13 sierpnia 2014

Z CIEMNOŚCI W MROK


W minioną niedzielę posłuchałem fragmentu audycji Trzecia Strona Księżyca w radiowej Trójce. Szkoda, że nadawana jest ona tak późno i tylko raz w miesiącu, bo muzyka jaka tam wybrzmiewa warta jest zaprezentowania szerszemu kręgowi odbiorców. Niestety, chyba nie wszyscy tak myślą, skoro audycja z godziny 24 została przesunięta na godzinę 1:00. Zdaję sobie sprawę, że nie jest to muzyka dla wszystkich, ale gdyby wygospodarować jej bardziej ludzką porę (22:00), zapewne więcej osób mogłoby pozwolić sobie na jej wysłuchanie. A warto nastawić uszu, choćby po to by usłyszeć co ciekawego dzieje się w polskiej muzyce o nieco mroczniejszym rodowodzie. Przykładem mogą być takie grupy jak God's Bow czy God's Own Medicine, których to muzykę mogliśmy słuchać w ostatnim programie. Pomimo wielu lat działalności, nagraniu kilku płyt, wielu koncertów, oba zespoły wciąż skazane są w naszym kraju na swoją niszę. Co ciekawe, większą popularnością cieszą się one poza naszymi granicami. Nie pierwszy to raz, gdy potwierdza się powiedzenie "cudze chwalicie swego nie znacie, sami nie wiecie co posiadacie". Warto więc czasem zaczerpnąć głębiej ze źródła, by poczuć prawdziwy smak i przekonać się, że także u nas powstają interesujące rzeczy. Aby nie być gołosłownym, postanowiłem zainwestować w rodzimą twórczość i nabyłem EP-kę "Affirmation Of Life" grupy Digital Angel oraz nowy album God's Own Medicine "Drachma". Tych pierwszych poznałem już za sprawą płyty "On The Side Of The Angels" (2010), ci drudzy znani byli mi do tej pory jedynie z nazwy. Pomimo jawnych nawiązań w szyldzie do twórczości grupy The Mission, jakoś do tej pory, nie było mi dane zapoznać się z ich twórczością. I choć dziś, pod szyldem God's Own Medicine, kryje się już tylko jeden człowiek, nie zniechęciło mnie to do zakupu nowej płyty. Czy było warto? O tym przekonam się, gdy tylko "Drachma" trafi w me ręce. Tymczasem wracam do słuchania płyty "Painthings" Deathcamp Project. Jeżeli jesteście zainteresowani nowymi wydawnictwami tego zespołu to polecam odwiedzić stronę http://deathcampproject.bandcamp.com/, na której to grupa udostępniła całkowicie za darmo koncertowy bootleg "Painthings Live". Szkoda, że nie zdecydowali się na publikację oficjalnej koncertówki, ale lepsze to niż nic. Przynajmniej umili ona oczekiwanie na nową płytę, która wedle zapowiedzi ma być bardziej gitarowa. Nie pozostaje nam nic innego, jak tylko uzbroić się w cierpliwość.

Jakub Karczyński

11 sierpnia 2014

WAYNE HUSSEY - WITHER ON THE VINE


Wayne Hussey lider formacji The Mission udostępnił w sieci nagranie Wither On The Vine, będące zapowiedzią solowej płyty wokalisty. Album zatytułowany "Songs of candlelight and razorblades" ukaże się we wrześniu tego roku. Dokładna data ani okładka albumu nie są jeszcze znane. Będzie to już trzeci album sygnowany nazwiskiem Hussey'a. Poprzednie dwa, były to albumy zawierające przeróbki cudzych kompozycji. Czy nowa płyta również będzie tego typu wydawnictwem, tego jeszcze artysta nie zdradził. Zainteresowani odsłuchaniem nowego singla, mogą zrobić to pod poniższym linkiem.


Jakub Karczyński

08 sierpnia 2014

REMONTY I CZTERY KĄTY


Ciężko mi ostatnio znaleźć czas na systematyczne pisanie bloga. Od pewnego czasu, moją głowę zaprząta głownie temat remontowania własnego mieszkania. Trzeba się uwijać, bo za parę tygodni szykuje się przeprowadzka do nowego M. Stąd też mój wolny czas, poświęcam na malowanie, sprzątanie i wycieczki po marketach budowlanych. Po tak intensywnym dniu, brak mi już czasu, aby spokojnie zasiąść przed klawiaturą komputera. Poza tym i tak większość czytelników wyjechała gdzieś na wakacje, więc to najlepszy okres do remontów i przeprowadzek. Komu bowiem chce się siedzieć przy komputerze i czytać blogi, skoro pogoda za oknem kusi swym urokiem. Nic, tylko pakować plecaki i wyjeżdżać gdzieś na łono natury. Raz do roku trzeba się zresetować, wyrzucić z siebie to co nagromadziło się w głowie przez ten czas. Zazdroszczę wszystkim tym, którzy mogą sobie na to pozwolić. Ja swój reset muszę odłożyć na późniejszy czas, ale nie ma tego złego jak to mówią. Po przeniesieniu wszystkich gratów, przyjemnie będzie wyciągnąć się na balkonowym leżaku, sączyć drinka, słuchając pięknej muzyki. Tej na pewno nie zabraknie, bowiem cały czas trzymam rękę na pulsie i regularnie powiększam swą kolekcję płytową. W ostatnim czasie zakupiłem między innymi takie albumy jak "Pulse" Pink Floyd, "Blackfield" Blackfield, "On The Sunday Of Life..." Porcupine Tree, "Universal" Anathemy, "Heaven & Earth" Yes'ów oraz "Redeemer Of Souls" Judas Priest. W większości sama progresja, ale i na mroczniejsze klimaty przyjdzie czas, gdy tylko liście zaczną swój festiwal barw.

Jeżeli chodzi o literaturę, to wczorajszego dnia, udało mi się upolować opasłą biografię H.P. Lovecrafta za tak śmieszne pieniądze, że aż głowa boli. Gdy pojawiła się na księgarskich półkach jej koszt oscylował gdzieś w okolicach 70 czy 80 złotych. I właściwie cena ta cały czas obowiązuje. Są jednak takie księgarnie, które oferują książki w naprawdę świetnych cenach. Jeżeli wam powiem, że zapłaciłem za ową biografię 20 zł to uwierzycie mi na słowo? Nie? Też bym nie uwierzył, gdybym nie zobaczył tego na własne oczy. Szukajcie więc okazji, bo skoro nie widać różnicy to po co przepłacać.

Jakub Karczyński

29 lipca 2014

PETER MURPHY - LION (2014)


Peter Murphy należy do kategorii tych artystów, których karierę śledzę niezwykle uważnie. Na przestrzeni lat wydał on więcej płyt solowych, niż stworzył z kolegami w macierzystym Bauhausie. I choć kariera tego ostatniego dobiegła końca wiele lat temu, to i tak wciąż cieszy się większą estymą, niż poczynania jej lidera. Czy słusznie? Na to pytanie niech, każdy odpowie sobie sam. Osobiście uważam, że na przestrzeni lat, Peter Murphy wydał kilka naprawdę intrygujących albumów, a i w ostatnich latach wiedzie mu się naprawdę nieźle. Potwierdzeniem moich słów niechaj będzie niezwykle udany album "Ninth" (2011), którym to powrócił po siedmioletniej przerwie wydawniczej. Spragnieni nowej muzyki fani na szczęście nie musieli zbyt długo czekać na kolejne posunięcie mistrza. Po trzech latach oczekiwania, do naszych rąk trafia album "Lion", którego zawartość może co niektórymi wstrząsnąć.

Gdybym miał opisać go tylko za pomocą przymiotników użyłbym takich słów jak zaskakujący, kontrowersyjny, nowoczesny, niejednoznaczny ale i intrygujący. W zapowiedziach jakie mogliśmy przeczytać przed premierą, Peter Murphy zapewniał, że będzie to płyta bardziej romantyczna, głęboka i emocjonalna. Nie wiem czy w międzyczasie mistrz zmienił koncepcję czy też producent płyty nakreślił inną wizję, bowiem powyższe opisy nijak mają się do zawartości albumu "Lion". No może poza emocjami, których nie można odmówić frontmenowi Bauhausu. Jeśli już wspomniałem o producencie płyty, to zatrzymajmy się przy nim na chwilę, bowiem postać to nietuzinkowa. Martin "Youth" Glover, bo o nim mowa, to nie tylko ceniony producent, ale i basista grupy Killing Joke. Lista nazwisk i grup z którymi współpracował robi wrażenie. Wystarczy, że wymienię The Cult, Siouxsie & The Banshees, U2 czy Depeche Mode, aby nakreślić pozycję tegoż pana. Nie obce są też mu klimaty dub, acid house, dub funk i techno. Doświadczenie producencie w zetknięciu twórczością Petera Murphy zaowocowało najbardziej zaskakującą płytą w całym jego dorobku. Pochwalić należy absolutnie perfekcyjną produkcję, która brzmi klarownie, ale i niezwykle potężnie. To najlepiej wyprodukowany album jaki słyszałem nie tylko w tym roku, ale i chyba w całym życiu. Produkcja to niezwykle ważna rzecz, ale jeśli muzyka nie potrafi obronić się sama, to wtedy żadne sztuczki nie pomogą. A jak jest w tym przypadku? Na szczęście Peter jest na tyle doświadczonym muzykiem, że potrafi wciąż stworzyć kilka naprawdę urzekających kompozycji. Największym mankamentem albumu "Lion" są nowoczesne brzmienia, które nijak się mają do twórczości mistrza. Jeśli jeszcze jakoś to brzmi w rozpoczynającym album Hang Up, to już w kolejnych utworach I Am My Own Name i Low Tar Stars, aż kłuje po uszach i pozostawia po sobie spory niesmak. To trochę jakby próbować ubrać dystyngowanego, starszego pana w dres. Niby można, ale po co? Gdyby zdjąć z mistrza te niewyjściowe ciuszki, dać mu staromodny garnitur angielskiego dżentelmena, wtedy wszystkie klocki byłyby na swoim miejscu. Nie odmawiajmy jednak artyście prawa do eksperymentowania. To jego święte prawo. Gdy już otrząśniemy się z początkowego szoku, otrzymamy nie lada nagrodę w postaci nagrania Compression. To zdecydowanie najmocniejszy punkt albumu, który jest zarazem punktem zwrotnym płyty. Za jego sprawą powracamy na dobrze znany nam szlak, jakim podążał dotychczas Peter Murphy. Tutaj mistrz jest w swoim żywiole. Znów spod peleryny wylatują nietoperze, znów jest majestatycznie i po prostu pięknie. Gdy już poziom nietoperzy w trumnie się zgadza, możemy śmiało penetrować kolejne korytarze krypty. Polecam złożyć róże przy posągu ducha z jeziora Shokan (The Ghost Of Shokan Lake). Przystańcie przy nim na moment, zamknijcie oczy, a zabierze on was w niezwykłą podróż. Równie interesująco przedstawia się krypta z trumną Elizy (Eliza), której powab możemy podziwiać na czarno białym obrazie (odsyłam do youtube). To jednak nie koniec emocji, bowiem w utworze Loctaine mistrz ukazuje nam swe wampirze zęby. Nie opierajcie się i dajcie mu się ukąsić. Dreszczyk emocji gwarantowany. Poza tym nigdy nie wiadomo kiedy nadarzy się kolejna taka okazja. 

Gdy już wybrzmią ostatnie dźwięki, gdy zatrzasną się drzwi krypty, a nietoperze polecą na nocny żer, czas obejrzeć się za siebie. Czy chwile spędzone w towarzystwie Petera Murphy'ego były na tyle interesujące, aby powrócić do nich za jakiś czas? Czy może pora opuścić kurtynę i zagrzebać trumnę wraz z jej właścicielem na bezimiennym cmentarzu? Pomimo kilku nietrafionych pomysłów, daleki jestem od organizowania Murphy'emu pogrzebu. Jego kompozytorski pazur jest wciąż na tyle ostry, by wyciąć w pień swych konkurentów i pogrozić im jeszcze pięścią. Jeśli szukaliście ostatniego gwoździa do trumny mistrza to tutaj go na pewno nie znajdziecie. Osinowych kołków także brak.

Jakub Karczyński

PS Zawartość dodatkową stanowi koncertowy krążek, na którym to Murphy wykonuje repertuar swej macierzystej grupy, wśród którego, znajdziemy między innymi hymn gotyckiego rocka jakim jest Bela Lugosi's Dead. Myślę, że fani docenią nie tylko ten ciekawy koncert, ale i łaskawie spojrzą na premierowy repertuar.

11 lipca 2014

CIEŃ Z PRZESTWORZY


Wróciłem ostatnio do prozy Lovecrafta, by uzmysłowić sobie fakt, że klimat wykreowany w jego opowiadaniach jest niepowtarzalny. Uwielbiam zanurzać się w tym świecie, tak nieprzyjaznym, odpychającym, że aż rozbudza w człowieku ciekawość. Te duszne, mroczne, prowincjonalne miasteczka ze swoimi tajemnicami ukrytymi za drzwiami domostw, aż proszą się by odkryć ich sekrety. Te historie zdegenerowanych rodów, które kultywując pradawne obrzędy, starają się przywrócić stary porządek świata, budzą w czytelniku zarówno odrazę jak i pewną dozę fascynacji. Nie dziwi więc, że mitologia wykreowana przez Lovecrafta, ma wciąż wielkie grono czytelników. Zbiór, który pragnę zarekomendować to książka, którą nabyłem przed wielu laty. Z racji swego wieku (liczy ona sobie już 14 lat), kartki zdążyły już zmienić swój kolor na żółty, ale w przypadku takiej literatury, ma to tylko dodatkowy urok. "Obserwatorzy spoza czasu", to wyjątkowa pozycja, bowiem powstała ona w oparciu o zachowane fragmenty prozy Lovecrafta oraz listy jakie wymieniał z Augustem Derlethem. Namawiał on w nich Derletha, aby ten zaangażował się w rozwinięcie mitologii Cthulhu. Przystał on w końcu na propozycję przyjaciela, dopisując kolejne rozdziały mitologii, ale zrobił to już po śmierci Lovecrafta. Pracował on na tymi tekstami, aż do kresu swych dni, wykorzystując pomysły Lovecrafta oraz pozostawione fragmenty jego prozy. Duża cześć tekstów to jednak twórczość samego Derletha, który jawi nam się jako sprawny pisarz i godny spadkobierca spuścizny Lovecrafta. Znamiennym pozostaje fakt, że wieńczące ten zbiór opowiadanie, urywa się w trakcie, bowiem Derleth nie zdążył go już ukończyć. Śmierć postawiła kropkę, tak jakby chciała, aby pewne rzeczy pozostały niedopowiedziane. Wydawcy postanowili jednak opublikować owo opowiadanie, pozostawiając je w takiej formie. Zakończenie owej historii, to już kwestia wyobraźni czytelnika. Pomimo faktu, że owe teksty wyszły w większości spod palców Derletha, duch prozy Lovecrafta wciąż unosi się nad tymi wersami. To chyba wystarczająca rekomendacja, aby zapoznać się z tym niezwykłym zbiorem opowieści.

W ramach dopełnienia klimatu, polecam nastawić sobie album "Ride The Lightning" (1984) grupy Metallica, która to nota bene, dziś zagra w Warszawie, w ramach festiwalu Sonisphere. Nie ukrywam, że to moja ulubiona płyta tego zespołu, a klimat na niej zawarty godny jest prozy Lovecrafta. Sama Metallica złożyła hołd mistrzowi utworem instrumentalnym, wieńczącym ową płytę. Zatytułowanym jest on jakże by inaczej Call Of Ktulu. Co prawda nazwa zapisana z błędem, ale za to muzyka pozbawiona jest jakichkolwiek uchybień. Szkoda, że obecnie Metallica jest już w zupełnie innym miejscu i choćby bardzo chciała, to klimatu jaki stworzyła na "Ride The Lightning" dziś już raczej nie przywoła. Mimo wszystko wciąż trzymam za nich kciuki i czekam na chwile, w których to nowa muzyka, mile połechce i wskrzesi wspomnienia tamtych dni. 

Jakub Karczyński
 

01 lipca 2014

MODA VS MUZYKA


To był naprawdę ciężki tydzień. Praca zawładnęła nim na dobre i coś czuję, że jego konsekwencje będę odczuwał przez najbliższe kilka dni. Poza koncertem Iron Maiden na poznańskim stadionie, nie miałem zbyt wiele czasu na słuchanie muzyki. Stąd też na moim gramofonie piętrzą się płyty do przesłuchania. Nowe Echo & The Bunnymen, Anathema, Peter Murphy, stary Fish - "Field Of Crows" (2003) oraz Travellers - "A Journey Into The Sun Within" (2011). Byłbym zapomniał o Lanie Del Rey, którą to udało mi się wygrać w radiowej Trójce. To już trzeci krążek jaki otrzymuję z tej szacownej radiostacji. Cieszę się, bo tak jak i poprzedniczki, trafi on w dobre ręce, a i miejsca na półce mu nie poskąpie. 

Jeśli już jestem przy temacie zbierania płyt, to przed paroma dniami zostałem pozytywnie zaskoczony przez moją znajomą. Otóż, w luźnej rozmowie o muzyce, dowiedziałem się, że odkryła ona uroki kolekcjonowania płyt. To co wcześniej wydawało jej się bezsensownym trwonieniem pieniędzy, z czasem nabrało uroku i sensu. I choć, w dalszym ciągu nie posiada porządnego sprzętu do ich odtwarzania (poza komputerem), to zamiast kupować kolejne fatałaszki, teraz wydaje te pieniądze na płyty. Nic, tylko przyklasnąć takiemu obrotowi sprawy. No, bo ileż można mieć rzeczy w szafie? Poza tym, jak słusznie zauważyła moja znajoma i tak w większości z nich nie chodzi. Oczywiście, można na tej samej zasadzie zripostować i zapytać po co komu tyle płyt w mieszkaniu. Dobra muzyka ma jednakże tę przewagę nad modą, że nie jest tylko sztuką dla sztuki. Nie wyrzuca się jej z domu, gdy moda przeminie. Można do niej wracać ilekroć najdzie nas na nią ochota, a wrażenia z niej płynące są bezcenne. I z tym optymistycznym akcentem, pozostawiam Was do kolejnego wpisu.

Jakub Karczyński

24 czerwca 2014

CRANES - CRANES (2008)


Są takie dni, nawet latem, gdy niebo ma kolor stali, a chmury smagane silnym wiatrem, pośpiesznie przesuwają się po nieboskłonie. Gdy w powietrzu pachnie deszczem, a jaskółki obniżają swój lot, znak to, że czas zapalić świeczki i wypełnić przestrzeń  nastrojową muzyką. 

W swoich zbiorach znalazłbym zapewne kilkanaście takich płyt, które doskonale komponowałyby się z taką pogodą, ale w pierwszej kolejności sięgnąłbym po ostatni, niezwykle subtelny album grupy Cranes. Ten beztytułowy krążek, wydany w 2008 roku, czaruje słuchacza niezwykłym nastrojem, wykreowanym przy niezwykle skromnym instrumentarium. Po raz kolejny okazuje się, że mniej znaczy więcej. Słuchając tej muzyki można zapatrzeć się w dal i obserwować festiwal odbywający się na niebie. Głos Alison Shaw będący oryginalnym wyróżnikiem zespołu, utuli wasze skołatane myśli i zabierze was w niezapomnianą podróż. Ten dziecięcy głos, poprowadzi was dawno zapomnianymi ścieżkami do świata pełnego barw i tajemnic. Gdybym miał się posłużyć porównaniem literackim, przyrównałbym ten album do świata wykreowanego na kartach książek "Tajemniczy ogród" i "Alicji w krainie czarów". Aura niesamowitości spowija cały ten album, a subtelny głos Alison, brzmiący jak głos zagubionego dziecka, dopełnia charakteru całości. Wśród jedenastu utworów zawartych na tymże albumie, próżno szukać tu jakiś mocniejszych akcentów. Wszystkie nagrania mają jednolity nastrój, który otacza słuchacza niczym pajęczyna muchę. Ciężko się od nich uwolnić, ale jeśli pająki potrafią tak śpiewać jak Alison, to ja jestem skłonny dać im się pożreć. Jednolitość nastroju paradoksalnie nie sprowadza ze sobą poczucia znużenia, co świadczy o dobrym poziomie kompozycji. Każda czymś urzeka, więc nawet trudno mi tu wskazać jakieś ewidentne potknięcia. Bez problemu za to potrafię wyróżnić trzy prawdziwe perły tego albumu. Bezapelacyjnie jest to nagranie Invisible, poprzedzające je Collecting Stones oraz wieńczący całość utwór High And Low. Tutaj już po prostu mamy do czynienia z samą magią, której nie sposób się nie poddać. Takich kompozycji może pozazdrościć im niejedna gwiazda dream popu z Mercury Rev na czele. Uchylam więc kapelusza i kłaniam im się w pas, czekając na kolejny przelot Żurawi.

Jeżeli nie mieliście przyjemności zetknąć się jeszcze z tym zespołem, to zachęcam do sięgnięcia po ich płyty. Subtelność ich muzyki zapewne skradnie niejedno serce, a czar zawarty w głosie Alison, urzecze wszystkich tych, dla których emocje i piękno, są najważniejszymi składnikami w muzyce. Otwórzcie więc drzwi waszych serc i wpuście tam dźwięki, których piękno wzbogaci nie tylko serce, ale i duszę.

Jakub Karczyński