28 marca 2021

DE PRESS - PRODUCT (1982)


De Press. Co kryje się za tą dziwną nazwą? Czy to taka swoista gra słów oznaczająca depresję, ale i fonetyczny zapis słowa prasa? Być może, ale nijak nie korelowało mi to z dźwiękami z jakimi kojarzona jest grupa. Może to i oryginalny pomysł pożenić punk rocka z góralszczyzną, ale szczerze mówiąc ten koncept kompletnie do mnie nie trafia. Stąd też nie czułem potrzeby by jakoś szczególnie zagłębiać się w dorobek De Press. Powiem więcej, omijałem ich albumy szerokim łukiem bo odpychała mnie ta cała cepeliada. Z niemałym więc zdumieniem przeczytałem gdzieś, że album "Product" (1982) mieni się kolorami mroku jakich nie powstydziłoby się Joy Division. Brzmi niedorzecznie? Też tak myślałem, zanim wgryzłem się w zawartość tego albumu i chcąc nie chcąc musiałem pozbierać szczękę z podłogi. 

Przeglądając komentarze pod tymże albumem na YouTube widać wyraźnie, że nie tylko ja byłem pod ogromnym wrażeniem tego co stworzył ten polsko norweski konglomerat. Najlepszym podsumowaniem zawartości muzycznej płyty "Product" był komentarz określający go jako najlepszy album Joy Division , który nie został nagrany przez Joy Division. Inspiracje i tropy są tu na tyle czytelne, że nie ma sensu się ich wypierać. Zresztą dobre inspiracje to nie grzech, sztuką jest jednak uczynić z nich coś więcej aniżeli bladą kopię mistrzowskiego płótna. Ta sztuka grupie De Press się udała i to jeszcze jak. Dokonali tego za sprawą świetnych kompozycji, które przyjemnie łechcą naszą małżowinę uszną. Może i nie grzeszą oryginalnością, ale nie zawsze o nią się rozbija. Duchy Joy Division przenikają niemal każdy fragment tej płyty. Nie ma się co dziwić bowiem w 1982 roku minęły zaledwie dwa lata od samobójczej śmierci Ian Curtisa więc echo jego dokonań wciąż wybrzmiewało w muzycznym świecie i na dobrą sprawę wciąż wybrzmiewa. Gdyby opatrzyć album "Product" logiem Joy Division myślę, że dziś wymieniany byłby na równi z "Unknown Pleasures" (1979) czy "Pornography" (1982) The Cure. Wciąż nie mogę się nadziwić, że płyta ta jest właściwie niemal nieznana w naszym kraju, a przynajmniej nie na tyle by hołubić ją niczym "Nową Aleksandrię" (1986) Siekiery. Brak jej także w szerokim dyskursie dziennikarskim, tak jakby otrzymała status persona non grata. Być może wpływ na to miał fakt, że płyta ta przez długi czas była niedostępna tak na rynku polskim jak i norweskim. Gdy się w końcu pojawiła świat miał już inne sprawy na głowie i innych muzycznych bożków do opiewania. Szkoda bo album "Product" jest towarem eksportowym, o najwyższej klasie jakości. To nie Polonez Caro, ale ogniste Ferarri wśród albumów zimnej fali. Wystarczy posmakować takich kompozycji jak The Fatal Day, przebojowego Passages czy tytułowej kompozycji by poczuć siłę rażenia tej płyty. Co ciekawe In A Position To Know brzmi tak jakby wyszła spod palców grupy Interpol, a przecież gdy hartowała się ta stal, Paul Banks miał zaledwie cztery lata. Z kolei początek utworu Heaven to niemalże brat bliźniak New Dawn Fades z reperturu Joy Division. Jak widać baza skojarzeń jest dość jednoznaczna, co nie znaczy, że muzyka tu zawarta to jakaś bezmyślna kalka. Najlepiej przekonać się o tym na własne uszy do czego serdecznie zachęcam. Na koniec warto jeszcze dodać, że za produkcję tej płyty odpowiedzialny był John Leckie, który miał na swym koncie współpracę z takimi gigantami jak Pink Floyd oraz wspomagał członków grupy The Beatles. Przyznacie, że trudno o lepsze referencje.

Płyta "Product" to punkt obowiązkowy dla każdego miłośnika zimnej fali. Szkoda, że nie przypadło jej bardziej znamienite miejsce w historii polskiej muzyki. Owszem, nie jest to stuprocentowo polska płyta bo przecież stworzona w Norwegii przy współudziale lokalnych muzyków. Dlatego też dumne mogą być z niej obie nacje i chełpić się, że też mieli swoje Joy Division.

Jakub Karczyński

13 marca 2021

BURZE I TORNADA



W ostatnim czasie przez profil grupy 1984 przetoczyła się prawdziwa burza. I to taka z gatunku tych, które pozostawiają po sobie zapach znany z miejskich szalet. Zaczęło się jednak od tego, że na profilu grupy Made In Poland pojawił się wpis sugerujący kradzież pomysłu na grafikę, której to miał się dopuścić Piotr Mizerny z grupy 1984. Krótki, ale jakże emocjonalny wpis został po pewnym czasie usunięty przez jego autora, którym to okazał się być Artur Hajdasz z Made In Poland. W międzyczasie do sprawy postanowili odnieść się na swoim profilu członkowie 1984, którzy wyrazili zdziwienie zarzutami. Niestety nie za bardzo wiadomo o jakie podobieństwo graficzne chodzi bo zaprezentowana przez Hajdasza grafika nie dała jednoznacznej odpowiedzi. Co ciekawe, po stronie 1984 stanął Piotr Pawłowski, członek Made In Poland, który mówiąc skrótowo nie podzielił stanowiska Hajdasza. Jak się okazało napięcie na lini Hajdasz - Mizerny narastało od pewnego czasu by w końcu znaleźć ujście na łamach Facebooka. Przykro było na to patrzeć więc nie dziwię się, że zespół postanowił skasować post i w ten sposób zamknąć drzwi magla towarzyskiego. Czy sprawa została wyjaśniona, tego nie wiem, ale wierzę, że panowie prędzej czy później spotkają się przy jednym stole i spojrzą na siebie z sympatią.

Tymczasem, aby ostudzić emocje polecam obejrzeć film dokumentalny poświęcony grupie 1984 jaki zrealizował przed kilkoma laty rzeszowski oddział TVP. Przyjemnego seansu życzę.

https://rzeszow.tvp.pl/41578539/mizerny-i-1984-historia-podkarpackiego-rocka

 

Jakub Karczyński

 

PS Autorką tego pięknego obrazu ilustrującego niniejszy post jest Ewa Świder, absolwentka Akademii Sztuk Pięknych w Gdańsku.

07 marca 2021

DOJRZEWANIE


Ponoć człowiek mądrzeje z wiekiem, więcej rozumie jak też i uczy się doceniać rzeczy bardziej wymagające jak choćby jazz. Jeśli chodzi o ten gatunek muzyczny to chyba jeszcze nie zmądrzałem na tyle by zachwycić się jego urokami, ale być może mam jeszcze za mało siwych włosów na skroni. Nim zasiądę w skórzanym fotelu, z cygarem w ręku i szklanką koniaku pozwolę sobie napisać o zmianach, które już zaobserwowałem. Nie da się ukryć, że człowiek nieustannie się zmienia, tak jak i zmieniają się nasze upodobania muzyczne. Wystarczy prześledzić sobie własne życie by dostrzec te zmiany. Ileż to rzeczy pozostawiliśmy już bezpowrotnie za sobą wkraczając na nowe ścieżki, smakując nowych rzeczy i budując w ten sposób nowego siebie. Sam łapię się na tym, że coś co kiedyś było mi niezwykle bliskie dziś już straciło na znaczeniu kosztem czegoś innego. Na gruncie muzycznym dotyczy to zwłaszcza rocka progresywnego, który ustąpił miejsca post punkowi stąd też i przeobrażeniu ulega także moja płytoteka. Zauważyłem także, że to co kiedyś wydawało mi się niezrozumiałe i poza zasięgiem mojej percepcji dziś zyskuje blask w mych oczach. Zaświadcza o tym choćby historia związana z Public Image Limited, której to album "This Is What You Want ... This Is What You Get" (1984) przed niemal dekadą dość brawurowo zrównałem z ziemią. Zachwyciwszy się nagraniem The Order Of Death przyłożyłem tenże szablon także do pozostałych kompozycji czego efektem była miażdżąca ocena jaką wystawiłem tej płycie. Dziś już nieco inaczej patrzę na jej zawartość bowiem zrozumiałem, że w muzyce czasem nie chodzi o dobre melodie, a o przekraczanie granic, wytyczanie nowych szlaków i zaskakiwanie słuchacza. Oczywiście droga ta nie zawsze przynosi satysfakcjonujące rezultaty, ale tylko odwaga w działaniu przekłada się na imponujące efekty i trwałe miejsce w historii. Nie oznacza to jednak, że odnalazłem tajną księgę kodów objaśniających mi wszelkie zawiłości muzyki Public Image Ltd. bowiem w tym temacie jest jeszcze kilka spraw do przepracowania. Zdobyte doświadczenie nauczyły mnie tego by zbyt szybko nie ferować wyroków bo nie jest powiedziane, że problem jaki mamy z odbiorem danego dzieła leży nie w samym dziele, ale w nas.  Sztuką jest więc wzbić się ponad swe ograniczenia i spojrzeć na dane zagadnienie z innej perspektywy. Być może ujrzymy wtedy rzeczy w nieco innym świetle i zrozumiemy dlaczego brzmi to tak, a nie inaczej. Ważne by mierzyć się z tym czego nie rozumiemy, powracać do tego co pewien czas, ażeby sprawdzić czy argumenty składające się na naszą ocenę wciąż mają ten sam ciężar. Jak widać, czasami ten nasz ufortyfikowany zamek, który ustawiliśmy przed laty, dziś rozpada się jak domek z kart. Nie ma w tym nic złego bowiem wraz z upływem czasu zmienia się nie tylko nasza fizyczność, ale i gust muzyczny. Z pewnych rzeczy wyrastamy, a do innych dorastamy. Taka kolej rzeczy więc nie ma co być w życiu zbyt kategorycznym.

Jakub Karczyński

24 lutego 2021

PRZESŁUCHANIE 14

VANGELIS "NOCTURNE" (2018) 

Rzadko zdarza się by muzyka tak idealnie wkomponowała się w nastrój dnia by można o niej pomyśleć, że jest ścieżką dźwiękową naszego życia. Gdy przedwczoraj wieczorem nastawiłem sobie płytę "Nocturne" (2018), za którą to odpowiedzialny jest Vangelis, poczułem, że oto dopełnia się obraz pewnej całości. Melancholijne dźwięki fortepianu otuliły mnie niczym miękki koc, dając dużo ciepła, a przy okazji uruchamiając mnóstwo pięknych wspomnień. I choć tylko w sześciu kompozycjach powracamy do znanych motywów z przeszłości (m.in. "Blade Runner", "Rydwany Ognia", "1492 - Wyprawy Do Raju") to co by nie mówić także i w tych nowych pobrzmiewa stary duch. Znać rękę mistrza. O jego geniuszu nich świadczy fakt, że przy tak skromnych środkach wyrazu jest on w stanie sięgnąć ręką gwiazd. Gdy inni mogą na nie co najwyżej popatrzeć, on jak gdyby nigdy nic, zgarnia do swej kieszeni cały dźwiękowy firmament. Lata płyną, rządy przychodzą i odchodzą, a Vangelis trwa niewzruszony na swym posterunku i wyznacza wciąż nowe kursy choć przecież on już niczego nie musi.

ocena: 9/10  

Jakub Karczyński

21 lutego 2021

THE WOLFGANG PRESS - FUNKY LITTLE DEMONS (1995)


The Wolfgang Press to idealny przykład grupy, która zaczynając od ponurych post punkowych brzmień zawędrowała w późniejszych latach na dość odległe terytoria dźwiękowe. Od post punku aż do funku. Czy ktokolwiek przewidywał taki rozwój wypadków w czasach, gdy debiutowali na rynku albumem "The Burden Of Mules" (1983)? Nie sądzę, a przecież nie powinno to nikogo specjalnie dziwić bowiem post punk to nie tylko ponurość, to także studnia, w której znajdziecie muzykę punk z domieszką brzmień dub, reggae i funk. Można więc pokusić się o stwierdzenie, że grupa nigdy nie wyrzekła się post punku, a jedynie poszerzyła paletę swych barw. Post punk w przeciwieństwie do punku dawał twórcom szersze pole manewru i pozwalał czerpać z wielu różnych źródeł. Nic dziwnego, że kajdany jakie nałożyli sobie punkowi rewolucjoniści dość szybko zaczęły uwierać wielu twórców, którym trzy akordy przestały wystarczać do szczęścia. 

Gdy prześledzi się kariery takich grup jak The Wolfgang Press czy choćby Public Image Limited dość łatwo zauważyć, że zespoły te zaczynały od dość bezkompromisowych brzmień by krok po kroku dojść do miejsca, w którym to dawna surowość ustępuje miejsca melodiom. Ktoś powie, że to efekt komercji, zaprzedania się artysty, ale powierzchowne oceny nie zawsze zakotwiczone są w prawdzie. Czasem to efekt rozwoju, poszukiwań i otwarcia się na nieco łagodniejsze brzmienia. Osobiście wolę gdy artysta się rozwija, szuka nowych środków wyrazu niż gdy zamyka się w skansenie swych dźwięków. Stąd też nie boczę się na artystów, którzy eksperymentują tak z muzyką jak i ze swoim wizerunkiem, nawet jeśli zdarzy im się pobłądzić. Podróż w nieznane zawsze obarczona jest ryzykiem, ale i sporą dozą ekscytacji. Owszem, można przez całe życie jeździć na Hawaje, ale na dłużą metę taka droga okazuje się być jałowa i mało ekscytująca. Dlatego też doceniam odwagę i chęć wyjścia poza utarty schemat. Album "Funky Little Demons" pokochają ludzie o otwartych głowach i szerokich horyzontach, którzy cenią sobie w muzyce element zaskoczenia. Pomimo upływu dwudziestu sześciu lat od momentu jego wydania, zgromadzone tu pomysły muzyczne wciąż mają moc zawstydzania konkurencji. Nie wierzycie? Sprawdźcie zatem sami. Mnie ten album omotał do tego stopnia, że słucham go już w zapętleniu po raz piąty. Taka sytuacja zdarza się niezwykle rzadko więc tym bardziej warta jest odnotowania. Świetnie się tego słucha jako całości choć nie ukrywam, że są utwory, na które czekam z większą ekscyztacją niż na inne. Do tego elitarnego grona zaliczają się takie kompozycje jak Going South, obłędne Blood Satisfaction, dostojne Chains czy Fallen Not Broken, które koniecznie trzeba wysłuchać z poprzedzającą je miniaturą New Glass. Przeczesując Internet natknąłem się na opinię, że to najsłabsze z dokonań The Wolfgang Press, z czym się absolutnie nie zgadzam. Daj boże by każdy zespół miał tak "słabe" płyty w swojej dyskografii. To, że zespół zaczął eksperymentować z innymi przyprawami wcale nie oznacza, że pogubił się w swej kuchni. Ten muzyczny tygiel wciąż doskonale się broni, a zestawiając go z obecnymi produkcjami pop śmiem twierdzić, że wciąż wyprzedza je o lata świetlne.

"Funky Little Demons" stanowi bardzo udane zamknięcie kariery tej nietuzinkowej grupy. Wielka szkoda, że historia ta dobiegła już końca, a nam pozostaje liczyć co najwyżej na jakieś archiwalne wykopaliska. Tym bardziej warto docenić ten album, poczuć jego specyficzny nastrój tak mocno spleciony z dekadą lat dziewięćdziesiątych. Z pewnością spora w tym zasługa brzmień wyrosłych ze sceny określanej mianem Madchester, która to łączyła rock alternatywny z muzyką taneczną. Na "Funky Little Demons" też odnajdziemy sporo takich tropów. Serdecznie zachęcam do odbycia tej niezwykłej podróży, do czasów gdy życie było może nieco wolniejsze, ale nie mniej szalone.

 
Jakub Karczyński

06 lutego 2021

OKO SNAJPERA


Zdobywanie rzadkich płyt to zajęcie, które poza ogromną dozą satysfakcji okupione jest też rozczarowaniami oraz chudszym portfelem. W ostatnim czasie ostrzyłem sobie zęby na album "Theomania" (1988) grupy Cassandra Complex, ale moja siła nabywcza okazała się niewystarczająca by móc postawić ten album na swojej półce z płytami. Jednak muszę przyznać z ręką na sercu, że licytowałem bez przekonania bowiem szybki odsłuch albumu "Theomania" uświadomił mi, że chyba jednak bardziej cenię sobie inne albumy tej formacji. Nie zmienia to jednak faktu, że chętnie widziałbym ten krążek w swojej płytotece. Był jednak jeszcze jeden czynnik, który ostatecznie przeważył i zadecydował o podjęciu przeze mnie pasywnej licytacji, a był to album "Thunder Up" (1987) grupy The Sound.  W ostatnim czasie udało mi się już zakupić ich dwie wczesne płyty w postaci "From The Lions Mouth" (1981) oraz "Jeopardy" (1980) więc idąc za ciosem postanowiłem nabyć także ich ostatni album studyjny. Można było go zakupić w podobnej cenie do "Theomanii" więc jakoś osłodziłem sobie gorycz porażki po Cassandrze. Jednak i na nią przyjdzie stosowny czas. Tymczasem zacieram ręce i już nie mogę się doczekać wizyty listonosza. W stosownym czasie podzielę się wrażeniami, a tymczasem wracam do przesłuchiwania zaległości płytowych. Jest tego trochę począwszy od debiutu Tinderticks poprzez "Couture, Couture, Couture" (2004) od Frausdots, a na składance "Wire 1985-1990: The A List" skończywszy. Pewnie nie tylko mnie brak czasu na słuchanie muzyki, stąd też staram się jej słuchać w tak zwanym międzyczasie. Każda okazja jest przecież dobra by choć przez chwilę nasycić ucho dźwiękiem. Muzyka to wszak zazdrosna kochanka, która wymaga nieustannej uwagi i atencji. Warto o tym pamiętać jeśli nie chcemy wypaść z jej namiętnych objęć.


Jakub Karczyński

03 lutego 2021

TOP 2020


Rok 2020 szczęśliwie za nami i jak mniemam wszyscy pożegnaliśmy go z ulgą. Choć nie oznacza to, że teraz mamy już z górki. Co to, to nie. Musimy się jeszcze trochę przemęczyć tak z pandemią jak i wszelkimi obostrzeniami. Miejmy nadzieję, że szczepionki przyniosą nam tak wyczekiwaną normalność albo coś na jej kształt. Tymczasem spójrzmy wstecz i podsumujmy rok 2020 pod względem muzyki. Nie wiem czy ktokolwiek czeka na tego typu podsumowania bo i mnie coraz mniej chce się je robić. Pisałem o tym w ubiegłym roku i nadal podtrzymuję tamto stanowisko. Dlaczego więc wciąż je tworzę? Sam nie wiem. Chyba działa tu siła nawyku, ale skoro powiedziało się A to trzeba powiedzieć i B. W tym roku TOP powrócił do swej starej formy czyli dziesięciu najlepszych płyt, a nie jak to miało miejsce w ubiegłych latach zaledwie pięciu. Nie oznacza to jednak, że tak już będzie zawsze. Wszystko zależy od jakości muzyki, ilości dobrych wydawnictw no i rzecz jasna od chęci by takowe zestawienie publikować. 

Jak co roku liczę także na odzew z Waszej strony bo w końcu od tego jest ten blog. To również Wasza przstrzeń do wyrażania opinii i spostrzeżeń. Bez dwustronnej komunikaji, blog jest tylko martwym tworem generującym przekaz w jedną stronę, a nie o to przecież chodzi. Zachęcam do dzielenia się w komentarzach Waszymi refleksjami na temat minionego roku jak i listami TOP. Nie musi to być od razu TOP10, można napisać także o jednej płycie, która zapadła Wam najgłębiej w pamięć. Serdecznie zachęcam do pozostawienia takowego śladu, a tymczasem przechodzę do odkrywania swoich kart.


1. THE FLAMING LIPS "AMERICAN HEAD"

The Flaming Lips po raz kolejny wyciągają asa z rękawa i coś czuję, ze nie po raz ostatni. Wspaniała płyta przy, której można się rozmarzyć i poczuć moc psychodelicznych odjazdów bez konieczności uciekania się do farmakologii. The Flaming Lips pomału wyrastają mi na grupę, której albumy można kupować niemal w ciemno. Trzymam za nich kciuki i życzę im tego by dalej śnili ten swój piękny sen.  

2. MARC ALMOND "CHAOS AND A DANCING STAR"

Marc Almond chyba nieco zatęsknił za czasami gdy nagrywał takie albumy jak "Enchanted" (1990) czy "Tenement Symphony" (1991) bowiem swym najnowszym dziełem wzniósł się na taką wysokość na jakiej nie latał od dawna. Czy ktokolwiek wierzył, że Marc nagra jeszcze kiedyś taką płytę? We mnie wiara ta paliła się coraz bledszym ogniem, ale póki jest choć cień szansy nie warto porzucać nadziei. Znów jest pięknie, romantycznie i nastrojowo, a przecież wszyscy wiemy, że Marc Almond potrafi czarować swą muzyką. Mnie już złapał w swoje sidła, czas więc na Was. 

3. WHITE DOOR "THE GREAT AWAKENING"

White Door to grupa z kręgu new romantic mająca na koncie jeden album wydany w zamierzchłych latach osiemdziesiątych, o którym pewnie nikt by dziś nie pamiętał gdyby nie postać Tomka Beksińskiego, który rzucił snop światła na ich muzykę. Wrócili po latach z płytą, która ma wszelkie predyspozycje do tego by zachwycić wielbicieli zasłuchujących się niegdyś w dźwięki płynące z audycji "Romantycy Muzyki Rockowej". Czy oznacza to, że płyta jest totalnie wsteczna? Zdecydownie, ale to też jej urok.

4. MORRISSEY "I AM NOT A DOG ON A CHAIN"

Dość odważnie poczyna sobie Morrissey na swej najnowszej płycie i muszę przyznać, że wyjątkowo dobrze mu w takim anturażu. Początek może wprawić fanów w lekką konsternację, ale nawet w tak nietypowych dla siebie brzmieniach Morrissey odnajduje się jak ryba w wodzie. Nie trzeba wiele by dać się omotać tej płycie. A Morrissey? Wciąż tak samo dobry jak w czasach The Smiths.

5. PET SHOP BOYS "HOTSPOT"

Po dwóch jakże katastrofalnych albumach Pet Shop Boys powróciło na szlak wiodący ku chwale. Może krok nie jest jeszcze tak pewny i żwawy jak przed laty, ale przynajmniej podążają we właściwym kierunku. Nie brak tu naprawdę pięknych momentów, przy których ręce same składają się do oklasków (Burning The Heather), ale też zdarza się grupie przestrzelić jak choćby w kompozycji Wedding In Berlin, do której to wpleciono dźwięki weselnego marszu Mendelssohna. Kuriozalny pomysł. Na szczęście to jedyny kiks jaki przydarzył się temu duetowi. 

6. DRAB MAJESTY "MODERN MIRROR"

Mam słabość do Drab Majesty. Stworzyli oni bowiem niezwykle ciekawą syntezę synth popu z dźwiękami jakich nie powstydziłby się Clan Of Xymox. Subtelna melancholia otulona niebanalnymi melodiami ma w sobie jakąś taką hipnotyczną moc, która sprawia, że nie sposób oderwać się od głośnika. I choć poprzedni album amerykanów podobał mi się nieco bardziej to i tu odnalazłem sporo dźwięków z mojego zagajnika.

7. MOLCHAT DOMA "MONUMENT"

Białorusini z Molchat Doma doskonale odrobili lekcje z zakresu brzmień lat osiemdziesiątych i po raz kolejny udowadniają, że nie mają sobie równych. Nie są to jednak nędzi imitatorzy, a twórcy, którzy potrafią oddać ducha tamtej dekady, a przy tym sprokurować naprawdę udane dzieło. Nie dziwię się, że szturmem zdobywają kolejne kraje, a na ich koncertach publiczność szczelnie wypełniała pomieszczenia. "Monument" podtrzymuje dobrą passę grupy i stawia ich w pierwszym szeregu wśród najciekawszych zjawisk współczesnej sceny post punk. 

8. CLAN OF XYMOX "SPIDER ON THE WALL"

Clan Of Xymox to grupa z bogatym dorobkiem choć odnoszę wrażenienie, że jej ostatnie płyty są robione według podobnego wzorca. Jakby Ronny Moorings miał w domu linię produkcyjną. Miłą odmianą był album "A Matters Of Mind, Body And Soul" (2014), który był jak powiew świeżego powietrza. Najnowsze dzieło choć dobre, blednie jeśli zestawić je ze wspomnianą płytą nie mówiąc już o takich klasykach jak "Medusa" (1986). Clan Of Xymox stał się zbyt przewidywalny, a jego instrumentarium dość schematyczne. A przecież nie zawsze tak było. Wystarczy sięgnąć po "Twist Of Shadows" (1989) by przekonać się jak bogatą paletą barw wtedy dysponowali. Brakuje mi nieco tego rozmachu i tej naturalności brzmienia. "Spider On The Wall" choć na wskroś syntetyczny ma także kilka naprawdę urokliwych momentów, które pozwoliły grupie wedrzeć się do tego zestawienia.

9. ME AND THAT MEN "NEW MAN, NEW SONGS, SAME SHIT. VOLUME 1"

Przed czteroma laty singiel zapowiadający debiutankie wydawnictwo tego projektu rozbudził mój apetyt do tego stopnia, że niecierpliwie wyglądałem premiery albumu. Niestety płyta nie udźwignęłą moich oczekiwań. Udało się to dopiero płycie numer dwa, która w mojej opinii bije na głowę debiut nagrany z Johnem Porterem. I nie chodzi tu o większe spektrum gości lecz o zdecydowanie ciekawsze kompozycje, które co tu dużo mówić mogą się podobać i przede wszystkim nie nudzą. Cieszę się, że Nergal postanowił pokazać nam swoją inną, nieco łagodniejszą twarz, która uzmysłowi nam, że nie tylko black metal napędza jego serce.   

10. THE PSYCHEDELIC FURS "MADE OF RAIN"

Kolejny come back, którego mało kto się spodziewał, a który to przyjemnie połechtał uszną małżowinę. Głos Richarda Butlera wciąż tak samo przybrudzony i zbolały, muzyka odpowiednio surowa, ale nie wyzbyta melodii. Może nie jest to najlepsze dzieło Brytyjczyków, ale z pewnością ujmy im nie przynosi. Powiem więcej to bardzo dobry album choć trzeba dać mu nieco czasu by się w nim rozsmakować.

 RZUTEM NA TAŚMĘ

THE WOLFGANG PRESS "UNREMEMBERED REMEMBERED"

Wykopalisko sprzed lat, ale tak jak pisałem we wcześniejszym wpisie, nie są to żadne odpady, a materiał, który ze wszech miar wart jest zaprezentowania słuchaczom. Warto się w nie zaopatrzyć nie tylko po to by mieć tę muzykę na własność, ale też po to by nie przepłacać za kilka lat, gdy płyta ta zniknie z oficjalnej dystrybucji. Poznaliśmy już zawartość szuflad, może teraz czas na jakiś nowy materiał. 


Jakub Karczyński