24 listopada 2015

KILLING JOKE "BRIGHTER THAN A THOUSAND SUNS" (1986)

Nie pamiętam jak dokładnie rozpoczęła się moja przygoda z grupą Killing Joke. Nie potrafię wskazać ani momentu zainfekowania, ani też powiedzieć czy ten wirus dostał się najpierw przez oczy czy może przez uszy. Nie jestem nawet pewien jaką ich płytę nabyłem w pierwszej kolejności. Waham się między "Pandemonium" (1994), a "Night Time" (1985), ale po latach ciężko przypomnieć sobie takie szczegóły. Pewien jestem tylko tego, że obie zrobiły nam mnie piorunujące wrażenie i na dobre umieściły grupę Killing Joke na orbicie moich zainteresowań muzyczny. Pochłaniałem nie tylko muzykę, ale i artykuły oraz recenzje albumów. Miały mi one dopomóc w skompletowaniu ich najlepszych płyt. Przez dość długi czas unikałem płyt "Brighter Than A Thousand Suns" (1986) oraz "Outside The Gate" (1988), które to "prawdziwi fani" traktowali jako zdradę i pójście w komercję. Zaufałem tym opiniom i omijałem je szerokim łukiem. Dopiero po wielu latach, zdecydowałem się posłuchać jednego z nich i zrozumiałem jak wielki popełniłem błąd ufając opiniom, zamiast zawierzyć swym uszom. Jako miłośnik muzyki lat osiemdziesiątych, nie mogłem wymarzyć sobie lepszej płyty, bo kochając "Night Time", trudno nie pokochać takiej "Brighter Than A Thousand Suns".

Wydana zaledwie dwa lata po swej sławnej poprzedniczce, przyniosła muzykę będącą jej logiczną kontynuacją. W dalszym ciągu słychać, że grupa wywodzi swe korzenie z muzyki post-punk'owej, ale zanurza ją w brzmieniu tak charakterystycznym dla lat osiemdziesiątych. Duży udział instrumentów klawiszowych, nie tylko przydał muzyce przestrzeni, ale także przebojowości. To ryzykowne połączenie sprawdziło się już na "Night Time", więc czemu miałoby się teraz nie udać. Nie zmienia się przecież zwycięskiego składu. Spotkałem się już z opiniami, że to jeszcze większy ukłon w stronę komercji, ale zupełnie nie mogę się z tym zgodzić. Nie wyczuwam tu absolutnie żadnej zdrady, no chyba, że ktoś rozwój postrzega właśnie w ten sposób. Jasne, że to już zupełnie inne granie niż to, co prezentowali na swych pierwszych płytach. Osobiście, bardzo mnie cieszy większa melodyjność materiału bowiem nie kocham płyt w rodzaju "What's This For ...!" (1981) czy "Reveletions" (1982), które są dla mnie nie do przejścia. I nawet jeśli "Brighter Than A Thousand Suns" był znakiem swoich czasów, to absolutnie nie muszą się go wstydzić. Posłuchajcie choćby Adorations, które momentami przywodzi mi na myśl Love Like Blood, Sanity czarującego pięknymi klawiszami oraz refrenem czy choćby nagrań Twilight Of The Mortal i Love Of The Masses, w których to wytwarza się taka niesamowita atmosfera jak w najlepszych odcinkach "Z archiwum X". To właśnie ta atmosfera, wykreowana na tym albumie przez instrumenty klawiszowe jest tym, co tak bardzo mnie urzekło. W połączeniu z post-punk'owym nerwem sekcji rytmicznej, tworzy coś nad wyraz wspaniałego. 


Owszem, nie spodziewam się, że ortodoksyjni fani Killing Joke docenią ten album i oddadzą należny mu szacunek. Zapewne już przy płycie "Night Time", klawisze odbijały im się czkawką. Kolejna dawka tego typu muzyki, była pewnie kroplą, która przelała czarę goryczy. Ciekawe jak wielu "prawdziwych fanów" machnęło lekceważąco ręką i dało sobie spokój ze słuchaniem tej płyty. Może to i dobrze, bo przy utworze "A Southern Sky" dostaliby zawału. Przyznam, że i dla mnie był on sporym zaskoczeniem, bo tak pop'owego oblicza Killing Joke to się nie spodziewałem. Początkowy szok, szybko przeszedł w uwielbienie. Liryczne oblicze Jaz'a Coleman'a pokazuje nam, że jest on nie tylko wojownikiem, ale i poetą o romantycznym usposobieniu. Jest jakaś niewysłowiona tęsknota w refrenie tej piosenki, która przenosi ten utwór na zupełnie inny poziom odbierania muzyki. Otwiera on w człowieku jakieś drzwi, o których istnieniu nie mieliśmy dotychczas pojęcia. Taka sztuka udaje się nielicznym, stąd też chylę głowę przed grupą. Tym co jednak rozłożyło mnie na łopatki, było nagranie Rubicon. Ten siedmiominutowy kolos, urzeka nie tylko świetnym refrenem, ale i pasją w głosie Coleman'a. To jest właśnie taki Killing Joke jaki lubię najbardziej, a którego trochę mi brakuje na ich ostatnich płytach. Doskonałe wyważenie proporcji jest nie lada sztuką, a tu grupie udało się to nad wyraz wyśmienicie. Nie waham się użyć sformułowania, że jest to ich jedna z najlepszych płyt w całym dorobku, a jej niedocenienie woła o pomstę do nieba. Jeśli byliście takimi samymi dyletantami jak ja w kwestii tego albumu, to zweryfikujcie swe stanowisko, bo może się okazać, że przegapiliście jedną z najwspanialszych płyt lat osiemdziesiątych. Z pełnym przekonaniem dopisuję ją do listy płyt mojego życia.

Wiem, że wiele osób po przeczytaniu powyższego tekstu popuka się w głowę, albo zacznie przecierać oczy z niedowierzania. Nic mnie to nie obchodzi, bowiem polegam tylko i wyłącznie na swoich uszach, odczuciach i emocjach. Nie oczekuję, że zmienicie zdanie, ale dajcie temu albumowi chociaż szansę. O nic więcej nie proszę.
   
Jakub Karczyński
 

19 listopada 2015

PERŁY Z LAMUSA

Pomimo że listopad się jeszcze nie skończył, to już mogę go zaliczyć w poczet najlepszych miesięcy, jeśli chodzi o zdobycze płytowe. I wcale nie chodzi mi tu o ich ilość, a bardziej o atrakcyjność owych tytułów. Wielu z nich poszukiwałem od dłuższego czasu, jak choćby wspomnianego w jednym z niedawnych wpisów albumu Ikon "On The Edge Of Forever" (2001) czy kultowego w pewnych kręgach "Virtual World" (1990) belgijskiej grupy Bazooka Joe. Co uważniejsi czytelnicy przypomną sobie, że nie dalej jak w lipcu wystawiłem za nimi nawet list gończy. Czego jak czego, ale tak szybkiego schwytania tych belgijskich bandziorów to się nie spodziewałem. W końcu będzie okazja sprawdzić, ile prawdy kryje się w tych opowieściach i samym statusie grupy. Spodziewam się, że płyta dotrze do mnie jeszcze w tym tygodniu, więc czym prędzej trzeba nadrobić zaległości w słuchaniu. Jak zwykle trochę tego jest, o czym już zdążyli przekonać się stali czytelnicy tego bloga. Nie moja to wina, że na świecie tyle płyt, tylko czasu na ich słuchanie jakoś nie można dokupić.

Jakby tego było mało, to wraz z początkiem miesiąca upolowałem w jednym ze sklepów zajmujących się sprzedażą płyt używanych, pokaźną liczbę płyt z dyskografii Siouxsie & The Banshees. Ktoś postanowił najwyraźniej pozbyć się od razu wszystkiego, bo czego tam drogi panie nie było. Jako że posiadam już co nieco albumów tej zacnej formacji, to skupiłem się na pouzupełnianiu braków. I tak moim łupem padły krążki "Juju" (1981), "A Kiss In The Dream House" (1982), "Hyaena" (1984) oraz "Tinderbox" (1986). Dwa pierwsze albumy posiadałem już co prawda w wersji zremasterowanej, ale od zawsze marzyło mi się zgromadzenie pełnej dyskografii w jej starych edycjach. Tym razem trafiła się okazja nabycia właśnie takich wersji, dzięki czemu Zuzka i jej niegrzeczne siostry są wreszcie w komplecie. Pełna, studyjna dyskografia Siouxsie & The Banshees stała się więc faktem, niemniej aby poczuć pełnię satysfakcji, pozostało mi jeszcze dokupić do posiadanych remasterów "Join Hands" (1979) i "Kaleidoscope" (1980) ich starsze odpowiedniki. Tej pierwszej pozbyłem się gdy nabyłem jej odświeżoną wersję, czego dziś nieco żałuję. Również nie ulitowałem się na płytą "Hyaena", której nazbyt pop'owy szafarz nie za bardzo współgrał z moimi ówczesnymi preferencjami muzycznymi. W tamtym czasie, bardziej przemawiały do mnie te surowsze płyty Zuzki i jej strzyg. Musiało minąć trochę czasu, abym docenił nie tylko wspomnianą "Hyaenę", ale i albumy pokroju "Peepshow" (1988), "Superstition" (1991) czy "The Rapture" (1995). Tę ostatnią swego czasu również posłałem w szeroki świat. Pisałem już o tym przed paroma laty: http://czarne-slonca.blogspot.com/2011/10/kamien-poruszajacy-lawine.html. Cóż, do pewnych rzeczy trzeba dojrzeć. Stąd też wykazuję się teraz większą ostrożnością w pozbywaniu się płyt, aby później nie szukać ich gorączkowo po różnych antykwariatach muzycznych czy aukcjach internetowych, płacąc za nie jeszcze jakieś horrendalne pieniądze. Jak to mówią, mądry Polak po szkodzie.

Jakub Karczyński 

16 listopada 2015

CÓŻ PRZYNIEŚĆ MOGĄ SNY

Melancholia zawisła nad miastem. Dopełniam ją sobie lekturą listów Zdzisława Beksińskiego do Jerzego Lewczyńskiego oraz albumami "Filigree & Shadow" (1986) i "Blood" (1991) projektu This Mortal Coil. Same starocie*, ale cóż poradzę, że właśnie te starocie mają w sobie największą siłę i magię. Może drugi i trzeci album This Mortal Coil nie jest tu najlepszym przykładem, bowiem "jedynka" była dużo lepsza, ale akurat dziś zapragnąłem posłuchać właśnie ich. Wcześniej jakoś nie miałem nastroju, ani ochoty na ich zgłębianie. Przesłuchane po łebkach, cierpliwie czekały na swój czas. Na szczęście wraz z nastaniem jesieni, częściej sięgam po tego typu płyty, bo i kiedy słuchać takich albumów jeśli nie teraz. W klimacie ponurej, deszczowej jesieni taka muzyka brzmi najwspanialej. Opary melancholii, zadumy i smutku osiągają tu naprawdę wysokie wartości. Aby w pełni odczuć tę muzykę potrzeba skupienia, cierpliwości i pełnego zaangażowania się w te niełatwe dźwięki. Zdaję sobie sprawę, że w dzisiejszym, zabieganym świecie może być trudno o te rzeczy, niemniej warto wygospodarować trochę czasu by oderwać się od prozy doczesnego życia. Dźwięki wykreowane przez This Mortal Coil dają wspaniałą perspektywę i ogląd spraw, które wydają nam się tak ważne, a w istocie nie znaczą nic. I chyba o to w tym wszystkim chodzi. O nabranie dystansu do świata i spraw doczesnych. Przynajmniej ja tak to odczytuję, spoglądając na nazwę jaką przybrał ten projekt - This Mortal Coil (Ten doczesny zamęt). Jeśli jednak zagłębimy się w lekturę "Hamleta", z którego to zaczerpnięto ową frazę, okaże się, że porusza ona nieco inne kwestie. Bohater dramatu wyraża pogląd, że gdyby mieć pewność, że śmierć oznacza definitywny koniec żywota i mąk z nim związanych, nikt przy zdrowych zmysłach nie wahałby się zakończyć swej egzystencji. Niestety, pewności takowej nie ma, stąd też strach przed nieznanym, osłabia wolę przecięcia nici życia. Trudno mi powiedzieć czym kierował się Ivo Watts Russell decydując się na tę nazwę, ale przecież od tego jest sztuka by wyrabiać sobie własne interpretacje, niezależnie czy są one zgodne z zamysłem autora czy też nie. Sztuka to sfera wolności, w której to odbiorca, nie powinien przejmować się tego typu rzeczami. Stąd też pytania w rodzaju: "Co autor miał na myśli ?", schowajmy głęboko do kieszeni i dajmy się ponieść naszej własnej wyobraźni.

Może śnić? — w tym sęk cały, jakie bowiem
W tym śnie śmiertelnym marzenia przyjść mogą,
Kiedy zrzucimy z siebie więzy ciała**


Jakub Karczyński


* Wyjątek stanowi książka, bowiem "Listy do Jerzego Lewczyńskiego" wydano w 2014 roku, choć ich treść to zapis czasów już dawno minionych, więc choćby z tego względu można to traktować jako staroć.
   
** Fragment "Hamleta" William'a Shakespeare'a w tłumaczeniu Józefa Paszkowskiego

07 listopada 2015

ZATOPIENI W MUZYCZNEJ MGLE

Od kilku dni gęsta mgła osnuwa miasto i sprawia, że świat wydaje się być miejscem nie do końca realnym. Zarysy budynków majaczące na horyzoncie są jak strażnicy, którzy strzegą wrót do nicości. Za nimi już tylko pustka i wielka niewiadoma. Aż chciałoby się wsiąść do łodzi i pomknąć wśród tych mgieł poza horyzont, niczym bohater z okładki "Endless River" grupy Pink Floyd. Jako że nie posiadam łódki, a i powątpiewam w to, czy aby utrzymałaby się ona na oparach tej mgły, pozostaje mi wlepić nos w szybę, przymknąć oczy i popuścić wodze wyobraźni. Pomocna będzie również odpowiednia muzyka, która wyrwie nas z ram rzeczywistości. Wybór to niełatwy, bo i płyt sporo, ale przecież nie każda odpowiednio zabrzmi w taki dzień jak dziś. Tutaj potrzeba czegoś z naprawdę dużą dawką oniryzmu. Można sięgnąć po "Cathedral Oceans" (1995) John'a Foxx'a, która w każdych innych okolicznościach zanudziłaby słuchacza na śmierć. Dziś jednak jej wady, wydadzą się nam zaletami, bowiem jej ambientowy charakter, doskonale skomponuje się nam z zaokiennym pejzażem. Można także zagłębić się w dorobek grupy Cocteau Twins. Polecam zwłaszcza ich najbardziej marzycielskie płyty ze szczególnym uwzględnieniem krążka "Treasure" (1984). Ja jednak wybiorę jeszcze inną drogę, sięgając po album "Continental" (2006) Robin'a Guthrie.


Tak, tak, to nie kto inny jak były członek Cocteau Twins, który po zawieszeniu działalności macierzystej grupy, poświęcił się karierze solowej. Nie zagłębiałem się do tej pory w jego twórczość, ale płyta "Continental" urzekła mnie tak bardzo, że pozostaje już tylko kwestią czasu, aż dołączą do niej pozostałe albumy. A dorobek ma już dość znaczny, bowiem poza albumami solowymi, nagrywał też płyty z innymi artystami, jak choćby ze wspomnianym tu już John'em Foxx'em. Stęsknieni za głosem Elizabeth Fraser, powinni przyjrzeć się płycie "The Moon And The Melodies" (1986), na którym to wystąpiło trzy czwarte Cocteau Twins, wspomagane przez Harold'a Budd'a. Ten amerykański muzyk i poeta, współpracował między innymi z Brian'em Eno, a także z grupą U2, której to pomagał przy kompozycji Cedars Of Lebanon. Dźwięki wykreowane na "The Moon And The Melodies" powinny urzec nie tylko zwolenników muzyki spod znaku 4AD, ale i tych, którzy w muzyce szukają po prostu piękna.

Wszystkie zaproponowane tu albumy, powinny dodać nieco barw w te pochmurne i mgliste dni. Zapewne można by tu dorzucić jeszcze wiele takich rozmarzonych płyt, więc nie zamykam jeszcze tej listy. Jeśli macie swoje typy to dopiszcie je w komentarzach. Chętnie poznam jakiej muzyki Wy lubicie słuchać w te szare, jesienne dni.

Jakub Karczyński

PS Autorem obrazu "Kraków we mgle" wykorzystanego w tym wpisie jest Marek Langowski. Przecudnie nierzeczywisty Kraków, odmalowany został nad wyraz pięknie i sugestywnie.
  

28 października 2015

POLOWANIE NA IKONY

  
Dzisiejszy dzień poza ładna pogodą przyniósł ze sobą także dwa nowe nabytki płytowe. Nie planowałem tego, wyszło to jakoś tak spontanicznie. Pierwszy zrodził się z frustracji wynikającej z faktu, że upłynęło już pięć dni od premiery najnowszego krążka grupy Killing Joke, a albumu nie sposób uświadczyć w żadnym stacjonarnym sklepie. Co innego sklepy internetowe, które w większości przypadków stanęły na wysokości zadania. Niemniej ja chciałem tak na już, bez zbędnego czekania. Niestety, nie da się, trzeba swoje odczekać. Wiem, że Killing Joke to nie Madonna, ani nawet Sting, którzy jak tylko wydadzą swoje nowe płyty, to sklepy usypują z nich gigantyczne kopce, które straszą później przez następne pół roku. Wiem też, że hajs musi się zgadzać, a grupy pokroju Killing Joke, nie generują wielkich zysków, ale czy tak trudno zamówić choćby minimalną ilość? Zważywszy, że nie wydało tego jakieś Zadupie Records lecz gigant w postaci Universala. Z braku alternatywy, zakupiłem płytę w Internecie i nie pozostaje mi nic innego jak wypatrywać listonosza. 

Drugi nabytek płytowy to był zupełny przypadek. Przeglądając aukcje internetowe, wpisałem nazwy kilku grup na zasadzie "zobaczmy co wyskoczy". W pewnym momencie, wrzuciłem do wyszukiwarki słowo Ikon. Pierwsze typy nie były niczym zaskakującym, ale gdy przedarłem się nieco dalej, mym oczom ukazał się album "Love, Hate And Sorrow" (2009), którego akurat brak mi w kolekcji. Cena była dość wysoka, więc postanowiłem odpuścić. Być może kiedyś trafi się bardziej atrakcyjna oferta. Los jednak tego dnia był nad wyraz łaskawy, bowiem wyrzucił na internetowy brzeg, także inną perłę w postaci płyty "On The Edge Of Forever" (2001). Do zakończenia aukcji pozostało zaledwie pięć minut, więc czym prędzej trzeba było brać się do licytacji. Wiedziałem, że nie jestem jedynym myśliwym, któremu zależy na tym wydawnictwie, stąd też załadowałem do strzelby nieco mocniejsze naboje. Walka była zacięta, powietrze było gęste od kul, ale w ostatecznym rozrachunku to mój pocisk powalił zwierzynę. Mało brakowało, a obszedłbym się smakiem. Na szczęście los mi sprzyjał, dzięki czemu, wkrótce będę mógł powiesić na ścianie kolejne trofeum. Polowanie powoli dobiega końca. Do odtrąbienia pełnego sukcesu, pozostało jeszcze wytropić i ustrzelić dwa ostatnie albumy. I choć ich odnalezienie może zająć długie miesiące, a nawet lata, to prędzej czy później i tak padną moim łupem. Skąd ta pewność? Praktyka synu. Praktyka.

Jakub Karczyński

18 października 2015

EDITORS - IN DREAM (2015)

Nigdy nie byłem ich zagorzałym fanem. Gdy debiutowali, wpisali się na listę grup, które za punkt honoru przyjęły sobie wskrzeszenie tradycji Joy Division. I choć ich muzyka miała w sobie taneczność indie rocka, to za sprawą wokalnej maniery, sprowadzała ze sobą także mrok. To specyficzne połączenie, sprawdziło się w przypadku grupy Interpol, dlaczego więc miałoby nie wypalić w przypadku Editors? Pamiętam, że ich debiut zebrał bardzo dobre opinie, jednak mnie czegoś w nim zabrakło, stąd też moja długa obojętność na poczynania grupy. Gdy zaczęli skręcać bardziej w kierunku elektroniki, uznałem, że panowie chcą wyrwać się z tej ramy, w jakiej chcieli zamknąć ich fani. Nie chcieli już być tylko kontynuatorami tradycji Joy Division, ale zaznaczyć swą indywidualność. Każdy kolejny album był poszukiwaniem tej swojej tożsamości, zmianą dokonywaną w swym wizerunku. Czy już odnaleźli swoją drogę? Tego dowiemy się dopiero za jakiś czas, gdy będziemy mogli prześledzić i podsumować ich karierę. Tymczasem skupmy się na tym co tu i teraz, czyli na najnowszym albumie, zatytułowanym "In Dream" (2015).

Skłamałbym gdybym powiedział, że czekałem na niego z zapartym tchem. Bliższe prawdy będzie jeśli napiszę, że owo wyczekiwanie podszyte było pewna dozą nieufności. Wynikała ona z prostej przyczyny. Po nagraniu nad wyraz udanego albumu "The Weight Of Your Love" (2013), należało podnieść poprzeczkę, która i tak zawieszona była bardzo wysoko. Czy taki skok mógł się udać? Raczej wątpliwe, ale przecież w muzyce jak w sporcie, czasem zdarzają się cuda. Nie próbowali zdystansować swego poprzedniego albumu, wybrali bezpieczniejszą drogę, nagranie płyty, której nijak nie można zestawić z poprzedniczką. Dzięki temu uniknęli nachalnych porównań i zestawień. Liczyła się tylko muzyka, choć sam zespół kierował naszą uwagę w kierunku "In This Light And On This Evening" (2009). Nie był to w żadnym wypadku zabieg marketingowy, lecz komunikat, że jeśli już do czegoś odnosić te nowe nagrania, to właśnie do tej płyty. I faktycznie, "In Dream" brzmi nieco jak jego brat bliźniak, choć na pewno nie jednojajowy. Słychać, że od tamtej pory grupa niezwykle się rozwinęła, a Tom Smith nie boi się eksperymentować ze swym głosem. Jest tak samo przekonujący, gdy śpiewa swym normalnym głosem, jak i falsetem, którym zaskoczył słuchaczy na poprzednim albumie.

Już pierwsze dźwięki zwiastują, że będzie jakoś inaczej i raczej nie ma co oczekiwać powtórki z "The Weight Of Your Love". Dla kogoś kto nie odsłuchiwał pojawiających się w sieci singli, No Harm może być sporym zaskoczeniem. Ten mroczny, nastrojowy i powolny utwór, doskonale temperuje rozbuchane oczekiwania fanów. Jeśli ktoś spodziewał się mocnego i dynamicznego otwarcia, to się zapewne srodze rozczarował. Bardziej refleksyjnie nastawiona publiczność, z pewnością poczuła przyjemny dreszczyk przebiegający po plecach. Jeśli już miałbym się do czegoś przyczepić, to wskazałbym na brak odpowiedniej dramaturgii w finale tego nagrania. Aż prosi się ono o mocne wejście gitar, które rozładowałoby to misternie zbudowane napięcie. Nim zdążymy się zorientować, że czegoś tu brakuje, zostajemy porwani przez The Ocean Of  Night, który jak to ktoś słusznie zauważył, przypomina bardziej nagrania Coldplay'a niż nagrania Editors. To zresztą nie jedyny przykład, próby wbicia się w cudze fatałaszki na tejże płycie. Posłuchajcie tylko utworu Our Love, który jak żywo przypomina największy przebój Bronski Beat! Ta dość zaskakująca inspiracja może szokować, ale nie sposób odmówić jej uroku. Nie jest to co prawda najmocniejszy punkt płyty, ale warto dać szansę temu odmieńcowi z gabinetu osobliwości doktora Tom'a Smith'a. Kto wie, może znajdziecie w nim coś więcej, niż tylko kopię stylu Bronski Beat. Zdecydowanie bardziej konwencjonalnie i urokliwie prezentują się nagrania Forgiveness czy Salvation. Zestawione tuż obok siebie, doskonale się uzupełniają. Nic dziwnego, bez przebaczenia trudno przecież o zbawienie. Life Is A Fear to z kolei komercyjna lokomotywa tego albumu. Klimatyczna, ale i nienachalnie przebojowa. Na koniec zostawiłem sobie nagranie The Law, którego pierwsze dźwięki nie zwiastują niczego specjalnego. Ot, taka synthpop'owa plumkanina, która za sprawą głosu Rachel Goswell ze Slowdive, zyskuje nowy, piękniejszy wymiar. Jej udział choć tak skromny, to jednak niezwykle odczuwalny. Nie ma co, mieli panowie nosa i niezwykłe wyczucie. Szkoda, że nie wystarczyło go do samego końca. Zmysł kompozytorski zaczyna szwankować na wysokości nagrania All The Kings, dla niektórych zapewne już przy Our Love. Niemniej oba nagrania, można jeszcze jakoś wybronić. Gorzej ma się sprawa z dość nudnym At All Cost oraz dość rozwleczonym zamknięciem albumu w postaci Marching Orders. Pierwsze, to prawie pięciominutowe zawodzenie Tom'a, przy którym nerwowo spoglądam na zegarek, bo wiem, że w tej podróży nie zdarzy się już nic ekscytującego. Drugie, choć jeszcze dłuższe, świeci już nieco większym blaskiem, choć po tak spektakularnym otwarciu (No Harm) spodziewałem się równie mocnego domknięcia płyty. Nie można odmówić im ambicji (czas utworu), niemniej szkoda, że nie przełożyło się to na bardziej intrygujące dźwięki.

Cóż można rzec na zakończenie. Może tylko tyle, że płyta "In Dream" właściwie nie wychodzi z mojego odtwarzacza. Co ciekawe, nie uważam by nagrali album lepszy, niż "The Weight Of Your Love", a mimo to, przyniósł mi on nie mniej wrażeń i emocji. Było ich na tyle dużo, że poza wersją kompaktową, zakupiłem również piękną edycję winylową, która skrywa w sobie piękne niespodzianki. Muzyczni fetyszyści powinni być ukontentowani.

Jakub Karczyński
 

07 października 2015

USTA PEŁNE JESIENI

Dziś jesień pokazała nam swe bardziej zadumane oblicze. Na tle szaro niebieskiego nieba, melancholijnie szybują czarne ptaki, niesione zimnym wiatrem. Ich widok uspokaja i skłania do niespiesznej konsumpcji tegoż dnia. To jeden z takich dni, który chciałoby się spędzić w domu. Za towarzyszy mieć tylko piękną muzykę, pyszną herbatę owocową i ciepły koc. Niestety nie dane mi będzie. Dlatego też delektuję się tą chwilą póki mogę. Aby nie zakłócić nastroju dzisiejszego poranka, sięgnąłem po jeden z najsmutniejszych głosów świata, który to należy do Peter'a Hammill'a. Równie dobrze można się posłużyć także płytami David'a Sylvian'a lub twórczością Tindersticks. Te głosy i dźwięki sprawą, że poczujecie jesień bardziej dobitnie. Gdyby tak jeszcze wszystkie rozgłośnie radiowe dostosowały się do nastroju i nadawały naprzemienne muzykę tych dżentelmenów, to byłbym przeszczęśliwy. Obawiam się jednak, że trzy czwarte naszego społeczeństwa, palnęłoby sobie w łeb przy tej muzyce. 


Na dowód przytoczę pewną anegdotę, którą opowiedział mi znajomy. Otóż któregoś razu pan A. postanowił opuścić miasto i udać się na letnie wakacje. Jako że nie chciał zamykać swojego sklepu, poprosił młodszego kolegę o zastępstwo, na czas jego nieobecności. Pan A. zostawił klucze i wyjechał na upragniony odpoczynek. Urlop miał chyba wymiar dwutygodniowy, więc pan A. miał sporo czasu, aby nabrać nowych sił i przewietrzyć nieco głowę. Nawet przez myśl mu nie przeszło, że ktoś może odliczać dni do jego powrotu. Tym kimś były fryzjerki (jeśli dobrze zapamiętałem) mające swój zakład zaraz obok sklepu pana A. Gdy tylko go ujrzały, rzuciły się w jego kierunku ze słowami: "Jak to dobrze, że pan już wrócił. My już nie dajemy rady słuchać tej muzyki dobiegającej z pańskiego sklepu". Zaskoczony pan A. czym prędzej udał się do siebie, aby wypytać zastępcę, co on też tym biednym fryzjerkom zgotował za mękę. Zapytał więc czego on tu słuchał przez te dwa tygodnie. W odpowiedzi usłyszał, że w trakcie jego nieobecności, ów pracownik słuchał wyłącznie Van Der Graaf Generator oraz Peter'a Hammill'a. !!!??? Jeśli w okolicy były jakieś drzewa, to zapewne momentalnie opadły z nich liście, a słońce czym prędzej schowało się ze strachu za chmurami. Ciekawi mnie czy głos Peter'a wciąż prześladuje te biedne panie, które raczej nie nawykły do tego typu muzyki. Nie ma się co dziwić, przecież w salonach fryzjerskich królują tylko wielkie przeboje, których pan Hammill nie ma w swym repertuarze. 

Jakub Karczyński

PS Do zilustrowania niniejszego wpisu posłużył mi obraz Józefa Chełmońskiego "Jesień" oraz muzyka Peter'a Hammill'a.