30 lipca 2022

TUXEDOMOON - DESIRE (1981)


Im więcej wiosen za mną tym bardziej zauważam w sobie jakieś takie podświadome dążenie do prostoty. Jakby głowa zmęczona hałasem szukała wytchnienia w dźwiękach nieco cichszych, mniej natarczywych. Uczę się w związku z tym doceniać ciszę, tak w muzyce jak i otoczeniu. Bywa jednak i tak, że sięgam po rzeczy nieco bardziej złożone by dać szarym komórkom pole do działania. Z tej też przyczyny poświęcam w ostatnich tygodniach nieco więcej czasu grupie Tuxedomoon. Ten amerykański zespół tworzący muzykę, która dość zgrabnie wymyka się z szufladek gatunkowych, ma swoje wierne grono odbiorców zarówno wśród fanów awangardowego rocka jak i wielbicieli nowej fali czy post punku. Ich muzyka może czasem nastręczać trudności, wiem, że nie każdemu przypadnie do gustu, ale jest w niej coś takiego co zjednuje jej moją sympatię. Trudno to tak jednoznacznie zdefiniować, ale mniemam, że spory udział mają w tym niebanalne melodie. Nawet jeśli oplecione jest to jakąś bardziej skomplikowaną strukturą, to gdzieś w tle możemy wyłowić bardziej przyjazne faktury dźwięku. 

Na przetarcie szlaku polecam posłuchać sobie albumu "Desire" (1981), który to na kompakcie został wzbogacony o materiał z EP-ki "No Tears". Nie przepadam za tego typu zabiegami bowiem wszelkie tego typu doklejki zaburzają rytm i nastrój płyty. Nie inaczej jest i w tym przypadku. Album "Desire" pokazuje nam jak wielkie zmiany zaszły w głowach muzyków. Podczas gdy EP-ka "No Tears" stanowi jeszcze dość jasne świadectwo wpływów punk rocka, tak "Desire" ukazuje nam Tuxedomoon w zupełnie innym świetle. Rzekłbym, że ich muzyka stała się niezwykle wysublimowana, ale bez popadania w pretensjonalność. Obok kompozycji czarujących słuchacza pięknymi melodiami, znajdziemy także te nieco bardziej eksperymentalne. Jeśli zapaliła Wam się w tym momencie lampka ostrzegawcza i szukacie już najbliższego skrzyżowania, na którym to możnaby odbić w inną stronę, to śmiało możecie ją zgasić. Uspokajam. "Desire" pomimo swych awangardowych wycieczek w żaden sposób krzywdy słuchaczowi nie czyni. Wbrew pozorom sporo tu melodii, które prędzej czy później owiną Wam się wokół ucha. Dajcie im tylko szansę, a zobaczycie, że poświęcony czas nie pójdzie na marne. Album zanurzony jest w dźwiękowej melancholii stąd też bardziej polecam słuchać go jesienią niż upalnym latem. Nastrój jednak nie jest jednorodny bowiem zdarza się, że w obrębie jednego nagrania doświadczymy skrajnie różnych doznań muzycznych. Dobrym przykładem jest utwór Holiday For Plywood, który z każdą minutą staje się coraz bardziej kakofoniczny. Innym razem gnamy na złamanie karku wraz z dźwiękami Incubus (Blue Suit), w którym to w tle pobrzmiewają nuty kojarzące się z twórczością Jean Michael Jarre'a. Z kolei nagranie Again brzmi tak jakby do jego nagrania zaproszono The Legendary Pink Dots. Każdy kto choć pobieżnie zna ich twórczość chyba przyzna mi rację. Sprawdźcie zresztą sami. Koniecznie też posłuchajcie East/Jinx/.../Music#1, Victims Of The Dance oraz In The Name Of Talent (Italian Western Two), które to pozostawiłem sobie na koniec bo to fragmenty, które najsilniej do mnie przemawiają. Pierwszy z nich to właściwie trzy kompozycje połączone w jedną, z których to dwie pierwsze części zasługują na szczególną uwagę. Victims Of The Dance to z kolei nagranie, które najczęściej nuciłem więc możnaby zaryzykować twierdzenie, że ma ono pewien potencjał singlowy. Najbardziej zaskakująca kompozycja to z pewnością In The Name Of Talent (Italian Western Two), gdzie połączono ogień z wodą bowiem udało się stworzyć utwór niezwykle dynamiczny lecz do tego zawierający w sobie spore pokłady melancholii. Brzmi niedorzecznie? Bynajmniej. Dla Tuxedomoon nie ma rzeczy niemożliwych.

"Desire" to punkt obowiązkowy na trasie każdej szanującej się wycieczki, chcącej zgłębić twórczość Tuxedomoon. Rzecz jasna nie jedyny, ale o tym wspomnę przy jakieś innej okazji. Tymczasem zachęcam serdecznie do intensywnej eksploracji tego muzycznego wszechświata. Być może znajdziecie tam coś czego od dawna szukaliście. Mnie ta płyta zapewniła mnóstwo pięknych wrażeń i zachęciła do zbadania także innych fragmentów przebogatej galaktyki płyt sygnowanej logiem Tuxedomoon.

 

Jakub Karczyński

21 lipca 2022

LETNIE ŁOWY


Za oknem jak i w kalendarzu lato czyli czas odpoczynku. Niestety mój letni urlop mam już za sobą, ale pomimo wielu zajęć nie zapomniałem o muzyce. Na nią zawsze musi znaleźć się czas i miejsce. W ostatnim czasie zdarza mi się zawędrować na terytoria nieco bardziej eksperymentalne stąd też obecność pod ręką takich płyt jak Tuxedomoon czy Budzyński/Jacaszek. Badam nowe rejony dźwiękowe by sprawdzić jak rezonuje we mnie ta muzyka. Nie można przecież cały czas żyć w strefie komfortu. Ciekawość świata to podstawa choć próbuje się nam wmówić, że to pierwszy stopień do piekła. Bez niej wciąż tkwilibyśmy w miejscu, a przecież z czasem każdy widok człowiekowi powszednieje. W związku z tym w ostatnim czasie najczęściej sięgam po takie albumy jak:

BUDZYŃSKI/JACASZEK "Legenda" - zauroczony ostatnią płytą Tomka Budzyńskiego - "Pod wulkanem",  sięgnąłem po album nagrany z Michałem Jacaszkiem. Już sama okładka będąca obrazem Caspara Davida Friedricha robi tu dużą robotę, a muzyka doskonale wpisuje się w ten romantyczny klimat. Udało mi się kupić to jeszcze w normalnej cenie bo na Allegro już wróbelki śpiewają sobie za ten album 200 zł. Spieszmy się więc kupować płyty, tak szybko drożeją.

MINIMAL COMPACT "Deadly Weapons + Next One Is Real" - odkąd pierwszy raz usłyszałem muzykę graną przez ten izraelski zespół wiedziałem już, że nie poprzestanę na jednym albumie. To już trzecia płyta w mych zbiorach i wciąż mam apetyt na więcej. Jeśli znacie to nie muszę Was szczególnie namawiać, jeśli jednak nie mieliście okazji zetknąć się z tą muzyką to gorąco zachęcam do nadrobienia zaległości. Minimal Compact klasowo odświeżyli nurt post punk, przeciskając go przez filtr z napisem muzyka izraelska. Ta unikalna mieszanka sprawia, że dźwięki tak dobrze znane nabierają nowych barw i smaków. To jazda obowiązkowa dla miłośników tego gatunku.

MOLCHAT DOMA "Etazhi" - ich popularność jest dla mnie sporym zaskoczeniem. Gdy czytałem o nich przed laty będąc w trasie między Wrocławiem, a Poznaniem ich kariera dopiero nabierała tempa. W krótkim odstępie czasu wypracowali swój charakterystyczny styl i zjednali sobie całkiem spore grono fanów w najróżniejszych krajach. Kilkukrotnie zawitali także do Poznania, gdzie udało mi się zakupić ich dwie płyty. Jedną z nich była właśnie "Etazhi", która to choć wydana w efektownym digipacku była zwykłym CD-Rem. Mój sprzęt kategorycznie odmawiał odtwarzania takiego nośnika i dopiero przeczyszczenie lasera przekonało go do zmiany decyzji. Wolałem jednak nie ryzykować więc gdy zobaczyłem ofertę sprzedaży tej płyty w innym wydaniu nie zastanawiałem się ani chwili. Nie żałuję bo muzyka zawarta na tej płycie warta jest każdej ceny.

SCHROTTERSBURG "Om Shanti Om" - jeden z ciekawszych polskich zespołów, inspirujących się muzyką z okolic cold wave. Na tyle mi się spodobali, że kupuję ich już teraz w ciemno. Tym razem zaproponowali nam podróż w nieco bardziej orientalne strony. Cały czas podszyte jest to jednak pewnym takim niepokojem i mrokiem. Z każdą płytą rosną w siłę, ewoluują i poszukują. Nie pozostaje więc nic innego jak pilnie śledzić ich karierę i wspierać poprzez nabywanie kolejnych albumów.

 

Jakub Karczyński

07 lipca 2022

CZASEM NA GIEŁDZIE ...


Giełdy płytowe to nie miejsca, w których to można upolować jakieś okazje, ale i tak ceny tam bywają bardziej przyziemne niż na portalach aukcyjnych, gdzie niejednokrotnie przyprawiają mnie o zawrót głowy. Powystawiają te płyty za setki złotych i liczą na to, że ktoś się na to skusi. Jeleni w lasach nie brakuje, ale co innego spotkać je na łonie przyrody, a co innego w internecie. W dobie streamingu to tym bardziej spory wyczyn bo kto przy zdrowych zmysłach zapłaci sześćset złotych za płytę. Sam mimo wielkiej miłości do srebrnego krążka, nie daję się ponieść aż takiej fali szaleństwa. Wolę poczekać na bardziej sensowne propozycje bo jak uczy doświadczenie, cierpliwość to jedna z ważniejszych cnót w tym hobby.  Pośpiech niekiedy bywa nie tyle złym co drogim doradcą. Osobiście nie dałem za płytę więcej niż 120 zł choć gdyby doliczyć do tego koszt wysyłki to czasem kwota dobijała do 200 zł. Są to jednak wypadki na tyle incydentalne, że można by policzyć je na palcach jednej ręki.

Na ostatnią giełdę trafiłem zupełnie przypadkowo bowiem odbywała się na terenie centrum handlowego Posnania. Wpadłem tam na dwadzieścia minut przed jej zamknięciem, ale tyle wystarczyło mi by przewertować wszystkie kompakty i znaleźć wśród nich coś dla siebie. Jak widać na powyższym zdjęciu zdecydowałem się na album "B-sides And Abandoned Tracks" (1994) od New Model Army. Sam tytuł zdradza właściwie już wszystko więc chyba nie ma potrzeby tłumaczyć co zawiera ten album. Jako wielki fan New Model Army nie mogłem przejść obok tej płyty obojętnie. Nabyłem ją właściwie w ciemno bowiem mam ogromne zaufanie do załogi z Bradford. Być może "From Here" (2019) czyli ich ostatni krążek, nie był jakimś wybitnym albumem, co nie zmienia faktu, że kolejna płyta także znajdzie swoją bezpieczną przystań w moim domu. To taka relacja, którą budowałem z zespołem przez lata i jestem z nimi jak to się mówi na dobre i złe. "B-sides And Abandoned Tracks" choć wśród regularnych płyt stanowi zaledwie za ciekawostkę to i tak warto się w nią zaopatrzyć nawet jeśli mamy już na półce wszystkie single i EP-ki, które wchodzą w skład tego wydawnictwa. O wiele łatwiej przecież wrzucić do odtwarzacza jeden dysk, niż przeskakiwać między singlami i EP-kami. Jest tu czego słuchać, a czy jest się czym zachwycać? O tym przekonam się w najbliższych dniach.


Jakub Karczyński

29 czerwca 2022

SINGLE: XYMOX - PHOENIX OF MY HEART (1991)


W czasach świetności płyt kompaktowych zespoły poza regularnymi albumami wydawały single, które to miały za zadanie wypromować nie tylko daną kompozycję, ale i cały album. Aby uatrakcyjnić ich zawartość często dodawano utwory, których próżno było szukać gdzie indziej. Utwór promujący to tak zwany A-side, a nagranie dodatkowe to B-side. Nomenklatura ta odnosi się to rzecz jasna do winylowych singli, które miały dwie strony. W przypadku płyt CD straciło to już swój sens bowiem nie dość, że kompakt miał tylko jedną stronę to również zwiększyła się liczba nagrań jaką zamieszczano na takich singlach. Siła przyzwyczajenia sprawiła, że określenie to nie wypadło jednak z obiegu.

Nie mam w swych zbiorach zbyt wielu singli, o czym pisałem już przed laty, ale ostatnio zakupiłem jednego. Nie była to zbyt prosta sprawa, ale w końcu za którymś razem udało się sfinalizować ten zakup. Mieć trzy dodatkowe utwory, które nie znalazły się na albumie "Phoenix" (1991) to było coś co spędzało mi od pewnego czasu sen z powiek. Niby można było sobie tego posłuchać na YouTube, ale to nie to samo. Zdobycie fizycznego singla niesie ze sobą o wiele więcej radości, ale tego jak mniemam nie muszę tłumaczyć czytelnikom "Czarnych słońc". 

Na program tego singla składają się cztery nagrania: Phoenix Of My Heart/ Wild Thing Outro - tutaj nie ma się nad czym rozwodzić bowiem ten utwór znany jest doskonale z regularnego albumu. Love Thy Neighbor - to taki średniak zapowiadający kierunek, którym podążą w niedalekiej przyszłości Xymox na płytach "Metamorphosis" (1992) czy Headclouds" (1993) , Twisted - to prawdziwa perła, którą śmiało można było dołączyć do zawartości albumu "Phoenix". Ostatnie nagranie na singlu to All Fold Up, które ma w sobie również sporo uroku i nieco żal, że skierowano je na boczny tor. Cała zawartość singla Phoenix Of My Heart prezentuje się bardzo atrakcyjnie dla potencjalnego słuchacza stąd też warto mieć oko na tak zwane "małe płyty" bowiem skrywają czasem niesamowite rzeczy. Takie single cieszą najbardziej. Nie żadne tam sześć wersji jednego utworu, ani też wykonania live. To co stanowi o największej sile takiego materiału to właśnie utwory spoza płyty. Często zdarza się, że odrzuty są faktycznie słabe i stanowią tylko i wyłącznie za ciekawostkę dla najzagorzalszych fanów. Bywa jednak i tak, że na singlach znalazły się rzeczy absolutnie fantastyczne, których brak na regularnej płycie aż zadziwia. Taki stan rzeczy wynika czasem z faktu, że owo nagranie niezbyt dobrze komponuje się z resztą utworów stąd też jest pomijane. Czasem dochodzą do tego także względy ambicjonalne. W 2014 roku Anka Wolbert udzieliła wywiadu dla strony post-punk.com, gdzie ujawniła kulisy swojej pracy oraz zdradziła co spowodowało, że postanowiła opuścić zespół. Zarzewiem konfliktu jaki rozgorzał na lini Ronny Moorings - Anka Wolbert był sukces singla Imagination. Ktoś powie, że to dziwne, że sukces potrafi przyczynić się do zepsucia relacji międzyludzki, ale jak wiadomo nic tak nie denerwuje jak szczęście sąsiada. Utwór Imagination to faktycznie mistrzostwo świata, nie dziwi mnie, że odniósł sukces. Spora w tym zasługa Anki Wolbert, która w tym nagraniu stała się pierwszoplanową wokalistką. Wytwórnia Polygram ucieszona tak dobrym przyjęciem singla naciskała by na kolejnym albumie zwiększyć udział utworów z głosem Anki do połowy zawartości płyty. Ronny zaczął czuć się niepewnie bowiem podejrzewał, że jest to pierwszy krok do zminimalizowania jego partii wokalnych, a być może i całkowitej wymianie go przy mikrofonie. Jak tłumaczy Anka, nie miała ona takich ambicji. Była zadowolona, że to właśnie Ronny jest frontmanem, ale trasa po Stanach Zjednoczonych i co za tym idzie większe zainteresowanie osobą Anki, wpłynęło na coraz większe napięcia między muzykami. Apogeum tego konfliktu miało miejsce w garderobie w Portland. Możemy tylko domyślać się co tam się działo, ale efektem tego było odejście Anki z zespołu po zakończonej trasie. Nie nastąpiło to od razu bowiem zbierała się do tego przez kilka dobrych miesięcy lecz sytuacja jaka miała miejsce w Portland upewniła ją, że dalsze funkcjonowanie w zespole jest już niemożliwe. Pozostaje tylko żałować, że tak się stało bowiem zespół w tej konfiguracji miał przed sobą wspaniałą przyszłość. Kto wie jakie płyty byliby w stanie jeszcze stworzyć i ile piękna podarować słuchaczom. Tego niestety już się nie dowiemy bowiem drzwi zostały zamknięte z wielkim hukiem.

 

Jakub Karczyński

19 czerwca 2022

KULTura PRZEDE WSZYSTKIM


Przeczytana niedawno przeze mnie książka Tomasza Lady "Zagrani na śmierć", spowodowała, że znów zacząłem słuchać i co ważniejsze kupować polską muzykę. Wprawdzie albumy te mają na karku od kilku do kilkunastu lat, ale znalazło się też miejsce na rzecz wydaną dosłownie przed kilkoma dniami. Wszystkie te płyty mają jednak swój wspólny mianownik. Zostały nagrane przez weteranów rodzimej sceny określanej mianem alternatywnej bądź undergroundowej. Pierwsza postać to Kazik Staszewski, którego to jak mniemam nie ma potrzeby przedstawiać. Człowiek, który już za życia wpisał się na trwałe w historię polskiej muzyki. W pewnym momencie wypuszczał na rynek tyle płyt, że strach było otwierać lodówkę. Niestety ilość nie przekładała się na jakość, a i regularne płyty Kultu jakby też trafiały poniżej moich oczekiwań. Z tej też przyczyny odpuściłem sobie zakup kilku wydawnictw. Pobudzony jednakże zawartością starych płyt postanowiłem odkupić sobie "Poligono Industrial" (2005), którego to pozbyłem się jakiś czas temu. Po latach rozbratu stwierdzam, że była to decyzja nieco pochopna bowiem ta płyta bardzo zyskała w moich uszach. Kolejne zaległe lekcje to "Prosto" (2013) oraz "Wstyd" (2016). Płyty te wydawały mi się jakieś takie mocno średnie. Postanowiłem jednak dać im drugą szansę, zważywszy, że była okazja zakupić je w promocji. Z kolei "Kaseta" (1989) to była moja długoletnia zaległość, która dręczyła mnie niczym wyrzut sumienia. Wiem, że ma ona opinię jednej ze słabszych płyt Kultu, ale nic sobie z tego nie robię bowiem mam do niej sentyment z dawnych lat. A z sentymentami nie wygrasz stąd też nie ma sensu z nimi walczyć.

Dużo obiecywałem sobie po ostatnim albumie grupy Variete jednak jakoś nie mogłem się zebrać by solidnie go posłuchać. Dopiero teraz znalazłem chwilę by wgryźć się w zawartość tej płyty i stwierdzam, że o ile muzyka może i ciekawa tak teksty Kaźmierczaka jakoś do mnie nie trafiają. Być może nie rozumiem tej poezji, a może po prostu mam zupełnie inną wrażliwość i oczekiwania względem tekstów. Cokolwiek by to nie było sprawiło, że odkładam album "Dziki książę" (2021) na półkę płyt niezrozumiałych. Być może kiedyś odnajdę do niej klucz i zmienię o niej zdanie. Czas pokaże.

Podobnie mam z twórczością Armii oraz solowymi poczynaniami Tomasza Budzyńskiego. Próbowałem ugryźć tę muzykę z różnych stron bo sama postać twórcy wydaje mi się na tyle interesująca, że warto by zaprzyjaźnić się też z jego muzyką. Dotychczas ponosiłem porażki, ale oto za sprawą najnowszej płyty "Pod wulkanem" (2022), wreszcie znalazłem coś czego słucham z niekłamaną przyjemnością. Czegoś takiego właśnie poszukiwałem, taki obraz artysty miałem w swojej głowie, ale wcześniejsza twórczość operowała nieco innymi środkami wyrazu. Tu do głosu dochodzi sielskość, folk i natura. Idealna pozycja do słuchania tak wiosną jak i upalnym latem. Jak sprawdzi się w pozostałem pory roku przekonamy się niebawem. 


Jakub Karczyński

 

PS Album "Pod wulkanem" dobrze komponuje się także z lekturą "Czarodziejskiej góry" Thomasa Manna. Cudowna książka, a przynajmniej na takową się zapowiada. Polecam też zapoznać się z tą pozycją zanim sięgniecie po ostatnią książkę naszej najmłodszej noblistki. Przeczytajcie opisy obu z nich, a dowiecie się dlaczego warto odświeżyć albo sięgnąć najpierw po "Czarodziejską górę" zanim zabierzemy się za "Empuzjon". Udanej lektury życzę.

PS2 Jeśli zaś chodzi o literaturę stricte poświęconą muzyce to dzięki wywiadowi z Tomaszem Ladą natrafiłem na książkę "To zupełnie nieprawdopodobne", za którą to stoi Paweł KELNER Rozwadowski tworzący takie grupy jak choćby Fornit, Deuter czy Izrael. Dla osób chcących zagłębić się w historię polskiej kultury punk to rzecz z gatunku obowiązkowych. Będzie zatem co czytać na urlopie.

09 czerwca 2022

UZALEŻNIENI NA ŚMIERĆ


 Po "Dzikiej rzeczy" Rafała Księżyka oto otrzymujemy kolejną pozycję, która to stara się przybliżyć czytelnikom postaci, które kreowały lub miały istotny wpływ na wygląd polskiego undergroundu. "Zagrani na śmierć" to opowieść o trójce z nich, którzy za zabawy z narkotykami zapłacili najwyższą cenę. Żyli intensywnie, kolorowo lecz niestety nie zorientowali się, że stąpają po zbyt cienkim lodzie. Janusz Rołt, Skandal (Dariusz Hajn) oraz Robert Sadowski. Pierwszy z nich był genialnym perkusistą, który to brał udział w nagraniu jednych z najważniejszych płyt polskiego rocka - "Czarnej Brygady" Brygady Kryzys oraz "Historii Podwodnej" Lecha Janerki. Drugi z kolei był wokalistą Dezertera, a ten trzeci tworzył pod takimi szyldami jak Madame, Houk, Kult czy Kobong". Wszyscy oni wspominani są tu za sprawą wypowiedzi osób, które miały z nimi większy bądź mniejszy kontakt. Rola autora została ograniczona do minimum stąd też sami musimy wyrobić sobie opinię o każdej z tych postaci. Cieszę się, że coraz śmielej zaczynamy eksplorować polską alternatywę lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych bowiem wciąż cierpimy na deficyt tego typu pozycji. Zwłaszcza dekada lat dziewięćdziesiątych wydaje się był łakomym kąskiem dla autorów bowiem zmiana ustroju, a co za tym idzie nieograniczona wolność sprawiły, że pierwsza połowa tej dekady była niezwykle twórcza, kolorowa i szalona. To przecież wtedy Polacy poczuli, że świat stoi przed nimi otworem. Powstawały pierwsze biznesy, do Polski wkroczyły wielkie wytwórnie płytowe, artyści nie musieli płaszczyć się już przed cenzurą, a słuchacze przestali być zdani na dyktat państwowych wydawców w rodzaju Tonpress czy Polskich Nagrań. 

"Zagrani na śmierć" była też dla mnie takim impulsem by odświeżyć sobie płyty z tamtych lat. Wśród czterech ścian rozbrzmiewa więc i "Historia Podwodna" Lecha Janerki, "Tata 2" Kultu oraz "Czarna Brygada" Brygady Kryzys. I tylko łza się w oku kręci, a smutek duszę spowija, że dziś już takich płyt w zasadzie się nie nagrywa. Tak jak uwielbiam współczesne polskie kino tak za diabła nie potrafię znaleźć wspólnego języka z młodą, polską muzyką. Sprawy, o których śpiewają młodzi twórcy są mi po prostu obojętne przez to trudno jest mi się z nimi identyfikować. No, ale cóż się dziwić wszak stary ze mnie boomer jak to się dziś mówi. Podobne odczucia miał przed laty Kazik Staszewski, który śpiewał, że: najbardziej mnie teraz wku..ia u młodzieży to, że już więcej do niej nie należę. I tym humorystycznym akcentem zakończmy ten wpis.

Jakub Karczyński

25 maja 2022

AMERYKAŃSKI SEN SZKOTÓW


Mówi się, że Irlandia ma U2, Walia The Alarm, a Szkocja Big Country. O U2 napisano już chyba wszystko, o The Alarm warto przypominać, a z grupą Big Country mam dość spory problem. Co prawda zakupiłem sobie ostatnio z ciekawości ich debiutancki album "The Crossing" (1983), ale nadal nie potrafię opowiedzieć się czy jestem bardziej za czym może przeciw. Zacznijmy może od tego, że nie jestem entuzjastą amerykańskiej muzyki (z drobnymi wyjątkami rzecz jasna), która co tu dużo mówić jest zwykle przesłodzona i nad wyraz grzeczna. Wyjątkiem rzecz jasna grupy z kręgu punk i okolic z zastrzeżeniem, że mamy tu na myśli protoplastów, a nie współczesne pop punkowe zespoły, które przedawkowały cukier w kostkach. Ameryka choć stworzyła muzykę punk to jest też twórcą kultury fast foodów i mam wrażenie, że z czasem pożeniła te dwie koncepcje co wydaje się dość absurdalnym posunięciem. O wiele lepiej z punk rockiem radzili sobie na Wyspach Brytyjskich stąd też dziś to właśnie Wielka Brytania dzierży sztandar zwycięstwa. Co ciekawe, za miarę muzycznego sukcesu uznawało się podbicie Ameryki stąd być może niektóre zespoły chcąc ułatwić sobie to zadanie przywdziewały atrybuty kojarzone z USA. Niejako wyzbywały się nieco swej brytyjskości przez co traciły też w mojej opinii swą wiarygodność. Sztandarowy przykładem jest dla mnie grupa Big Coutry. Niby brytyjska, niby korzystająca w swej muzyce z elementów  rodzimego folkloru, ale jakoś tak wszystko brzmi bardzo amerykańsko. Spójrzmy na logo grupy. Przecież to wypisz wymaluj czcionka w bardzo amerykańskim stylu. Taka trochę jakby ją wzięli z jakiegoś zapyziałego baru w Kansas. Już samo słowo country w nazwie wiele sugeruje, ale może to tylko kwestia przypadku. Gdy popatrzymy sobie na okładki ich płyt, których uroda pozostawia wiele do życzenia, to spostrzeżemy, że i grafika niektórych albumów także przesiąknięta jest tym stylem. Widać to zwłaszcza w przypadku takich płyt jak "The Seer" (1986), gdzie pojawia się orzeł bielik, który to jest symbolem narodowym Stanów Zjednoczonych. I tu ciekawostka ornitologiczna. Orzeł bielik nie jest orłem lecz ptakiem z rodziny jastrzębiowatych. Także tytuły płyt i piosenek niekiedy osadzają nas bezpośrednio w USA jak choćby płyta "The Buffalo Skinners" (1993) czy utwory The Selling Of America czy We're Not in Kansas. Nie wiem kto w zespole miał takie amerykańskie ciągoty i czym to było spowodowane, ale jak dla mnie wygląda mi to na zwykły koniunkturalizm. Jeśli jeszcze opłaciło się to przy pierwszej płycie, która była notowana na tamtejszej liście na wysokim osiemnastym miejscu, to kolejnej albumy nigdy już nie zdołały wznieść się ponad tę poprzeczkę. Dużo lepiej wiodło się im na Wyspach Brytyjskich, gdzie płyta "Steeltown" (1984) zawędrowała aż na sam szczyt, podczas gdy na liście Billboard 200 osiągnęła zaledwie siedemdziesiąte miejsce. Z czasem lądowali już na coraz odleglejszych pozycjach by w latach dziewięćdziesiątych całkowicie zniknąć z amerykańskiej listy. Zastanawiam się kto dziś pamięta o Big Country i czy ich muzyka jest jeszcze żywa za Wielką Wodą. Pewności nie mam, ale coś mi się zdaje, że cała para poszła w gwizdek.

Jakub Karczyński