje się utwór Colder Than The Kiss czyli utwór, który otworzył mi bramy do ich muzycznego królestwa.   

Tymczasem cieszę się jak dziecko, że do mej kolekcji płyt grupy Wipers, dołączyły albumy "The Herd" (1996) oraz amerykańskie tłoczenie "Follow Blind" (1987). Co prawda posiadam już jej piękną reedycję, ale jak to mówią, stare wydania mają w sobie ten niezaprzeczalny urok i przede wszystkim duszę. Cóż szkodzi mieć je obie na półce? Wipers to klasa sama w sobie, stąd też żaden miłośnik post punku nie może przejść obok ich dorobku obojętnie. Na ich twórczość powoływał się między innymi Kurt Cobain. Co ciekawe, Greg Sage, czyli pomysłodawca i mózg zespołu, tworząc Wipers założył sobie, że będzie on miał charakter wyłącznie studyjny. Mieli ambicję nagrać piętnaście płyt w dziesięć lat oraz żyć w cieniu medialnego flesza, dzięki czemu chcieli wytworzyć wokół siebie aurę tajemniczości. Celem tych działań miało być pobudzenie wyobraźni słuchacza i sprawienie by bardziej zaangażował się on w proces słuchania muzyki. Sage podchodził do tej materii niezwykle poważnie, uważając, że skoro jest ona dziedziną sztuki, to nie można traktować jej jak towar. Planował także samodzielnie wydawać albumy The Wipers w stworzonej przez siebie wytwórni Trap Records, ale ostatecznie związali się z Park Avenue Records, licząc na zdobycie nieco większej rozpoznawalności. Z punkowej prostoty pierwszych albumów, płynnie przeszli do post punku, poszerzając tym samym krąg swych odbiorców. Dziś słusznie uważani są za jedną z ciekawszych punkowych załóg, którzy wypracowali sobie tak charakterystyczne brzmienie, że nie sposób ich z nikim pomylić. Całkiem nieźle jak na zespół, który miał ambicję egzystować w cieniu.


Jakub Karczyński


PS Przypominam, że cały czas można też stawiać wirtualne kawy dla "Czarnych słońc". Chętnych do udzielenia mi takowego wsparcia odsyłam pod ten adres https://buycoffee.to/czarne-slonca. Oczywiście jest to całkowicie dobrowolna forma docenienia mojej pracy. Fajnie jak jest, ale też nie uzależniam od niej działalności tego bloga. Każdemu, kto jednak decyduje się na takowe wsparcie serdecznie dziękuję.
 

03 sierpnia 2026

TELEWIZYJNE CIĘCIA

Uwielbiam Television, uważam, że ich płyta "Marquee Moon" (1977) jest pozycją zjawiskową, którą każdy interesujący się muzyką alternatywną, powinien posłuchać przynajmniej raz. Albumem tym udowodnili, że potrafią przekraczać nie tylko muzyczne granice, ale i otwierać drzwi do innych światów.  Szkoda, że pozostawili po sobie zaledwie trzy wydawnictwa. Gdy w grudniu 2025 pisałem o zespole jak i solowych poczynaniach Toma, nie myślałem, że po siedmiu miesiącach znów powrócę na ten szlak. Nie było jakiegoś szczególnego impulsu. Przeglądając stos płyt do przesłuchania, wyjąłem z niego album "Warm And Cool" (1992), który jakoś tak dobrze mnie nastroił, że z ciekawości zacząłem przeszukiwać internet pod kątem solowych płyt Toma. Szybko okazało się, że w serwisach aukcyjnych pojawiły się albumy, których nie miałem na swej półce. Płytę "Dreamtime" (1981) nabyłem bez większego zastanowienia, bo i stan jak i cena w pełni zgadzały się z moimi oczekiwaniami. Z kolei "Flash Light" (1987), który dotąd widywałem tylko na winylu, w końcu objawił się także w postaci CD. Choć cena oscylująca wokół kwoty sto złotych nie była w stanie mnie zniechęcić, to już nędzny stan nośnika już jak najbardziej. Próby negocjacji ceny nie przyniosły większych efektów, więc odpuściłem. Rozpalona wyobraźnia zaprowadziła mnie na niezawodnego Discogsa, gdzie bez większego problemu odnalazłem nieco tańszy egzemplarz i do tego w dużo lepszym stanie. Minusem był jednak stan okładek, które zostały ponacinane. Pomyślałem jednak, że lepsza nieco uszkodzona okładka, niż zacinająca się płyta. Mam jednak nadzieję, że cięcia nie były dokonywane ręką jakiegoś barbarzyńcy. Niszczenie dóbr kultury to rzecz, która nie mieści mi się w głowie. Nie ma na to usprawiedliwienia. Usłyszałem ostatnio, że wykupuje się stare książki naukowe z antykwariatów by uczynić na nich AI. Efektem tej nauki są setki pociętych i zniszczonych książek, które po takiej nauce nadają się już tylko na makulaturę. Obawiam się, że karmimy potwora, który w niedługim czasie stanie się naszym przekleństwem. Gdyby przyznawano nagrody w kategorii generowania problemów, ludzkość byłaby niekwestionowanym mistrzem. Nic dziwnego, że największym zagrożeniem dla naszej planety jesteśmy właśnie my.    


Jakub Karczyński


23 lipca 2026

GARŚĆ PRZEBIŚNIEGÓW


Gdy decydowałem się wziąć udział w kolejnej akcji crowdfundingowej, zdawałem sobie doskonale sprawę z tego, że na jej efekty trzeba będzie nieco poczekać. Ile? Tego nigdy nie wiadomo. Może kilka miesięcy, a może i ponad pół roku. Czas jednak nie stanowił problemu. Godziłem się z tym i dawałem artyście komfort pracy, aby mógł bez zbytniej presji realizować swoją wizję. Nagrodą miały być dwa albumy Handful Of Snowdrops. Na pierwszy, miały złożyć się premierowe kompozycje, zebrane pod szyldem "Any Moment Now" (2026), a drugi miał na celu wznowienie płyty "III" (2015), tyle że w nieco odmiennej formie. Jean-Pierre zdecydował, aby wydać go w takiej formie, w jakiej sobie pierwotnie wymarzył. Dołożył więc do niego zawartość EP-ki "+", a na finał zafundował nam cover Backdoor grupy Clan Of Xymox. Czyż można wyobrazić sobie piękniejsze zwieńczenie? Choć znałem tę płytę na wylot, to dziś muszę uczyć się jej na nowo. Tego typu zabiegi niosą ze sobą pewne ryzyko. Słuchaczowi przyzwyczajonemu do określnej kolejności utworów, trudno będzie się przestawić na nowe tory. Wiem co piszę, bo z podobnych względów nie udało mi się pokochać dwupłytowej edycji płyty "Marbles" (2004) Marillion, chociaż pierwotny zamysł zakładał właśnie taką formę. Zespół jednak nie dostał zielonego światła, aby zrealizować swój koncept, stąd też zdecydowali się na edycję jednopłytową. I jak dla mnie był to strzał w dziesiątkę. Ta zwarta forma uwydatniła wszystkie atuty tej płyty. Jak będzie z nową wersją płyty "III" (2026)? Czas pokaże, niemniej cieszę się, że w końcu mam nagrania, których do tej pory mi brakowało. Najbliższe dni upłyną mi więc na zgłębianiu tego wydawnictwa, które z dumą włączam już w poczet swej kolekcji.  


Jakub Karczyński