27 października 2016

KULTURALNY PRAWY SIERPOWY

Muzyka to emocje. Emocje to radość, ale też i nienawiść. Te pierwsze uszczęśliwiają, te drugie wyłącznie niszczą. Niszczą relacje międzyludzkie, stawiając mury i tworząc podziały. Stąd już prosta droga do argumentów powszechnie uważanych za wulgarne i obraźliwe. A mówią, że muzyka łagodzi obyczaje. Dobre sobie. Jakoś tego nie widzę, przypatrując się czasami dyskusjom toczącym się zarówno w tym wirtualnym, jak i realnym świecie. Temat ten potrafi podnieść temperaturę równie dobrze jak polityka, a przecież czy naprawdę jest o co kruszyć kopie? Pewnie, każdy by chciał by to właśnie jego zdanie było na wierzchu, było tym najważniejszym i ostatecznym. Niestety takie dyskusje sprowadzają się zazwyczaj do poniżenia przeciwnika, wdeptania go w ziemię wraz z jego marnym gustem muzycznym. Czy naprawdę nie potrafimy pięknie się różnić? Merytoryczna dyskusja pozbawiona agresji słownej jest o wiele bardziej interesująca i budująca, niż obrzucanie się nawzajem błotem. Jednak, aby to osiągnąć, trzeba wreszcie wyjść z tej mentalnej piaskownicy, otrzepać piach z ubrania i ujrzeć w drugim człowieku nie przeciwnika, ale kogoś, kto tak samo jak my ma prawo do wyrażenia swojego zdania. Nie zawsze będzie ono zgadzało się z naszym, ale czy to daje nam prawo do poniżania kogokolwiek? Czasami lepiej ugryźć się w język, niż powiedzieć jedno zdanie za dużo. O wiele łatwiej dyskutować z kimś kto podziela nasze poglądy, ale nie zawsze tak przecież bywa. To, że ktoś wyraża odmienne zdanie, nie powinno stawiać go w pozycji wroga. Zdaję sobie sprawę, że czasami trudno o płaszczyznę porozumienia, ale wtedy najlepiej wziąć sobie do serca powiedzenie, że o gustach się nie dyskutuje, niż wytaczać najcięższe, ale jakże prymitywne działa. Poza tym, mamy już wystarczająco dużo obszarów, na których emocje aż kipią od nienawiści, więc niech chociaż kultura pozostanie od niej wolna. 

Jakub Karczyński 

17 października 2016

JESIENNA PEREŁKA

Zakup albumu "Easy Pieces" (1985) Lloyd Cole And Commotions na winylu to pestka. Jest go pełno, nie tylko w naszej rodzimej przestrzeni internetowej, ale i na zagranicznych portalach aukcyjnych. Zakup tej płyty na kompakcie, to dopiero wyzwanie. Swoje poszukiwania rozpocząłem na początku września. Szybko okazało się, że nieliczne egzemplarze, wystawione do sprzedaży są na tyle drogie, że nie ma co sobie nimi głowy zawracać. Kwoty w przeliczeniu na złotówki oscylowały w granicach 250 zł. Bywam czasami szalony, ale bez przesady. Poza tym, aby usłyszeć te dźwięki zawsze mogłem sięgnąć po winyla, którego to mam w swoich zbiorach od kilku dobrych lat. Niestety, większą część tego czasu, przeleżał niemal zupełnie nietknięty. Dopiero w tym roku poświęciłem mu wystarczającą ilość uwagi na jaką zasługiwał, a album odwdzięczył mi się jedną z najpiękniejszych piosenek. Taką idealną na początek jesieni. Jeśli wierzyć Morriseyowi to nagranie James jest najpiękniejszym utworem w całym dorobku Lloyd Cole And The Commotions. Znając dwa z trzech albumów jakich dorobiła się ta szkocka grupa, jestem w stanie podpisać się pod tymi słowami. Wśród miłośników ich twórczości nie brak znanych nazwisk, jak choćby Tori Amos, a także i grup w rodzaju Manic Street Preachers czy Camera Obscura. Ci ostatni nagrali zresztą piosenkę Lloyd, I'm Ready To Be Heartbroken jako odpowiedź na utwór z debiutanckiej płyty Lloyd Cole And Commotion (Are You) Ready To Heartbroken? Swoją drogą całkiem sympatyczny i zabawny. To co jednak zaprzątało mą uwagę od pewnego czasu, to wspomniany utwór James. Słuchając go raz za razem, marzyłem by wejść w posiadanie wersji kompaktowej tegoż albumu. Od czasu do czasu, sprawdzałem czy może ktoś akurat nie chce pozbyć się go poprzez jakiś portal aukcyjny lecz bez większych rezultatów. Przyszedł jednak dzień dziewiątego października, za sprawą którego ledwo widoczne widmo zmaterializowało się w pełnej krasie. Mało tego, ten jak mi się zdaje biało kruczy album, kosztował mnie nie 250 zł lecz jedyne 7,99 zł. Widać jednak, że w Polsce grupa Lloyd Cole And Commotion, nie odniosła na tyle dużego sukcesu (jeśli jakikolwiek) by windować ceny ich płyt, do tych jakie widywałem na zagranicznych portalach. Niemniej i tam zdarzają się cuda. Sprawdziłem przedwczoraj i co się okazuje, ktoś gotowy jest pozbyć się tego albumu za kwotę 2 funtów. Jak widać kto szuka, ten ... nie przepłaca. Trzeba tylko uzbroić się w cierpliwość, ale to przecież podstawowa cecha dobrego łowcy. Mój ustrzelony egzemplarz właśnie dotarł, lecz zanim trafi do odtwarzacza trzeba zapewnić mu odpowiednią oprawę. W tak ponury dzień jak dziś, nie będzie z tym większego problemu. Wystarczy rozpalić świeczki, zaparzyć herbatę o cynamonowo jabłkowym posmaku, a nastrój wykreuje się niejako sam.     
Jakub Karczyński 

10 października 2016

THE MISSION "ANOTHER FALL FROM GRACE" (2016)

Niemal dokładnie trzy lata temu, recenzowałem w tym miejscu najnowszy album Misjonarzy jakim był "The Brightest Light" (2013), a tu już w odtwarzaczu kręci się jego następca. Nie ukrywam, że to najważniejsza dla mnie tegoroczna premiera. Osoby, które sukcesywnie czytają "Czarne słońca" mogły zorientować się, że mój stosunek do The Mission jest niemal nabożny, co nie znaczy, że bezkrytyczny. Na każdą kolejną płytę czekam z wielkimi nadziejami, mocno zaciskając kciuki za Wayne'a Husseya i spółkę. Gdy tylko gruchnęła informacja o pojawieniu się wkrótce nowej muzyki, niecierpliwie odliczałem dni, jak i też śledziłem pojawiające się informacje. "Another Fall From Grace" (2016) reklamowany był jako zaginione ogniwo między pierwszą płytą The Sisters Of Mercy "First And Last And Always" (1985 ), a debiutem The Mission "God's Own Medicine" (1986). Jak wiemy, Hussey nie zagrzał długo miejsca w zespole Andrew Eldritcha, stąd też pomysł powołania do życia własnego zespołu, który pierwotnie miał nazywać się The Sisterhood. Ostatecznie plany pokrzyżował sam Eldritch, ale to nie czas by rozgrzebywać stare rany. Wróćmy więc do albumu "Another Fall From Grace", który miał być takim powrotem starego, dobrego The Mission. Z szumnymi zapowiedziami często bywa tak, że nie zawsze mają one pokrycie w rzeczywistości. Czynione są one po to by skusić tych, którzy dawno już postawili krzyżyk na danym artyście czy zespole. Czy i tym razem mamy do czynienia ze sprytną zagrywką marketingową, czy może jest w tym coś więcej, niż ziarno prawdy.

Spoglądając na okładkę nowej płyty, odniosłem wrażenie obcowania z jakąś klasyczną płytą The Mission. To już nie czasy owadów i robaczków jak w przypadku "God Is A Bullet" (2007) czy "Dum-Dum Bullet" (2010), a grafika w duchu Albrechta Durera, która dobrze koresponduje ze wspomnianą już "God's Own Medicine". Widać ktoś starannie odrobił lekcje, dzięki czemu powstała okładka wręcz ikoniczna. Taka jaką ozdabia się najlepsze dzieła. Czy pod taką grafiką można ukryć słaby album? No niby można, ale komu by się chciało opakowywać wyroby czekoladopodobne w złote papierki.

"Another Fall From Grace" wskrzesza ducha dawnego The Mission, choć nie bazuje on tylko i wyłącznie na sentymentach. Sporo tu zaskoczeń, nowych elementów, których nie stosowano w przeszłości. Przykładem są liczni goście, których to Hussey zaprosił na płytę. Nazwiska rzeczywiście robią wrażenie - Gary Numan, Martin L. Gore, Julianne Regan, Ville Valo. Niemniej, stanowią oni wyłącznie dopełnienie, nie wybijając się na pierwszy plan. Przy mikrofonie niepodzielnie rządzi Hussey. Trochę szkoda, że nie pokuszono się na jakiś duet wokalny, bo efekty mogły być niezwykle interesujące. Są tu też dawno nie słyszane elementy, jak choćby gitara 12-strunowa, tak przecież charakterystyczna dla brzmienia pierwszej płyty. Jak wspomina sam Hussey, sięgnął on po ten instrument po wysłuchaniu w ubiegłym roku swego debiutanckiego albumu. Pierwszy raz od trzydziestu lat. Widać poruszyło w nim to jakąś sentymentalną strunę, dzięki czemu otrzymaliśmy jeden z najbardziej spójnych i przemyślanych albumów. Na "The Brightest Light" nie wszystko się ze sobą kleiło, a i nie brakowało utworów, które w ogóle nie powinny trafić na płytę. Tutaj oszczędzono nam takich wpadek. Albumu słucha się jednym ciągiem bez konieczności używania w pilocie funkcji "skip". Dzięki jego różnorodności i bogactwu faktur brzmieniowych, nie musimy obawiać się też znużenia materiałem. Jest tu co odkrywać, dlatego też polecam posłuchać tej płyty także na słuchawkach. Zanim nastąpił pierwszy odsłuch, przesłuchałem w internecie pierwszego singla. Zazwyczaj tego nie robię i czekam cierpliwie do premiery albumu, ale tym razem coś mnie podkusiło. Obejrzałem teledysk do utworu Met-Amor-Phosis i to chyba z siedem razy, tak bardzo spodobał mi się ten utwór. Wręcz nie mogłem się go nasłuchać. Później przyszedł czas na audycję "Trzecia strona księżyca", w której to wyemitowano przedpremierowo kilka utworów, więc chcąc nie chcąc, zapoznałem się niemal z połową płyty. Największe wrażenie zrobiło na mnie nagranie tytułowe. Another Fall From Grace, wysłuchane późna nocą na słuchawkach przekonało mnie, że jest na co czekać. Tym bardziej więc zacierałem ręce i niecierpliwie spoglądałem w kierunku kalendarza. Po pierwszych odsłuchach, miałem pewność, że album trzyma równy poziom, ale nie padłem przed nim na kolana. Nie znajdziemy tu nagrania tej miary co Swan Song z poprzedniej płyty, choć takowe próby były czynione. Czymś równie powalającym miało być nagranie Jade, zadaniem którego było rozerwać serca fanów tuż przed finałem. No i prawie się udało, ale jednak czegoś tu zabrakło. Na pewno można by ten utwór jeszcze nieco pociągnąć solówkami gitarowymi i wydłużyć go nieco, dzięki czemu słuchacz mógłby się nim w pełni nasycić. Nie powiem, miałem ciarki na plecach, a to przecież najwyższa nobilitacja dla utworu, niemniej zabrakło mi tu tak zwanej wisienki na torcie. Swoją drogą, solówka w Swan Song też mogłaby trwać w nieskończoność. Jednak nie ma co narzekać, bo Misjonarze w końcu nagrali album na miarę drzemiących w nich możliwości. Nie jest on nachalnie przebojowy, dzięki czemu, z każdym odsłuchem odkrywamy wciąż nowe, interesujące elementy. Jeśli chodzi o największe zaskoczenie, to zdecydowanie jest nim Phantom Pain. I nie chodzi o samo nagranie, co raczej o instrumentarium jakiego tu użyto. Któż by się spodziewał, że Misjonarze sięgną po klarnet i saksofon. Brzmienie ich jest dość ponure i chropowate, ale faktycznie przyciąga uwagę. Osobiście wolałbym wykorzystać tu instrumenty o cieplejszej barwie i czystszym brzmieniu, które chyba lepiej przysłużyłyby się temu utworowi. Solówka na saksofonie, to byłoby dopiero coś! Nie brak tu też nagrań, które docenia się wraz z upływem czasu. Na pewno do tej kategorii należy Within The Deepest Darkness (Fearful), które z początku jawiło mi się jako dość przeciętne, tak samo jak następujące po nim Blood On The Road. I jeśli to pierwsze nabrało w moich uszach barw, tak to drugie uważam za najsłabszy element tego albumu. Trzyma jako taki poziom, ale jest tu sporo ciekawszych rzeczy, jak choćby Bullets & Bayonetes, o jakże pięknym, orientalnym posmaku. Tak, mieliśmy już z tym do czynienia w przeszłości, ale zawsze miło "zobaczyć" Misjonarzy w takim anturażu. Na szczególne słowa uznania zasługuje wielebny Wayne Hussey, a właściwie jego głos, którego czas się nie ima. Wciąż brzmi wspaniale, choć do młodzieniaszków już on przecież nie należy. Zresztą słowa uznania należą się i pozostałym muzykom, którzy dzielnie akompaniują Wayne'owi oraz Timowi Palmerowi, który wyprodukował ten album. Kłaniam się nisko i nieśmiało proszę o więcej tak udanych płyt.

Podsumowując, można by rzec, że są takie albumy, o których nie można jednoznacznie powiedzieć, że są wspaniałe, ale i też nie za bardzo jest się do czego przyczepić. Lawirują one między kategoriami zarezerwowanymi dla dobrych i bardzo dobrych albumów. Niektóre z nich mają jeszcze w sobie to coś, co nadaje im intrygujący i wyjątkowy posmak. Ten czynnik sprawia, że pomimo upływu lat, wciąż mamy chęć sięgać po takie płyty, bowiem serce podpowiada, że jest tam jeszcze kilka tajemnic do odkrycia. I tak też pewnie będzie z "Another Fall From Grace", który wciąż mnie intryguje, kusi i nie pozwala o sobie zapomnieć.

Jakub Karczyński

29 września 2016

PORTRET NIEDOSKONAŁY

Przed kilkoma dniami powróciła do mnie płyta analogowa New Model Army, którą wysłałem do prostowania chłopakom z Winylowni. Już tak nie faluje, więc i radość ze słuchania o wiele większa. Za kilka dni będę miał przyjemność zobaczyć grupę Justina Sullivana na żywo, stąd też przed koncertem jak i kilka dni po, w moich czterech ścianach, rozbrzmiewać będzie nie tylko wspomniany analog, ale i pozostałe albumy tej formacji, tyle, że z płyt kompaktowych. Póki co, przerabiam moje ostatnie nabytki w postaci Liquid Divine - "Interface" (2006), "Black Box" (2007), Minerve "Breathing Avenue" (2005), Love Like Blood "An Irony Of Fate" (1992),  Nick Cave "Skeleton Tree" (2016) i Marillion "F.E.A.R." (2016). W tak zwanym międzyczasie, czytam też nową książkę Wiesława Weissa, poświęconą Tomkowi Beksińskiemu. "Tomek Beksiński. Portret prawdziwy" stanowi taką opozycję do wcześniej wydanej książki Magdaleny Grzebałkowskiej "Beksińscy. Portret Podwójny" oraz filmu "Ostatnia rodzina", w których to postać Tomka została przedstawiona w niezbyt korzystnym świetle. Myślę, że był on na tyle złożoną postacią, że nie można w sposób jednoznaczny odmalować go ani w kolorach czerni, ani bieli. Nikt przecież nie jest wyłącznie dobry, ani zły. Składamy się z różnych odcieni i to właśnie sprawia, że nasze życiorysy nabierają autentyczności. Poza tym, żadna biografia nie jest w stu procentach prawdziwa, bowiem zawsze jest ona przefiltrowana przez postać autora. To trochę tak, jakby wejść do gabinetu luster i próbować uchwycić prawdziwą twarz osób, przeglądających się w owych lustrach. Zadanie tyleż karkołomne, co niemożliwe do wykonania. Jest niczym malowanie palcem na wodzie. Wspomniałem już, że niejednoznaczność postaci Tomka wzbudza liczne dyskusje wśród osób, które w większym lub mniejszym stopniu uczestniczyły w jego życiu. Jak mniemam, sprowadzi się to wkrótce do prawdziwego wysypu książek i filmów na jego temat. Każdy przecież będzie chciał swoim dziełem odmalować ten jeden, jedyny, najprawdziwszy portret. Ciekawi mnie tylko jedna rzecz. Jaki obraz wykreują wszystkie te malowidła w głowie potencjalnego czytelnika? Pomału zaczynam się domyślać. Sądzę, że i Tomek uśmiechnąłby się szeroko. Panie i panowie, oto nadchodzi schizofrenik XXI wieku. 

Jakub Karczyński

PS Gdy wyjąłem z półki pierwszy album King Crimson (reedycja 2014), na którym to zarejestrowano "21st Century Schizoid Man", moim oczom ukazał się dopisek widniejący za tytułem owej kompozycji - including "Mirrors". Przypadek? Nie sądzę.

20 września 2016

SACRUM I PROFANUM

 
Powróćmy jeszcze na moment do giełdy płytowej, o której pisałem w poprzednim wpisie. Pretekstem jest bowiem pewne dość charakterystyczne zjawisko, popularne w minionych dekadach, a dziś niemal zupełnie zapomniane. Dotyczy ono tak płyt jak i książek. Choć wydaje mi się, że książki wiodą w tej dziedzinie zdecydowany prym. O czym mowa? O dedykacjach, myślach, wierszach wypisywanych na kartach książek i okładkach płyt. Trafiłem na jedną taką płytę, podczas ostatniej giełdy. Uśmiechnąłem się mimowolnie trzymając w dłoniach album "A Night At The Opera" grupy Queen, który to album pokrywały liczne wpisy. Dla jednych to miła pamiątka, dla innych to czysta profanacja. Też tak w pierwszej chwili pomyślałem: "Jak można tak zniszczyć płytę?". Po chwili przyszła refleksja. Przecież to fajna pamiątka i dodatkowa wartość albumu. Ilekroć weźmie się taką płytę do ręki, powrócą wspomnienia o osobach, które to pisały. I nie są to bynajmniej wynurzenia na poziomie "kochanej koleżance - Kasia", ale niejednokrotnie wiersze czy głębsze myśli lub myśli po kilku głębszych. 

Lubię takie rzeczy, bo są nośnikami fajnych wspomnień oraz ciekawych historii. Sam w swojej kolekcji nic podobnego nie posiadam, choć raz podarowałem płytę z dedykacją. Było to jednak dawno temu i kto wie czy owa płyta, nie żyje już własnym życiem, krążąc gdzieś po świecie. Nie wszyscy przecież są sentymentalistami. Z pewnością nie należała do nich właścicielka albumu Queen. Dziwie się jej nieco, że pozbyła się tej pamiątki i puścił ją w szeroki świat. Przecież dla nikogo innego ta płyta nie będzie przedstawiała takiej wartości, jak dla osoby, dla której była właśnie przeznaczona. Nawet przez moment przeszła mnie myśl czy by jej nie kupić, ale stwierdziłem, że co mi po takiej cudzej pamiątce. I tak przecież nie odgadnę historii jej powstania, komu była przeznaczona i z jakiej okazji. Ograniczyłem się więc tylko do zrobienia powyższych zdjęć. Widać na nich wpisy w języku polskim pochodzące z lat 1977 oraz 1978. Niestety słaba jakość zdjęć, uniemożliwia odczytanie ich wszystkich. Sporządzone zostały w miejscowości Köln (Kolonia), a ich adresatem była kobieta. Okoliczności w jakich otrzymała ów prezent pozostają jednak tajemnicą. Niemniej panowie wykazali się niezwykła wrażliwością, co w dzisiejszych czasach nie jest już takie nagminne. Z próbek zawartych tam myśli, mnie najbardziej spodobały się dwa wpisy: "Pamiętaj! Ile byś nie zapłaciła za Twe piękne złudzenia, zawsze zrobisz dobry interes" oraz "Nie ma maski, która by mogła ukryć miłość tam gdzie ona jest, ani udać jej tam, gdzie jej nie ma". Prawda, że fajne? Ciekawi mnie czy i Wy w swoich zbiorach posiadacie tego typu pamiątki. 

Jakub Karczyński

10 września 2016

HISTORIA Z NIEJEDNYM MORAŁEM

Poranek przywitał Poznań gęstą mgłą. Na szczęście wraz z kolejnymi godzinami, zaczęła ona stopniowo zanikać, by ustąpić miejsca słońcu, które to dziś niepodzielnie królowało na nieboskłonie. W tak pięknych okolicznościach przyrody, wybrałem się dziś na II Poznańską Giełdę Fonograficzną. Tym razem zorganizowano ją w nowej siedzibie Klubu u Bazyla. Była więc okazja zobaczyć i sam klub, w którym to niedługo ma zagrać New Model Army. Dla kogoś kto nie mieszka w naszym mieście, trafienie do Bazyla może nastręczyć pewnych trudności, choć poprzednia lokalizacja również nie należała do najłatwiejszych. Mniejsza jednak o to. Sam klub mieści się teraz w czymś co przypomina ... barak. Widok jaki rozciąga się wokół, również nie zachęca do odwiedzin, ale wraz z przestąpieniem progu klubu, zapominamy o tych mankamentach. Dziś wnętrze zamiast być zastawione stolikami i krzesłami, wypełnione było stanowiskami z płytami winylowymi. Kompaktów prawie nie było, a szkoda, bo chętnie uzupełniłbym swoją kolekcję. Gdy przybyłem, w środku już buszowali amatorzy czarnego złota. Na szczęście ludzi było w sam raz, nie za dużo, nie za mało, więc warunki do przeglądania winyli były idealne. Nikt nikogo nie trącał, nie przepychał się, no i nie sapał nad uchem. Przyjechałem na giełdę bez specjalnych oczekiwań, ot chciałem miło spędzić czas wśród pasjonatów i ewentualnie kupić jakiegoś analoga. Nic na siłę. Swój budżet ustaliłem do kwoty stu złotych, choć i tak wiedziałem, że aby nabyć coś interesującego, trzeba by sięgnąć głębiej do kieszeni. Ceny interesujących mnie płyt zaczynały się od 80 zł. W takich właśnie kwotach było idealne wydanie "Argus" Wishbone Ash, "Seventeen Seconds" The Cure. Za inne płyty The Cure ("Pornography", "Faith", "Disintegration") trzeba było już wyłożyć równą setówkę. No chyba, że ktoś potrafi się targować. Swoje umiejętności w tej kwestii oceniam raczej skromnie, ale tym razem postanowiłem nieco pozbijać ceny. Podszedłem do stoiska, zacząłem przeglądać płyty i zapytałem sprzedawcę o parę interesujących mnie tytułów. Gdy ujrzałem kilka płyt New Model Army, w tym moją ulubioną "The Ghost Of Cain", aż oczy mi się zaświeciły. Widząc to, sprzedawca spytany o cenę odrzekł, że nie będą to tanie płyty. W tym momencie uświadomiłem sobie mój błąd. Nigdy nie pokazuj sprzedającemu, że ci na czymś zależy, bo obedrze cię ze skóry. Gdy usłyszałem kwotę 95 zł zrobiłem tylko uhmm i grzecznie odłożyłem płytę. Odszedłem od stanowiska i zacząłem przeglądać płyty u innych sprzedawców. Spędziłem tak z dwadzieścia minut, wynajdując w międzyczasie wspomnianego "Argusa". Miałem teraz nie lada zagwozdkę. Walczyć o ową płytę New Model Army czy może odpuścić i kupić Wishbone Ash? Za cholerę nie wiedziałem jaką podjąć decyzję, bo obie płyty wspaniałe, a pieniędzy starczy tylko na jedną z nich. Długo biłem się z myślami, ale w końcu zdecydowałem, że kupię New Model Army, niemniej nie za taką cenę. Trzeba było jakoś umiejętnie pokierować rozmową, ale jak? Bez większej strategii, podszedłem w kierunku sprzedawcy. W ręku cały czas trzymałem tego "Argusa" z konkurencyjnego stoiska. Wyciągnąłem raz jeszcze winyla "The Ghost Of Cain" i długo zacząłem zastanawiać się co tu kupić. Owo wahanie nie miało w sobie nic z kalkulacji. Ja na prawdę biłem się z myślami. By podjąć jakąś decyzję, pytam sprzedawcę czy jest szansa na zejście z ceny do kwoty 80 zł. Jego mina zdradzała, że taka cena to rozbój w biały dzień. Ona warta co najmniej tych 95 zł, bo przecież stan idealny. Teraz to on bił się z myślami, ale w końcu poszliśmy na kompromis i ustaliliśmy cenę na poziomie 85 zł. Po dobiciu targu, pogadaliśmy sobie jeszcze bardzo miło o płytach, koncertach i tym podobnych rzeczach. W międzyczasie pojawił się mój znajomy z synem i również zaczął rozglądać się za interesującymi go płytami. Ja już stałem tylko z boku i przyglądałem się jak wertuje te analogi. W pewnej chwili mignęła mi nazwa The Mission, więc machinalnie wyciągnąłem rękę. Okazało się, że to dwunastocalowy singiel z nagraniami Like A Hurricane, Garden Of Delight, Over The Hills And Far Away oraz The Crystal Ocean. Okładka nieco sfatygowana z tyłu, ale sama płyta w doskonałym stanie. Cena również bardzo przystępna, bo w granicach 20 zł, więc nabyłem i ten skarb. Po odbyciu swoistego tournee po wszystkich tych stanowiskach, doszedłem do wniosku, że ceny za większość tych analogów są zdecydowanie nie na polską kieszeń. Nie jesteśmy jeszcze na tyle zamożnym społeczeństwem by wydawać na jedną płytę kwoty rzędu stu, a nawet dwustu złotych. Niemniej winylowe szaleństwo wciąż trwa i chyba ma się dobrze, skoro jest zainteresowanie tego typu imprezami. I na tym mógłbym zakończyć ową historię, ale byłaby ona niepełna bez finału, który był lekcją pokory i gorzką pigułką na koniec tego dnia. Gdy przybyłem do domu w pełni zadowolony z poczynionych dziś zakupów, czym prędzej chciałem posłuchać sobie tych płyt, choć ich zawartość znam niemal na pamięć. No, ale skoro celebra to celebra. W pierwszym rzucie nastawiłem New Model Army, przesunąłem ramię i ... szlag mnie trafił. Okazało się, że owa płyta ma pewną skazę, której nie zauważyłem, bo i trudno ją zauważyć tak na oko. Dopiero gdy położy się płytę na talerzu gramofonu, można dostrzec to, czy płyta jest prosta czy też nie. Ta okazała się nieco falować, będąc delikatnie zakrzywiona w jednym miejscu. Złość mnie początkowo wzięła na sprzedawcę, ale być może nie wiedział o wadzie, a jeśli wiedział to zrobił mnie bez mydła. Na szczęście znalazłem już ludzi, którzy zajmują się prostowaniem płyt, więc mam nadzieję przywrócić jej dawny blask. Oczywiście nic za darmo, ale jak to mówią chytry dwa razy traci. Zresztą morałów w tej opowieści jest jeszcze kilka i wszystkie doskonale nam znane. Pamiętajcie więc, że nie wszystko złoto co się świeci, nie święci winyle sprzedają, no i mądry Polak po szkodzie. I to tyle o oszczędnym poznaniaku, który zamiast zyskać, tylko stracił, ale jak to mówią, pierwsze koty za płoty, tam gdzie śliwki robaczywki.    

Jakub Karczyński

02 września 2016

PRZESZŁOŚĆ, KTÓREJ JUŻ NIE MA

W odtwarzaczu już kręci się nowa płyta New Model Army, o której jeszcze nie jestem w stanie powiedzieć nic poza tym, że była to jedna z najbardziej wyczekiwanych przeze mnie premier. Teraz trzeba zagłębić się w te dźwięki i sprawdzić jak rezonują w moich uszach. Pierwszy odsłuch uświadomił mi jedną istotną rzecz. Nie ma powrotów do przeszłości. Czas płynie, zmienia się świat i zmienia się muzyka. Trudno mieć o to pretensje, tak po prostu jest. Wspominam o tym, bo moje drogi z New Model Army nieco się w ostatnim czasie rozeszły. Już przy poprzednim albumie "Between Dog And Wolf" (2013), kręciłem nieco nosem, choć zewsząd słyszałem głosy, że to wspaniały album. Co prawda, z czasem nieco się do niego przekonałem, ale nigdy nie obdarzyłem go na tyle dużym uczuciem, by jak to się mówi, pójść za nim w ogień. Świat moich dźwięków zakończył się wraz z albumem "Strange Brotherhood" (1998). Zostawiłem tam kawał serca, między innymi w utworze Lullaby, który do dziś uważam za najpiękniejszą balladę New Model Army. Co prawda w późniejszych latach bardzo podobały mi się albumy w rodzaju "Carnival" (2005), "High" (2007) czy "Today Is A Good Day" (2007), niemniej to już były nieco inne emocje. Jeśli nastawicie sobie album "Strange Brotherhood", a następnie, którąś z ostatnich płyt, to być może zrozumiecie do czego zmierzam. Po 1998 roku New Model Army kilkukrotnie zmieniało swoją muzykę, choć zapewne wielu powie, że grają wciąż tak samo. I choć cały czas są to niezwykle emocjonalne dźwięki, to poruszają one we mnie nieco inne struny mojej wrażliwości. W mojej opinii, po albumie "Strange Brotherhood", jakby coś uleciało z zespołu. Jakby zagubiono jakiś pierwiastek. Nie potrafię powiedzieć co to było, ale doskonale to wyczuwam. Ktoś powie, człowieku to było przecież osiemnaście lat temu, muzyka idzie do przodu. Nie wymagajmy przecież, aby zespół grał wciąż tak samo. Pewnie i racja, niemniej zawsze tęskni się do tego, co najpiękniejsze. I nawet gdyby New Model Army mieliby nagrywać płyty, które nie wskrzeszą we mnie tamtych emocji, to i tak mogą być pewni, że kupię każdy ich kolejny album, choćby tylko i wyłącznie przez wzgląd na dawne czasy.

Jakub Karczyński